Showing posts with label subete no anata. Show all posts
Showing posts with label subete no anata. Show all posts

26.7.19

Skurwić się jak szmaty

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



               Mieliśmy po dwadzieścia parę lat i jedynym celem naszego życia było skurwić się jak szmaty. Mowy nie było o przysłowiowym odbijaniu się od dna, my na dnie szukaliśmy skarbów, a potem kopaliśmy głębiej. Rzuciliśmy szkoły, heroiny nie. Zadymione pomieszczenia pełne darmowych dziwek, koksu i głośnej, brudnej muzy, były dla nas bardziej przyjazne niż dom. I wszystko to miało miejsce w naszym rodzinnym małym miasteczku Ellington, w którym dominowało chrześcijaństwo i nastawione na zdrowe przedłużanie gatunku podejście do życia. 
               Niby były organizowane manifesty, a na uczelnie wprowadzano tanie projekty mające na celu przywrócenie moralności wśród młodzieży. Ale jebało nas to, nie pamiętaliśmy nawet lokalizacji tych państwowych gównianych organizacji, także nijak to na nas nie wpływało. Ten temat nawet nie przejawiał się zbyt często w naszym gronie. Byliśmy skupieni na robieniu muzy, paleniu dziwnych mieszanek i pieprzeniu w kółko tych samych lasek, ewentualnie ich młodszych sióstr, kiedy w końcu osiągnęły legalny dla nas wiek. 
              Grałem wtedy jako gitarzysta prowadzący w Retrospective i wyglądało na to, że jesteśmy w czołówce najbardziej znanych zespołów tego małego obsranego miasta - zaraz przy War Pigs, Dream Machine i świeżym debiutującym Lease. Nie dawało nam to absolutnie żadnych profitów finansowych, ale dziwki ustawiały się najpierw w kolejce do nas, gdzie były poddawane procesowi rekonwalescencji wizualnej, a zaraz potem anatomicznej. I tak długo, jak utrzymywaliśmy się na szczycie, tak długo dragów nie brakowało. 
                Te wszystkie mity o wychodzeniu z nałogowego kurwidołka kojarzyliśmy tylko z amerykańskich filmów, nikomu z nas przez myśl by nie przeszło, żeby rzucać ten idylliczny tryb życia na wiecznym haju. Czuliśmy się szczęśliwi i nikt nie wpadał w depresję z powodu prowadzenia nietrzeźwego żywota. 
               Mniej więcej w tym czasie mój katolicki samotny ojciec, który wbrew pozorom tolerował wszelkie moje zachowania i upodobania, a przy tym cieszył się jak dziecko, kiedy synek postanowił raz na dwa miesiące przekimać się w domu rodzinnym, a nie gdzieś na ulicy czy w klubie Baltimore w palarni, poznał jakąś równie katolicką samotną kobietę i niedługo po tym obwieścił naszą przeprowadzkę, gdyż jej chata była wyjebanie większa niż nasze obskurne mieszkanie. Życzyłem szczęścia na nowej drodze życia, ale mało mnie obchodziło miejsce mojego zameldowania, bo tak jak psy oznaczają teren szczochem, tak my... mieliśmy równie wyrafinowane sposoby. Poznałem Katelyn, choć może raczej powinienem powiedzieć, że spotkałem ją raz, ale przez swój stan nie pamiętałem nawet jej koloru włosów. Podobno była zmartwiona moim "stanem zdrowotnym". Jej bym nie jebał, ale jej opinię i owszem. Nie byłem w stanie skupić się na życiu rodzinnym mojego starego i wbrew pozorom powodem nie był mój stan nietrzeźwości, tylko pierwszy koncert debiutującego Lease, który widziałem na własne oczy. 
               Wokalista Lease był dzieciakiem w porównaniu do nas. Miał kobiece rysy twarzy i zdzierał z siebie ubrania na scenie. Śpiewał nieźle, choć dzięki charakterystycznemu zawodzeniu w bardziej emocjonalnych partiach sprawił, że Lease wypromowało się samo i zyskało swój własny unikatowy styl. Kiedy słyszałem go na żywo po raz pierwszy, namiętnie wył o tym, że chce być pieprzony przez gościa o szybkich palcach. I używał na to coraz to mocniejszych określeń. Śpiewał, że pragnie poczuć go w sobie w całej jego okazałości, że przyjmie go do siebie i będzie na kolanach błagał o więcej. Żeby wytargał go za włosy i powbijał paznokcie w plecy. W trakcie solówki gitary przeszedł sam siebie i, wołając przeraźliwie imię "Ray", masturbował się z ręką w spodniach, które pozostały mokre do końca ich występu. Publika oszalała. Nigdy wcześniej nie widziałem tak potężnej orgii w trakcie koncertu. Co mnie tak zdekoncentrowało? Fakt, że "Ray" to było moje imię. 
               Słyszałem potem raz na jakiś czas jakieś plotki, które niespecjalnie mnie obchodziły, ale jednak ludzie przychodzili z nimi prosto do mnie. Niektórzy, ci negatywnie nastawieni do Charlie'go, bo tak gość miał na imię, mówili o nim, że pieprzy się z wszystkim, co się rusza i nie ma absolutnie żadnych wymagań, dopóki może zostać zaspokojony. Inni z kolei mówili, iż krążą pogłoski, jakoby wokalista Lease był pieprzony tylko i wyłącznie przez aktywnych gejów, a podczas każdego stosunku wykrzykiwał moje imię. Sam jednak nigdy nie pofatygował się, żeby ze mną porozmawiać. Trochę mnie to wkurwiało. Wściekłość narastała tak długo, aż zmieniła się w szaleńczą chęć ukarania go w... wiadomy sposób. A karanie małego chudego chłopczyka, który dusi się płaczem, zlizuje z nadgryzionej wargi strużkę toczącej się świeżej krwi, a mimo to proszący o więcej, wydawało się kusić niczym najbardziej zakazany i nielegalny owoc świata. I choć nigdy wcześniej nie miałem okazji pieprzyć innego faceta, tym razem miałem dziwną świadomość, że pragnę tego jak niczego innego na tym świecie. 
               Chodziłem więc na koncerty Lease i podpierałem ściany, by uniknąć wielkiej publicznej orgii, a potem czaiłem się na Charlie'go. Czasem czekałem w kiblu, innym razem wpierdalałem się za kulisy, zdarzało się, że ustawiałem się w kolejce z dziwkami. Ale ten durny dzieciak zawsze znikał. Nie miałem pojęcia skąd wzięły się te wszystkie plotki na temat jego publicznie urządzanych stosunków seksualnych. Dodatkowo potem napisał kolejny utwór, w którym śpiewał, że dla Ray'a zostawił dziewictwo i chce, żeby przeleciał go na kamiennej posadzce rynku miasta w samo południe. 
               Napięcie rosło, a moje dojścia do Lease były za każdym razem niweczone. Dorwałem raz ich basistę, kiedy samotnie paliłem marychę w parku którejś nocy. Rozpoznałem go jakimś cudem, podbiegłem, złapałem za szmaty i prawie powaliłem.
— Gdzie znajdę tego kretyna, który z wami śpiewa? — wypaliłem jednym tchem, nie wyciągając skręta z ust. 
— Stary, spokojnie — odparł, kołysząc się na boki. Też był pod wpływem jakiegoś gówna. — Nie wiem, gdzie jest ani gdzie mieszka. Nie wiem w sumie nawet kim jest. Wiem tylko, że Charlie. 
— Nie macie prób? — dociekałem.
— Nie no, mamy — odpowiedział, chichocząc cicho. — Ale gramy tam tylko. 
— Daj mi namiar. Gdzie macie próby i kiedy najbliższa — nakazałem. 
— Powiedziałbym ci, stary, ale sam tego nie wiem — mówił. — Jutro gramy w Baltimore, Charlie przychodzi wcześniej. Przyjdź o piątej, to raczej go złapiesz. 
                Nie mogłem spać tej nocy. Grey, perkusista mojego zespołu, siedział nade mną i proponował różnego rodzaju używki. Dziwił się, że nie chcę brać. Byłem wkurwiony. Miałem ochotę na tego dzieciaka, to świeże młode mięsko należało tylko do mnie, a nie mogłem dostać go do własnych rąk. Powiedziałem o tym Grey'owi, ale ten zaczął nawijać o romantycznej miłości. W jednym aspekcie miał rację - przestałem korzystać z usług dziwek. Byłem napalony na jedną jedyną osobę na tym skurwiałym świecie. I ona była równie napalona na mnie. Dlaczego więc nie mogłem jej mieć?
              Pojawiłem się w Baltimore o piątej. Wlazłem za kulisy, ale napotkałem przeszkodę w postaci metalowych krat. Z tego, co powiedział mi wcześniej basista, Charlie powinien był dotrzeć już na miejsce. Co lepsze, sam. Mając więc kompletnie wyjebane w reakcje pracowników klubu, wydarłem się z całej siły "Charlie!". 


I przyszedł. 


               Zobaczyłem go w odległości kilku metrów od siebie, po drugiej stronie metalowych krat. Oparł się o ścianę i uśmiechnął, nadgryzając dolną wargę. Zbliżył się nieco, choć nie na tyle, bym mógł go dosięgnąć i zaśmiał się cicho. Potem, zupełnie niczym na scenie, wsunął dłoń w spodnie i, patrząc mi głęboko w oczy, powtarzał moje imię, robiąc sobie dobrze. Postanowiłem zrobić to samo. 
— Chcę cię wziąć przez te kraty — wymamrotałem, ledwo łapiąc oddech. 
— A gdyby tak nie było ich między nami...? — spytał ciepłym tonem głosu.
— Wtedy wszedłbym w ciebie jeszcze mocniej i jeszcze szybciej — odparłem.
— ...a ja krzyknąłbym, że jest cudownie i wypełniłbym to miejsce jękami zachwytu i rozkoszy — dodał.
— Kochałbym cię... — wyszeptałem, zbliżając się do krat. 
— To takie nielegalne... — powiedział, podciągając koszulkę tak, że odsłaniała jego nagi tors. — Pieściłbyś mnie tu?
— ...i całował twoje uda — odpowiedziałem, dysząc ze zmęczenia.
— Chciałbym cię w sobie poczuć — kontynuował, chichocząc cicho. — I tu też. I na twarzy. I pomiędzy wargami. 
— Chciałbym poczuć twoje ciepło — jęczałem. — Sprawdzić, jak miękki i delikatny jesteś w środku. 
— Proszę... na mnie... — wyjąkał, kiedy obydwoje już prawie dochodziliśmy. 
               Uklęknął na ziemi i przyjął mnie na swoją twarz. Roześmiał się i zaczął delikatnie wmasowywać moje nasienie w swoje rumiane policzki. Oblizał usta i podziękował. 
— Przyjdź do mnie... — poprosiłem cicho. Jego twarz zmarniała. 
— Pragnę tego jak niczego innego — odparł. — Gdybym tylko mógł...
               Przeprosił mnie i zniknął za kulisami. 
  

               Tamten wieczór spędzał mi sen z powiek przez kolejne dni. Smakowałem trzeźwego życia, a uczucie pustki towarzyszyło mi cały czas. Potrzebowałem czegoś silniejszego niż heroina. Potrzebowałem młodego delikatnego ciała na własność. Na wyłączność. I wtedy Charlie zniknął. Wraz z nim zniknęło Lease i słuch o nich zaginął. Po kilku tygodniach ludzie omotani używkami zupełnie zapomnieli o tym zespole, zupełnie jak gdyby nigdy nie istniał. Wróciłem na chwilę do ćpania, ale nie sprawiało mi już takiej przyjemności. Czułem się jak gówno. Zacząłem szukać tego gnojka, lecz na marne. Nikt tu o nikim nic nie wiedział. Niektórzy w najlepszym przypadku co najwyżej pamiętali, że był ktoś taki. Załamałem się zupełnie. Któregoś wieczora rozpłakałem się jak dziecko w ramionach Grey'a. Próbował mi uświadomić, że przecież nawet nie znam tego chłopaka, ale nie mogłem go słuchać. Koniec końców polecił mi powrót do domu, bo potrzebowałem dłuższego odpoczynku. Nie pamiętałem nawet adresu, pod którym aktualnie mieszkałem. Jakimś cudem zapamiętałem numer ojca i zadzwoniłem do niego z budki telefonicznej, bo swój telefon zapodziałem jakieś cztery lata wcześniej. Pofatygował się i przyjechał po mnie do Baltimore, ani słowem nie komentując tych patologicznych sytuacji, których stał się naocznym świadkiem. Cieszył się na mój widok, jak to mój stary. 
— Akurat na kolację! — krzyknęła na mój widok Katelyn, kiedy wchodziłem. — Jakie zmęczone biedaczysko... Przygotuję ci gorącą kąpiel.
— Nie trzeba, mamuś — odparłem cicho. — Wskoczę pod zimny prysznic, muszę nieco... ochłonąć. 
— Zjedz najpierw, kochanie — poleciła. 
               Skinęła dłonią na wolne krzesło stojące przy stole. Wtedy dostrzegłem nieznajomą twarz - gościa siedzącego przy stole naprzeciw mojego ojca, ubranego według mody dla katolików, w eleganckich spodniach i białej wykrochmalonej koszuli, z płowymi włosami zaczesanymi na bok. 
— Nie przedstawiłam ci mojego syna, prawda, Ray? — spytała Katelyn, kiedy ze zmarszczonym czołem przyglądałem się uśmiechającemu się do mnie promiennie nieznajomemu. — Jestem pewna, że się dogadacie. Chyba obydwoje interesujecie się muzyką. Ray, to jest Charlie.

11.4.19

Carter uważa się za złego człowieka

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi 



               Towarzyszyło mi wówczas wyjątkowo dziwne uczucie. Zupełnie tak, jakby moje ciało opętane zostało przez demona i od tego czasu egoistycznie prowadziło ten żywot, niszcząc ze skutkami co najmniej katastrofalnymi wszelkie pojawiające się na horyzoncie potencjalne relacje. Jak gdyby zły byt przejął kontrolę nad wszelkimi moimi wyborami i decyzjami, nie pozwalając mi uczestniczyć w moim życiu, aż tu nagle nadeszła chwila słabości i, chcąc nie chcąc, pozwolił się odezwać zgniecionej niewinnej duszyczce, która wykrzykiwała takie farmazony, iż chciałoby się uciszyć ją ciosem prosto w serce. Bo tym demonem byłem ja. W pełni świadom swojej siły i potęgi. Lecz za każdym razem, choć zdarzało się to niewątpliwie rzadko, gdy resztka mojej dziecięcej naiwności jeszcze niewykorzeniona przez brutalny świat postanawiała się odezwać, uderzała we mnie fala gniewu tak nieposkromiona i nieopanowana, że zaczynałem się obawiać sam siebie. Głos wydobywający się z czeluści mojej podświadomości twierdził, iż stracę Oscara, jeśli mu nie pomogę, a podobno wcale tracić go nie chcę. 
               Mimo wszystko zdecydowałem się sprawdzić, co się stanie. Nie potrafiłem przewidzieć przebiegu tego spotkania nawet w najmniejszym stopniu, ale ten rodzaj adrenaliny był do zniesienia. Rzeczywiście skorzystałem z rady Guy'a, nadal utrzymując, że robię to z ciekawości. Gdy jednak pozwalałem sobie zajrzeć w głębiny swoich myśli, tonąłem w morzu strachu przed utratą kogoś ważnego. Dlatego postanowiłem więcej tam nie włazić.
               Spotkałem się z niejaką Rose w starej knajpie na rogu Avenue i Kepler Street. Rudowłosa uznała lokal za świetne miejsce na rozmowę i po chwili przekonałem się, skąd wysnuła taki wniosek. Brzydko, tanio, niewygodnie. Cały bar mieliśmy dla siebie. Zamówiliśmy coś na odczepne i zajęliśmy miejsca przy oknie, nie wdając się w zbędne rozmowy z barmanem. 
— Guy powiedział, że masz problem miłosny. — Zaczęła. — Jest dla mnie namiastką przyjaciela, chciałam ci to powiedzieć, żebyś nie był zdziwiony albo zniesmaczony faktem, że przyszłam tu z chęcią pomocy zupełnie obcemu człowiekowi. Jestem Rose.
— Valentine — odparłem, ściskając jej dłoń. — Dzięki za fatygę. Guy nalegał, żebym z tobą pogadał, a ja nie bardzo wiem, w czym możesz mi pomóc.
— Do sedna.
               Wysranie jej wszystkich tych niepokojących znaków i opisanie sytuacji, do której nawet nie miałem czasu przywyknąć, okazały się być trudniejsze, niż się spodziewałem. Na tyle, żeby zamówić kilka drinków w tej obskurnej dziurze. Bałem się spytać o skład. 
               Po czwartej lub może piątej literatce zakończyłem swój dotychczasowy wywód wieńcząc monolog opowieścią o sytuacji, jaka miała miejsce w moim mieszkaniu. Kwestia, że musi mnie rzucić, bo mnie skrzywdzi. 
— Wybacz, coś cię rozbawiło? — zapytałem, spoglądając jak ta kretynka chichocze pod nosem, mając ubaw z nurtującego mnie problemu.
— Nie bądź na niego zły, Valentine — odparła, poważniejąc nieco. Wzięła głęboki oddech i westchnęła nim rozpoczęła dalszą wypowiedź. — Czytaj między wierszami. On uważa się za złego człowieka.
— Oscar? — zdziwiłem się.
— Na to wygląda — odpowiedziała. — I w jakiś sposób napędza ten mechanizm, który powtarza mu takie złe rzeczy.
— Chwila, moment. — Przerwałem jej. — Więc mówisz, że on słyszy głosy? Twierdził, że nie tak to działa.
— Bo nie tak to działa. — Sprostowała. — Musiało stać się w jego życiu coś, czemu był winny. Albo ktoś go za to obwinił. Albo sam się za to obwinił. 
               Mówiła powoli, a ja łączyłem fakty w głowie. Wszystko zaczynało się układać w logiczną całość. Nie mogłem jednak uwierzyć. Nigdy bym nie pomyślał, że tamto wydarzenie tak bardzo zapadło mu w pamięć. Owszem, było całkiem... traumatyczne i... długo się po nim zbierał do kupy, ale, kurwa, jak dawno temu to było?
— I od tamtego czasu — kontynuowała — nikt nie zdołał go przekonać, że nie jest niczemu winny. Prawdopodobnie to właśnie to niezdrowe uczucie wrosło w niego lata temu, puściło pędy, a teraz jest na etapie zbierania soczystych plonów. Jak mniemam, jest to dopiero pierwszy problem na tej drodze.
— Żenada — wycedziłem przez zęby. — Więc nigdy nie będzie dobrze? Zawsze coś z nim będzie nie tak?
— Jesteś jeszcze ty — powiedziała nagle.
— Co, kurwa, niby sugerujesz? — Wkurzyłem się. — Widzisz mnie pierwszy raz.
— A jego jeszcze nie spotkałam. 
               Opanowałem się w ostatnim momencie. Skrzyżowałem ręce na piersiach i spojrzałem na nią wrogo.
— A ze mną co jest nie tak? — spytałem naburmuszony.
— Twoje uczucia są zagrzebane tak daleko i głęboko, że nie jestem w stanie ich dostrzec.


9.4.19

Jakaś tam gejowa klątwa

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi 



               Po dziwnej rozmowie z Carterem pół dnia spędziliśmy w niekomfortowej, duszącej atmosferze. Nieudolnie próbował poprawić mi nastrój, proponując różne rzeczy, poczynając od wyjścia na lody, a na wspólnej gorącej kąpieli kończąc. Ja zaś kompletnie nie wiedziałem jak powinienem się wówczas zachować, lecz szybko doszedłem do wniosku, iż nie ma co udawać. W rezultacie byłem więc totalnie wkurwiony i odnosiłem wrażenie, że jestem niczym więcej jak tylko kolejna zabawka w rękach Oscara. Ewentualnie komar, któremu lepiej najpierw powyrywać skrzydełka, poprzyglądać się jego męczarniom, a dopiero później zabić.
               W końcu dał sobie spokój z mieszaniem mi we łbie i wrócił do domu. A ja zostałem w mieszkaniu zupełnie sam - w towarzystwie najbardziej zaufanej osoby, czyli siebie samego. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Jak większość gatunku ludzkiego w stanie kompletnej furii odczuwałem potrzebę wygadania się komuś, poradzenia się, usłyszenia głupiego "masz rację, stary". Zwykle to Carter pełnił rolę mojego worka treningowego, był bowiem tak cholernie obrośnięty tkanką mięśniową, że jego nerwy nie bardzo mogły odczuć jakikolwiek ból. Więc okładałem go zawsze pięściami ze złości, a on chyba po dziś dzień się nie zorientował, że robię to za każdym razem. 
               Gdy byliśmy jeszcze w szkole średniej, kumplowałem się z niejakim Guy'em, człowiekiem o dziurawej pamięci - nigdy nie potrafił zapamiętać imion znajomych, więc uprzejmie zwracał się do wszystkich per "koleś". Nawet do kobiet. Nawet do starszych kobiet. Nawet do mojej babki mówił "koleś". Stąd wzięła się jego przedziwna ksywa. Carter z nim nie gadał, bo rzekomo nie miał o czym, Guy natomiast mimo dresiarskiego wyglądu z usposobienia przypominał hipisa i rzadko wyrażał swoje poglądy na dany temat, a tym bardziej na czyjś temat. Dlatego mogłem bez uprzedzeń powiedzieć mu o specyficznej relacji, w jaką ja i Oscar przypadkowo się wdaliśmy. Zadzwoniłem do niego i jak tylko powiedziałem, że siedzę w chacie sam i mam problem, postanowił wpaść na kawkę i papierosa. Zawsze tak mówił, ale nigdy nie pił kawy. 
                    Przylazł, rozsiadł się wygodnie i zaczął skręcać peta, a ja czułem się niczym na kozetce u terapeuty. 
— Kurde, koleś, strasznie dużo informacji — odparł po moim monologu i zaciągnął się petem. Zdawał się w ogóle nie być zaskoczony ani tym bardziej obrzydzony moją historią. — Zbierzmy to do kupy, dobra? Jakiś typ powiedział Carterowi, że spoczywa na nim jakaś tam gejowa klątwa, a on uwierzył i postanowił sobie znaleźć ukochanego. Ale akurat miał podnietę, a ty czytałeś yaoi, więc się ciekawie zbiegło w czasie. I nagle bęc, bo Oscar wyjebał z dziwnym tekstem.
— No, ta, mniej więcej — westchnąłem. — Chyba powinniśmy wrócić do przyjaźni. Ledwo co zaczęliśmy, a już się sypie.
— Mnie się tam wydaje, że masz gdzieś w środku trochę nadziei, koleś — powiedział nagle.
— Niby na co? — spytałem z ironią. — Że nagle się okaże, że jednak wszystko jest super piękne? Nie mam dwunastu lat jakby co.
— Na to, że dam ci argument na jego niewinność — odpowiedział. 
                    Zamilkłem. Możliwe. Całkiem możliwe, że na to liczyłem. Ale mógł mi, skubaniec, nie mówić tego aż tak wprost. 
— Mam pewną solucję, koleś — mówił dalej — ale to może wymagać od ciebie pewnego przełamania się. Znamy się trochę i... No nie chcę być tak bezpośredni, może mi się wydaje, może nie, nie czuj się urażony ani nic, ale... czasem myślę, że ty wolisz obwiniać innych zamiast poszukać winy u siebie.
               Przełknąłem ślinę i zacisnąłem pięści, żeby tylko nie rzucić się na niego ani nie zacząć wrzeszczeć. 
— Sądzisz, że to moja wina, że mu odpierdala, tak? — spytałem, usiłując za wszelką cenę stłumić w sobie agresję.
— Nie, myślę raczej, że każdy z was ma sam ze sobą niedokończone sprawy — odparł. — I dlatego jest jak jest.
— Myślisz, że co powinienem teraz zrobić? — spytałem, uspokajając się nieco.
— Moja matka pracuje w biurze, nie wiem, czy pamiętasz — powiedział. — Ma taką psiapsiółę, co ma jakoś koło trzydziestki. Laska umie w relacje. Serio, czai i ogarnia na poziomie totalnie zatrważającym. Wielokrotnie ratowała związki swoich kumpli.
— Czy ty mnie wysyłasz na terapię małżeńską? — zapytałem drwiąco. 
— Nie-e. — Zaśmiał się. — Ona widzi rzeczy, których nie widzi się na pierwszy rzut oka. Więc wiesz. Możesz się męczyć dalej, a możesz spróbować. Tonący brzytwy się chwyta. Albo tonie. 
               Wziąłem kontakt na wszelki wypadek, ale nie uśmiechało mi się z niego korzystać. Był wczesny wieczór, Guy zwinął się do siebie i nalegał, żebym spróbował umówić się z nią jeszcze tego samego dnia. Znał mnie trochę, wiedział, że nie zasnę.

5.4.19

Z przyjaciółmi nie robi się takich rzeczy

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi 



               Tamtego popołudnia umówiliśmy się na wspólne spędzanie leniwego wieczora. Babcia już wyjechała i Oscar nawet pofatygował się o zawiezienie jej na lotnisko, żeby wkupić się w jej łaski, sądził bowiem, że przez te wszystkie żarty, jakimi raczył naszą klientelę, niezbyt zanim przepadała. A ja nie miałem najmniejszego zamiaru wyprowadzać go z tego błędu. Nie miałem nawet argumentów, babcia skrycie go uwielbiała, lecz sam nie miałem pojęcia dlaczego. 
               Nieszczęsne problemy egzystowania w związku pojawiły się już tego samego dnia. Może powinienem był się tego spodziewać, może nie. Kiedy byliśmy młodsi, z ignorancją i przysłowiowym machnięciem ręki reagowałem na jego wieczne wyjebanie. Delikatniej się tego powiedzieć nie dało, bo delikatne to nie było ani w jednym calu. Myślałem wówczas, że bawi się nowo zdobytą kobietą, udaje niedostępnego, spotkał inną albo się pokłócili. Jego relacje nigdy nie trwały długo, ponadto Carter mało o nich mówił i zdawał się być kompletnie niezainteresowany swoimi "drugimi połówkami". Jako jego najlepszy przyjaciel nigdy nie śmiałem się wtrącić w te sprawy, gdzieżbym mógł - ja, z zerowym doświadczeniem w związkach? A wszystkie ostatnie wyobrażenia sprowokowane zapewne wyłącznie przez zboczone japońskie mangi traktowałem sceptycznie, myśląc raczej o przygodach łóżkowych aniżeli o wdawaniu się w poważne relacje. 
               Tak czy siak zupełnie zlałem temat, kiedy Oscar z łaski napisał mi krótkiego SMS'a, że się nie pojawi. Żadnych wytłumaczeń, nic, ale jakoś spłynęło to po mnie jak po kaczce. Zająłem się swoimi sprawami, napisałem bzdurny wiersz o wiośnie, podpisałem "Valentine Sykes" i wrzuciłem do szuflady, w której leżała takowych sterta. Nie odważyłbym się ich publikować. W końcu się położyłem, zasnąłem i tyle było ze mnie pożytku.
               Z samego rana obudził mnie dotyk mojego domniemanego kochanka. W normalnym stanie zerwałbym się na równe nogi i zaczął wrzeszczeć, że co on tu w ogóle robi i jakim prawem znowu dorobił sobie klucze do mieszkania mojej babki, ale sposób, w jaki mnie dotykał i aura słodkiego przedwiośnia... Jeszcze śniłem i śniłem właśnie o tym, żeby zaczął mnie rozpieszczać. Leżał przy mnie, wtulony w mój kark i głaskał delikatnie poranny wzwód. W tej porannej półprzytomności naprawdę nie mógłbym wymarzyć sobie niczego przyjemniejszego niż jego ciepłe dłonie pieszczące moją męskość - z kobiecą wręcz subtelnością i hamowaną namiętnością. Składał pocałunki pod moim uchem, co miło łaskotało i przywoływało dreszcz i falę gorąca oblewającą ciało od stóp do głów. 
— Jesteś zły, że nie przyszedłem? — spytał szeptem.
— Ee — wymamrotałem, nie chcąc się jeszcze przebudzać.
— Masz ochotę na śniadanie do łóżka? — zapytał ciepło.
— Yhy.
               Myślałem wówczas, że po prostu nie chce mnie budzić, stąd ten drżący ton głosu. Jednak, gdy wrócił do pokoju z tacą, sponad której unosił się zapach gorących gofrów z owocami i herbaty z konfiturą, zauważyłem troskę malującą się na jego twarzy i ta rozpaczliwa aura w ułamku sekundy przygniotła mnie tak mocno, że omal nie zacząłem się dusić. Usiadł obok mnie i zapalił papierosa. Podniosłem się powoli do pozycji siedzącej. Jego stan tak mnie wystraszył, iż na chwilę zapomniałem o wszystkich dziwnych wydarzeniach dnia poprzedniego.
— Co ci jest? — spytałem z trwogą.
— Cieszę się, że cię widzę — odparł, uśmiechając się lekko.
— Nie wątpię — westchnąłem. — Ale ślepy nie jestem. Coś cię trapi.
— Jakoś się nie wyspałem — dodał.
— Skąd ja wiedziałem, że to powiesz... — wymamrotałem. — Nie próbuj mnie oszukać, bo wiesz, że w tych sprawach się nie mylę. Jak będziesz gotów, to mi powiedz.
               Ale Carter upierał się przy swoim, że nic mu nie jest. Ja natomiast byłem w posiadaniu nadludzkich umiejętności czytania z ludzi jak z otwartych książek - zawsze wiedziałem, jak się czują i czy coś im dolega. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób to nabyłem, ale jednego byłem pewien: nienawidziłem tej zdolności i dopłaciłbym, gdyby ktoś zgodził się zabrać ode mnie tę klątwę. 
               Tak czy inaczej nie powiedział ani słowa, a ja nie nalegałem. Cały dzień był nieobecny i jak już raczył na mnie spojrzeć, to wzrok miał tak oziębły i pusty, jakbym stał się nagle jego wrogiem. 
— Oscar, — powiedziałem w końcu — może to jednak nie był dobry pomysł, co? Może powinniśmy się kumplować? 
               Poczułem lekki ścisk w klatce piersiowej, wiedziałem jednak, że jego aprobata uwolni mnie z tych sideł i przyniesie ulgę. 
— Nie — odpowiedział stanowczo i zwrócił się ku mnie. — Potrzebuję cię, Tiny. 
— Przecież widzę, że coś nie gra — syknąłem. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. — Potrzebujesz mnie jako przyjaciela.
— Z przyjaciółmi nie robi się takich rzeczy — odparł, po czym pocałował mnie beznamiętnie. 
— Z kochankami też nie. Przez tę chwilę miałem wrażenie, że ktoś ci zapłacił milion milionów, żebyś to zrobił.
               Ku mojemu zaskoczeniu Carter pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Milczał przez dłuższą chwilę, a ja nie odważyłem się przerywać tej dziwnej ciszy.
— Nie wyobrażasz sobie, jak się teraz biję z myślami — powiedział w końcu.
— Ta? A jakie to myśli? — spytałem z udawaną ciekawością.
— Że powinienem cię zostawić — odpowiedział.
— To miejmy to za sobą, kurwa! — wrzasnąłem. — Debila ze mnie robisz czy co?
— Czekaj! — krzyknął i złapał mnie za nadgarstki, żeby mnie uspokoić.
               Jego wzrok się zmienił. Teraz był zupełnie inny. Zmęczony, pozbawiony energii i siły. Twarz miał bladą i smutną. Wystraszyłem się. Wyglądał jakby był na coś poważnie chory.
— Ciężko mi o tym mówić — wyjąkał. — To się może wydawać absurdalne, ale... to nie są moje myśli. Nie, że słyszę głosy czy coś... To jak wewnętrzny krytyk, tylko taki, co gada o wiele więcej, o wiele częściej.
— Czemu chce, żebyś mnie rzucił? — spytałem, próbując się uspokoić.
— Mówi, że cię skrzywdzę.


21.3.19

Zapragnij mnie tak bardzo, jak ja pragnę ciebie

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi




               Moje ciało w ułamku sekundy oblał zimny pot, zakręciło mi się w głowie, a przed oczyma pojawiły się mroczki sygnalizując, że lada chwila padnę jak mucha na posadzkę, stracę przytomność i ewentualnie skonam. W tym amoku zdołałem dostrzec, iż Oscar jest równie skołowany, odchrząka znacząco, nerwowo poprawia kołnierzyk koszuli i spogląda w dół, bacznie przyglądając się białej cieczy zastygającej na starych kafelkach. Zdawać się mogło, że jest zszokowany moim pocałunkiem, choć dopiero co robił mi rzeczy, jakich nie robi się najlepszym przyjaciołom. Nawet takim na śmierć i życie. 
— To pewnie przez to yaoi — wymamrotałem grając na zwłokę. — Zapomnij o tym, każdemu się zdarza chwila słabości. Mógłbyś?
               Carter wykrzywił usta w lekkim grymasie i powoli podniósł wzrok. Zauważył chyba, że nie czuję się najlepiej, podszedł bliżej i złapał lekko za ramiona, żebym się ocknął.
— Valentine, znasz mnie, wiesz, że nie zwykłem mówić o tym, co czuję — powiedział. — Ale mnie ruszyło to, co się właśnie stało i nie wiem, co mam o tym myśleć. 
— Obydwaj jesteśmy zdezorientowani — wyjąkałem, bojąc się kontaktu wzrokowego.
— Nie, nie mam na myśli dezorientacji — odparł. — Serce mi wali jak szalone, ale to nie przez to, że się nie spodziewałem twojego pocałunku. To znaczy... owszem, w najśmielszych marzeniach bym nie przypuszczał, że aż do tego stopnia postanowisz zaangażować się w bycie moim królikiem doświadczalnym, ale... Chodzi o to...
               Spuścił głowę. Zacząłem się denerwować, zupełnie nie wiedziałem, co takiego próbuje mi właśnie powiedzieć. Uwielbiał psuć atmosferę głupimi żartami, ale nie wyglądało na to, że pofatyguje się o to w tak niejednoznacznej sytuacji. 
— Podobało mi się. — Wyrzucił z siebie w końcu.
               Odchyliłem głowę do tyłu, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. 
— Chyba nie chcesz powiedzieć, że... — zacząłem niemrawo.
— Chyba chcę — odpowiedział po chwili zastanowienia. — Chyba chcę spróbować się z tobą umawiać.
— Oscar, nigdy nie randkowałeś z facetami, a może o czymś nie wiem? — spytałem cicho. — Taka nagła zmiana orientacji nie bardzo jest możliwa. Nawet jeśli rzeczywiście w skryciu zawsze lubiłeś też kolesi i właśnie to odkryłeś... Skąd takie pogodzenie się ze stanem rzeczy? Przyjaźnimy się od tylu lat...
— ...I dlatego wiem, jaki jesteś, co lubisz i czego mogę się po tobie spodziewać — przerwał mi. — To mi chyba... całkiem odpowiada.
— To nie do końca tak — westchnąłem, spuszczając wzrok. — Możesz mnie znać na wylot, a i tak będę innym kochankiem niż przyjacielem. Każda relacja porusza inne rejony... wiesz...
— Możesz to zrobić jeszcze raz? — zapytał nagle. — Albo przynajmniej pozwolić mi zrobić to za ciebie?
               Zaniemówiłem. Zaniemówiłem, a on prawdopodobnie milczenie uznał za znak aprobaty. Przełknąłem ślinę i nieomal się nią zakrztusiłem. Cały drżałem. Spojrzał na moje usta, przybliżył się, po czym... musnął je lekko i finezyjnie oblizał. Rozchyliłem wargi, tym samym pozwalając mu na francuski pocałunek, a on skorzystał z okazji. Tańczył językiem wokół mojego, wplatając palce w moje włosy. Nie poprzestał na jednym. Odsunął się na krótką chwilę, by złapać oddech i raz jeszcze poczuć smak moich ust, w sposób jeszcze bardziej delikatny i subtelny. 
— Oscar — szepnąłem, gdy skończył. 
               Jednak nie skończył. Drugą ręką objął mnie w pasie i znów przylgnął swoimi wargami do moich, rozpływając się w ulotnej chwili. Całował mnie wówczas nieco bardziej namiętnie, z pewnym pożądaniem i, jakby, pewnością, że nie ma w tym absolutnie nic złego. A może nie? A może właśnie to był zakazany owoc, którego pragnął posmakować, póki ma okazję?
— Mmm... — jęknął cicho, wtulając się w mój kark. — Valentine, działasz na mnie i nie wiem dlaczego. 
               Odpowiedziałem milczeniem. Oddychałem ciężko i usilnie próbowałem poukładać sobie to wszystko w głowie. 
— Chcę cię dotykać — powiedział nagle, czego wynikiem był gorący dreszcz przebiegający całe moje ciało. — Tak, żebyś płonął i rozpływał się pod opuszkami moich palców. 
— Czułbym się wykorzystany — wydobyłem z siebie.
— Skąd przekonanie, że bym cię zostawił? — spytał. 
— W końcu znajdziesz człowieka, którego szukasz — odparłem cicho. 
— Może znajdę — odpowiedział. — Ale czy to o czymś świadczy? Może byłoby nam dobrze... razem. 
               Po tych słowach pocałował mnie raz jeszcze, a ja, w stanie słabej świadomości, oplotłem jego kark rękoma, w odpowiedzi na co objął mnie w pasie i zaczął delikatnie masować moje plecy. 
— Przecież też tego chcesz, Valentine — szepnął, całując mnie znów. — Zapragnij mnie tak bardzo, jak ja pragnę ciebie.


26.12.18

JongKey - Świąteczny liryk prozaiczny

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Wesołych świąt, czytelnicy Snays! Dostałam górę prezentów od jednej ze stałych czytelniczek - Sandry. Moim prezentem dla niej jako dla fanatycznej fanki Shinee jest ten oto liryk. 
_____________



               Stałem się oziębły niczym królowa śniegu. Z sercem zlodowaciałym, którego nikt już nie ogrzeje. Nie roztopię się już nigdy pod twoimi chłodnymi palcami. Nie rozpłynę od wzroku zimnego jak głaz. I ty nie odmarzniesz w moich ramionach, odkąd wyrwał mi cię Morfeusz.
               Gdybyś tylko był niczym przebiśnieg, który zimą ginie, by znów nagle skutą lodem ziemię przebić znienacka. Wszystko bym za to oddał, lecz to jak budowanie zamków na lodzie. Na wodzie zamarzniętej jest to pisane. 
               Zimnym wzrokiem jak stal martwo spoglądam na lawinę śniegu, białą śmierć, co blada jest jak moja twarz. Znika zieleń i czerwień, życie śmierci ustępuje. Mróz mi nos mrozi i krew w żyłach. I cicho tu niczym w grobie. Zamarzam cały i na złość tobie odmrożę sobie uszy. Siedzieć tu będę do kolejnego białego rana. Z udawaną nadzieją.
               Byłeś taką białą zbłąkaną owieczką. Moim prywatnym aniołem na ziemi. W biały dzień odszedłeś, by powiększyć grono cherubinów w niebie, wywołując zimną wojnę w mojej głowie. Zimny prysznic okrył moje oziębłe ciało. Nie miałem bladego pojęcia...
               Podążałeś swą drogą krzyżową nie opatrzywszy swych obolałych krwawych stóp. Sam dźwigałeś swój krzyż na zmęczonych trudem plecach. Płatki śniegu niczym ty kruche skrzyły się na kosmykach twoich włosów, choć nic nie szło jak z płatka. A my mieliśmy bielmo na oczach i mleko pod nosem. Siano w głowie zamiast pod obrusem. 
               Byłeś takim białym krukiem, a w stadzie wilkiem samotnym w białej masce teatralnej. Któż w tej niewiedzy wiedzieć mógł, iż mroźną zimą samotne wilki umierają, a tylko stado przetrwa. I własną drogą pójdzie, ślady przecierając. Zaprosiłbym cię do białego walca, lecz jesteś już blady. Blady jak śmierć. I tylko mi w głowie zostać hieną cmentarną i wygrzebawszy cię spod osuwisk mlecznobiałego śniegu na moment, na chwilę za zmrożoną dłoń chwycić, szukając ciepła, którego tak mi brak. 
               Są święta. Chciałbym mieć dla ciebie chociaż jedno małe pobożne życzenie. Byś był teraz w siódmym niebie. I chodził z głową w chmurach. Siedział u Pana Boga za ciepłym piecem. Moje pobożne życzenie. Nadal słyszę twój łabędzi śpiew.


4.8.18

Jeździec bez błony

Dział: Robin Fiut & Conan Deflorator
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi





Z perspektywy Conana



               Odkąd wywiozłem Robina na jego własną prośbę godzinę od miasteczka, był na mnie śmiertelnie obrażony, bowiem jego misja nie doszła do skutku. To znaczy, powiodła się, jednak tylko pogorszyła wynik naszych badań. Błagał mnie o ratunek, byłem jednak zajęty swoją częścią eksperymentu.

               Pewnego pięknego ranka na znanej stronie gejowskiej prowadzonej przez największego pedała w kraju, którą razem z Robinem regularnie śledziliśmy, pojawił się wpis o tyłkach mężczyzn uprawiających jazdę konną. Zaciekawił mnie ten artykuł. Mistrz opiewał w nim zalety miękkiego niczym aksamit zadka każdego chłopca trenującego ten arcypiękny sport. Postanowiłem sprawdzić, ile prawdy jest w jego słowach.
               Założyłem błękitną koszulę i jeansy, narzuciłem na siebie granatową marynarkę, na nos wsunąłem drogie okulary przeciwsłoneczne. Chwyciłem w dłoń skórzaną aktówkę i dopieszczony perfumami Prady opuściłem swój apartament. Wsiadłem do drogiego samochodu i udałem się prosto na pole jeździeckie na obrzeżach Deneville.
               Trwał akurat trening, więc trafiłem w najlepszy moment. Bardziej sprzyjającej sytuacji nie mogłem sobie wyobrazić. W dodatku główny trener był nieobecny i dzieciaki szkolił student wyższej rangi. Oparłszy się o drewniane ogrodzenie uważnie obserwowałem każdy jego ruch, każdy moment, kiedy koń podrzucał go gwałtownie nad sobą. Tę grację. Tę wdzięk. Ten tyłek.
               Chwilę po pokazie jeden z bachorów wskazał na mnie palcem i moje obserwacje szlag jasny trafił. Jednakże była to doskonała chwila na rozpoczęcie pierwszej części mojego diabelskiego planu przelecenia młodego trenera jeszcze tego wieczora. Ów młody mężczyzna, a raczej jeszcze chłopczyna, ostrożnie podszedł do mnie, by zapytać kim jestem i czym mógłby mi pomóc. W odpowiedzi na zadane przez niego pytania seksownie zagryzłem wargę, po czym uśmiechnąłem się zawadiacko, zsunąłem z nosa okulary i podałem mu dłoń w silnym, lecz nie krępującym uścisku.
— Nazywam się Conan — odparłem, zniżając ton do aktorskiego diapazonu. — Jestem łowcą talentów. Myślę, że powinniśmy wypić razem kawę.
              Tylko ślepy nie dostrzegłby tego błysku w oku młodzieńca, którego głupota nakazywała mu wierzyć w istnienie tych postaci fantastycznych, jakimi byli łowcy talentów. Pochwaliłem jego profesjonalizm, kiedy zapytał, czy mógłby dokończyć trening i wziąć szybki prysznic. Postanowiłem poczekać na niego na miejscu i poukładać sobie wszystko w głowie. Coś w głębi duszy podpowiadało mi, iż tego dnia eksperymenty moje i Robina dobiegną końca i nareszcie rozpocznę długi, namiętny romans. W dodatku z młodym przystojnym blondynem mającym doświadczenie w ujeżdżaniu nieposkromionych rumaków.
               Był potulny jak dziecko. Przedstawił się jako William i bez zbędnych pytań wsiadł do mojej fury nie wiedząc, co go czeka. Dłonie chyba pociły mu się ze stresu, co chwila pocierał nimi o spodnie. I to był moment, który musiałem wykorzystać.
— Czy to skromność? — spytałem, śmiejąc się cicho. — To zdenerwowanie nieadekwatne do twojego talentu, Will.
— Proszę mnie nie przeceniać... — wyjąkał cicho. — Dopiero zaczynam.
— Jednak z jakiegoś powodu jesteś tu ze mną i zgodziłeś się porozmawiać — odparłem. — Obydwoje wiemy, jak wielkie są twoje zdolności, ale z niewiadomych mi przyczyn tylko ja mówię o tym głośno. Jesteśmy na miejscu.
              Zaparkowałem samochód i zaprowadziłem go do samej furtki ogradzającej moją małą willę.
— Chciałbym, żebyśmy mieli spokój, dlatego zapraszam cię do mojego mieszkania. Czy nie będzie to dla ciebie niekomfortowe? — spytałem, nadal się uśmiechając.
               Pokręcił głową na boki. "A jakby mogło ci przeszkadzać, skoro postawiłem cię w takiej sytuacji, że niekulturalnie byłoby odmówić", pomyślałem. Otworzyłem przed nim bramkę i bacznie obserwowałem, z jakim szokiem obserwuje bogato urządzone otoczenie. Zaprowadziłem go do środka.
— Napijesz się czegoś? — spytałem, krzątając się przy kredensie. — Kawa? Herbata? Może koniak na rozluźnienie? Myślę, że można już założyć, iż będzie co opijać.
               Odwróciłem jego uwagę kolekcją ozdobnych słoi z Argentyny i szybko zamknąłem laptopa, na którego ekranie widniał tytuł niezamkniętego artykułu o tytule "Pieprz chłopaka, co wskakuje na rumaka!".
               Kiedy przy szklaneczkach mocnego alkoholu zajęliśmy miejsca w salonie na dwóch stojących po przeciwnych stronach etażerki sofach, rozpiąłem dwa guziki koszuli i rozpocząłem dyskusję.
— Mogę sprawić, że będziesz miał wszystko, o czym zamarzysz — zacząłem, używając typowych gadek motywacyjnych, by tylko nie wyszło na jaw, iż nie mam zielonego pojęcia o jeździectwie. — Konkursy, zwycięstwa, miliony ludzi patrzących tylko na ciebie. Hollywood, wywiady w telewizji. Kobiety błagające o autografy.
— To brzmi... jakby było niemożliwe — powiedział cicho.
— A jednak — odpowiedziałem. — Widzisz ten apartament? Wynająłem go na jedną noc. Przyjechałem tu pewnie wiesz skąd. Na początku odmówiłem, błędnie uznałem, że to dziura zabita dechami i nie ma tu nikogo z talentem. A potem... A potem znalazłem ciebie. Wypijmy za to spotkanie, Will.
               Stuknęliśmy się szklankami i kontynuowałem wpajanie mu bzdur wyssanych z palca i opowiadałem bajki tak długo, aż nie zauważyłem wyraźnego upojenia alkoholowego w jego oczach. To był znak, że to czas na przejście do kolejnej części planu.
— Jednak, Will, jak to w każdej branży bywa, jest też ta zła strona tej branży — kontynuowałem, spuszczając wzrok. — Kontrakty wymagają odpowiedniego wyglądu, jest to narzucone z góry przez media, z którymi współpracujemy. Wiesz, co najbardziej przykuwa uwagę potencjalnego widza?
— Co? — zapytał z ciekawością.
— Pośladki — odpowiedziałem. Nie wyglądał na zdziwionego. — Wymagają odpowiednich parametrów. Jeśli znasz się dobrze na swojej pracy, na pewno wiesz, co mam na myśli.
— Tak — odparł, zagnany w ślepą uliczkę.
— Mogę podpisać z tobą kontrakt jeszcze w tym tygodniu, lecz musisz pozwolić, żebym sprawdził kilka rzeczy. Rozbierz się proszę. Tam jest łazienka. Zasłonię okna.
               Chłopczyna był tak skrajnie zafascynowany moją przemową i tak posłusznie wypełniał moje polecenia, że aż było mi wstyd za moje zachowanie. Zaszedłem jednak za daleko. W pomieszczeniu zapanował półmrok. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie i oczekiwałem cudu.
               Kiedy William nieśmiało opuścił toaletę, uśmiechnąłem się delikatnie. Skinąłem dłonią aby podszedł bliżej. Dokładnie mierzyłem wzrokiem każdy najmniejszy fragment jego nagiego ciała. Gdy stał już przy mnie, przesunąłem dłonią po jego biodrze, mocno zaciskając palce na jego pośladku. Niewiarygodnie miękki i sprężysty. Chwyciłem jego uda i szybkim ruchem posadziłem go na swoich kolanach, nie przestając masować jego delikatnej pupy.
— Jakie to uczucie, kiedy ktoś cię tam dotyka? — wyszeptałem.
— W porządku... — wymamrotał, błądząc wzrokiem po ścianach.
— Spójrz mi w oczy — nakazałem. Wykonał żądanie. — Masz niewiarygodny talent, Will... Nie mogę uwierzyć, że znalazłem tutaj kogoś tak wspaniałego jak ty... — mówiłem cicho, po czym niepostrzeżenie przeniosłem dłonie na jego stwardniałe z zimna sutki. — Cśś. Nic nie mów. Zasłużyłeś na chwilę relaksu. Zaufaj mi. I nie urywaj kontaktu wzrokowego.
               Jego ciało powoli wyginało się w łuk, a klatka piersiowa podnosiła się, prosząc o więcej. Pochyliłem się nad nim i zacząłem delikatnie pieścić jego sutek językiem.
— P-panie Conan, to dziwne — wyjąkał, gwałtownie zaciskając kolana.
— Co takiego? — spytałem, przerywając na moment.
               Nie odpowiedział. Jego policzki pokryły się rumieńcem. Chwyciłem jego podbródek, uniosłem lekko i złożyłem namiętny pocałunek na jego ustach. Kiedy poczułem, że chce mi przerwać, delikatnie objąłem ręką jego członka, masując go lekko.
— Mm, nie — wyjąkał odpychając mnie. — Proszę tego nie robić.
— Nie robić czego? — spytałem ze zdziwieniem. — Przecież to ty.
               Obydwaj spojrzeliśmy w dół, na jego niekontrolowanie poruszające się w stronę mojej dłoni biodra.
— Po prostu się nie powstrzymuj, Will — szepnąłem z uśmiechem, głaszcząc go po jasnych włosach. — Jako twój przyszły menadżer mogę cię tak zaspakajać, kiedy tylko sobie tego zażyczysz.
               Wtedy się poddał. Rozpiąłem spodnie i poprosiłem go, aby mi też sprawił trochę przyjemności. Było coś uroczego w tej jego bezradności, w tym, jak musiałem instruować go, co powinien robić z językiem. A później ułożyłem go na brzuchu i wtedy już pozwolił mi na wszystko. Zachowałem jednak nadzwyczajną delikatność, kiedy go rozpychałem i jeszcze większą, kiedy już w niego wchodziłem. Badałem coraz głębsze zakamarki, podczas gdy on nieśmiało szlochał w poduszkę, lecz po chwili zaczął się unosić razem ze mną. Kochaliśmy się więc do późnej nocy. Po tym akcie objąłem go ramieniem, a on wtulił się we mnie i zasnął. Drugą dłonią sięgnąłem po telefon i napisałem do Robina: "Stosunek z chłopakiem jeżdżącym konno NIE DZIAŁA".

31.7.18

Zakonnicy z Santo Renega

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi, sci-fi



(12 godzin wcześniej)

— Jose.
          W izbie pełno było suszonych liści i kwiatów, przez których słodką woń przebijał się zapach palonej kawy. Na starym zjedzonym przez korniki kredensie leżały rozsypane jeżyny, spod stóp wyrastały korzenie drzew. Przez popękane szkło okien wstawionych w stare dębowe framugi wpadały promienie ciepłego słońca i odbiwszy się w srebrzystych kryształkach licznych słojów z przyprawami, kończyły swój żywot rozpraszając się na pokrytych dziwnymi malowidłami ścianach.
— Jose...
          Stare łóżko przypominające bardziej barłóg dzika skrzypiało przy najmniejszym ruchu, materac nie pierwszej młodości trzeszczał przeraźliwie, zeszmacony koc nadszarpnięty był gdzieniegdzie zębem czasu, a podłogę pokrywał jedynie zimny beton i sadza ze starego pieca, lecz było to jedyne miejsce w Odillero, gdzie Roberto czuł się bezpiecznie.
— Mogę już wstać?
— Jeszcze trochę — odparł długowłosy, wchodząc do pomieszczenia z garnuszkiem mleka w dłoniach.
          Jego głowę zdobiła masa jasnych warkoczyków zwieńczonych koralikami, wstążkami i innymi dekoracjami, twarz zaś pokryta była wyblakłymi tatuażami. Topił się w zbyt szerokich zgniłozielonych spodniach i wielkiej koszuli w paski. Jose był szamanem mieszkającym na peryferiach.
— O własnych siłach daleko byś nie zaszedł — powiedział, siadając obok niego i popijając ciepły napój.
— Nie miałem zamiaru wracać do domu, po prostu nie chciałem siedzieć tu sam — odparł Roberto, podnosząc się do pozycji siedzącej. — W zasadzie im dłużej tu jestem, tym bardziej nie chcę wracać.
— Ach tak? — zdziwił się Jose. — To pewnie przez tę wędzoną kiełbasę, której u was nie ma.
— Ale kiedyś muszę chyba wrócić, co? — zapytał Espinoza, uśmiechając się z troską.
          Jose spuścił głowę i zamilkł na dłuższą chwilę.
— No, ładny masz ten mundur, będzie mi go brakować — odpowiedział w końcu. — Bardzo dobrze na tobie wygląda, choć podoba mi się jeszcze bardziej na podłodze w mojej sypialni.

(Teraz)

          Sanchez przedzierał się przez lasy dębów korkowych. Jego umysł pogrążony był we wściekłości tak skrajnej, że zupełnie nie zauważył skradającej się drużyny Ramireza kilka mil za nim. Posuwał się naprzód cal po calu i jak okiem sięgnąć wszystkie gałązki, pnie, mchy i opadłe liście poznaczone były krwią. Gdzieś w tym musiał kryć się głęboki morał. Niepozorny dźwięk, pękająca czaszka, ale słychać go było wszędzie. Trzy razy dziennie. Nawet zabijanie było podporządkowane rozkładowi dnia. Diego pragnął dotrzeć do Odillero, bowiem pododdział Espinozy kilka tygodni temu mijał je w drodze do górskiego zajazdu Mio. Na miejscu przebywał przypadkowo zamieszany w sprawę absolvo były templariusz, z którego Tristan nakazał im wyciągnąć wszelkie informacje. 
          Rafael wraz z resztą postanowił wówczas rozbić obóz między lasem a siedzibą grupy Tierra. Nieświadomi potęgi szału Sancheza niesłusznie uznali, że pod osłoną nocy nie mógł zajść daleko. Postanowili cierpliwie zaczekać, aż słońce wzejdzie nad horyzont i dopiero wtedy ruszyć w pogoń. Julio wydawał się być czymś wyraźnie zaniepokojony, lecz nie pisnął ani słowa, była to przecież wyłącznie jego intuicja. Niestety intuicja Julio rzadko się myliła.
          Javier w chwili przerwy wyjął z torby kilka papierków i zaczął wodzić po nich wzrokiem, jak gdyby je ze sobą porównywał.
— W Odillero mają plantacje tytoniu — powiedział nagle. — Z kolei w Demossie mają deficyt. To bogata kraina. Za dostawę tytoniu mogliby zapłacić nawet w pirycie. W górach mają przecież własne złoża.
— Zaczęło się — wycedził przez zęby Abel.
— Gdyby wystarczyło nam czasu, moglibyśmy udać się na północ i trochę pohandlować. Wszyscy na tym skorzystamy, Abel — kontynuował. — Spójrz tylko. Pieniądze z misji otrzymuje Tristan, rozdziela je na równe racje. Miałbyś w tym spory zysk. Tierra liczy zaledwie około trzydziestu osób.
— Jeśli chcesz znowu przedzierać się przez chaszcze wzdłuż tamtej rzeki przy siedzibie grupy Agua, to proszę bardzo, droga wolna, możesz już iść — prychnął dryblas. — Nie wspominając o tym, że Demossa na pewno przyjmie cię z otwartymi rękoma. Grupa Nieve też ma w pobliżu kryjówkę, możesz skoczyć do nich na kawę.
— Zawsze można pohandlować gdzie indziej. Chociażby Conda, miasteczko u podnóży gór... Daliby nam podrabiany piryt, ale to z kolei moglibyśmy wymienić na rudy żelaza w Rubii — mówił. — Skorzystałbyś na tym.
— Nie przekonują mnie te twoje cyferki — syknął.
          Powoli się rozjaśniało. Julio z niepokojem obserwował Rafaela. W powietrzu unosiło się coś dziwnego, nie potrafił tego zdefiniować, ale z każdym momentem odczuwał to coraz mocniej. Kiedy Abel i Javier gawędzili w najlepsze, oczom Ramireza ukazała się grupka nieznajomych podążająca w ich stronę.
— Ksz-ksz — uciszył ich.
          Abel bez zastanowienia złapał za nóż i schował go za plecami.
— Spokojnie. Idą z południa — powiedział nagle Rafael. — To muszą być zakonnicy z Santo Renega.
          Tymczasem Sanchez gnał przed siebie, nie tracąc czasu na przerwy. Czekał, aż dojrzy prześwity słońca spomiędzy koron drzew i dostanie się do bram Odillero. Zamiast tego jednak...

28.7.18

Tylko mnie popchaj

Dział: Robin Fiut & Conan Deflorator
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi



                Kierowca nie miał duszy romantyka, dlatego nie był zaskoczony. Bowiem dlaczego w zdziwienie miałyby wprawić go zjawiska, które widywał każdego wieczora w trasie, odkąd zaczął pracować w tej branży? Rozciągające się w nieskończoność pełne gęstwin lasy liściaste nie były niczym nowym. Czerwone słońce kąpiące się w fiolecie rozrzedzonych chmur nie poruszały jego serca z kamienia. Pola kwitnące żółtym pachnącym rzepakiem nie czyniły go zdekoncentrowanym, a tym bardziej zamyślonym. Ale co na tym bezludnym pustkowiu robiła zakonnica łapiąca stopa?
— Dzień dobry, siostro, czym mogę pomóc? — spytał zdezorientowany.
               Wydawała się nieco speszona, choć zapewne przez to, z jak przeraźliwie głośnym piskiem opon zatrzymał się tuż przy niej. Taki miał nawyk. Zwykł pędzić autostradami, słuchając ciężkiego stoner rocka i nawet w terenie zabudowanym gwałtownie hamował, gdy ktoś znienacka wybiegał na jezdnię. Kiedy zaś wyskakiwały zwierzęta, nie fatygował się.
— Dzień dobry — odpowiedziała w końcu, wracając do żywych. — Chciałabym dostać się do najbliższego miasta, powinno znajdować się jakieś czterdzieści kilometrów stąd.
— Ma siostra na myśli Deneville? To miasteczko na wzgórzu? — spytał, nie wyciągając papierosa spomiędzy warg. — Nie po drodze, ale mogę zmienić trasę. Może przynajmniej dzięki temu Bóg będzie miał mnie w opiece.
               Przy małej pomocy kierowcy zakonnica nieudolnie ulokowała się w zadymionym tirze, ostrożnie zapięła pasy i odetchnęła z ulgą. Mężczyzna nie zadawał pytań, gdyż mimo jego co najmniej bezczelnego i nadzwyczaj prostackiego charakteru towarzystwo osoby duchownej nakazywało mu zachować choć minimalny dystans. Uznał zatem, iż po raz pierwszy i ostatni uczyni w swoim długim marnym życiu coś dobrego, to może choć trochę zmniejszą ogień piekielny, kiedy już trafi w szpony Beelzebuba. A tego, że tam wyląduje, był akurat pewien. Milczał więc, wyłączył muzykę i niezręczną ciszę przerywał tylko ryk silnika.
— Wy, kierowcy... — powiedziała nagle z uśmiechem siostra zakonna. — Wy, kierowcy, wy to macie dobrze.
               Mężczyzna spojrzał na nią kątem oka, lecz zupełnie zignorował wypowiedziane przez nią słowa. Zgasił papierosa i zaraz po nim odpalił kolejnego. Ich oczom ukazał się średniowieczny zamek wyrastający spomiędzy wysokich gór, co odwróciło uwagę zakonnicy. Przyglądała mu się dokładnie, delikatnie mrużąc powieki. Miała retrospekcję?
— Wy, kierowcy — zaczęła znów, choć mężczyzna zupełnie zapomniał już, że ktoś siedzi na miejscu pasażera.  — Macie dobrze. Możecie tak zgarnąć z drogi piękną kobietę.
              Wypuścił dym z ust, jednak po raz kolejny nie skomentował tej uwagi. Na usta cisnął mu się szowinistyczny żart, jakim na pewno uraczyłby swoich kolegów z branży, ale pamiętał, kim jest kobieta i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż nie wypada mu mówić takich rzeczy.
— Wy, kierowcy — odparła po raz kolejny, gdy znajdowali się już właściwie w samym Deneville, na leśnej drodze prowadzącej do centrum. — Wy to macie dobrze. Możecie tak zabrać piękną kobietę i zrobić z nią co tylko chcecie.
— Dobra — odpowiedział zniecierpliwiony, po czym zahamował ostro i wjechał w boczną ciemną dróżkę. — Niech będzie. Tu chyba nikt nas nie zobaczy.
               Wysiedli obydwoje i stanęli tuż przed maską tira. Siostra podniosła delikatnie spódnicę, na gołych kolanach uklęknęła przed nim, on rozsunął rozporek. Gdy dokonała cudu, jak na osobę duchowną przystało, poprosiła nieśmiało:
— Tylko proszę z tyłu, wie pan... Ksiądz nam błony sprawdza.
               Kierowca wzruszył ramionami. Oparł kobietę o samochód, zsunął z jej bioder jedwabną bieliznę i bez uprzedzenia i zbędnej delikatności wszedł w nią natarczywie i gwałtownie, w czego wyniku spomiędzy jej ust wydobył się przeraźliwy krzyk, poprzedzający jednak falę długich pełnych satysfakcji i zaspokojenia westchnień. Odsunął się i z kultury nawet przyodział ją z powrotem. Ona wówczas obróciła się przodem do niego i wykrzywiła twarz w pełnym grymasie.
— Wy, kierowcy, macie dobrze — powiedziała znów. — A my, pedały, musimy sobie radzić.


***


Z perspektywy Robina

— No, czego? — spytał tonem głosu człowieka zmęczonego życiem.
— Conaaaaaaaaaaaaaaaaaan! — wydarłem się prosto w słuchawkę, nie mogąc złapać tchu. — Nie działa! Stosunek z przypadkowym człowiekiem nie działa! 
— Czego tak dyszysz? — zapytał z odrazą.
— Bo mnie tirem, kurwa, goni!
               I tak skończyło się kolejne wyzwanie rzucone przez kumpla też pedała. Naszą największą zmorą był fakt, że żaden z nas nie odczuwał zaspokojenia, w wyniku czego pieprzyliśmy się z wszystkimi i wszystkim, prowadziliśmy tajne eksperymenty i badania, lecz każda opcja prędzej czy później okazywała się błędna. Nie działali przystojni wytatuowani barmani, nie działały kobiety. Satysfakcji nie przynosił seks ze staruszkiem ani z dzieciakiem. Nie byliśmy w stanie nawet masturbować się na widok płodów ani zwierząt. Dziuple drzew nie pomagały. Znajdowaliśmy się z Conanem na skraju wyczerpania i łudziliśmy się nadzieją, iż to jeszcze nie jest nasz koniec. 

23.7.18

Samotna podróż do Odillero

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi, sci-fi



         Nim jeszcze słońce pojawiło się na horyzoncie, Diego pod osłoną nocy udał się na poszukiwania zaginionego oddziału przyjaciela. Chciał czym prędzej odnaleźć Espinozę i nie pozwolić na to, co pragnął zgotować mu Tristan Martinez.
          Starał się nie myśleć o tym, jaka kara spotka go za dezercję. Modlił się do Boga, w którego nie wierzył, iż skończy się na chłoście, torturach lub dodatkowych pracach i trudniejszych misjach. A Roberto był mu zbyt bliski, żeby zostawić go na pewną śmierć. Dlatego ryzykował własnym życiem, przemierzając samotnie ciemne ponure lasy po omacku, narażając się na ataki zwierząt i dzikich zwierząt, czyli innych grup poszukujących absolvo.
          Tymczasem drużyna Rafaela przygotowywała się do kolejnej misji. Otrzymali ją dość niespodziewanie, zaraz po tym, gdy wyczerpani i ranni powrócili z poprzedniej, która okazała się być zasadzką. Nie zdołali nawet wylizać ran w obozie, kiedy posłaniec dostarczył im pergaminy ze wskazówkami.
          Abel siedział na swoim starym trzeszczącym materacu i przecierał powieki tak mocno, że zrobiły się czerwone. Javier i Julio zerwali się zaś na równe nogi. Obydwaj słynęli z sumienności i uczciwości wobec grupy. Każdy z nich liczył na odnalezienie absolvo, jednak z zupełnie różnych powodów.
          Julio Macias był najmłodszym członkiem swojego pododdziału, ale także całej grupy. Trafił tam zupełnie przez przypadek - podobnie jak Diego Sanchez został znaleziony na odludziu jeszcze jako nastolatek, a potem po latach wbijania do głowy bezmyślnych sloganów i treningów walki wręcz gotów był stanąć na polu bitwy. Macias miał ledwie dwadzieścia lat, jego techniki wymagały dopracowania, a wieczne rozmyślania o miłości doprowadzały pozostałych do szału. Mimo to jego poukładanie często ratowało im tyłki, kiedy chociażby zaciągał ich pijane mordy do oberży, gdzie obowiązywał stanowczy zakaz bójek.
— To nietrudna misja — mówił Javier, zapinając skórzany pasek, który zdjął ze zwłok ostatniego człowieka, jakiego zabił. — Można by przy okazji nieźle dorobić.
— Szkoda czasu na zabawę w poboczne wątki — warknął Abel. — Załatwmy to i miejmy z głowy. Muszę jak najszybciej wracać do obozu. Widzisz tę bliznę? Oberwałem dwa dni temu, podczas gdy ty byłeś zajęty eksplorowaniem ekwipunku wroga, mimo że nikt nie został jeszcze powalony. To się nazywa współpraca. Typowa współpraca z Javierem.
— Nie masz ochoty zjeść więcej mięsa po powrocie? — spytał, jak gdyby w ogóle nie słuchał towarzysza, a jego słowa wpadały mu jednym uchem, momentalnie drugim wypadając. — Co o tym myślisz, Rafael?
          Rafael Ramirez nie bez powodu był dowodzącym pododdziału. Cechowała go rozwaga i właściwe podejmowanie decyzji. Wydawał się być nieco oschły, ale wbrew pozorom udało mu się zachować ludzkość mimo czasów, w jakich żył.
— Jeśli mamy siedzieć na ogonie Sanchezowi, będziemy musieli zatrzymywać się co jakiś czas. W końcu mamy tylko dopilnować, żeby nic nie spieprzył, a nie łapać go, wiązać i zabierać z powrotem do bazy — odparł, wpatrując się we wschodzące za oknem słońce. Ledwie rozświetlało pomieszczenie, w którym się znajdowali. — Rób, co chcesz, Javier, dopóki jesteś skupiony na misji, dopóty masz moje pozwolenie na indywidualne działania.
— Nie wydaje się to wam głupie? — spytał nagle Abel. — Absolvo może być wszędzie, nawet w śmierdzącej dupie tego pieprzonego Sancheza, a my zamiast go szukać musimy śledzić jednego ze swoich, żeby nie dał się zabić.
— Może faktycznie absolvo jest w jego śmierdzącej dupie — wtrącił Javier.
— Straciliśmy już wielu ludzi, to pewnie dlatego — odezwał się milczący dotąd Julio. — Fakt faktem strategia Tristana jest zaskakująca. Gonić zdrajcę tak długo, aż sam nie zechce wrócić... Ta misja może trwać całe życie. Chwila... Może właśnie na to liczy Tristan?
— Nie sądzę — odparł Rafael. — Raczej wie, że Diego zawróci, ale do tego czasu chce zapewnić mu bezpieczeństwo. Nie da się ukryć, że chłopak potrafi się bić.
          Wyruszyli o świcie. Udali się w stronę Odillero, gdyż właśnie tam podążał Sanchez, z czego Tristan doskonale zdawał sobie sprawę. Siedział więc w swoim gabinecie i palił cygaro, z lekkim uśmiechem wpatrując się w kartkę z napisem: "Rozkazy dla oddziału Rafaela Ramireza: znaleźć Roberto Espinozę i wyeliminować go (zdrada)". Dobrze wiedział, iż Espinoza nie byłby zdolny do takiego czynu, lecz fałszywa informacja o zamiarach pozbawienia mężczyzny życia miała tylko podjudzić Sancheza do działania. W Odillero czekało na niego bowiem coś specjalnego.

20.7.18

Jazz

Dział: Leucocyte
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Thriller






Morfeusza śmierć.

               A gdybyś nagle przestał spać? Jakby twoje powieki odmawiały posłuszeństwa i potrafiły trzepać tylko zalotnie rzęsami zamiast na dobre się zamknąć. Pomyślałbyś wtedy, że, jak to bywa z oczami, znów cię przejrzały i wiedzą doskonale, jaki masz plan? Czy byłyby zdolne wyczuć tę obrzydliwie okrutną strategię, wedle której postanowiłbyś zatrzasnąć je niczym ostatnie drzwi i nie otworzyć ich nigdy więcej?
               Pewnie uznałbyś to za męczące, tak się wybudzać nie ze snu, a z dziwnej medytacji każdego ranka, a śpiew rannych ptaków przestałby się kojarzyć z preludium słonecznego dnia, a zacząłby przyprawiać o ból głowy. Zimny prysznic już by nie odświeżał, a uświadamiał o boleściach w krzyżu i pomarszczonej skórze pod oczami. Kawa nie smakowałaby kawą ani papieros nie smakowałby papierosem, gdyż język zakuty by został przez umysł w okowy zmęczenia tak kolosalnego, że zmysły nie mogłyby działać. 
               I trwałoby to tygodniami, bez wyraźnej przyczyny, a zatem i bez rozwiązania. Chodziłbyś niczym amoku wśród tłumów spieszących się ludzi i spieszyłbyś się z nimi, choćby donikąd, byleby tylko z celownika twoich myśli zniknął ten stan, w którym się znajdujesz. Obserwowałbyś siebie z perspektywy obserwatora, prowadził w głowie milczącą narrację i stałbyś się płaski i papierowy jak pozostali bohaterowie tej kiepsko napisanej powieści. 
                Tylko wczesnymi porankami głosy zakłócałyby ciszę i nie dawały spokoju nurtującymi pytaniami. Pytałyby, jak to możliwe, że człowiek istotą stadną, ale zapomni o przyjacielu, zdradzi partnera, upora się ze śmiercią matki dzień po pogrzebie, przecież to niezdrowe! Lecz wszyscy to robią, odpowiedziałby głos drugi. Więc skąd ta powszechność? Logiczniejszą rzeczą zapewne byłoby uznać ludzkość za wytwór wyobraźni, to zdecydowanie byłby jedyny argument przemawiający za zachowaniem społeczeństwa ludzkiego. 
               Powieki byś miał spuchnięte, policzki i usta suche jak pieprz, apetyt nieposkromiony na zmianę z jego brakiem. Świat by na głowie stawał. Tylko ty byś plackiem leżał. Nie śpiący, rzecz jasna, raczej leżący po upadku na pysk, skatowany przez los, pobity przez przypadek, zmasakrowany przez przeznaczenie i połamany przez życie. Tylko Bóg byłby po twojej stronie. 
               I co byś wówczas zrobił? Ruszyłbyś się z tego łoża, więzienia umysłu, magnesu dziwnych myśli? Wstałbyś, zapalił światło i nastawił wodę na małą czarną, by zakłócić czymkolwiek ten ostry jazgot w swojej głowie? Wziąłbyś tabletki na sen i zaćpał się nimi na śmierć? Powiedz, co byś zrobił o tej zimnej zlodowaciałej piątej nad ranem po raz czterdziesty pierwszy kładąc dłoń na rozbolałym czole, wzdychając ciężko i zastanawiając się, którędy na najbliższe siódme piętro?


12.7.18

Akt II

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski



AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA KUCHENNA W ZAMKU PANICZA KEY


Trudy i znoje pasterza Taemina — Rekonesans naczelnika — Głębokie stosunki rycerza i pana — Pieśń samotnego wieśniaka



 wchodzi Taemin


     TAEMIN
Naczelniku drogi!


     ONEW
Na modre stonogi!
Jakiegoż boja mi pasterz napędził
Wszedłszy tutaj jakoby podczas więziennych odwiedzin
Czy najadły się owce zielonej miedzi?


     TAEMIN
O czymże naczelnik bredzi?


     ONEW
Toć szyfru używam, coby nie każdy rozumiał
Albowiem gdyby każdy liście kosztować jak owca umiał
Rozgardiasz by powstał, drogi pasterzu


     TAEMIN
A co tam naczelnik ma w kołnierzu?


     ONEW
Węgiel na wafle przefurmaniłem
Tak się z księstwem sąsiednim zwanym Big Bang zamieniłem
Na ziąb nie zejdziemy, bo upał tego lata
A jeść co będzie póki owca każda naćpana lata


     TAEMIN
Cóż za hojna zapłata!
Czy wie o tym książę Kim Kibum najwyższy?


     ONEW
Popierdoliwszy?
Zamknij usta przed paniczem, co ci życie miłe
Boś wiesz jak tłumaczenie by było zawiłe
Cóż mu powiesz przecie?
Że owce opętało i żrą się wzajem kto pierwszy na mecie?


     TAEMIN
Owce były na fecie!
To nie był kanabis, drogi naczelniku
Tabletek przy owcach odnalazłem bez liku
Jedna owca czarna wydała pozostałe
Mówiła, że czynnik depresyjny wykryła w swoim kale
Dlategóż sprowadziła fety dwa wagony
By wspomóc swój naród owczy chory i upokorzony
Winna przewidzieć jednakże skutki złe uboczne
Że owczyce w agresji zeżrą swoje kończyny boczne
Mieliśmy depresantów, a wówczas mamy ćpuny
Ćpuny inwalidów, na szczęście bez dżumy

     ONEW
Cóż teraz, pasterzu, poczniemy?
Wafle na kolację zjemy
Lecz lud o mięso będzie wołać donośnie
Czy owca w ogóle na fecie urośnie?


SCENA II
IZBA RYCERZA JONGHYUNA


     JONGHYUN
Słowa nie wyrażą radości serca mego!


     KEY
Że niby czego twego?


     JONGHYUN
Serca mego, co w górę się wznosi
Gdy oczy twoje zoczę wszystko się podnosi


     KEY
Pantalony w kroczu na pewno


     JONGHYUN
Nie mówże tak, gdy tak romantycznie i rzewno
Kiedy cię dotykam, czy wiesz, cóż czuję?
Głowa się rozjaśnia, dusza się raduje,
Słońca promienie sponad chmur wychodzą
Srebrzyste wstęgi rzek na nowo się rodzą
Drobne strużki, strumyczki piach zimny zmywają


     KEY
O tym myślą ludzie, kiedy się kochają?


     JONGHYUN
A kiedy cię kocham, myślę o miłości
Dalej pod skórę, do samych kości
Głębiej i ciaśniej, raz szorstko, raz miękko
O tym myślę, jaką radość mi dajesz wielką
Lica twoje rumieńcem się okrywają
Uda porywczo się rozrywają
I krzyków spełnienia twoich nigdy mi nie dość
Tylko brak panicza tak daje mi w kość
Niepełny się czuję


     KEY
A ja wszystko rujnuję...


SCENA III


     MINHO
     sam
Jutro byde cię galancić bardzij niżeli dzisiej
Te przepełniające mnie uczucia nie sztopują mi się
Tak bardzo cię teraz kocham przecie
Nawet nie umie tego pedzieć
Dzionki, co mi dałaś, ściubajo się.
Dzionki, co minęły, drożyny, co żeśmy nimi knysali se
Czyż spinkneliśmy się bez cufal,
No, żeśmy się spinkneli to cud, ba!
Knysamy se razem w naszyj wiecznej miłości.
Bym se chciał się zawżdy śmiać razem z tobą w młodości
„Dziękuję” i „kocham cię” to mało, mój ty bobrze
Więc chce pedzieć: bydzie dobrze
("Kiseki" - tłumaczenie)



Akt I

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski





OSOBY:

  • Kim Ki-bum — pan zamku
  • Lee Tae-min — pasterz
  • Lee Jin-ki — naczelnik straży w zamku Ki-bum'a
  • Kim Jong-hyun — rycerz Ki-bum'a
  • Choi Min-ho — wieśniak






AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA JONGHYUNA


Powrót panicza Key — Spotkanie się w pokoiku — Spór o wokalne fachowości — Rzut oka na ówczesny stan pokarmów w kuchennej komnacie — Owce — Ostatni woźny załogi 



     KEY
     sam
Ledwie na zamczyska przestrzenie nawróciłem,
Raptem z pól pobojowisk wróciwszy,
A już na przykrość bezmierną natrafiłem,
Widząc ów rozgardiasz niegodziwszy.
Pod nieobecność znów moją raban urządzono,
Szat nie krochmalono, sieni nie sprzątano,
Pośrodku izby zepsute wrzeciono,
Brud, chlew, ubóstwo, rozbite kolano.

     słychać pukanie do drzwi
Stuk! Puk! Stuk! Puk!

    

     KEY
Kto tam?


     JONGHYUN
     wchodzi do izby
Czcigodny panie, pan panem nad panami,
Lecz czy panu przystoi skoro władzy i mocy,
nachodzić podwładnego późnymi wieczorami,
przetrząsać brudne majtki, strzeliwszy do nich z procy?
Czy tak to władcy wypada?


     KEY
Biada tobie, biada!
Króla najwyższego i następcę tronu oskarżać
jakoby takie rycerzyk miał prawa.
Nie Tobie, mój drogi, możność mnie winą obkładać.
Czeka cię kara, lecz próbą takoż można to nazwać.


     JONGHYUN
Czegóż ode mnie żądasz, mój panie?


     KEY
Moje niedoczekanie!
Języka zasięgasz zawżdy o to samo,
Jakobyś nie wiedział, co łaskami darzę.
Nie pragnę niczego prócz tego, by mi dano
Kapucyna twego w me siedzenie i urodnych wrażeń.


     JONGHYUN
Lecz czy tak w dzień biały, panie?
Zawżdy porą późną z izby wykradałem,
by chędożyć się z paniczem na dodanie
Życiu smaku dołożywszy kałem.

     KEY
     wychodząc z pokoiku
Nie to nie. Nawet śpiewać nie umiesz.


SCENA II

W panicza Klawisza zamczysku
Wnet pokarmów zabrakło.
Musiał zatem ktoś oberwać po pysku
By dobre imię władcy nie zblakło.

wchodzi Taemin

     ONEW
Gdzieżeś przebywał, pasterzu drogi?
Siana znikają stogi.
Czy to owce je pochłaniają?


     TAEMIN
Tak, drogi naczelniku. Owce oszalały, jebane beznogi.
Ostatnim czasem, przy pełni księżyca
Sen powieki me znużył, przyznaję.
Obudziwszy się dojrzałem jak jedna owczyca
Drugą pożera ze smakiem. Słowo daję!
Ze strachu podskoczyłem, wkoło się rozejrzałem
Zaszedłem od tyłu tę bestię kanibala
I nagle liść przyuważyłem!
Liść kanabisu. I owca zmieniła się w ziomala.
Tylko gastro jej wjechało.

     ONEW
Azaliż cię pojebało.
Cóż teraz poczniemy, gdy jeść co nie ma?
Ciężkie czasy nadeszły, pasterzu
Skończyła się wieczna bohema
Trza nam pozbyć się zbroi i pancerzu,
na zawsze odejść.

     TAEMIN
Lecz liście miast owiec można pojeść!



SCENA III


     MINHO
     sam
Żech chloł dzionek cały,
toć chyba mnie się gały poprzestawiały. 
Cóż widzą oczy moje?
Pijoków innych dwoje?
Na kamieniu śmiech i gleba
Już napitku im nie trzeba
Ależ widzę - co jest, kurwa?
Jeden owcy girę urwał
I zajada jak kurczaka
Toć jest owca, nie prosiaka!
To żech lepiej bym uciekał.
Jeszcze mnie to samo czeka.
Ujrzą człeka pijanego
I wpierdolą go całego.
     ucieka

Roberto

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi, sci-fi



Diego swobodnie rozsiadł się w fotelu Martineza i rozstawiwszy szeroko nogi, splótł dłonie na brzuchu. Wykrzywił twarz w grymasie na widok zwierzęcych dywanów, których zapachu nie cierpiał. Posklejane włosy futra martwego niedźwiedzia zawsze przyprawiały go o mdłości. Pod zabitym spróchniałymi deskami oknem stał niewielki stolik obity suknem, na nim stary kałamarz. Obok cały zestaw zardzewiałych noży, para mosiężnych lichtarzy do świec łojowych, pudło z gitarą, wąska kanapa obita skórą i dwa krzesła także skórą obite zalegały w pokoju, który ze względu na mrok w nim panujący zdawał się być podobniejszym do grobu aniżeli do mieszkania. Wszystko to przesiąknięte wonią Tristana, gdyż z siedziby nie wychodził nigdy - przerażony światem duszącym się pod naporem siwego jak popiół nieba i żaru słonecznego zalewającego glebę strumieniem płynnej miedzi.  
Przeżarte rdzą  wskazówki pachnącego naftaliną zegara tykały głośno krzycząc rozpaczliwie o swoim kończącym się żywocie, kiedy Martinez bazgrał coś na kawałku pożółkłego papieru. Diego z niecierpliwością gorączkowo wpatrywał się w rozpływający się atrament. Później przeniósł wzrok na materiałową maskę zdobiącą twarz szefa, zastanawiając się, jak mroczny sekret może się pod nią ukrywać. 
Diego pomyślał wówczas, że jest na świecie wiele takich twarzy, przy kreacji których natura nie wykorzystywała żadnych pilników, tarnikow czy iglaków, lecz po prostu rąbała co sił w garści. Machnęła toporem raz - wyszedł nos, machnęła drugi raz - wyszły usta, ogromnym świdrem wywierciła oczy i nie oskrobawszy, puściła w świat wyrzekłszy chociażby: oto Tristan Martinez!
Serce Sancheza przywykło do pompowania wrzącej krwi i adrenaliny. Odczuwał spełnienie, gdy na jego policzkach malował się wysiłek, a napięte do granic wytrzymałości ścięgna szykowały się na kolejny krok w nieznane po to, żeby nadać życiu smak. Żeby robić coś, co ma sens. Popełnianie przestępstwa wprawiało go w nieposkromiony entuzjazm i podniecenie. Upust gniewu oznaczał chwilę wytchnienia. Czuł satysfakcję z czyjegoś cierpienia, świadomości własnej wyższości, kontroli nad czyimś życiem. Brak ograniczeń wprowadzał go w szał mordu. Zaledwie adrenalina potrafiła zagłuszyć jego krzyczące sumienie i głosy przeszłości. Często jednak spychała go na krawędź przepaści, a on uwielbiał puszczać się oburącz. 
               Czekał i czekał, aż Tristan raczy w końcu powiedzieć mu, dlaczego go wezwał. "Czy ten łach nie wie, że od czekania ludziom odbija szajba?", myślał Diego. "Ludzie czekają przez całe życie. Wyczekują lepszych czasów, wyczekują śmierci. Czekają w kolejce, żeby kupić mięso. Czekają w kolejce po pieniądze. A jak nie mają szmalu, to czekają w jeszcze dłuższych kolejkach po zasiłek. Wyczekują, żeby położyć się spać, i wyczekują, żeby się obudzić. Czekają, żeby się ożenić, i czekają, żeby się rozwieść. Wyczekują deszczu, czekają, aż przestanie padać. Czekają na posiłek, a gdy już go zjedzą, czekają na kolejny...".
                Godziny dłużą się się niczym lata, kiedy oczekuje się czegoś niecierpliwie. Zwłaszcza czegoś, czego się zarazem pragnie i bardzo obawia. Sanchez zdawał sobie sprawę, że każda misja skraca jego drogę do śmierci, a mimo to nie potrafił przestać. Chciał zabijać, mścić się na niewinnych ludziach i wycierać sobie czoło od potu mieszającego się z ich brudną krwią. I wiedział, iż zabijanie dla pokoju jest jak pieprzenie się dla cnoty. Ale Diego nie był szalony. Po prostu lubił mordować. Ludzie od zarania dziejów lubili zabijać. Zabijanie uczyniło z nich panów Ziemi.
Tristan spojrzał na Sancheza.
— Dobre zlecenie smakuje się jak dobry tytoń czy dobrą whisky — mówił — nie należy się spieszyć, nie należy popędzać, nie o to tu idzie, by dognać jak najprędzej do puenty, złapać za grzbiet zagadkę, poznać losy, sensy i tajemnice, nie o to. Niecierpliwość nie czyni z człowieka przestępcy.
— Ale co jest naturalnego w czekaniu? Czekanie jest sztuką albo filozofią. Naturalna jest niecierpliwość.
— Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni z raju. Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni, przez niecierpliwość nie wracają. Ani strach, ani niecierpliwość nie dodają nikomu sił i nie zaprowadzą go dalej. Gotów bym myśleć... 
— A ja już bym myślał.
— Człowiekowi, który rusza w drogę, ponieważ nie może ustać w miejscu, potrzeba tylko bardzo słabego bodźca do ustalenia kierunku.
Diego zacisnął pięści ze złości.
— Możesz iść spać — powiedział Tristan, nadal nie nawiązując kontaktu wzrokowego. — Nie wyruszysz tego ranka. Nadal nie ma wieści od Roberto, a dopóki jego oddział nie dostarczy przesyłki, możemy tylko siedzieć i czekać.
— Jak to nie ma wieści od Roberto? Mieli być na miejscu najpóźniej wczoraj wieczorem. To co najmniej podejrzane, że nadal ich tu nie ma. Masz zamiar to olać? Siedzieć i czekać? — denerwował się.
— Masz rację — odpowiedział, po czym podniósł się ze starego krzesła i ruszył w kierunku drzwi. — Zrobię sobie kawę. To będzie długa noc.
Roberto jako jedyny z grupy mawiał "Kiedy dobywasz swojego miecza - nie myśl, kogo masz zabić. Myśl, kogo masz oszczędzić". Wiele już rzek wyschło, morza znikły w morzu, ale rzeki krwi nie wysychają. W tym jesteśmy wierni i udoskonalamy maczugę Kaina, obróciwszy ją w machinę śmierci. Ale Roberto taki nie był. 
          Wilk nigdy nie zabijał dla przyjemności, co zdawało się być jedną z głównych cech różniących go od człowieka. Diego westchnął głośno. Z całego serca pragnął wyrwać się z tej dziury, porzucić wspomnienia i zacząć żyć dla siebie. Łudził się nadzieją na lepszą przyszłość, w oddali od szumu i gwaru zatłumionych uliczek, jednak każdy dzień przybliżał go do wiecznego nieszczęścia. Obawiał się, że stracił samego siebie.
— Roberto... — szepnął sam do siebie.
          Jego uwagę przykuł świstek papieru, na którym wcześniej bazgrał coś Tristan. Sięgnął po niego, chwycił i zaczął czytać. Kiedy zrozumiał, kiedy doszła do niego myśl, którą obawiał się dopuścić do siebie, kiedy pojął, zaśmiał się gorzko i postanowił bez skrupułów zignorować rozkazy Martineza, zapewniając sobie tym samym śmierć.