Showing posts with label shiro. Show all posts
Showing posts with label shiro. Show all posts

31.7.18

Zakonnicy z Santo Renega

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi, sci-fi



(12 godzin wcześniej)

— Jose.
          W izbie pełno było suszonych liści i kwiatów, przez których słodką woń przebijał się zapach palonej kawy. Na starym zjedzonym przez korniki kredensie leżały rozsypane jeżyny, spod stóp wyrastały korzenie drzew. Przez popękane szkło okien wstawionych w stare dębowe framugi wpadały promienie ciepłego słońca i odbiwszy się w srebrzystych kryształkach licznych słojów z przyprawami, kończyły swój żywot rozpraszając się na pokrytych dziwnymi malowidłami ścianach.
— Jose...
          Stare łóżko przypominające bardziej barłóg dzika skrzypiało przy najmniejszym ruchu, materac nie pierwszej młodości trzeszczał przeraźliwie, zeszmacony koc nadszarpnięty był gdzieniegdzie zębem czasu, a podłogę pokrywał jedynie zimny beton i sadza ze starego pieca, lecz było to jedyne miejsce w Odillero, gdzie Roberto czuł się bezpiecznie.
— Mogę już wstać?
— Jeszcze trochę — odparł długowłosy, wchodząc do pomieszczenia z garnuszkiem mleka w dłoniach.
          Jego głowę zdobiła masa jasnych warkoczyków zwieńczonych koralikami, wstążkami i innymi dekoracjami, twarz zaś pokryta była wyblakłymi tatuażami. Topił się w zbyt szerokich zgniłozielonych spodniach i wielkiej koszuli w paski. Jose był szamanem mieszkającym na peryferiach.
— O własnych siłach daleko byś nie zaszedł — powiedział, siadając obok niego i popijając ciepły napój.
— Nie miałem zamiaru wracać do domu, po prostu nie chciałem siedzieć tu sam — odparł Roberto, podnosząc się do pozycji siedzącej. — W zasadzie im dłużej tu jestem, tym bardziej nie chcę wracać.
— Ach tak? — zdziwił się Jose. — To pewnie przez tę wędzoną kiełbasę, której u was nie ma.
— Ale kiedyś muszę chyba wrócić, co? — zapytał Espinoza, uśmiechając się z troską.
          Jose spuścił głowę i zamilkł na dłuższą chwilę.
— No, ładny masz ten mundur, będzie mi go brakować — odpowiedział w końcu. — Bardzo dobrze na tobie wygląda, choć podoba mi się jeszcze bardziej na podłodze w mojej sypialni.

(Teraz)

          Sanchez przedzierał się przez lasy dębów korkowych. Jego umysł pogrążony był we wściekłości tak skrajnej, że zupełnie nie zauważył skradającej się drużyny Ramireza kilka mil za nim. Posuwał się naprzód cal po calu i jak okiem sięgnąć wszystkie gałązki, pnie, mchy i opadłe liście poznaczone były krwią. Gdzieś w tym musiał kryć się głęboki morał. Niepozorny dźwięk, pękająca czaszka, ale słychać go było wszędzie. Trzy razy dziennie. Nawet zabijanie było podporządkowane rozkładowi dnia. Diego pragnął dotrzeć do Odillero, bowiem pododdział Espinozy kilka tygodni temu mijał je w drodze do górskiego zajazdu Mio. Na miejscu przebywał przypadkowo zamieszany w sprawę absolvo były templariusz, z którego Tristan nakazał im wyciągnąć wszelkie informacje. 
          Rafael wraz z resztą postanowił wówczas rozbić obóz między lasem a siedzibą grupy Tierra. Nieświadomi potęgi szału Sancheza niesłusznie uznali, że pod osłoną nocy nie mógł zajść daleko. Postanowili cierpliwie zaczekać, aż słońce wzejdzie nad horyzont i dopiero wtedy ruszyć w pogoń. Julio wydawał się być czymś wyraźnie zaniepokojony, lecz nie pisnął ani słowa, była to przecież wyłącznie jego intuicja. Niestety intuicja Julio rzadko się myliła.
          Javier w chwili przerwy wyjął z torby kilka papierków i zaczął wodzić po nich wzrokiem, jak gdyby je ze sobą porównywał.
— W Odillero mają plantacje tytoniu — powiedział nagle. — Z kolei w Demossie mają deficyt. To bogata kraina. Za dostawę tytoniu mogliby zapłacić nawet w pirycie. W górach mają przecież własne złoża.
— Zaczęło się — wycedził przez zęby Abel.
— Gdyby wystarczyło nam czasu, moglibyśmy udać się na północ i trochę pohandlować. Wszyscy na tym skorzystamy, Abel — kontynuował. — Spójrz tylko. Pieniądze z misji otrzymuje Tristan, rozdziela je na równe racje. Miałbyś w tym spory zysk. Tierra liczy zaledwie około trzydziestu osób.
— Jeśli chcesz znowu przedzierać się przez chaszcze wzdłuż tamtej rzeki przy siedzibie grupy Agua, to proszę bardzo, droga wolna, możesz już iść — prychnął dryblas. — Nie wspominając o tym, że Demossa na pewno przyjmie cię z otwartymi rękoma. Grupa Nieve też ma w pobliżu kryjówkę, możesz skoczyć do nich na kawę.
— Zawsze można pohandlować gdzie indziej. Chociażby Conda, miasteczko u podnóży gór... Daliby nam podrabiany piryt, ale to z kolei moglibyśmy wymienić na rudy żelaza w Rubii — mówił. — Skorzystałbyś na tym.
— Nie przekonują mnie te twoje cyferki — syknął.
          Powoli się rozjaśniało. Julio z niepokojem obserwował Rafaela. W powietrzu unosiło się coś dziwnego, nie potrafił tego zdefiniować, ale z każdym momentem odczuwał to coraz mocniej. Kiedy Abel i Javier gawędzili w najlepsze, oczom Ramireza ukazała się grupka nieznajomych podążająca w ich stronę.
— Ksz-ksz — uciszył ich.
          Abel bez zastanowienia złapał za nóż i schował go za plecami.
— Spokojnie. Idą z południa — powiedział nagle Rafael. — To muszą być zakonnicy z Santo Renega.
          Tymczasem Sanchez gnał przed siebie, nie tracąc czasu na przerwy. Czekał, aż dojrzy prześwity słońca spomiędzy koron drzew i dostanie się do bram Odillero. Zamiast tego jednak...

23.7.18

Samotna podróż do Odillero

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi, sci-fi



         Nim jeszcze słońce pojawiło się na horyzoncie, Diego pod osłoną nocy udał się na poszukiwania zaginionego oddziału przyjaciela. Chciał czym prędzej odnaleźć Espinozę i nie pozwolić na to, co pragnął zgotować mu Tristan Martinez.
          Starał się nie myśleć o tym, jaka kara spotka go za dezercję. Modlił się do Boga, w którego nie wierzył, iż skończy się na chłoście, torturach lub dodatkowych pracach i trudniejszych misjach. A Roberto był mu zbyt bliski, żeby zostawić go na pewną śmierć. Dlatego ryzykował własnym życiem, przemierzając samotnie ciemne ponure lasy po omacku, narażając się na ataki zwierząt i dzikich zwierząt, czyli innych grup poszukujących absolvo.
          Tymczasem drużyna Rafaela przygotowywała się do kolejnej misji. Otrzymali ją dość niespodziewanie, zaraz po tym, gdy wyczerpani i ranni powrócili z poprzedniej, która okazała się być zasadzką. Nie zdołali nawet wylizać ran w obozie, kiedy posłaniec dostarczył im pergaminy ze wskazówkami.
          Abel siedział na swoim starym trzeszczącym materacu i przecierał powieki tak mocno, że zrobiły się czerwone. Javier i Julio zerwali się zaś na równe nogi. Obydwaj słynęli z sumienności i uczciwości wobec grupy. Każdy z nich liczył na odnalezienie absolvo, jednak z zupełnie różnych powodów.
          Julio Macias był najmłodszym członkiem swojego pododdziału, ale także całej grupy. Trafił tam zupełnie przez przypadek - podobnie jak Diego Sanchez został znaleziony na odludziu jeszcze jako nastolatek, a potem po latach wbijania do głowy bezmyślnych sloganów i treningów walki wręcz gotów był stanąć na polu bitwy. Macias miał ledwie dwadzieścia lat, jego techniki wymagały dopracowania, a wieczne rozmyślania o miłości doprowadzały pozostałych do szału. Mimo to jego poukładanie często ratowało im tyłki, kiedy chociażby zaciągał ich pijane mordy do oberży, gdzie obowiązywał stanowczy zakaz bójek.
— To nietrudna misja — mówił Javier, zapinając skórzany pasek, który zdjął ze zwłok ostatniego człowieka, jakiego zabił. — Można by przy okazji nieźle dorobić.
— Szkoda czasu na zabawę w poboczne wątki — warknął Abel. — Załatwmy to i miejmy z głowy. Muszę jak najszybciej wracać do obozu. Widzisz tę bliznę? Oberwałem dwa dni temu, podczas gdy ty byłeś zajęty eksplorowaniem ekwipunku wroga, mimo że nikt nie został jeszcze powalony. To się nazywa współpraca. Typowa współpraca z Javierem.
— Nie masz ochoty zjeść więcej mięsa po powrocie? — spytał, jak gdyby w ogóle nie słuchał towarzysza, a jego słowa wpadały mu jednym uchem, momentalnie drugim wypadając. — Co o tym myślisz, Rafael?
          Rafael Ramirez nie bez powodu był dowodzącym pododdziału. Cechowała go rozwaga i właściwe podejmowanie decyzji. Wydawał się być nieco oschły, ale wbrew pozorom udało mu się zachować ludzkość mimo czasów, w jakich żył.
— Jeśli mamy siedzieć na ogonie Sanchezowi, będziemy musieli zatrzymywać się co jakiś czas. W końcu mamy tylko dopilnować, żeby nic nie spieprzył, a nie łapać go, wiązać i zabierać z powrotem do bazy — odparł, wpatrując się we wschodzące za oknem słońce. Ledwie rozświetlało pomieszczenie, w którym się znajdowali. — Rób, co chcesz, Javier, dopóki jesteś skupiony na misji, dopóty masz moje pozwolenie na indywidualne działania.
— Nie wydaje się to wam głupie? — spytał nagle Abel. — Absolvo może być wszędzie, nawet w śmierdzącej dupie tego pieprzonego Sancheza, a my zamiast go szukać musimy śledzić jednego ze swoich, żeby nie dał się zabić.
— Może faktycznie absolvo jest w jego śmierdzącej dupie — wtrącił Javier.
— Straciliśmy już wielu ludzi, to pewnie dlatego — odezwał się milczący dotąd Julio. — Fakt faktem strategia Tristana jest zaskakująca. Gonić zdrajcę tak długo, aż sam nie zechce wrócić... Ta misja może trwać całe życie. Chwila... Może właśnie na to liczy Tristan?
— Nie sądzę — odparł Rafael. — Raczej wie, że Diego zawróci, ale do tego czasu chce zapewnić mu bezpieczeństwo. Nie da się ukryć, że chłopak potrafi się bić.
          Wyruszyli o świcie. Udali się w stronę Odillero, gdyż właśnie tam podążał Sanchez, z czego Tristan doskonale zdawał sobie sprawę. Siedział więc w swoim gabinecie i palił cygaro, z lekkim uśmiechem wpatrując się w kartkę z napisem: "Rozkazy dla oddziału Rafaela Ramireza: znaleźć Roberto Espinozę i wyeliminować go (zdrada)". Dobrze wiedział, iż Espinoza nie byłby zdolny do takiego czynu, lecz fałszywa informacja o zamiarach pozbawienia mężczyzny życia miała tylko podjudzić Sancheza do działania. W Odillero czekało na niego bowiem coś specjalnego.

12.7.18

Roberto

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi, sci-fi



Diego swobodnie rozsiadł się w fotelu Martineza i rozstawiwszy szeroko nogi, splótł dłonie na brzuchu. Wykrzywił twarz w grymasie na widok zwierzęcych dywanów, których zapachu nie cierpiał. Posklejane włosy futra martwego niedźwiedzia zawsze przyprawiały go o mdłości. Pod zabitym spróchniałymi deskami oknem stał niewielki stolik obity suknem, na nim stary kałamarz. Obok cały zestaw zardzewiałych noży, para mosiężnych lichtarzy do świec łojowych, pudło z gitarą, wąska kanapa obita skórą i dwa krzesła także skórą obite zalegały w pokoju, który ze względu na mrok w nim panujący zdawał się być podobniejszym do grobu aniżeli do mieszkania. Wszystko to przesiąknięte wonią Tristana, gdyż z siedziby nie wychodził nigdy - przerażony światem duszącym się pod naporem siwego jak popiół nieba i żaru słonecznego zalewającego glebę strumieniem płynnej miedzi.  
Przeżarte rdzą  wskazówki pachnącego naftaliną zegara tykały głośno krzycząc rozpaczliwie o swoim kończącym się żywocie, kiedy Martinez bazgrał coś na kawałku pożółkłego papieru. Diego z niecierpliwością gorączkowo wpatrywał się w rozpływający się atrament. Później przeniósł wzrok na materiałową maskę zdobiącą twarz szefa, zastanawiając się, jak mroczny sekret może się pod nią ukrywać. 
Diego pomyślał wówczas, że jest na świecie wiele takich twarzy, przy kreacji których natura nie wykorzystywała żadnych pilników, tarnikow czy iglaków, lecz po prostu rąbała co sił w garści. Machnęła toporem raz - wyszedł nos, machnęła drugi raz - wyszły usta, ogromnym świdrem wywierciła oczy i nie oskrobawszy, puściła w świat wyrzekłszy chociażby: oto Tristan Martinez!
Serce Sancheza przywykło do pompowania wrzącej krwi i adrenaliny. Odczuwał spełnienie, gdy na jego policzkach malował się wysiłek, a napięte do granic wytrzymałości ścięgna szykowały się na kolejny krok w nieznane po to, żeby nadać życiu smak. Żeby robić coś, co ma sens. Popełnianie przestępstwa wprawiało go w nieposkromiony entuzjazm i podniecenie. Upust gniewu oznaczał chwilę wytchnienia. Czuł satysfakcję z czyjegoś cierpienia, świadomości własnej wyższości, kontroli nad czyimś życiem. Brak ograniczeń wprowadzał go w szał mordu. Zaledwie adrenalina potrafiła zagłuszyć jego krzyczące sumienie i głosy przeszłości. Często jednak spychała go na krawędź przepaści, a on uwielbiał puszczać się oburącz. 
               Czekał i czekał, aż Tristan raczy w końcu powiedzieć mu, dlaczego go wezwał. "Czy ten łach nie wie, że od czekania ludziom odbija szajba?", myślał Diego. "Ludzie czekają przez całe życie. Wyczekują lepszych czasów, wyczekują śmierci. Czekają w kolejce, żeby kupić mięso. Czekają w kolejce po pieniądze. A jak nie mają szmalu, to czekają w jeszcze dłuższych kolejkach po zasiłek. Wyczekują, żeby położyć się spać, i wyczekują, żeby się obudzić. Czekają, żeby się ożenić, i czekają, żeby się rozwieść. Wyczekują deszczu, czekają, aż przestanie padać. Czekają na posiłek, a gdy już go zjedzą, czekają na kolejny...".
                Godziny dłużą się się niczym lata, kiedy oczekuje się czegoś niecierpliwie. Zwłaszcza czegoś, czego się zarazem pragnie i bardzo obawia. Sanchez zdawał sobie sprawę, że każda misja skraca jego drogę do śmierci, a mimo to nie potrafił przestać. Chciał zabijać, mścić się na niewinnych ludziach i wycierać sobie czoło od potu mieszającego się z ich brudną krwią. I wiedział, iż zabijanie dla pokoju jest jak pieprzenie się dla cnoty. Ale Diego nie był szalony. Po prostu lubił mordować. Ludzie od zarania dziejów lubili zabijać. Zabijanie uczyniło z nich panów Ziemi.
Tristan spojrzał na Sancheza.
— Dobre zlecenie smakuje się jak dobry tytoń czy dobrą whisky — mówił — nie należy się spieszyć, nie należy popędzać, nie o to tu idzie, by dognać jak najprędzej do puenty, złapać za grzbiet zagadkę, poznać losy, sensy i tajemnice, nie o to. Niecierpliwość nie czyni z człowieka przestępcy.
— Ale co jest naturalnego w czekaniu? Czekanie jest sztuką albo filozofią. Naturalna jest niecierpliwość.
— Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni z raju. Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni, przez niecierpliwość nie wracają. Ani strach, ani niecierpliwość nie dodają nikomu sił i nie zaprowadzą go dalej. Gotów bym myśleć... 
— A ja już bym myślał.
— Człowiekowi, który rusza w drogę, ponieważ nie może ustać w miejscu, potrzeba tylko bardzo słabego bodźca do ustalenia kierunku.
Diego zacisnął pięści ze złości.
— Możesz iść spać — powiedział Tristan, nadal nie nawiązując kontaktu wzrokowego. — Nie wyruszysz tego ranka. Nadal nie ma wieści od Roberto, a dopóki jego oddział nie dostarczy przesyłki, możemy tylko siedzieć i czekać.
— Jak to nie ma wieści od Roberto? Mieli być na miejscu najpóźniej wczoraj wieczorem. To co najmniej podejrzane, że nadal ich tu nie ma. Masz zamiar to olać? Siedzieć i czekać? — denerwował się.
— Masz rację — odpowiedział, po czym podniósł się ze starego krzesła i ruszył w kierunku drzwi. — Zrobię sobie kawę. To będzie długa noc.
Roberto jako jedyny z grupy mawiał "Kiedy dobywasz swojego miecza - nie myśl, kogo masz zabić. Myśl, kogo masz oszczędzić". Wiele już rzek wyschło, morza znikły w morzu, ale rzeki krwi nie wysychają. W tym jesteśmy wierni i udoskonalamy maczugę Kaina, obróciwszy ją w machinę śmierci. Ale Roberto taki nie był. 
          Wilk nigdy nie zabijał dla przyjemności, co zdawało się być jedną z głównych cech różniących go od człowieka. Diego westchnął głośno. Z całego serca pragnął wyrwać się z tej dziury, porzucić wspomnienia i zacząć żyć dla siebie. Łudził się nadzieją na lepszą przyszłość, w oddali od szumu i gwaru zatłumionych uliczek, jednak każdy dzień przybliżał go do wiecznego nieszczęścia. Obawiał się, że stracił samego siebie.
— Roberto... — szepnął sam do siebie.
          Jego uwagę przykuł świstek papieru, na którym wcześniej bazgrał coś Tristan. Sięgnął po niego, chwycił i zaczął czytać. Kiedy zrozumiał, kiedy doszła do niego myśl, którą obawiał się dopuścić do siebie, kiedy pojął, zaśmiał się gorzko i postanowił bez skrupułów zignorować rozkazy Martineza, zapewniając sobie tym samym śmierć.

18.6.18

A gdybym tak oszalał na twoim punkcie?

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi



                Wszystko można było Carterowi zarzucić, naprawdę wszystko; to, że był śmierdzącym leniem, nie opanował nawet podstawowych zasad kultury osobistej, że nie wiedział, czego chce od życia, niczym kot nie trafiał do kuwety... Ale takiej propozycji z jego strony się nie spodziewałem. A gdybym chociaż był w stanie założyć, iż zada mi pytanie tak dziwnej natury, natychmiast zerwałbym kontakt i uciekł na drugi koniec świata. Lecz na to było już za późno. Pytanie padło z jego ust i gdybym tylko potrafił umierać na zawołanie, nawet bym się nie zastanawiał. 
— Musisz mi pomóc — zaczął niewinnie. Kto by przypuszczał, że może mieć na myśli rzecz tak niehumanitarną i nieludzką.
               Opisał dokładnie cały swój tok myślenia oraz sytuację, podczas której wpadł mu do głowy ten złowieszczy plan, podczas gdy ja słuchałem go z rozdziawionym pyskiem, nie mając zielonego pojęcia, jak powinienem zareagować. A on mówił o tym tak, jak gdyby decyzja została już podjęta.
— Oscar... — zacząłem w końcu, gdy odzyskałem głos. — Ja wiem, że jesteśmy przyjaciółmi...
— Najlepszymi przyjaciółmi — przerwał mi.
— Najlepszymi przyjaciółmi... — poprawiłem się.
— Na śmierć i życie — dodał.
— Na śmierć i... Kurwa, pojebało cię?! — wrzasnąłem nagle. — No popierdoliło cię normalnie! Jak w ogóle możesz prosić mnie o coś takiego?!
— A czego ty tutaj, przepraszam bardzo, nie rozumiesz? — Zdziwił się. — To wyjątkowo oczywiste, że to ty musisz mi w tym pomóc.
— Oscar, sam fakt, że ma ci w tym pomagać ktoś, kto nie jest kolesiem, którego szukasz, jest, kurwa, dziwny! I dlaczego ja, weź zwerbuj jakąś laskę, nigdy nie masz z tym żadnych problemów... — Wkurzałem się. — Co to jest za propozycja?! Przyłazisz mi do chaty i mówisz, że mam się rozebrać, bo musisz nabyć trochę doświadczenia z kolesiami, no ja pierdolę, czy ty nie słyszysz, jak absurdalnie to brzmi?! Gdybym chociaż był gejem. Musiałbym być gejem. Gejem który jest w tobie zakochany. I ty też musiałbyś być gejem zakochanym we mnie. W przeciwnym razie to w ogóle nie ma sensu, przecież...
— A gdybym tak oszalał na twoim punkcie?
               Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i dostrzegłem iskierki tańczące w jego oczach. Zupełnie jak gdyby chciał mnie przejrzeć na wylot. Chwila, czy on próbował mnie poderwać?
— Ja już znam te twoje tanie sztuczki, Carter — odparłem tonem pełnym satysfakcji. — Pogadasz te swoje głupoty rodem z francuskich komedii romantycznych i pomyślisz, że to wystarczy, że zerżniesz mnie, a rano po wszystkim podam ci śniadanko do łóżka. Dobre sobie.
               Oscar znał mnie jednak całe życie i doskonale znał moje słabe punkty. Chociażby to, w jaki sposób i w jak dużym stopniu działała na mnie poezja erotyczna.
 —  Przesunę opuszką palca po twojej spragnionej skórze... — wyszeptał, pochylając się nad moim uchem. — Uniesiemy się do nieba i opadniemy razem w zachwycie. Będę błądził wzrokiem po twoim ciele. Będziesz drapał, wciągał mnie głębiej, pragnął, krzyczał, a ja ulegnę tej szalonej fali. Spełnię te pragnienia najskrytsze, nieokiełznane, senne fantazje zapisane w kropli potu na drżącym, rozpalonym ciele, ustami obudzę wszystkie dreszcze. Umrzemy w uścisku ciał. 
— Ale chyba jestem motylem z innej łąki, zapisanym w płatkach przeznaczenia dla innej, dzikszej od ciebie róży — wyjąkałem, powoli tracąc kontrolę nad sytuacją. Poczułem, jak Oscar oplata dłońmi moje biodra.
— Kiedyś zwiążę twoje dłonie tasiemką i nasycę się dotykaniem do woli — mówił, wsuwając ręce pod moją koszulkę. — I nie odbierzesz moim palcom pieszczot. Nie przyciągniesz mnie zbyt szybko do siebie przerywając opuszkom radość. Otworzysz się przede mną subtelnie jak kwiat zroszony niebem. To będzie słodkie zniewolenie.
               Przymknąłem powieki, kiedy przesuwał językiem po płatku mojego ucha. Przegryzłem wargę. Przylgnął swoją twarzą do mojej i zaczął wpatrywać się w moje oczy. Jego dłonie niespodziewanie powędrowały na moje pośladki. Wydałem z siebie cichy jęk, a policzki oblały mi się rumieńcem. Nasze usta były coraz bliżej i bliżej, gdy nagle...
— Siema, Valentine, co tam? — Usłyszałem, a zaraz po tym moich uszu dobiegł trzask zamykających się drzwi kawiarni. — Znowu czytasz to swoje yaoi? Ile jeszcze będziesz mi wmawiać, że jesteś aseksualny, zanim się przyznasz do pedalstwa?
— Z naszej dwójki to ty postanowiłeś zostać gejem — wymamrotałem, odkładając mangę na bok. — Co chcesz?
— Ciasto bym zjadł. Co macie dzisiaj dobrego? — spytał, włażąc za ladę.
— Specjał na dziś to ciasto z truskawkami pod kruszonką. Dobre na potencję — powiedziałem, nakładając mu kawałek na talerzyk.
— Nie narzekam... — odpowiedział, rzucając mi dziwne spojrzenie.
— Ej. Oscar, a w sumie.... — wyjąkałem.
— No? — wymamrotał z ciastem w paszczy.
— A jakbym faktycznie był gejem, to byś mnie pieprzył? — spytałem spokojnie.
               Ku mojemu zaskoczeniu na twarzy Cartera nie wymalowało się zdziwienie. Zmierzył mnie wzrokiem, przeżuł do końca jedzenie, odstawił na moment na ladę, po czym obszedł mnie kilka razy, dokładnie mi się przyglądając.
— Biodra chyba dwa na dziesięć, włosy w porządku, twarz słabo, ale po ciemku nie widać. Nie ma konkretów, dopóki się przede mną nie rozbierzesz — odpowiedział.
— A chcesz, żebym to zrobił? — zapytałem, zalotnie trzepocząc rzęsami.
— Zawsze dziwnie się zachowujesz jak czytasz to swoje yaoi — wycedził przez zęby.
— Mam to traktować jako wyzwanie czy nie? — Drążyłem temat.
               Spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym "zaraz ci wybiję głupoty z głowy, pedale". Podszedł do mnie na wyjątkowo niekomfortową odległość, nasze nosy prawie się zetknęły. Nagle poczułem jego dłoń gwałtownie i mocno chwytającą mnie za krocze. Odskoczyłem, ale nie puścił mnie. Gapił się na mnie i zdawać się mogło, że czeka na mój ruch. Zrobiło się gorąco jak w piekle. Spuściłem wzrok, gdyż nie mogłem uwierzyć, iż naprawdę mnie tam złapał. Ale przekonałem się o tym na własne oczy. Znów nawiązałem kontakt wzrokowy.
— Co ja mam teraz zrobić? — zapytałem.
— Nie wiem, to ty czytasz yaoi — odpowiedział.
               Babcia zawsze mawiała, że wroga czasem dobrze zaatakować jego własną bronią. Cóż mogłem począć? Też go złapałem. 
— Dziwna sytuacja — podsumował, kiedy tak w ciszy trzymaliśmy się wzajemnie za jaja.
— Teraz twoja kolej — powiedziałem.
               Szlag mnie trafił, kiedy zobaczyłem, że Carter drugą dłonią sięga po łyżeczkę i kontynuuje wpierdalanie ciasta. Chciałem go puścić i wyrzucić za drzwi, a on nagle spytał:
— Ty, a ty wiesz, jak się robi loda?
— Skąd mam wiedzieć, ty to powinieneś wiedzieć, cały czas sypiasz z jakimiś babami — powiedziałem ze zdenerwowaniem.
— Nie o to mi chodzi — mówił dalej. — Wiem jak to jest, kiedy ktoś mi robi loda. Ja się zastanawiam, jak się robi loda komuś.
— A na chuj ci to? — spytałem z niedowierzaniem.
— No bo jak mam być z kolesiem, to wiesz... Czekaj.
               Puścił mnie, szybkim krokiem udał się do drzwi wejściowych, zamknął je na klucz i obrócił kartkę na napis "zamknięte" po czym wrócił do mnie, złapał za ramię i zaciągnął na zaplecze.
— Mogę spróbować? — zapytał ze śmiertelnie poważną miną.
— Co spróbować? — zadałem pytanie, marszcząc czoło.
— Zrobić ci loda — odpowiedział jak gdyby nigdy nic.
— Pojebało cię? — spytałem.
— No weź, będzie fajnie, zobaczysz.
               Nim się zorientowałem, gacie miałem na wysokości kolan, a ten idiota pytał mnie, czy mam mikroskop, bo on to tutaj nic nie widzi. Już chciałem się odszczeknąć, gdy nagle bez ostrzeżenia wziął całego do ust. Oblała mnie fala gorąca.
— Oscar... — wymamrotałem, szarpiąc go za włosy. — Co ty robisz...
               Uniósł wzrok i spojrzał na mnie, nie poprzestając. Jego dłonie przeniosły się z moich ud na pośladki i zacisnęły się na nich mocno. Kolana zaczęły mi drżeć jak cholera.
— Mm, nie bój się — wyjąkał, odsuwając się na krótki moment tylko po to, by kontynuować ze zdwojoną siłą.
                Nie minęło wiele czasu, a biała ciecz rozlała się po podłodze. Nie wiedziałem, co robię. W akcie desperacji rzuciłem się na kolana, objąłem rękoma Oscara i wpiłem się głęboko w jego usta. Odwzajemnił pocałunek, lecz po chwili położył dłonie na moich ramionach i odepchnął mnie delikatnie.
— Valentine? — Uniósł brwi. — Co ty robisz?
               Spojrzałem na niego, po czym rozejrzałem się wokół i znów popatrzyłem mu w oczy.
— Nie wiem.


3.4.18

Tort w kształcie pentagramu

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi



                    Siedziałem na skraju łóżka, kontemplując nad swoim życiem. Ledwie świtało. Było tak wcześnie, że nawet babcia jeszcze smacznie spała i, jak co ranka, wydawała z siebie odgłosy zmęczonego życiem niedźwiedzia.
                    Pomagałem jej prowadzić rodzinny interes, jeśli można było nazwać tak małą cukiernię znajdującą się piętro pod naszym mieszkaniem. To w zasadzie nawet nie było mieszkanie, tylko całkiem nieźle urządzone poddasze. Ciasne, ale własne. Nawet miałem swój pokój. Babcia zajmowała salon połączony z małą kuchnią. Wyjeżdżała na każde krótsze czy dłuższe święta do swojej rodziny, której nie znałem i wtedy chatę miałem dla siebie. Często też opuszczała Liverpool w weekendy, wtedy knajpkę prowadziłem sam. Babcia była zupełnie nieszkodliwa. Niczego ode mnie nie wymagała, nie denerwowała się, że nie poszedłem na studia, dawała mi totalnie wolną rękę. Chociaż może to ze względu na ojca.
                    To był jeden z tych dni, który obfitował we wkurzających klientów. Nagle im się przypomniało, że Wielkanoc jest jutro i trzeba kupić jakieś ciasto. Mnie to święto kojarzyło się wyłącznie z wyjazdami babci do ciepłych krajów i nachodzącym mnie Oscarem proszącym o czekoladowe jajka. On też nigdy nie miał z kim spędzać świąt. Zawsze przyłaził, kładł się na moim łóżku i odpowiadał ciętym sarkazmem na wszystko, co do niego mówiłem. Taki już był z niego skurwiały gość. Nie miałem pojęcia, co mu tym razem odbiło, ale koniecznie chciał się spotkać. I okazało się to tak pilne, że przyszedł do cukierni w połowie mojej zmiany, zaraz po tym jak napisałem mu o wkurwiąjacej klienteli. Poinformował mnie, iż on mi pokaże, co to znaczy wkurwiać ludzi.
Sprawdzałem akurat, czy tort na zamówienie się nie pali tak jak miało to miejsce ostatnim razem, gdy nagle do kuchni weszła babcia z przerażoną miną.
— Valentine, czy to ty wydawałeś zamówienie pana Cross? — spytała ze śmiertelną powaga.
— Nie, pewnie Oscar, a czemu? — zapytałem, krzątając się przy piecach.
— Tak, to ja — przyznał się Carter, wchodząc na zaplecze.
— Pokroiłeś go... — wyjąkała.
— Owszem, pokroiłem — odparł.
— Pokroiłeś go na kształt pentagramu...? — zadała pytanie z niedowierzaniem.
— No. Jeszcze powiedziałem, że od dychy w górę darmowy lodzik. 
                    Rzuciłem Carterowi spojrzenie pełne konsternacji. Zawsze wydawało mi się, że ten człowiek niczym nie jest w stanie mnie już zaskoczyć, a jednak robił to każdego dnia. A jego żarty przechodziły z poziomu przerażającego na poziom absolutnie zatrważający.
— Co odpowiedział? — Babcia jedną nogą zdawała się być już na drugim świecie.
— Zapytał, czy tak nisko się cenię — powiedział. — Rzuciłem krótko na odchodne, że nie chodzi o cenę, tylko o wiek jego córki.
                    Kiedy już znaleźliśmy chwilę wytchnienia od klientów, babcia poszła na górę spakować się przed wyjazdem, ja zaś podałem do stolika dwie czarne kawy i ciasto i razem z Oscarem zajęliśmy miejsca, wzdychając z ulgą. Bałem się myśleć, o czym tak bardzo chciał ze mną porozmawiać. Jak się okazało, moja intuicja się nie myliła. W życiu bym nie pomyślał, iż ktokolwiek przyjdzie do mnie z taką historią. A już szczególnie Oscar Carter.
                    Wydawać by się mogło, że mój przyjaciel w dupie ma wszystkich, a rodzinę, z którą od lat nie utrzymuje kontaktu, to już w ogóle. Pech chciał, iż zupełnie przypadkowo natrafił na pewnego gościa, przyjaciela jego dziadka. I ten postanowił opowiedzieć mu historię rodu Carter. Albo raczej przed nią ostrzec. Choć Oscar odebrał to zupełnie inaczej. Nagle coś mu się w tym zakutym łbie poprzestawiało i tak, jak zawsze był samotnikiem i bawił się kobietami, tak nagle zaczęła doskwierać mu samotność.
                    Otóż na jaw wyszło, że w rodzinie Carterów od wielu, wielu pokoleń rodzili się synowie, jak śliwka w kompot wpadający w sidła synów z innego rodu. I jakimś cudem mimo to w obydwu rodzinach nadal rodziły się dzieci. Ale nie w tym tkwił sęk. Człowiek, którego spotkał Oscar, wyraźnie ostrzegał go przed wiszącą klątwą sprowadzającą wręcz śmiertelnego pecha na obydwu mężczyzn z każdego pokolenia. Pojawiło się wiele domysłów, które klątwę rzekomo zdejmowały, jednak ona zawsze w końcu do nich wracała.
— Spotkałeś jakiegoś starego dziada pieprzącego farmazony i tak po prostu uwierzyłeś mu w coś tak absurdalnego? — spytałem, unosząc jedną brew.
— Tak.
— I teraz będziesz gejem?
— Tak.
                    Carter postanowił wówczas rozpocząć poszukiwania, a ja miałem stać się jego Watsonem. Jedyną poszlaką czy wskazówką było to, że chłopak prawdopodobnie ma jasną alabastrową cerę i blond włosy. Cóż, i tak nudziło nam się w życiu, czemu mielibyśmy nie spróbować...?


2.4.18

Muszę cię znaleźć (zwiastun)

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi





Nie wiem, jak wyglądasz, kim jesteś, gdzie jesteś i jaki jesteś. Ale wiem, że jesteś i muszę cię znaleźć.






— Nie skupiaj się na zamkniętych drzwiach, bo możesz nie zauważyć drzwi, które będą dla ciebie otwarte — powiedziała na odchodne blondynka i tyle ją widzieliśmy.
                    Oscar stał nieruchomo i wyglądał przez okno. W dłoni trzymał palącego się papierosa, z którego popiół niepostrzeżenie spadał na podłogę i rozbijał się na miliony maleńkich drobinek. Mój najlepszy przyjaciel na moich oczach popadał w paranoję, ja zaś nie miałem zielonego pojęcia, jak temu zaradzić. Powoli odpływał i zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością. Zaczął grzebać w przeszłości swoich przodków, znalazł coś i w rezultacie ubzdurał sobie głupotę wyssaną z palca. I z niewiadomych nikomu przyczyn wyjątkowo ufnie wierzył swojej wizji. 
                    W życiu Oscara Cartera rozpoczął się czas burzliwych zmian. Przez dwadzieścia sześć lat swojego życia nie kochał nikogo poza nim samym, sam siebie nazywał samotnym wilkiem i spotykał się z kobietami wyłącznie dla zabawy. I wtedy nagle, zupełnie znikąd i znienacka, zaatakowała go z ukrycia obrzydliwa samotność tak ciężka i nieznośna, iż dusił się powietrzem.
— Powiedz, Valentine — zaczął nagle, nie odwracając się od okna. — Jak to jest? Jak to jest, że oni wszyscy uciekali przed tym pieprzonym przeznaczeniem, a ja nie mogę go znaleźć?




OSCAR




LIAM




GUY 




VALENTINE




TANIA




ROSE







24.12.16

2min: Malinowy sorbet

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Nadszedł czas na post świąteczny. O taki, a nie inny pairing poprosiła mnie Maknae, życzenie spełniam, żeby chociaż w święta (których de facto nie obchodzę) poczuć się dobrym człowiekiem. Mokrego jajka!

_______________________________________________________


               Malinowy sorbet roztapiał się wskutek promieni upalnego słońca tak jak rozpływał się wówczas Taemin pogrążony w błogich rozmyślaniach. Bezwładnie spoczywał na leżaku i mrużył piekące od światła powieki. Zewsząd otulało go ciepło, przysypiał w nim niczym w dziecinnej kolebce pozwalającej mu na wieczną beztroską sielankę. Zdawało się, że osiągnął już wszystko, spełnił swoje najskrytsze marzenia i nie pozostało mu nic, o co mógłby walczyć lub starać się zdobyć. Taemin jednak tylko stwarzał pozory, gdyż do szczęścia nadal czegoś mu brakowało. W jego sercu widniała pustka nie do zapełnienia i rudowłosy zdawał sobie sprawę z jej istnienia, lecz nie miał pomysłu na załatanie dziury. A ja owszem.







                     Nie miałem ochoty wchodzić z butami w jego życie i deptać wszystkiego, na co przez całe życie sobie zapracował. Coś w głębi duszy podpowiadało mi jednak, że rozumiem problemu Taemina. Wyglądał jak samotny wilk w samym sercu stada, żył w watasze, lecz do niej nie należał. Łączyły go z nią pewne więzy, ale od dawien dawna zatarte. Potrzebował kogoś bliskiego, a ja z pocałowaniem ręki gotów byłem ofiarować siebie. 
                        Postanowiłem wyjść z ukrycia. Wziąłem głęboki oddech i postawiłem pierwszy krok w jego stronę, wiedząc, że później będzie już łatwo. Zająłem miejsce na leżaku obok niego i uśmiechnąłem się szeroko, kiedy promienie delikatnie pogłaskały moją twarz. 
— Ciepło — szepnąłem, zamykając oczy i delektując się gorącem.
— Minho — jęknął Taemin, przeciągając ostatnią samogłoskę. — Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy ostatnio?
— Tak — odpowiedziałem konkretnie. — O tym, czy łatwiej żyć bez czekolady, czy bez lodów. I doszliśmy do konkluzji, że życie bez czekoladowych lodów byłoby strasznie puste.
— Minho — powtórzył, przedłużając to jeszcze bardziej niż poprzednio. — Nie o tym mówię. Mówię o tym dziwnym kamieniu.
— Na pewno ze mną o tym rozmawiałeś? — spytałem ze śmiechem. 
— Nigdy mnie nie słuchasz — wycedził przez zęby, ale po chwili roześmiał się. Nie miał w stylu gniewać się na przyjaciół. — Czuję kamień na swoim sercu. Ale wiesz, taki dosłowny, jakby naprawdę tam był. Myślałem, że to wyrzuty sumienia, ale nie robię niczego złego ani na przekór sobie. Nie mogę się z tym uporać. Jestem przez to mniej szczęśliwy, niż byłbym, gdyby go nie było. 
— Brakuje ci czegoś? — zadałem pytanie. Otworzyłem oczy i rzuciłem mu spojrzenie. On jednak nadal leżał ze zmrużonymi powiekami. 
— Może — odparł cicho. — A może sam siebie okłamuję. 
                    Widok leżącego niewinnie Taemina w ciasnych jeansowych spodenkach i przykrótkiej koszulce przerósł mnie i nie pozwolił dłużej kontrolować moich czynów. Zbliżyłem się do niego i powoli pochyliłem nad jego nieskazitelną jasną twarzą.
— Minho! — Usłyszałem nagle za sobą. 
                     Poderwałem się gwałtownie do pozycji stojącej. Rudowłosy nadal spokojnie leżał, zupełnie niezaskoczony głośnym wrzaskiem Jonghyuna, który wydzierał się w zasadzie zawsze, kiedy tylko czegoś nie przeżuwał. Często zastanawiałem się, jak zareagowałyby jego fanki uważające go za przystojnego i kulturalnego dżentelmena, gdyby zobaczyły jak wciąga ośmiornicę niczym dzika świnia i wszystko wychodzi mu nosem. 
— Minho! — darł się wniebogłosy. — Chodź, zagramy w kosza!
                    Westchnąłem głęboko i zostawiłem Taemina samego z jego przemyśleniami. Udałem się prosto za Jonghyunem, który akurat zdjął koszulkę i rzucił ją gdzieś za siebie, po czym niespodziewanie cisnął we mnie piłką.
— Refleks! — krzyknął triumfalnie. 
                    Biegaliśmy po małym boisku skąpani w słońcu i własnym pocie. Dołączył do nas Onew, na czym skorzystałem, gdyż nie musiałem być już w pełni skoncentrowany na ruchach i odgłosach godowych Jonga. Nareszcie mogłem pozwolić sobie raz na jakiś czas na krótkie spojrzenie na Taemina. Zdawał się nas obserwować. Czyżby odwzajemniał to, co do niego czułem? Łudziłem się nadzieją, że mam rację. 
— Gdzie Key? — spytał Jonghyun zaraz po tym, kiedy pojawił się Onew.
— Myślisz, ze wyjdzie w taką pogodę? — zapytał z ironią. — Leży u siebie, zakopany w wentylatorach i z trzema warstwami kremu na całym ciele. Powiedział, że ma zmarszczkofobię. 
— Poważna sprawa — odpowiedział Jong. 
                    Po kilku kwartach postanowiliśmy zrobić przerwę, żeby się napić. Udaliśmy się więc do stolika, przy którym siedział Taemin, gdyż w jego pobliżu znajdowała się przenośna lodówka z wodą. Wzięliśmy po butelce i przysiedliśmy się do rudowłosego. Miałem zamiar zająć miejsce najbliżej niego, ale Jonghyun był szybszy. Oblał go wodą, na co tamten podskoczył ze strachu. Dopiero wtedy zauważyłem, jak na siebie patrzą. Nigdy wcześniej nie było to dla mnie takie oczywiste. 
— Noski! — krzyczał Jong, ocierając się o nos Taemina swoim, na co tamten reagował jak najszczęśliwsze dziecko na świecie. 
                    Spuściłem wzrok i wziąłem łyk wody. Spojrzałem ku boisku, kiedy Jonghyun łaskotał mojego wybranka. Nie chciałem na to patrzeć ani o tym wiedzieć. Tym razem wolałem niewiedzę i nieświadomość od bolesnej prawdy. Mogłem łudzić się nadzieją, że tylko się wygłupiali, tylko po co? Nie byłem już w stanie oszukiwać samego siebie. Doskonale znałem genezę problemu Taemina. On najzwyczajniej w świecie nie był pewien uczuć Jonga, który wystarczająco często robił sobie z nas jaja. Ponadto wszyscy traktowaliśmy Taemina jak naszą osobistą maskotkę. Mimo to oddałbym wszystko, żeby należał tylko do mnie. Nie mogłem nawet walczyć. Byłem kompletnie zrezygnowany. Nie chciałem do niczego zmuszać Taemina, tym bardziej, że w grę wchodził mój przyjaciel, Jong. Nienawidziłem tego uczucia. Nienawidziłem uczucia, jakim obdarzyłem Taemina. Pragnąłem, by umarło i nie pozostawiło po sobie żadnego śladu. Bałem się kolejnej dawki cierpienia, jaką miałem na siebie przyjąć. Spoglądałem na malinowy sorbet, który roztapiał się wskutek promieni upalnego słońca tak jak rozpływał się wówczas Taemin pogrążony w głębokich uczuciach, jakimi darzył kogoś, kim nie byłem ja.

28.12.15

Autorski shit

Dział: One shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Komedia



wzorowane na prawdziwym życiu, bo są rzeczy, które chciałabym uwiecznić :v
__________________________________

                    Blondynka odgarnęła delikatnie włosy sądząc, że będzie to wyglądać kusząco i uwodzicielsko. Nie wyglądało. Jej kłaki plątały się tak jak zawsze. Ludzie zastanawiali się, czy ma taki busz także na innych obszarach ciała. Odwiedzała akurat przyjaciółkę, tak ją wówczas nazywała, ale relacja działająca między nimi budziła co najmniej niechęć, strach, wstręt i zdruzgotanie. Dziewczyna rozłożyła się swobodnie na łóżku i rozejrzała się wokół.
— Masz zamiar tu posprzątać? — zapytała tonem kompletnie naturalnym, jakby łudziła się nadzieją, że jej przyjaciółka naprawdę będzie miała ochotę pozbyć się trzech czy pięciu worków śmieci. Chyba była zazdrosna, bo brunetka spędzała więcej czasu ze swoim syfem niż z nią.
                         Pomieszczenie zdawało się być ciepłe i przytulne, jednak do atmosfery, jaką przywlokła ze sobą mieszkająca tam dziewczyna, trzeba było się przyzwyczaić. W pokoju mieszał się zapach sypkiego pudru do twarzy z wonią dymu czerwonych Route'ów. Blondynka na takie chwile używała swojego znanego powiedzenia "Ale tu śmierdzi. Pachnie tobą". 
— Chyba wezmę prysznic — zastanawiała się brunetka, zaciągając się dymem. Leżała bezwładnie na łóżku i przeglądała strony w internecie. Laptop zsunął jej się z kolan i wylądował na brzuchu.
— Fuj... — syknęła blondynka. 
— Czemu ty, kurwa, zawsze mówisz "fuj" w takich kompletnie nieodpowiednich sytuacjach — piekliła się druga. — Wyobrażasz sobie? Kiedyś palniesz coś takiego towarzystwie, wiesz, ktoś powie "idę się wykąpać, potem umyję zęby i założę czyste ubrania", a ty wypalisz z takim skurwysyńskim "fuj". I co oni sobie pomyślą?
— W sumie zdarza mi się tak czasem mówić w szkole — odpowiedziała.
                    Gderała potem przez dłuższy czas, ale brunetce jak wpadało to jednym uchem, tak drugim wypadało. Miała bowiem blondynkę za dziwną pokrakę, ale nadal przyjaciółkę, twarz, która skwasiła troję. Często też zastanawiała się, czy gdyby zmienić DNA dziewczyny o jeden procent, czy byłaby delfinem, czy może raczej lamą.
— Lisu, nie słuchasz mnie — wkurzała się tamta, nadmiernie gestykulując. 
— Słucham — odparła druga. 
— Przecież wiem, że nie masz podzielnej uwagi — denerwowała się coraz bardziej.
— Jak to nie? — zdziwiła się. — Przecież palę i... oddycham.
                     Saga wyszła potem z mieszkania, miała bowiem randkę z facetem po trzydziestce, co bardzo ją absorbowało. Mimo tego jednak założyła zielony plecak, który, przylegając do granatowego płaszcza, sprawiał wrażenie trawy, w której pływał wieloryb. Ona jednak miała własny styl i pragnęła się go trzymać. Kiedy dotarła na umówione miejsce, szybko napisała do Lisa, że jej wybranek to palacz. Tamta odpisała zaś, że ogląda akurat film o pedofilii. 
                    Nikt w zasadzie nie miał zielonego pojęcia, jak to się stało, że się poznały. Pierwszym czynnikiem i jednocześnie jedynym, było pewnie anime, które jeszcze kilka lat temu chłonęły dniami i nocami. I nie miały poza tym totalnie nic wspólnego - Saga była umysłem humanistycznym lubującym się w językoznawstwie, była też człowiekiem entuzjastycznym i radosnym, nie mieszającym się zbytnio w sprawy polityczne ani żadne inne kontrowersyjne tematy. Lis był z kolei niewidzącym nigdzie ukrytego sensu ścisłowcem, racjonalistą, muzykiem jazzowym, rozrywkowym i sesyjnym, był też osobą ospałą, flegmatyczną i sarkastyczną, choć czasem przejawiającą agresję. 
                   Tego samego wieczora, kiedy Saga wróciła z randki, ponownie udała się na śmierdzącą stancję Lisa. Wzięła ze sobą torbę żarcia, które kupiła po drodze. Sądziła bowiem, że Lis da się przekupić i pozwoli jej przenocować. Znała ją bowiem naprawdę dobrze. Lis często otrzymywał od przypadkowych osób podarki w postaci jedzenia i puentował to słowami: "czuję, że to będzie piękna przyjaźń". Tym razem Saga ofiarowała jej granat i śledzie, nie wnikając już w jej fetysze żywieniowe, które prawdopodobnie nikogo już nie zastanawiały. 
— Żarcie — odparła z entuzjazmem. Entuzjazm przejawiała bowiem tylko na widok jedzenia. — Czas zrobić makijaż. Idę do kibla, bo tam mam lepsze światło.
                    Ale Saga nie mogłaby znieść oglądania Wielkich Konfliktów samotnie, dlatego postanowiła momentalnie przejść metamorfozę w stół, choć zdawać się mogło, że bardziej płaska już nie będzie. Podążyła więc za Lisem prosto do toalety i stanęła we framudze drzwi, wiernie trzymając laptopa w rękach tak, by Lis spokojnie mógł obserwować obraz w lustrze, dziabiąc się jednocześnie kredką w oko.
                    Mimo że wszyscy żywili Lisa swoim prowiantem, to właśnie on z nich wszystkich gotował najlepiej. Kiedy coś mu odbijało i stwierdzał, że na jednym jedynym palniku na stancji upichci jakiś obiad, zbiegało się nagle całe towarzystwo, a posiłek, który planowo starczyć miał na miesiąc, kończył się tego samego dnia. Tak czy inaczej Lis lubił odwdzięczać się Sadze za sponsoring poprzez, właśnie, robienie obiadów. Gdy zaś pytał, jaką potrawę lubi najbardziej, zwykła odpowiadać:
— Kota w panierce.
                     Głównym powodem do życia Sagi były fiszki. Zdawać się to mogło co najmniej dziwne, jednak wbrew pozorom brzmiało nadzwyczaj zdrowiej niż "papierosy", które paradoksalnie trzymały przy życiu Lisa, jednocześnie go zabijając. To nie było tak, że nie mógł rzucić. Problemem był fakt, iż on po prostu nie miał najmniejszej ochoty tego robić. Mimo że wolę miał tak silną, że nie było rzeczy niemożliwych.
— W autobusie dzisiaj przysiadł się do mnie taki chłopak... — nawijała Saga.
— Pewnie współczuł — odpowiedział momentalnie Lis.
— Czego? — zdziwiła się.
— No wiesz, z takim ryjem...
                   Saga bardzo przeżywała każdy krótki moment, w którym ktoś zagadywał do niej na mieście. Lisowi fakt faktem ciężko było to w pełni zrozumieć, gdyż nie był entuzjastyczną osobą, ponadto gadki-szmatki z przypadkowymi przechodniami były dla niego codziennością. Lis nie był człowiekiem, który przejawiał jakikolwiek rodzaj stresu przed zagadaniem do jakiejkolwiek osoby na ulicy. Różnie się to kończyło. Znajomi często mówili, by tego nie robił, ale Lis nigdy nie rozumiał, dlaczego miałby nie zagadywać się z menelami i żebrakami.
                    W zasadzie ciężko było stwierdzić, jak ta relacja się skończy, jeśli się skończy. Najbezpieczniej było po prostu się nad tym nie zastanawiać, by nie narażać się na ryzyko uszczerbku na zdrowiu. A Sylwester miał dopiero nadejść.



5.7.14

Wsiadł na konia, poszedł pieszo.

Dział: Maniakalny doktor w poszukiwaniu trawy.
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi.



Stawiałem ostrożnie kroki z obawą, że Alex obróci się w najmniej oczekiwanym momencie, swoim wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu zażąda natychmiastowych wyjaśnień, a ja nie będę miał zielonego pojęcia, co powinienem mu odpowiedzieć. Po raz kolejny, zamiast najpierw ustalić strategię, bez namysłu działałem spontanicznie. Znowu zdawałem się na szczęśliwy przypadek łudząc się, że i tym razem ujdzie mi to na sucho. 
- O, marchewka - odparłem aroganckim tonem, po czym wziąłem garść pokrojonych warzyw  z deski kuchennej i wpakowałem je sobie do (jeszcze niewyrobionej) paszczy. - Dobłe. 
I generalnie już chwilę później wisiałem do góry nogami, przewieszony przez umięśniony lewy bar Cartera, motający się na boki i pytający "quo vadis". Waliłem w niego pięściami, jednak on nie raczył w żaden sposób zareagować. Wyniósł mnie z mieszkania, mimo to nie postawił mnie na ziemi. Złapał się poręczy, westchnął głęboko, po czym zniósł mnie na sam dół, postawił po zewnętrznej stronie wejścia do budynku, wyjął z kieszeni klucze do jego mieszkania (skąd wiedział?!) i zamknął mi drzwi przed nosem. 
Na początku przeżyłem niemały szok. Totalnie nie spodziewałem się takiego zakończenia. Stałem jak wryty. Przez dłuższą chwilę nie słyszałem żadnych odgłosów z wewnątrz, co tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że pierdolony psychoterapeuta jest niestabilny emocjonalnie i walczy sam ze sobą niecałe pół metra przede mną. Gdy tylko usłyszałem pierwszy krok, kiedy tylko postawił swoją wielką stopę na pierwszym schodku, wściekłość ogarnęła całe moje ciało. Bez namysłu cisnąłem pięścią w dębowe drzwi, gdy nagle...
- Ałgrrkurwa - Tak wyszło, że Alex chyba jednak zmienił zdanie i wyszedł mi na spotkanie.
Chwilę później siedział już w swoim mieszkaniu na sofie, tamując krwotok z nosa. Ja natomiast pokutowałem na dywanie, pół metra przed nim. Starałem się unikać wzroku dyktatora, więc skupiłem się na jego stopach. To było prawie jak oglądanie pornola. Podniecałem się jego syrami, jakby były ósmym cudem świata. Nie minęło wiele czasu, żebym zorientował się, iż jestem obserwowany. Niechybnie coś na mnie patrzyło, ba, wszystko wskazywało na zbliżający się atak, którego nie zdołałbym przeżyć.
- Dobra, niech ci będzie, zabijaj, byle nie na śmierć - wypaprałem jednym tchem. - Chociaż w zasadzie...
Uniosłem powoli głowę, wychodząc na spotkanie jego spojrzeniu. Wpatrywaliśmy się w siebie dłuższą chwilę. Pewna myśl rozjaśniła mój umysł, doprowadzając jednocześnie do śmiechu. 
- Przecież ja nie mam cię za co przepraszać - wyszczerzyłem całe uzębienie w chamskim uśmiechu, unosząc przy tym drwiąco jedną brew.
Jego spojrzenie diametralnie się zmieniło. Początkowo było zdenerwowane, ciężką atmosferę dało się wyczuć nawet, gdy spoglądałem w inną stronę. Po moim krótkim wywodzie stało się skonsternowane i osłupiałe, by po chwili płynnie przejść w zatroskany, czuły i przepraszający wzrok. I akurat wtedy musiało mi coś odbić.
- Może przy poprzednich żartach ci się udawało, ale ta kwestia była zbyt poważna, żeby mogła ci ujść na sucho - odparłem, spuszczając głowę na dół. 
- Co masz zamiar teraz zrobić?
- Wyjść. Zmienić psychoterapeutę. Dopiero teraz, po poznaniu cię, czuję się naprawdę źle. 
Obawiając się rozwoju akcji, wstałem, po czym, nie fatygując się nawet krótkim spojrzeniem, opuściłem jego mieszkanie. 

***

Od tego dnia minął miesiąc. Codziennie siedziałem do późna w szkole, by nie mieć zbyt dużo wolnego czasu, który przysparzał mi wiele przykrych myśli. Rodzice postanowili dać mi spokój z psychoterapiami, gdyż zacząłem nalegać na odwołanie przyszłych wizyt. W pierwszym tygodniu szukali kolejnych moich ofiar, jednak w końcu machnęli na to ręką. Radziłem sobie całkiem nieźle, dopóki nie zacząłem analizować swojego problemu. 
- Ej, Jude - zacząłem pewnego razu podczas przerwy szkolnej. - Towarzyszy mi uczucie pustki.
- Znajdź sobie dziewczynę - rzucił bez namysłu, pakując do japy całą bułkę naraz. 
Jude był specyficznym człowiekiem. Miał czarne włosy do ramion, które zwykle związywał w kitkę, totalnie aroganckie spojrzenie i dystans do wszystkiego, co go otaczało. Jego majątek zaczynał się i kończył na małej stancji na przedmieściach, talencie do długiego spania i wielkim psie, którego nazwał "Pies". 
- Nie o taką pustkę mi chodzi, kretynie - wzdrygnąłem się na samą myśl o posiadaniu czegoś takiego jak "dziewczyna". - Chodzi mi o to, że cały czas czuję, że czegoś mi brakuje. Nie na zasadzie braku jakiejś nowej rzeczy, mam na myśli ból utraty kogoś, czegoś, chyba...
- Cały czas czuję, że czegoś mi brakuje... to z jakiejś piosenki, nie? - zapytał, wyciągając z mojej torby kolejną kanapkę. 
- Może - westchnąłem, wyciągając się na trawie. Spojrzałem w niebo. 
- Wszystko zależy od tego, czy straciłeś to ze swojej winy - dodał, pałaszując moje śniadanie. - Jeśli nie z twojej, nie powinieneś czuć się winny, no nie? To tak jak z dziewictwem. 
- ...Czemu porównałeś to do dziewictwa... - Zacisnąłem zęby, usiłując powstrzymać swoją rękę przed przypierdoleniem Jude'owi.
- Tak czy inaczej, twoje zachowanie jednoznacznie wskazuje na to, że straciłeś to coś wyłącznie ze względu na swoją głupotę. I ani trochę mnie to nie dziwi - podsumował, kładąc się nieopodal mnie. 
I wtedy zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie nie popełniłem błędu.

22.6.14

Tylko mnie (...)chaj.

Dział: Maniakalny doktor w poszukiwaniu trawy.
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi. 



- Martin, kim, do cholery, był ten człowiek? - zapytała, łapiąc się za głowę. - To miała być tajemnica, tak? Sam nalegałeś, żebym nikomu o tym nie mówiła... 
- Ćpun. Waginosceptyk - odparłem. - Psychoterapeuta. 
- Gej? - spytała, marszcząc czoło. 
- Chuj go wie. Mało zdecydowany jakiś - odpowiedziałem, wpatrując się w okno z nadzieją na jego wielki powrót. 
- Domyślił się, co tu robimy? - zapytała, ściszając głos. 
- Jak zobaczył plamy na ścianach, stwierdził, że to moja sperma - dodałem, opierając się o parapet. 
- W takim razie skąd to nagłe zażenowanie u ciebie? - zdziwiła się. 
- Chyba właśnie mnie rzucił. 
          Cóż. Postanowiłem utwierdzić się w przekonaniu, że najlepszy związek to związek jednodniowy. Bo stabilny, czysty, bezproblemowy, nieprzeterminowany, nikt się nikim nie zdąży znudzić, przyzwyczaić. Nawet w zasadzie udało mi się wmówić to sobie do tego stopnia, aby faktycznie się z tym zgodzić, aczkolwiek wizja bycia przelecianym przez pana Cartera tylko jednorazowo była dość przykra. 
          Czułem się też trochę wykorzystany faktem, że kleił się do mnie podniecony faktem, iż, być może, doprowadzę go na plantację marihuany. Ten facet zwyczajnie był dla mnie zbyt idealny, to musiało się roztrzaskać prędzej czy później. 
         Dziwiła mnie jedynie moja postawa - nie miałem żalu, szybko zebrałem się do kupy bez zbędnych histerii. Byłem na to gotowy? Zdecydowanie nie. Uzasadniłem swoje zachowanie tym, że zwyczajnie wróciłem do wcześniejszego obojętnego stanu. Stanu, w którym hibernowałem przed pierwszą wizytą u psychoterapeuty. 
- Wiesz, chyba się pomyliłem co do tego psychoterapeuty - odparłem cicho, grzebiąc widelcem w lichej kolacji. - Może faktycznie powinienem zmienić go po raz kolejny. 
- Skąd taka nagła zmiana decyzji? Jeszcze wczoraj byłeś zachwycony - Rodzona matka mnie wyśmiała. 
- Taaa... Nie powinienem był prowadzić go do tej chaty, przeczuwałem, że to się źle... 
- Zaprowadziłeś go tam?! - wybuchła w nagłym ataku radości. - I liczysz na to, że po czymś takim go zmienię? Nie łudź się. Dzwonił już nawet, by potwierdzić terminy wizyt w przyszłym tygodniu. 
          Zdębiałem. Naprawdę zaczynałem się gubić w tej fabule. Wszystko wydawało się być zawiłe i nic się z niczym nie łączyło. Gorzej - w moim sercu znów rozpalił się ogień nadziei, że koleś mnie przejedzie. Postanowiłem więc, mimo późnej godziny, złożyć panu Carterowi niespodziewaną wizytę domową. 
          Pognałem na tramwaj, tym razem wyposażony w zapas biletów i anielską cierpliwość, jako Martin mądry po szkodzie. Usiłowałem poukładać w logiczne zdania to, co chciałem mu powiedzieć oraz to, o co pragnąłem zapytać. W napadzie złości nawet to przerastało mnie trzykrotnie.
          Drzwi prowadzące na klatkę schodową były otwarte. Bez namysłu minąłem próg i udałem się na górę. Jedynym, co zakłócało w tej chwili mój umysł, było wspomnienie wczorajszej pogoni rozgrywającej się w dokładnie tym samym miejscu. Wiedziałem, że tym razem dramat nie zakończy się wpadnięciem w jego ramiona. 
          Przed drzwiami do mieszkania Cartera niespodziewanie wpadłem na wysoką kobietę, która początkowo zbluzgała mnie za tę wpadkę, jednak po chwili wybuchła niepohamowanym śmiechem. Ulżyło mi. Nie spodziewałem się tu spotkać Rity, aczkolwiek odnosiłem wrażenie, że w jakiś sposób mi pomoże. Rozmawiała przez telefon. Wskazała mi gestem, że mam zaczekać i nie ruszać się, póki nie wyda mi na to zezwolenia. Carterowie i te ich pierdolone wrodzone cechy... Zdecydowanie mieli ze sobą wiele wspólnego. 
          Zakończywszy rozmowę, nakazała mi się zamknąć i na palcach wejść za nią do mieszkania. Dość podejrzanie przy tym chichotała, czułem się totalnie zdezorientowany. Nie miałem nic do stracenia, posłuchałem więc rady i podążyłem za nią do środka. 
          Na widok Cartera serce mi zaczęło grać patetyczną Beethovena, myślałem, że się zesram. Na moje szczęście stał odwrócony tyłem do nas, przygotowywał kolację, więc nie było ryzyka spotkania się naszych spojrzeń. 
- Jesteś pewien, że o to chodziło? - zapytała Rita, rozwalając się na sofie stojącej przed telewizorem, kładąc na moich kolanach swoje stopy. Gdyby nie to, że była kobietą, bez wahania kazałbym jej zabrać te syry. 
- A co, masz jakiś abstrakcyjny pomysł na inną interpretację niż moja? - spytał arogancko. Zachowywał się dziwnie poważnie. 
- Dziwię się, że z tylu możliwych opcji wybrałeś akurat tę - odparła z zażenowaniem. 
          Czułem się nieswojo w roli obserwatora. Należałem do części społeczeństwa, które, niezależnie od woli, znajdowało się w centrum uwagi. Korciło mnie okropnie, by coś odpowiedzieć, dopowiedzieć, w dodatku swędziała mnie noga, a bałem się poruszyć z obawy przed laserami z oczu Rity. 
- Poza tym Elise Sol... - Drgnąłem. - To imię brzmi źle. 
- Co to za chora, nieuzasadniona w dodatku zazdrość z twojej strony? - spytała, chichocząc cicho na widok mnie dławiącego się własnym krzykiem. 
- Zazdrość... - westchnął.
- Więc umawiasz go na kolejną wizytę, by mimo wszystko pomóc mu od strony psychologicznej, ta? - kontynuowała wywiad środowiskowy.
- Nie, Rita, on nie potrzebuje żadnych psychoterapii - odparł z nieukrywaną troską. - Przecież wiesz, że jestem pierdolonym, samolubnym egoistą.
- Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem - Uśmiechnęła się do mnie szeroko.
- To jest moja osobista psychoterapia - podsumował. - Uzależnienia też odstawia się stopniowo, a póki co potrzebuję jego pełnej obecności. 
          Zagryzłem szczękę na nadgarstku, próbując ukryć promienny uśmiech. O usłyszeniu czegoś takiego z jego ust nawet nie powalałem sobie marzyć. W zasadzie byłem przekonany, że Alex nie jest skłonny do wyrażania swoich uczuć w tak czystej postaci, tymczasem... 
          Tymczasem zaczynałem martwić się faktem, jak wybrnąć z sytuacji, kiedy Carter się obróci. Intuicja podpowiadała mi, że rzuci we mnie talerzem, tak jakoś. Podrapałem się po głowie. Zsunąłem ze swoich kolan stopy Rity, po czym, ku jej zdumieniu, na palcach udałem się w kierunku Alexa. 

19.6.14

Psychoterapeuta, waginosceptyk albo jak zostałem ćpunem.

Dział: Maniakalny doktor w poszukiwaniu trawy.
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi.                



              Wpadłem na genialny pomysł, mianowicie - dydaktyczną rozmowę z ojcem. Zawsze mi powtarzał, że ze mnie cipa, że traktuje mnie jak swoją małą, ukochaną córeczkę. I, że jak ktoś mnie skrzywdzi, to dostanie w ryj. Postanowiłem więc przeprowadzić mały wywiad środowiskowy z matką, co by upewnić się, w jak wysokim stadium wkurwienia ojciec jest tego dnia, po czym wypalić ze łzami w oczach "Tato, tato, wczoraj miałem pierwszą wizytę u nowego psychoterapeuty, a już zdążył mnie przejechać". Wtedy ojciec mu napierdoli i Alex nie będzie już tak seksowny, jak zawsze.

Do dupy.
Dosłownie.

                Tak czy siak, nadal zalegałem na podłodze, zaślepiony blaskiem jego inteligencji i seksapilu oraz przygnieciony ciężarem jego ciała. Siedział okrakiem na moich biodrach, wpatrując się we mnie chamsko tymi swoimi kocimi oczkami w kolorze gówna, w dalszym ciągu oczekując ode mnie odpowiedzi na pytanie o lokalizację dziwnego domu.
- Ty, Stefan, ale wiesz, że nawet, jeśli ci powiem, to raczej sam nie wydedukujesz powodu moich wizyt w tym miejscu, nie? - zapytałem, zwężając powieki do spojrzenia typowego skurwiela.
- Po co mi powód twoich wizyt? Tylko trochę krzaczków przetransportuję i wystarczy - odparł. 
        Zaczynałem się zastanawiać, o czym ten kretyn myśli. Tak, miałem przed sobą 27-letniego faceta, który wydawał mi się momentami głupszy od 17-latka, którego właśnie zgniatał. A taka głupota to nie lada wyzwanie.
- Dobra, słońce, zbieraj się. Czekam na dole - rzucił krótko, złażąc ze mnie równie majestatycznie, co wchodził. Wziął klucze od auta, po czym opuścił mieszkanie. Rozejrzałem się wokół. Nie byłem przekonany co do tego, żeby go tam zabrać, nawet, jeśli faktycznie nie chciał znać powodu moich częstych wizyt w tym miejscu. Obawiałem się, że spotkamy tam pewną osobę, której Alex poznawać zdecydowanie nie powinien.
                Zaryzykowałem - nie miałem chyba wyjścia. Byłem pewien, że szatyn będzie mnie gnębił, jeśli mu nie powiem, lub gorzej - uda, że rzeczywiście mnie zostawia. Wizja takiego zjawiska, nawet ze świadomością, że to głupi żart, wydawała się trochę przerażająca. Kurde... przecież znamy się dopiero jeden dzień. On na pewno chce mnie wykorzystać! A nie, w sumie już to zrobił. No, to nie mam nic do stracenia.
                Zamknąłem mieszkanie i udałem się na dół. Czekał na mnie tak, jak obiecał. Mimo to nie zauważył nawet, że przyszedłem.


- Nie wiedziałem, że palisz - odburknąłem. Nie podobało mi się to.
- A ty nie palisz? - zapytał, nie odwracając wzroku od zatłoczonej ulicy.
- Jak widać - dodałem.
- To najwyższa pora zacząć - Wstał, złapał mnie za rękaw i popchnął w stronę samochodu. - Dokąd mam jechać?
        Wytłumaczyłem mu mniej więcej, w jaki sposób, po czym zacząłem obmyślać diabelską strategię. Alex motał się przed kierownicą w Fazie Totalnego Wkurwienia. Zatrzymał się na pełnym polu i rzucił mi "lekko poirytowane" spojrzenie.
- Gdzie jest ta jebana chata - To chyba nie było pytanie.
- Dzięki za podwiezienie, pół kilometra stąd jest mój dom, nie martw się, pójdę pieszo - powiedziałem jednym tchem, po czym rzuciłem się do natychmiastowej ucieczki. Spodziewałem się, że zacznie mnie gonić, ale nie kurwa samochodem! Ten skurwiel chciał mnie przejechać i to nie w taki sam sposób, co zeszłej nocy!
   Darłem się wniebogłosy, zapierdalając w popłochu przed siebie. "Dlaczegojakurwaniechodziłemnawfdlaczegojakurwa..." - chodziło mi po głowie niczym tekst piosenki. Przez chwilę miałem nawet przebłysk inteligencji głoszący wszem i wobec, że dr Alex Carter jest chorym psychicznie ćpunem, który postanowił wykorzystać fakt, że posiadam (rzekomo) plantację marihuany. A co, jeśli chciał mnie potem zakopać tam żywcem i zostawić? Boże, gdzie jest tatuś w takich chwilach...
                Byłem mistrzem strategii, więc nie zaskoczył mnie fakt, że po kilku minutach Alex zagnał mnie w ślepą uliczkę, z której można już było bez problemu dostrzec ową chatę. W sumie to nie wiem, dlaczego nie pobiegłem w stronę swojego domu, tak jakoś wyszło. Carter wyszedł z samochodu i trzasnął drzwiami, po czym odpalił kolejnego papierosa. Mój wieczny uśmiech jakoś nie miał ochoty wpełzać na moją twarz. Podszedłem do niego z zamiarem strzelenia mu z liścia, aczkolwiek moje plany zostały pokrzyżowane przez siły natury i w rezultacie złożyłem na jego ustach gorący pocałunek.


- Czego ty, kurwa, ode mnie chcesz? - spytałem szorstko.
- Zaprowadź mnie tam, wtedy ci wytłumaczę - odpowiedział równie sucho, co ja. Pragnąłem poznać jego chore motywy, obawiałem się ich trochę, ale chciałem się dowiedzieć, czego on chce. Na chwilę obecną i tak nie miałem już wyjścia.
                Szedłem kilka metrów przed nim, prowadząc go do chaty. Podążał za mną niczym ślepa owca. Wspiąłem się na lekko pagórek i otworzyłem stare drewniane drzwi. Budynek w zasadzie cały był z drewna, w dodatku wyglądał, jakby zaraz miał się zawalić. Cóż... Pan Kretyn wszedł za mną. Jego wzrok zatrzymał się na jasnych plamach na ścianie. Przejechał palcem serdecznym po jednej z nich i powąchał.
- To twoja sperma? - skrzywił się lekko. Odwróciłem głowę w cichym chichocie.
                I wtedy zdarzyło się coś, czego tak bardzo starałem się uniknąć. Czy naprawdę musiałem być aż tak pechowym człowiekiem? Nie minęło kilka minut, odkąd weszliśmy do środka i pojawiła się ona. Carter zmierzył ją wzrokiem, jakby oczekiwał wyjaśnień. Żadne słowo nie mogło przejść mi przez gardło, podczas gdy oni toczyli walkę na spojrzenia.
- Pańska godność? - spytała, przyklejając się do mnie całym ciałem. Alex wyglądał na zrezygnowanego, wydawał się wycofywać z chorej gry, mimo to nadal stał obok nas w bezruchu. Dziewczyna wyciągnęła dłoń w jego kierunku. - Elise Sol.

                Mężczyzna odwrócił się na pięcie i opuścił pomieszczenie. Po chwili usłyszałem ciche warczenie silnika i spostrzegłem, że jego samochód zniknął. 

15.6.14

Zwyczaj uciekania

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yuri.       



        I mimo to szłam za nią, dokładnie po jej śladach. Sprzeczało się to z moją niezależnością, acz wmawiałam sobie, iż zwyczajnie pozwalam jej pokazać mi swą spontaniczność. Starałam się ją poznać, sprawdzając reakcje - być może nie był to najlepszy pomysł. Denerwowało mnie momentami, że nie ustępowała, że szła wewnętrzną stroną chodnika, że szła przede mną. To ona dominowała, więc powinna była opiekować się mną, troszczyć się. Jednak momenty, w których okazywała jakiekolwiek emocje, zdarzały się raptem... sporadycznie.
        Ginęła przy niej moja wrażliwość. Stawałam się równie obojętna, co ona. Nie stać mnie już było na jakiekolwiek, nawet uzasadnione, wyrzuty sumienia, żal, empatię, smutek na widok bezdomnego człowieka. Byłam skurwielem. Silnym psychicznie skurwielem.
        Pewnego dnia zauważyłam, że przestałam się za nią chować, że obrałam własną drogę, ścieżkę, która prawdopodobnie nigdy więcej nie przetnie się z jej, mimo że tamta, w przeciwieństwie do mojej, miała tysiące rozwidleń i możliwości. Zdałam sobie sprawę z tego, iż Zetsu nie była mi już potrzebna. Nauczyła mnie życia i byłam pewna, że po wszystkim otworzy moją klatkę i pozwoli mi bez obaw rozłożyć skrzydła i... uciec.
        Zetsu miała w sobie bardzo dużo dojrzałości. Posiadała siłę przekonywania i nadzwyczajne cechy przywódcze. Czasem zachowywała się nawet jak dyktator, potrafiła dążyć do celu po trupach, ale zawsze osiągała to, co sobie postanowiła. Pod tym i pod wieloma innymi względami stanowiła dla mnie wzór godny naśladowania. Podziwiałam ją, kiedy bez słowa użalania się nad sobą, wykonywała miliony rzeczy naraz, nie przesypiając nocy i żyjąc od trzech dni na kubku kawy. Ta siła... momentami mnie przerażała.
        Wątpiłam w to, że taka się urodziła. Intuicja podpowiadała mi, że jej cechy są cechami nabytymi. Ciekawość zżerała mnie doszczętnie. Chciałam za wszelką cenę jej pomóc, by chociaż w jakimś stopniu odwdzięczyć się za pomoc ofiarowaną z jej strony mnie. Pragnęłam dowiedzieć się na jej temat wszystkiego, doprowadzało mnie to do dziwnej, szalonej obsesji, nie dającej spać.
        Pewnego dnia, kiedy skończyłam zajęcia na uczelni, pognałam prosto do naszego mieszkania. Byłam cholernie głodna. Poza tym przygotowanie pysznego obiadu mogłoby w jakiś sposób polepszyć nastrój Zetsu, która ostatnimi czasy wracała z pracy w kompletnie wisielczym humorze.

Jednak minęły cztery godziny, a jej nadal nie było.

        Wiedziałam, że równie dobrze mogła iść po pracy na imprezę, w końcu był piątek, należało jej się trochę odpoczynku ode mnie i czasu dla siebie. Jednak mimo wszystko mogła dać jakikolwiek znak. Postanowiłam zadzwonić. Pierwszy telefon do niej, podobnie jak kolejne sześć, zakończył się przerywaną linią. Najwyraźniej nie miała ochoty ze mną rozmawiać.
        Zapewne zakładała, że dam sobie spokój, aczkolwiek ja nie miałam najmniejszego zamiaru tak po prostu zostawiać tej sprawy. Zjadłam obiad w ciszy i samotności, i postanowiłam spróbować jeszcze raz kolejnego dnia, gdyby nie wróciła do domu. I rzeczywiście nie wróciła.
        Było letnie popołudnie, sobota, około godziny szesnastej. Wykonałam jeszcze jeden telefon, tym razem, ku mojemu zdziwieniu, odebrała po jednym sygnale.
- Moshi? - Jej głos w słuchawce sparaliżował mnie momentalnie.
- Zetsu, kiedy wrócisz? - zapytałam, nieświadomie podwyższając ton głosu. W naszym związku to ja pełniłam rolę tej "uroczej".
- Nie wiem - odparła, wprawiając mnie w kompletne osłupienie. Powiedziała to z cholerną arogancją, jakby zupełnie nic ją nie obchodziło.
- Zetsu, masz wrócić dzisiaj - odpowiedziałam stanowczo. Była to pierwsza chwila w moim życiu, kiedy postawiłam się jej, nie przyjmując sprzeciwów.
- Nie wiem, czy mogę się na to zgodzić - rzuciła równie szorstko, co wcześniej. - Chyba wiesz, że mam w zwyczaju uciekać.
        Zaniemówiłam. Dziewczyna, z którą byłam bite cztery lata, nagle uświadomiła mi fakt swojego odejścia.
- Dlaczego załatwiasz to w taki sposób? - spytałam, zagryzając szczęki na pięści, by powstrzymać się od płaczu.
- Nie do końca widzi mi się załatwianie to z tobą w cztery oczy - podsumowała.
- Boisz się okazać własne słabości, prawda?

        Po tym pytaniu się rozłączyła. Nie miałam wyrzutów sumienia, że jej nie pomogłam. Nie cierpiałam z powodu rozstania. Zrozumiałam jej obojętność i to, co czuła przez cały ten czas, poczułam to samo. Poczułam wstrzymywane emocje chowane do głębi duszy. Widziałam, jak zamykam je w klatce za sześcioma drzwiami zamkniętymi na cztery spusty, udając, że wcale ich tam nie ma. 

8.6.14

CasNath: Odcinek 7

Dział: Castiel x Nathaniel
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi



        Kości zostały rzucone, a ja włóczyłem się po zasłoniętym ciemnością mieście jak stary, zbłąkany, skopany przez los kundel, niewiedzący właściwie dokąd idzie ani dokąd chce iść. Nie przytłaczały mnie czarne myśli, nie miałem wyrzutów sumienia, nie bałem się - w mojej głowie i poza nią panowała jedynie wszechobecna pustka, broniąca bram mojego umysłu przed jakimikolwiek bodźcami z zewnątrz. Patrzyłem ślepo pod nogi, wpadając co moment na jakiegoś przechodnia, nie fatygując się przeprosinami czy nawet błahym spojrzeniem. 
        Spławiłem go. Dławił mnie wstręt do samego siebie i zniewalał mój rozum. Owszem miałem powody, by jednoznacznie dać mu do zrozumienia, że to koniec, ale z drugiej strony strata kogoś bliskiego bolała o wiele bardziej niż wyrządzona przez niego wcześniej krzywda. Anioły żarły kiełbasę, w dupie miały ludzkie życie i to, że moja krew mieszała się właśnie z błotem. Ale tak chyba miało być. Zgubiłem się i już chyba nie ocaleję. 
        Powrót do szkoły po tym incydencie okazał się, o dziwo, o wiele łatwiejszy niż mi się wydawało. Rano mój buzujący emocjami umysł zalegał jeszcze w stanie hibernacji, oszczędzając mi zbędnych rozmyślań. Mechanicznie wykonałem wszystkie czynności i wyszedłem, usiłując nie dopuszczać do siebie słów, których słyszeć nie chciałem. Nie można się pozbyć uczucia żalu. 
        Nie spotkałem go ani razu. Na pewno starał się nie latać mi pod nogami, wątpię, żebyśmi nie wpadli na siebie ze zwykłego przypadku. Nadal utrzymywałem dystans. Bałem się przyspieszonego bicia serca na jego widok, jednak wiedziałem, że to będzie nieuniknione. Czułem w sobie zdławiony krzyk.
 Wiesz, że Melania ma dzisiaj urodziny?  Usłyszałem niespodziewanie tuż za swoimi plecami.
        Zdecydowanie powinienem ubłagać dyrekcję o możliwość zamykania pokoju gospodarzy na klucz w czasie przerw. 
 Tak. Mam raczej dobrą pamięć do takich rzeczy.  Chyba po raz pierwszy nie skłamałem podczas rozmowy z Sucrette. Dziwne uczucie. 
 Jak to? Mówiła ci o swoich urodzinach?  zapytała z nieukrywanym zaskoczeniem. Nie rozumiałem, co było w tym zaskakującego. 
 Nie, ale widziałem jej datę urodzin na liście gospodarzy. Nie wiem czy wiesz, ale jest przewodniczącą swojej klasy  odparłem tonem szorstkim jak zwykle. Tego dnia nie miałem ochoty na wymuszone, bezsensowne uśmieszki. 
  I tak po prostu zapamiętałeś jej datę urodzin? To podejrzane!  rzuciła jednym tchem. Zaczynałem się zastanawiać...   Nie, w zasadzie nie to miałam na myśli...
        Obróciła się na pięcie, po czym opuściła pomieszczenie. Tego dnia już więcej jej nie widziałem. 
     


***



        Tego samego letniego wieczora odpoczywałem na balkonie, na tym samym balkonie, na którym wczorajszego dnia zaszła akcja, której wolałbym nie pamiętać. Wyjąłem z kieszeni paczkę marlboro, kolejne wspomnienie związane z Castielem. Nie mam pojęcia, dlaczego przejąłem od niego nałóg, uzależnienia nie są podobno zaraźliwe. Tak czy siak, nie próbowałem się cholerstwa pozbyć, nie przeszkadzało mi. 
        Duszno. Trudno będzie usnąć. Oddech parzył mnie boleśnie. Nie byłem w stanie dłużej odganiać się od niechcianych myśli. Poza tym Sucrette... Wcześniej nie zastanawiałem się, czego ode mnie chce, byłem zbyt zajęty swoim życiem osobistym, które właśnie straciłem, zyskując jednocześnie czas dla innej osoby. Nie widziałem tego wcześniej? Słowa, które wypowiedziała, były dość jednoznaczne. 
        Postanowiłem. Niezależnie od tego, jakie drogi dokąd by mnie wiodły. Podjąłem decyzję i zdecydowałem się wcielić mój plan w życie, nie przewidując skutków ani konsekwencji.