Showing posts with label subete. Show all posts
Showing posts with label subete. Show all posts

11.4.19

Carter uważa się za złego człowieka

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi 



               Towarzyszyło mi wówczas wyjątkowo dziwne uczucie. Zupełnie tak, jakby moje ciało opętane zostało przez demona i od tego czasu egoistycznie prowadziło ten żywot, niszcząc ze skutkami co najmniej katastrofalnymi wszelkie pojawiające się na horyzoncie potencjalne relacje. Jak gdyby zły byt przejął kontrolę nad wszelkimi moimi wyborami i decyzjami, nie pozwalając mi uczestniczyć w moim życiu, aż tu nagle nadeszła chwila słabości i, chcąc nie chcąc, pozwolił się odezwać zgniecionej niewinnej duszyczce, która wykrzykiwała takie farmazony, iż chciałoby się uciszyć ją ciosem prosto w serce. Bo tym demonem byłem ja. W pełni świadom swojej siły i potęgi. Lecz za każdym razem, choć zdarzało się to niewątpliwie rzadko, gdy resztka mojej dziecięcej naiwności jeszcze niewykorzeniona przez brutalny świat postanawiała się odezwać, uderzała we mnie fala gniewu tak nieposkromiona i nieopanowana, że zaczynałem się obawiać sam siebie. Głos wydobywający się z czeluści mojej podświadomości twierdził, iż stracę Oscara, jeśli mu nie pomogę, a podobno wcale tracić go nie chcę. 
               Mimo wszystko zdecydowałem się sprawdzić, co się stanie. Nie potrafiłem przewidzieć przebiegu tego spotkania nawet w najmniejszym stopniu, ale ten rodzaj adrenaliny był do zniesienia. Rzeczywiście skorzystałem z rady Guy'a, nadal utrzymując, że robię to z ciekawości. Gdy jednak pozwalałem sobie zajrzeć w głębiny swoich myśli, tonąłem w morzu strachu przed utratą kogoś ważnego. Dlatego postanowiłem więcej tam nie włazić.
               Spotkałem się z niejaką Rose w starej knajpie na rogu Avenue i Kepler Street. Rudowłosa uznała lokal za świetne miejsce na rozmowę i po chwili przekonałem się, skąd wysnuła taki wniosek. Brzydko, tanio, niewygodnie. Cały bar mieliśmy dla siebie. Zamówiliśmy coś na odczepne i zajęliśmy miejsca przy oknie, nie wdając się w zbędne rozmowy z barmanem. 
— Guy powiedział, że masz problem miłosny. — Zaczęła. — Jest dla mnie namiastką przyjaciela, chciałam ci to powiedzieć, żebyś nie był zdziwiony albo zniesmaczony faktem, że przyszłam tu z chęcią pomocy zupełnie obcemu człowiekowi. Jestem Rose.
— Valentine — odparłem, ściskając jej dłoń. — Dzięki za fatygę. Guy nalegał, żebym z tobą pogadał, a ja nie bardzo wiem, w czym możesz mi pomóc.
— Do sedna.
               Wysranie jej wszystkich tych niepokojących znaków i opisanie sytuacji, do której nawet nie miałem czasu przywyknąć, okazały się być trudniejsze, niż się spodziewałem. Na tyle, żeby zamówić kilka drinków w tej obskurnej dziurze. Bałem się spytać o skład. 
               Po czwartej lub może piątej literatce zakończyłem swój dotychczasowy wywód wieńcząc monolog opowieścią o sytuacji, jaka miała miejsce w moim mieszkaniu. Kwestia, że musi mnie rzucić, bo mnie skrzywdzi. 
— Wybacz, coś cię rozbawiło? — zapytałem, spoglądając jak ta kretynka chichocze pod nosem, mając ubaw z nurtującego mnie problemu.
— Nie bądź na niego zły, Valentine — odparła, poważniejąc nieco. Wzięła głęboki oddech i westchnęła nim rozpoczęła dalszą wypowiedź. — Czytaj między wierszami. On uważa się za złego człowieka.
— Oscar? — zdziwiłem się.
— Na to wygląda — odpowiedziała. — I w jakiś sposób napędza ten mechanizm, który powtarza mu takie złe rzeczy.
— Chwila, moment. — Przerwałem jej. — Więc mówisz, że on słyszy głosy? Twierdził, że nie tak to działa.
— Bo nie tak to działa. — Sprostowała. — Musiało stać się w jego życiu coś, czemu był winny. Albo ktoś go za to obwinił. Albo sam się za to obwinił. 
               Mówiła powoli, a ja łączyłem fakty w głowie. Wszystko zaczynało się układać w logiczną całość. Nie mogłem jednak uwierzyć. Nigdy bym nie pomyślał, że tamto wydarzenie tak bardzo zapadło mu w pamięć. Owszem, było całkiem... traumatyczne i... długo się po nim zbierał do kupy, ale, kurwa, jak dawno temu to było?
— I od tamtego czasu — kontynuowała — nikt nie zdołał go przekonać, że nie jest niczemu winny. Prawdopodobnie to właśnie to niezdrowe uczucie wrosło w niego lata temu, puściło pędy, a teraz jest na etapie zbierania soczystych plonów. Jak mniemam, jest to dopiero pierwszy problem na tej drodze.
— Żenada — wycedziłem przez zęby. — Więc nigdy nie będzie dobrze? Zawsze coś z nim będzie nie tak?
— Jesteś jeszcze ty — powiedziała nagle.
— Co, kurwa, niby sugerujesz? — Wkurzyłem się. — Widzisz mnie pierwszy raz.
— A jego jeszcze nie spotkałam. 
               Opanowałem się w ostatnim momencie. Skrzyżowałem ręce na piersiach i spojrzałem na nią wrogo.
— A ze mną co jest nie tak? — spytałem naburmuszony.
— Twoje uczucia są zagrzebane tak daleko i głęboko, że nie jestem w stanie ich dostrzec.


9.4.19

Jakaś tam gejowa klątwa

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi 



               Po dziwnej rozmowie z Carterem pół dnia spędziliśmy w niekomfortowej, duszącej atmosferze. Nieudolnie próbował poprawić mi nastrój, proponując różne rzeczy, poczynając od wyjścia na lody, a na wspólnej gorącej kąpieli kończąc. Ja zaś kompletnie nie wiedziałem jak powinienem się wówczas zachować, lecz szybko doszedłem do wniosku, iż nie ma co udawać. W rezultacie byłem więc totalnie wkurwiony i odnosiłem wrażenie, że jestem niczym więcej jak tylko kolejna zabawka w rękach Oscara. Ewentualnie komar, któremu lepiej najpierw powyrywać skrzydełka, poprzyglądać się jego męczarniom, a dopiero później zabić.
               W końcu dał sobie spokój z mieszaniem mi we łbie i wrócił do domu. A ja zostałem w mieszkaniu zupełnie sam - w towarzystwie najbardziej zaufanej osoby, czyli siebie samego. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Jak większość gatunku ludzkiego w stanie kompletnej furii odczuwałem potrzebę wygadania się komuś, poradzenia się, usłyszenia głupiego "masz rację, stary". Zwykle to Carter pełnił rolę mojego worka treningowego, był bowiem tak cholernie obrośnięty tkanką mięśniową, że jego nerwy nie bardzo mogły odczuć jakikolwiek ból. Więc okładałem go zawsze pięściami ze złości, a on chyba po dziś dzień się nie zorientował, że robię to za każdym razem. 
               Gdy byliśmy jeszcze w szkole średniej, kumplowałem się z niejakim Guy'em, człowiekiem o dziurawej pamięci - nigdy nie potrafił zapamiętać imion znajomych, więc uprzejmie zwracał się do wszystkich per "koleś". Nawet do kobiet. Nawet do starszych kobiet. Nawet do mojej babki mówił "koleś". Stąd wzięła się jego przedziwna ksywa. Carter z nim nie gadał, bo rzekomo nie miał o czym, Guy natomiast mimo dresiarskiego wyglądu z usposobienia przypominał hipisa i rzadko wyrażał swoje poglądy na dany temat, a tym bardziej na czyjś temat. Dlatego mogłem bez uprzedzeń powiedzieć mu o specyficznej relacji, w jaką ja i Oscar przypadkowo się wdaliśmy. Zadzwoniłem do niego i jak tylko powiedziałem, że siedzę w chacie sam i mam problem, postanowił wpaść na kawkę i papierosa. Zawsze tak mówił, ale nigdy nie pił kawy. 
                    Przylazł, rozsiadł się wygodnie i zaczął skręcać peta, a ja czułem się niczym na kozetce u terapeuty. 
— Kurde, koleś, strasznie dużo informacji — odparł po moim monologu i zaciągnął się petem. Zdawał się w ogóle nie być zaskoczony ani tym bardziej obrzydzony moją historią. — Zbierzmy to do kupy, dobra? Jakiś typ powiedział Carterowi, że spoczywa na nim jakaś tam gejowa klątwa, a on uwierzył i postanowił sobie znaleźć ukochanego. Ale akurat miał podnietę, a ty czytałeś yaoi, więc się ciekawie zbiegło w czasie. I nagle bęc, bo Oscar wyjebał z dziwnym tekstem.
— No, ta, mniej więcej — westchnąłem. — Chyba powinniśmy wrócić do przyjaźni. Ledwo co zaczęliśmy, a już się sypie.
— Mnie się tam wydaje, że masz gdzieś w środku trochę nadziei, koleś — powiedział nagle.
— Niby na co? — spytałem z ironią. — Że nagle się okaże, że jednak wszystko jest super piękne? Nie mam dwunastu lat jakby co.
— Na to, że dam ci argument na jego niewinność — odpowiedział. 
                    Zamilkłem. Możliwe. Całkiem możliwe, że na to liczyłem. Ale mógł mi, skubaniec, nie mówić tego aż tak wprost. 
— Mam pewną solucję, koleś — mówił dalej — ale to może wymagać od ciebie pewnego przełamania się. Znamy się trochę i... No nie chcę być tak bezpośredni, może mi się wydaje, może nie, nie czuj się urażony ani nic, ale... czasem myślę, że ty wolisz obwiniać innych zamiast poszukać winy u siebie.
               Przełknąłem ślinę i zacisnąłem pięści, żeby tylko nie rzucić się na niego ani nie zacząć wrzeszczeć. 
— Sądzisz, że to moja wina, że mu odpierdala, tak? — spytałem, usiłując za wszelką cenę stłumić w sobie agresję.
— Nie, myślę raczej, że każdy z was ma sam ze sobą niedokończone sprawy — odparł. — I dlatego jest jak jest.
— Myślisz, że co powinienem teraz zrobić? — spytałem, uspokajając się nieco.
— Moja matka pracuje w biurze, nie wiem, czy pamiętasz — powiedział. — Ma taką psiapsiółę, co ma jakoś koło trzydziestki. Laska umie w relacje. Serio, czai i ogarnia na poziomie totalnie zatrważającym. Wielokrotnie ratowała związki swoich kumpli.
— Czy ty mnie wysyłasz na terapię małżeńską? — zapytałem drwiąco. 
— Nie-e. — Zaśmiał się. — Ona widzi rzeczy, których nie widzi się na pierwszy rzut oka. Więc wiesz. Możesz się męczyć dalej, a możesz spróbować. Tonący brzytwy się chwyta. Albo tonie. 
               Wziąłem kontakt na wszelki wypadek, ale nie uśmiechało mi się z niego korzystać. Był wczesny wieczór, Guy zwinął się do siebie i nalegał, żebym spróbował umówić się z nią jeszcze tego samego dnia. Znał mnie trochę, wiedział, że nie zasnę.

5.4.19

Z przyjaciółmi nie robi się takich rzeczy

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi 



               Tamtego popołudnia umówiliśmy się na wspólne spędzanie leniwego wieczora. Babcia już wyjechała i Oscar nawet pofatygował się o zawiezienie jej na lotnisko, żeby wkupić się w jej łaski, sądził bowiem, że przez te wszystkie żarty, jakimi raczył naszą klientelę, niezbyt zanim przepadała. A ja nie miałem najmniejszego zamiaru wyprowadzać go z tego błędu. Nie miałem nawet argumentów, babcia skrycie go uwielbiała, lecz sam nie miałem pojęcia dlaczego. 
               Nieszczęsne problemy egzystowania w związku pojawiły się już tego samego dnia. Może powinienem był się tego spodziewać, może nie. Kiedy byliśmy młodsi, z ignorancją i przysłowiowym machnięciem ręki reagowałem na jego wieczne wyjebanie. Delikatniej się tego powiedzieć nie dało, bo delikatne to nie było ani w jednym calu. Myślałem wówczas, że bawi się nowo zdobytą kobietą, udaje niedostępnego, spotkał inną albo się pokłócili. Jego relacje nigdy nie trwały długo, ponadto Carter mało o nich mówił i zdawał się być kompletnie niezainteresowany swoimi "drugimi połówkami". Jako jego najlepszy przyjaciel nigdy nie śmiałem się wtrącić w te sprawy, gdzieżbym mógł - ja, z zerowym doświadczeniem w związkach? A wszystkie ostatnie wyobrażenia sprowokowane zapewne wyłącznie przez zboczone japońskie mangi traktowałem sceptycznie, myśląc raczej o przygodach łóżkowych aniżeli o wdawaniu się w poważne relacje. 
               Tak czy siak zupełnie zlałem temat, kiedy Oscar z łaski napisał mi krótkiego SMS'a, że się nie pojawi. Żadnych wytłumaczeń, nic, ale jakoś spłynęło to po mnie jak po kaczce. Zająłem się swoimi sprawami, napisałem bzdurny wiersz o wiośnie, podpisałem "Valentine Sykes" i wrzuciłem do szuflady, w której leżała takowych sterta. Nie odważyłbym się ich publikować. W końcu się położyłem, zasnąłem i tyle było ze mnie pożytku.
               Z samego rana obudził mnie dotyk mojego domniemanego kochanka. W normalnym stanie zerwałbym się na równe nogi i zaczął wrzeszczeć, że co on tu w ogóle robi i jakim prawem znowu dorobił sobie klucze do mieszkania mojej babki, ale sposób, w jaki mnie dotykał i aura słodkiego przedwiośnia... Jeszcze śniłem i śniłem właśnie o tym, żeby zaczął mnie rozpieszczać. Leżał przy mnie, wtulony w mój kark i głaskał delikatnie poranny wzwód. W tej porannej półprzytomności naprawdę nie mógłbym wymarzyć sobie niczego przyjemniejszego niż jego ciepłe dłonie pieszczące moją męskość - z kobiecą wręcz subtelnością i hamowaną namiętnością. Składał pocałunki pod moim uchem, co miło łaskotało i przywoływało dreszcz i falę gorąca oblewającą ciało od stóp do głów. 
— Jesteś zły, że nie przyszedłem? — spytał szeptem.
— Ee — wymamrotałem, nie chcąc się jeszcze przebudzać.
— Masz ochotę na śniadanie do łóżka? — zapytał ciepło.
— Yhy.
               Myślałem wówczas, że po prostu nie chce mnie budzić, stąd ten drżący ton głosu. Jednak, gdy wrócił do pokoju z tacą, sponad której unosił się zapach gorących gofrów z owocami i herbaty z konfiturą, zauważyłem troskę malującą się na jego twarzy i ta rozpaczliwa aura w ułamku sekundy przygniotła mnie tak mocno, że omal nie zacząłem się dusić. Usiadł obok mnie i zapalił papierosa. Podniosłem się powoli do pozycji siedzącej. Jego stan tak mnie wystraszył, iż na chwilę zapomniałem o wszystkich dziwnych wydarzeniach dnia poprzedniego.
— Co ci jest? — spytałem z trwogą.
— Cieszę się, że cię widzę — odparł, uśmiechając się lekko.
— Nie wątpię — westchnąłem. — Ale ślepy nie jestem. Coś cię trapi.
— Jakoś się nie wyspałem — dodał.
— Skąd ja wiedziałem, że to powiesz... — wymamrotałem. — Nie próbuj mnie oszukać, bo wiesz, że w tych sprawach się nie mylę. Jak będziesz gotów, to mi powiedz.
               Ale Carter upierał się przy swoim, że nic mu nie jest. Ja natomiast byłem w posiadaniu nadludzkich umiejętności czytania z ludzi jak z otwartych książek - zawsze wiedziałem, jak się czują i czy coś im dolega. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób to nabyłem, ale jednego byłem pewien: nienawidziłem tej zdolności i dopłaciłbym, gdyby ktoś zgodził się zabrać ode mnie tę klątwę. 
               Tak czy inaczej nie powiedział ani słowa, a ja nie nalegałem. Cały dzień był nieobecny i jak już raczył na mnie spojrzeć, to wzrok miał tak oziębły i pusty, jakbym stał się nagle jego wrogiem. 
— Oscar, — powiedziałem w końcu — może to jednak nie był dobry pomysł, co? Może powinniśmy się kumplować? 
               Poczułem lekki ścisk w klatce piersiowej, wiedziałem jednak, że jego aprobata uwolni mnie z tych sideł i przyniesie ulgę. 
— Nie — odpowiedział stanowczo i zwrócił się ku mnie. — Potrzebuję cię, Tiny. 
— Przecież widzę, że coś nie gra — syknąłem. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. — Potrzebujesz mnie jako przyjaciela.
— Z przyjaciółmi nie robi się takich rzeczy — odparł, po czym pocałował mnie beznamiętnie. 
— Z kochankami też nie. Przez tę chwilę miałem wrażenie, że ktoś ci zapłacił milion milionów, żebyś to zrobił.
               Ku mojemu zaskoczeniu Carter pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Milczał przez dłuższą chwilę, a ja nie odważyłem się przerywać tej dziwnej ciszy.
— Nie wyobrażasz sobie, jak się teraz biję z myślami — powiedział w końcu.
— Ta? A jakie to myśli? — spytałem z udawaną ciekawością.
— Że powinienem cię zostawić — odpowiedział.
— To miejmy to za sobą, kurwa! — wrzasnąłem. — Debila ze mnie robisz czy co?
— Czekaj! — krzyknął i złapał mnie za nadgarstki, żeby mnie uspokoić.
               Jego wzrok się zmienił. Teraz był zupełnie inny. Zmęczony, pozbawiony energii i siły. Twarz miał bladą i smutną. Wystraszyłem się. Wyglądał jakby był na coś poważnie chory.
— Ciężko mi o tym mówić — wyjąkał. — To się może wydawać absurdalne, ale... to nie są moje myśli. Nie, że słyszę głosy czy coś... To jak wewnętrzny krytyk, tylko taki, co gada o wiele więcej, o wiele częściej.
— Czemu chce, żebyś mnie rzucił? — spytałem, próbując się uspokoić.
— Mówi, że cię skrzywdzę.


21.3.19

Zapragnij mnie tak bardzo, jak ja pragnę ciebie

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi




               Moje ciało w ułamku sekundy oblał zimny pot, zakręciło mi się w głowie, a przed oczyma pojawiły się mroczki sygnalizując, że lada chwila padnę jak mucha na posadzkę, stracę przytomność i ewentualnie skonam. W tym amoku zdołałem dostrzec, iż Oscar jest równie skołowany, odchrząka znacząco, nerwowo poprawia kołnierzyk koszuli i spogląda w dół, bacznie przyglądając się białej cieczy zastygającej na starych kafelkach. Zdawać się mogło, że jest zszokowany moim pocałunkiem, choć dopiero co robił mi rzeczy, jakich nie robi się najlepszym przyjaciołom. Nawet takim na śmierć i życie. 
— To pewnie przez to yaoi — wymamrotałem grając na zwłokę. — Zapomnij o tym, każdemu się zdarza chwila słabości. Mógłbyś?
               Carter wykrzywił usta w lekkim grymasie i powoli podniósł wzrok. Zauważył chyba, że nie czuję się najlepiej, podszedł bliżej i złapał lekko za ramiona, żebym się ocknął.
— Valentine, znasz mnie, wiesz, że nie zwykłem mówić o tym, co czuję — powiedział. — Ale mnie ruszyło to, co się właśnie stało i nie wiem, co mam o tym myśleć. 
— Obydwaj jesteśmy zdezorientowani — wyjąkałem, bojąc się kontaktu wzrokowego.
— Nie, nie mam na myśli dezorientacji — odparł. — Serce mi wali jak szalone, ale to nie przez to, że się nie spodziewałem twojego pocałunku. To znaczy... owszem, w najśmielszych marzeniach bym nie przypuszczał, że aż do tego stopnia postanowisz zaangażować się w bycie moim królikiem doświadczalnym, ale... Chodzi o to...
               Spuścił głowę. Zacząłem się denerwować, zupełnie nie wiedziałem, co takiego próbuje mi właśnie powiedzieć. Uwielbiał psuć atmosferę głupimi żartami, ale nie wyglądało na to, że pofatyguje się o to w tak niejednoznacznej sytuacji. 
— Podobało mi się. — Wyrzucił z siebie w końcu.
               Odchyliłem głowę do tyłu, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. 
— Chyba nie chcesz powiedzieć, że... — zacząłem niemrawo.
— Chyba chcę — odpowiedział po chwili zastanowienia. — Chyba chcę spróbować się z tobą umawiać.
— Oscar, nigdy nie randkowałeś z facetami, a może o czymś nie wiem? — spytałem cicho. — Taka nagła zmiana orientacji nie bardzo jest możliwa. Nawet jeśli rzeczywiście w skryciu zawsze lubiłeś też kolesi i właśnie to odkryłeś... Skąd takie pogodzenie się ze stanem rzeczy? Przyjaźnimy się od tylu lat...
— ...I dlatego wiem, jaki jesteś, co lubisz i czego mogę się po tobie spodziewać — przerwał mi. — To mi chyba... całkiem odpowiada.
— To nie do końca tak — westchnąłem, spuszczając wzrok. — Możesz mnie znać na wylot, a i tak będę innym kochankiem niż przyjacielem. Każda relacja porusza inne rejony... wiesz...
— Możesz to zrobić jeszcze raz? — zapytał nagle. — Albo przynajmniej pozwolić mi zrobić to za ciebie?
               Zaniemówiłem. Zaniemówiłem, a on prawdopodobnie milczenie uznał za znak aprobaty. Przełknąłem ślinę i nieomal się nią zakrztusiłem. Cały drżałem. Spojrzał na moje usta, przybliżył się, po czym... musnął je lekko i finezyjnie oblizał. Rozchyliłem wargi, tym samym pozwalając mu na francuski pocałunek, a on skorzystał z okazji. Tańczył językiem wokół mojego, wplatając palce w moje włosy. Nie poprzestał na jednym. Odsunął się na krótką chwilę, by złapać oddech i raz jeszcze poczuć smak moich ust, w sposób jeszcze bardziej delikatny i subtelny. 
— Oscar — szepnąłem, gdy skończył. 
               Jednak nie skończył. Drugą ręką objął mnie w pasie i znów przylgnął swoimi wargami do moich, rozpływając się w ulotnej chwili. Całował mnie wówczas nieco bardziej namiętnie, z pewnym pożądaniem i, jakby, pewnością, że nie ma w tym absolutnie nic złego. A może nie? A może właśnie to był zakazany owoc, którego pragnął posmakować, póki ma okazję?
— Mmm... — jęknął cicho, wtulając się w mój kark. — Valentine, działasz na mnie i nie wiem dlaczego. 
               Odpowiedziałem milczeniem. Oddychałem ciężko i usilnie próbowałem poukładać sobie to wszystko w głowie. 
— Chcę cię dotykać — powiedział nagle, czego wynikiem był gorący dreszcz przebiegający całe moje ciało. — Tak, żebyś płonął i rozpływał się pod opuszkami moich palców. 
— Czułbym się wykorzystany — wydobyłem z siebie.
— Skąd przekonanie, że bym cię zostawił? — spytał. 
— W końcu znajdziesz człowieka, którego szukasz — odparłem cicho. 
— Może znajdę — odpowiedział. — Ale czy to o czymś świadczy? Może byłoby nam dobrze... razem. 
               Po tych słowach pocałował mnie raz jeszcze, a ja, w stanie słabej świadomości, oplotłem jego kark rękoma, w odpowiedzi na co objął mnie w pasie i zaczął delikatnie masować moje plecy. 
— Przecież też tego chcesz, Valentine — szepnął, całując mnie znów. — Zapragnij mnie tak bardzo, jak ja pragnę ciebie.


31.7.18

Zakonnicy z Santo Renega

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi, sci-fi



(12 godzin wcześniej)

— Jose.
          W izbie pełno było suszonych liści i kwiatów, przez których słodką woń przebijał się zapach palonej kawy. Na starym zjedzonym przez korniki kredensie leżały rozsypane jeżyny, spod stóp wyrastały korzenie drzew. Przez popękane szkło okien wstawionych w stare dębowe framugi wpadały promienie ciepłego słońca i odbiwszy się w srebrzystych kryształkach licznych słojów z przyprawami, kończyły swój żywot rozpraszając się na pokrytych dziwnymi malowidłami ścianach.
— Jose...
          Stare łóżko przypominające bardziej barłóg dzika skrzypiało przy najmniejszym ruchu, materac nie pierwszej młodości trzeszczał przeraźliwie, zeszmacony koc nadszarpnięty był gdzieniegdzie zębem czasu, a podłogę pokrywał jedynie zimny beton i sadza ze starego pieca, lecz było to jedyne miejsce w Odillero, gdzie Roberto czuł się bezpiecznie.
— Mogę już wstać?
— Jeszcze trochę — odparł długowłosy, wchodząc do pomieszczenia z garnuszkiem mleka w dłoniach.
          Jego głowę zdobiła masa jasnych warkoczyków zwieńczonych koralikami, wstążkami i innymi dekoracjami, twarz zaś pokryta była wyblakłymi tatuażami. Topił się w zbyt szerokich zgniłozielonych spodniach i wielkiej koszuli w paski. Jose był szamanem mieszkającym na peryferiach.
— O własnych siłach daleko byś nie zaszedł — powiedział, siadając obok niego i popijając ciepły napój.
— Nie miałem zamiaru wracać do domu, po prostu nie chciałem siedzieć tu sam — odparł Roberto, podnosząc się do pozycji siedzącej. — W zasadzie im dłużej tu jestem, tym bardziej nie chcę wracać.
— Ach tak? — zdziwił się Jose. — To pewnie przez tę wędzoną kiełbasę, której u was nie ma.
— Ale kiedyś muszę chyba wrócić, co? — zapytał Espinoza, uśmiechając się z troską.
          Jose spuścił głowę i zamilkł na dłuższą chwilę.
— No, ładny masz ten mundur, będzie mi go brakować — odpowiedział w końcu. — Bardzo dobrze na tobie wygląda, choć podoba mi się jeszcze bardziej na podłodze w mojej sypialni.

(Teraz)

          Sanchez przedzierał się przez lasy dębów korkowych. Jego umysł pogrążony był we wściekłości tak skrajnej, że zupełnie nie zauważył skradającej się drużyny Ramireza kilka mil za nim. Posuwał się naprzód cal po calu i jak okiem sięgnąć wszystkie gałązki, pnie, mchy i opadłe liście poznaczone były krwią. Gdzieś w tym musiał kryć się głęboki morał. Niepozorny dźwięk, pękająca czaszka, ale słychać go było wszędzie. Trzy razy dziennie. Nawet zabijanie było podporządkowane rozkładowi dnia. Diego pragnął dotrzeć do Odillero, bowiem pododdział Espinozy kilka tygodni temu mijał je w drodze do górskiego zajazdu Mio. Na miejscu przebywał przypadkowo zamieszany w sprawę absolvo były templariusz, z którego Tristan nakazał im wyciągnąć wszelkie informacje. 
          Rafael wraz z resztą postanowił wówczas rozbić obóz między lasem a siedzibą grupy Tierra. Nieświadomi potęgi szału Sancheza niesłusznie uznali, że pod osłoną nocy nie mógł zajść daleko. Postanowili cierpliwie zaczekać, aż słońce wzejdzie nad horyzont i dopiero wtedy ruszyć w pogoń. Julio wydawał się być czymś wyraźnie zaniepokojony, lecz nie pisnął ani słowa, była to przecież wyłącznie jego intuicja. Niestety intuicja Julio rzadko się myliła.
          Javier w chwili przerwy wyjął z torby kilka papierków i zaczął wodzić po nich wzrokiem, jak gdyby je ze sobą porównywał.
— W Odillero mają plantacje tytoniu — powiedział nagle. — Z kolei w Demossie mają deficyt. To bogata kraina. Za dostawę tytoniu mogliby zapłacić nawet w pirycie. W górach mają przecież własne złoża.
— Zaczęło się — wycedził przez zęby Abel.
— Gdyby wystarczyło nam czasu, moglibyśmy udać się na północ i trochę pohandlować. Wszyscy na tym skorzystamy, Abel — kontynuował. — Spójrz tylko. Pieniądze z misji otrzymuje Tristan, rozdziela je na równe racje. Miałbyś w tym spory zysk. Tierra liczy zaledwie około trzydziestu osób.
— Jeśli chcesz znowu przedzierać się przez chaszcze wzdłuż tamtej rzeki przy siedzibie grupy Agua, to proszę bardzo, droga wolna, możesz już iść — prychnął dryblas. — Nie wspominając o tym, że Demossa na pewno przyjmie cię z otwartymi rękoma. Grupa Nieve też ma w pobliżu kryjówkę, możesz skoczyć do nich na kawę.
— Zawsze można pohandlować gdzie indziej. Chociażby Conda, miasteczko u podnóży gór... Daliby nam podrabiany piryt, ale to z kolei moglibyśmy wymienić na rudy żelaza w Rubii — mówił. — Skorzystałbyś na tym.
— Nie przekonują mnie te twoje cyferki — syknął.
          Powoli się rozjaśniało. Julio z niepokojem obserwował Rafaela. W powietrzu unosiło się coś dziwnego, nie potrafił tego zdefiniować, ale z każdym momentem odczuwał to coraz mocniej. Kiedy Abel i Javier gawędzili w najlepsze, oczom Ramireza ukazała się grupka nieznajomych podążająca w ich stronę.
— Ksz-ksz — uciszył ich.
          Abel bez zastanowienia złapał za nóż i schował go za plecami.
— Spokojnie. Idą z południa — powiedział nagle Rafael. — To muszą być zakonnicy z Santo Renega.
          Tymczasem Sanchez gnał przed siebie, nie tracąc czasu na przerwy. Czekał, aż dojrzy prześwity słońca spomiędzy koron drzew i dostanie się do bram Odillero. Zamiast tego jednak...

23.7.18

Samotna podróż do Odillero

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi, sci-fi



         Nim jeszcze słońce pojawiło się na horyzoncie, Diego pod osłoną nocy udał się na poszukiwania zaginionego oddziału przyjaciela. Chciał czym prędzej odnaleźć Espinozę i nie pozwolić na to, co pragnął zgotować mu Tristan Martinez.
          Starał się nie myśleć o tym, jaka kara spotka go za dezercję. Modlił się do Boga, w którego nie wierzył, iż skończy się na chłoście, torturach lub dodatkowych pracach i trudniejszych misjach. A Roberto był mu zbyt bliski, żeby zostawić go na pewną śmierć. Dlatego ryzykował własnym życiem, przemierzając samotnie ciemne ponure lasy po omacku, narażając się na ataki zwierząt i dzikich zwierząt, czyli innych grup poszukujących absolvo.
          Tymczasem drużyna Rafaela przygotowywała się do kolejnej misji. Otrzymali ją dość niespodziewanie, zaraz po tym, gdy wyczerpani i ranni powrócili z poprzedniej, która okazała się być zasadzką. Nie zdołali nawet wylizać ran w obozie, kiedy posłaniec dostarczył im pergaminy ze wskazówkami.
          Abel siedział na swoim starym trzeszczącym materacu i przecierał powieki tak mocno, że zrobiły się czerwone. Javier i Julio zerwali się zaś na równe nogi. Obydwaj słynęli z sumienności i uczciwości wobec grupy. Każdy z nich liczył na odnalezienie absolvo, jednak z zupełnie różnych powodów.
          Julio Macias był najmłodszym członkiem swojego pododdziału, ale także całej grupy. Trafił tam zupełnie przez przypadek - podobnie jak Diego Sanchez został znaleziony na odludziu jeszcze jako nastolatek, a potem po latach wbijania do głowy bezmyślnych sloganów i treningów walki wręcz gotów był stanąć na polu bitwy. Macias miał ledwie dwadzieścia lat, jego techniki wymagały dopracowania, a wieczne rozmyślania o miłości doprowadzały pozostałych do szału. Mimo to jego poukładanie często ratowało im tyłki, kiedy chociażby zaciągał ich pijane mordy do oberży, gdzie obowiązywał stanowczy zakaz bójek.
— To nietrudna misja — mówił Javier, zapinając skórzany pasek, który zdjął ze zwłok ostatniego człowieka, jakiego zabił. — Można by przy okazji nieźle dorobić.
— Szkoda czasu na zabawę w poboczne wątki — warknął Abel. — Załatwmy to i miejmy z głowy. Muszę jak najszybciej wracać do obozu. Widzisz tę bliznę? Oberwałem dwa dni temu, podczas gdy ty byłeś zajęty eksplorowaniem ekwipunku wroga, mimo że nikt nie został jeszcze powalony. To się nazywa współpraca. Typowa współpraca z Javierem.
— Nie masz ochoty zjeść więcej mięsa po powrocie? — spytał, jak gdyby w ogóle nie słuchał towarzysza, a jego słowa wpadały mu jednym uchem, momentalnie drugim wypadając. — Co o tym myślisz, Rafael?
          Rafael Ramirez nie bez powodu był dowodzącym pododdziału. Cechowała go rozwaga i właściwe podejmowanie decyzji. Wydawał się być nieco oschły, ale wbrew pozorom udało mu się zachować ludzkość mimo czasów, w jakich żył.
— Jeśli mamy siedzieć na ogonie Sanchezowi, będziemy musieli zatrzymywać się co jakiś czas. W końcu mamy tylko dopilnować, żeby nic nie spieprzył, a nie łapać go, wiązać i zabierać z powrotem do bazy — odparł, wpatrując się we wschodzące za oknem słońce. Ledwie rozświetlało pomieszczenie, w którym się znajdowali. — Rób, co chcesz, Javier, dopóki jesteś skupiony na misji, dopóty masz moje pozwolenie na indywidualne działania.
— Nie wydaje się to wam głupie? — spytał nagle Abel. — Absolvo może być wszędzie, nawet w śmierdzącej dupie tego pieprzonego Sancheza, a my zamiast go szukać musimy śledzić jednego ze swoich, żeby nie dał się zabić.
— Może faktycznie absolvo jest w jego śmierdzącej dupie — wtrącił Javier.
— Straciliśmy już wielu ludzi, to pewnie dlatego — odezwał się milczący dotąd Julio. — Fakt faktem strategia Tristana jest zaskakująca. Gonić zdrajcę tak długo, aż sam nie zechce wrócić... Ta misja może trwać całe życie. Chwila... Może właśnie na to liczy Tristan?
— Nie sądzę — odparł Rafael. — Raczej wie, że Diego zawróci, ale do tego czasu chce zapewnić mu bezpieczeństwo. Nie da się ukryć, że chłopak potrafi się bić.
          Wyruszyli o świcie. Udali się w stronę Odillero, gdyż właśnie tam podążał Sanchez, z czego Tristan doskonale zdawał sobie sprawę. Siedział więc w swoim gabinecie i palił cygaro, z lekkim uśmiechem wpatrując się w kartkę z napisem: "Rozkazy dla oddziału Rafaela Ramireza: znaleźć Roberto Espinozę i wyeliminować go (zdrada)". Dobrze wiedział, iż Espinoza nie byłby zdolny do takiego czynu, lecz fałszywa informacja o zamiarach pozbawienia mężczyzny życia miała tylko podjudzić Sancheza do działania. W Odillero czekało na niego bowiem coś specjalnego.

12.7.18

Roberto

Dział: Przeptaszenie
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi, sci-fi



Diego swobodnie rozsiadł się w fotelu Martineza i rozstawiwszy szeroko nogi, splótł dłonie na brzuchu. Wykrzywił twarz w grymasie na widok zwierzęcych dywanów, których zapachu nie cierpiał. Posklejane włosy futra martwego niedźwiedzia zawsze przyprawiały go o mdłości. Pod zabitym spróchniałymi deskami oknem stał niewielki stolik obity suknem, na nim stary kałamarz. Obok cały zestaw zardzewiałych noży, para mosiężnych lichtarzy do świec łojowych, pudło z gitarą, wąska kanapa obita skórą i dwa krzesła także skórą obite zalegały w pokoju, który ze względu na mrok w nim panujący zdawał się być podobniejszym do grobu aniżeli do mieszkania. Wszystko to przesiąknięte wonią Tristana, gdyż z siedziby nie wychodził nigdy - przerażony światem duszącym się pod naporem siwego jak popiół nieba i żaru słonecznego zalewającego glebę strumieniem płynnej miedzi.  
Przeżarte rdzą  wskazówki pachnącego naftaliną zegara tykały głośno krzycząc rozpaczliwie o swoim kończącym się żywocie, kiedy Martinez bazgrał coś na kawałku pożółkłego papieru. Diego z niecierpliwością gorączkowo wpatrywał się w rozpływający się atrament. Później przeniósł wzrok na materiałową maskę zdobiącą twarz szefa, zastanawiając się, jak mroczny sekret może się pod nią ukrywać. 
Diego pomyślał wówczas, że jest na świecie wiele takich twarzy, przy kreacji których natura nie wykorzystywała żadnych pilników, tarnikow czy iglaków, lecz po prostu rąbała co sił w garści. Machnęła toporem raz - wyszedł nos, machnęła drugi raz - wyszły usta, ogromnym świdrem wywierciła oczy i nie oskrobawszy, puściła w świat wyrzekłszy chociażby: oto Tristan Martinez!
Serce Sancheza przywykło do pompowania wrzącej krwi i adrenaliny. Odczuwał spełnienie, gdy na jego policzkach malował się wysiłek, a napięte do granic wytrzymałości ścięgna szykowały się na kolejny krok w nieznane po to, żeby nadać życiu smak. Żeby robić coś, co ma sens. Popełnianie przestępstwa wprawiało go w nieposkromiony entuzjazm i podniecenie. Upust gniewu oznaczał chwilę wytchnienia. Czuł satysfakcję z czyjegoś cierpienia, świadomości własnej wyższości, kontroli nad czyimś życiem. Brak ograniczeń wprowadzał go w szał mordu. Zaledwie adrenalina potrafiła zagłuszyć jego krzyczące sumienie i głosy przeszłości. Często jednak spychała go na krawędź przepaści, a on uwielbiał puszczać się oburącz. 
               Czekał i czekał, aż Tristan raczy w końcu powiedzieć mu, dlaczego go wezwał. "Czy ten łach nie wie, że od czekania ludziom odbija szajba?", myślał Diego. "Ludzie czekają przez całe życie. Wyczekują lepszych czasów, wyczekują śmierci. Czekają w kolejce, żeby kupić mięso. Czekają w kolejce po pieniądze. A jak nie mają szmalu, to czekają w jeszcze dłuższych kolejkach po zasiłek. Wyczekują, żeby położyć się spać, i wyczekują, żeby się obudzić. Czekają, żeby się ożenić, i czekają, żeby się rozwieść. Wyczekują deszczu, czekają, aż przestanie padać. Czekają na posiłek, a gdy już go zjedzą, czekają na kolejny...".
                Godziny dłużą się się niczym lata, kiedy oczekuje się czegoś niecierpliwie. Zwłaszcza czegoś, czego się zarazem pragnie i bardzo obawia. Sanchez zdawał sobie sprawę, że każda misja skraca jego drogę do śmierci, a mimo to nie potrafił przestać. Chciał zabijać, mścić się na niewinnych ludziach i wycierać sobie czoło od potu mieszającego się z ich brudną krwią. I wiedział, iż zabijanie dla pokoju jest jak pieprzenie się dla cnoty. Ale Diego nie był szalony. Po prostu lubił mordować. Ludzie od zarania dziejów lubili zabijać. Zabijanie uczyniło z nich panów Ziemi.
Tristan spojrzał na Sancheza.
— Dobre zlecenie smakuje się jak dobry tytoń czy dobrą whisky — mówił — nie należy się spieszyć, nie należy popędzać, nie o to tu idzie, by dognać jak najprędzej do puenty, złapać za grzbiet zagadkę, poznać losy, sensy i tajemnice, nie o to. Niecierpliwość nie czyni z człowieka przestępcy.
— Ale co jest naturalnego w czekaniu? Czekanie jest sztuką albo filozofią. Naturalna jest niecierpliwość.
— Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni z raju. Przez niecierpliwość ludzie zostali wypędzeni, przez niecierpliwość nie wracają. Ani strach, ani niecierpliwość nie dodają nikomu sił i nie zaprowadzą go dalej. Gotów bym myśleć... 
— A ja już bym myślał.
— Człowiekowi, który rusza w drogę, ponieważ nie może ustać w miejscu, potrzeba tylko bardzo słabego bodźca do ustalenia kierunku.
Diego zacisnął pięści ze złości.
— Możesz iść spać — powiedział Tristan, nadal nie nawiązując kontaktu wzrokowego. — Nie wyruszysz tego ranka. Nadal nie ma wieści od Roberto, a dopóki jego oddział nie dostarczy przesyłki, możemy tylko siedzieć i czekać.
— Jak to nie ma wieści od Roberto? Mieli być na miejscu najpóźniej wczoraj wieczorem. To co najmniej podejrzane, że nadal ich tu nie ma. Masz zamiar to olać? Siedzieć i czekać? — denerwował się.
— Masz rację — odpowiedział, po czym podniósł się ze starego krzesła i ruszył w kierunku drzwi. — Zrobię sobie kawę. To będzie długa noc.
Roberto jako jedyny z grupy mawiał "Kiedy dobywasz swojego miecza - nie myśl, kogo masz zabić. Myśl, kogo masz oszczędzić". Wiele już rzek wyschło, morza znikły w morzu, ale rzeki krwi nie wysychają. W tym jesteśmy wierni i udoskonalamy maczugę Kaina, obróciwszy ją w machinę śmierci. Ale Roberto taki nie był. 
          Wilk nigdy nie zabijał dla przyjemności, co zdawało się być jedną z głównych cech różniących go od człowieka. Diego westchnął głośno. Z całego serca pragnął wyrwać się z tej dziury, porzucić wspomnienia i zacząć żyć dla siebie. Łudził się nadzieją na lepszą przyszłość, w oddali od szumu i gwaru zatłumionych uliczek, jednak każdy dzień przybliżał go do wiecznego nieszczęścia. Obawiał się, że stracił samego siebie.
— Roberto... — szepnął sam do siebie.
          Jego uwagę przykuł świstek papieru, na którym wcześniej bazgrał coś Tristan. Sięgnął po niego, chwycił i zaczął czytać. Kiedy zrozumiał, kiedy doszła do niego myśl, którą obawiał się dopuścić do siebie, kiedy pojął, zaśmiał się gorzko i postanowił bez skrupułów zignorować rozkazy Martineza, zapewniając sobie tym samym śmierć.

24.12.16

2min: Malinowy sorbet

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Nadszedł czas na post świąteczny. O taki, a nie inny pairing poprosiła mnie Maknae, życzenie spełniam, żeby chociaż w święta (których de facto nie obchodzę) poczuć się dobrym człowiekiem. Mokrego jajka!

_______________________________________________________


               Malinowy sorbet roztapiał się wskutek promieni upalnego słońca tak jak rozpływał się wówczas Taemin pogrążony w błogich rozmyślaniach. Bezwładnie spoczywał na leżaku i mrużył piekące od światła powieki. Zewsząd otulało go ciepło, przysypiał w nim niczym w dziecinnej kolebce pozwalającej mu na wieczną beztroską sielankę. Zdawało się, że osiągnął już wszystko, spełnił swoje najskrytsze marzenia i nie pozostało mu nic, o co mógłby walczyć lub starać się zdobyć. Taemin jednak tylko stwarzał pozory, gdyż do szczęścia nadal czegoś mu brakowało. W jego sercu widniała pustka nie do zapełnienia i rudowłosy zdawał sobie sprawę z jej istnienia, lecz nie miał pomysłu na załatanie dziury. A ja owszem.







                     Nie miałem ochoty wchodzić z butami w jego życie i deptać wszystkiego, na co przez całe życie sobie zapracował. Coś w głębi duszy podpowiadało mi jednak, że rozumiem problemu Taemina. Wyglądał jak samotny wilk w samym sercu stada, żył w watasze, lecz do niej nie należał. Łączyły go z nią pewne więzy, ale od dawien dawna zatarte. Potrzebował kogoś bliskiego, a ja z pocałowaniem ręki gotów byłem ofiarować siebie. 
                        Postanowiłem wyjść z ukrycia. Wziąłem głęboki oddech i postawiłem pierwszy krok w jego stronę, wiedząc, że później będzie już łatwo. Zająłem miejsce na leżaku obok niego i uśmiechnąłem się szeroko, kiedy promienie delikatnie pogłaskały moją twarz. 
— Ciepło — szepnąłem, zamykając oczy i delektując się gorącem.
— Minho — jęknął Taemin, przeciągając ostatnią samogłoskę. — Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy ostatnio?
— Tak — odpowiedziałem konkretnie. — O tym, czy łatwiej żyć bez czekolady, czy bez lodów. I doszliśmy do konkluzji, że życie bez czekoladowych lodów byłoby strasznie puste.
— Minho — powtórzył, przedłużając to jeszcze bardziej niż poprzednio. — Nie o tym mówię. Mówię o tym dziwnym kamieniu.
— Na pewno ze mną o tym rozmawiałeś? — spytałem ze śmiechem. 
— Nigdy mnie nie słuchasz — wycedził przez zęby, ale po chwili roześmiał się. Nie miał w stylu gniewać się na przyjaciół. — Czuję kamień na swoim sercu. Ale wiesz, taki dosłowny, jakby naprawdę tam był. Myślałem, że to wyrzuty sumienia, ale nie robię niczego złego ani na przekór sobie. Nie mogę się z tym uporać. Jestem przez to mniej szczęśliwy, niż byłbym, gdyby go nie było. 
— Brakuje ci czegoś? — zadałem pytanie. Otworzyłem oczy i rzuciłem mu spojrzenie. On jednak nadal leżał ze zmrużonymi powiekami. 
— Może — odparł cicho. — A może sam siebie okłamuję. 
                    Widok leżącego niewinnie Taemina w ciasnych jeansowych spodenkach i przykrótkiej koszulce przerósł mnie i nie pozwolił dłużej kontrolować moich czynów. Zbliżyłem się do niego i powoli pochyliłem nad jego nieskazitelną jasną twarzą.
— Minho! — Usłyszałem nagle za sobą. 
                     Poderwałem się gwałtownie do pozycji stojącej. Rudowłosy nadal spokojnie leżał, zupełnie niezaskoczony głośnym wrzaskiem Jonghyuna, który wydzierał się w zasadzie zawsze, kiedy tylko czegoś nie przeżuwał. Często zastanawiałem się, jak zareagowałyby jego fanki uważające go za przystojnego i kulturalnego dżentelmena, gdyby zobaczyły jak wciąga ośmiornicę niczym dzika świnia i wszystko wychodzi mu nosem. 
— Minho! — darł się wniebogłosy. — Chodź, zagramy w kosza!
                    Westchnąłem głęboko i zostawiłem Taemina samego z jego przemyśleniami. Udałem się prosto za Jonghyunem, który akurat zdjął koszulkę i rzucił ją gdzieś za siebie, po czym niespodziewanie cisnął we mnie piłką.
— Refleks! — krzyknął triumfalnie. 
                    Biegaliśmy po małym boisku skąpani w słońcu i własnym pocie. Dołączył do nas Onew, na czym skorzystałem, gdyż nie musiałem być już w pełni skoncentrowany na ruchach i odgłosach godowych Jonga. Nareszcie mogłem pozwolić sobie raz na jakiś czas na krótkie spojrzenie na Taemina. Zdawał się nas obserwować. Czyżby odwzajemniał to, co do niego czułem? Łudziłem się nadzieją, że mam rację. 
— Gdzie Key? — spytał Jonghyun zaraz po tym, kiedy pojawił się Onew.
— Myślisz, ze wyjdzie w taką pogodę? — zapytał z ironią. — Leży u siebie, zakopany w wentylatorach i z trzema warstwami kremu na całym ciele. Powiedział, że ma zmarszczkofobię. 
— Poważna sprawa — odpowiedział Jong. 
                    Po kilku kwartach postanowiliśmy zrobić przerwę, żeby się napić. Udaliśmy się więc do stolika, przy którym siedział Taemin, gdyż w jego pobliżu znajdowała się przenośna lodówka z wodą. Wzięliśmy po butelce i przysiedliśmy się do rudowłosego. Miałem zamiar zająć miejsce najbliżej niego, ale Jonghyun był szybszy. Oblał go wodą, na co tamten podskoczył ze strachu. Dopiero wtedy zauważyłem, jak na siebie patrzą. Nigdy wcześniej nie było to dla mnie takie oczywiste. 
— Noski! — krzyczał Jong, ocierając się o nos Taemina swoim, na co tamten reagował jak najszczęśliwsze dziecko na świecie. 
                    Spuściłem wzrok i wziąłem łyk wody. Spojrzałem ku boisku, kiedy Jonghyun łaskotał mojego wybranka. Nie chciałem na to patrzeć ani o tym wiedzieć. Tym razem wolałem niewiedzę i nieświadomość od bolesnej prawdy. Mogłem łudzić się nadzieją, że tylko się wygłupiali, tylko po co? Nie byłem już w stanie oszukiwać samego siebie. Doskonale znałem genezę problemu Taemina. On najzwyczajniej w świecie nie był pewien uczuć Jonga, który wystarczająco często robił sobie z nas jaja. Ponadto wszyscy traktowaliśmy Taemina jak naszą osobistą maskotkę. Mimo to oddałbym wszystko, żeby należał tylko do mnie. Nie mogłem nawet walczyć. Byłem kompletnie zrezygnowany. Nie chciałem do niczego zmuszać Taemina, tym bardziej, że w grę wchodził mój przyjaciel, Jong. Nienawidziłem tego uczucia. Nienawidziłem uczucia, jakim obdarzyłem Taemina. Pragnąłem, by umarło i nie pozostawiło po sobie żadnego śladu. Bałem się kolejnej dawki cierpienia, jaką miałem na siebie przyjąć. Spoglądałem na malinowy sorbet, który roztapiał się wskutek promieni upalnego słońca tak jak rozpływał się wówczas Taemin pogrążony w głębokich uczuciach, jakimi darzył kogoś, kim nie byłem ja.