Showing posts with label taemin. Show all posts
Showing posts with label taemin. Show all posts

12.7.18

Akt II

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski



AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA KUCHENNA W ZAMKU PANICZA KEY


Trudy i znoje pasterza Taemina — Rekonesans naczelnika — Głębokie stosunki rycerza i pana — Pieśń samotnego wieśniaka



 wchodzi Taemin


     TAEMIN
Naczelniku drogi!


     ONEW
Na modre stonogi!
Jakiegoż boja mi pasterz napędził
Wszedłszy tutaj jakoby podczas więziennych odwiedzin
Czy najadły się owce zielonej miedzi?


     TAEMIN
O czymże naczelnik bredzi?


     ONEW
Toć szyfru używam, coby nie każdy rozumiał
Albowiem gdyby każdy liście kosztować jak owca umiał
Rozgardiasz by powstał, drogi pasterzu


     TAEMIN
A co tam naczelnik ma w kołnierzu?


     ONEW
Węgiel na wafle przefurmaniłem
Tak się z księstwem sąsiednim zwanym Big Bang zamieniłem
Na ziąb nie zejdziemy, bo upał tego lata
A jeść co będzie póki owca każda naćpana lata


     TAEMIN
Cóż za hojna zapłata!
Czy wie o tym książę Kim Kibum najwyższy?


     ONEW
Popierdoliwszy?
Zamknij usta przed paniczem, co ci życie miłe
Boś wiesz jak tłumaczenie by było zawiłe
Cóż mu powiesz przecie?
Że owce opętało i żrą się wzajem kto pierwszy na mecie?


     TAEMIN
Owce były na fecie!
To nie był kanabis, drogi naczelniku
Tabletek przy owcach odnalazłem bez liku
Jedna owca czarna wydała pozostałe
Mówiła, że czynnik depresyjny wykryła w swoim kale
Dlategóż sprowadziła fety dwa wagony
By wspomóc swój naród owczy chory i upokorzony
Winna przewidzieć jednakże skutki złe uboczne
Że owczyce w agresji zeżrą swoje kończyny boczne
Mieliśmy depresantów, a wówczas mamy ćpuny
Ćpuny inwalidów, na szczęście bez dżumy

     ONEW
Cóż teraz, pasterzu, poczniemy?
Wafle na kolację zjemy
Lecz lud o mięso będzie wołać donośnie
Czy owca w ogóle na fecie urośnie?


SCENA II
IZBA RYCERZA JONGHYUNA


     JONGHYUN
Słowa nie wyrażą radości serca mego!


     KEY
Że niby czego twego?


     JONGHYUN
Serca mego, co w górę się wznosi
Gdy oczy twoje zoczę wszystko się podnosi


     KEY
Pantalony w kroczu na pewno


     JONGHYUN
Nie mówże tak, gdy tak romantycznie i rzewno
Kiedy cię dotykam, czy wiesz, cóż czuję?
Głowa się rozjaśnia, dusza się raduje,
Słońca promienie sponad chmur wychodzą
Srebrzyste wstęgi rzek na nowo się rodzą
Drobne strużki, strumyczki piach zimny zmywają


     KEY
O tym myślą ludzie, kiedy się kochają?


     JONGHYUN
A kiedy cię kocham, myślę o miłości
Dalej pod skórę, do samych kości
Głębiej i ciaśniej, raz szorstko, raz miękko
O tym myślę, jaką radość mi dajesz wielką
Lica twoje rumieńcem się okrywają
Uda porywczo się rozrywają
I krzyków spełnienia twoich nigdy mi nie dość
Tylko brak panicza tak daje mi w kość
Niepełny się czuję


     KEY
A ja wszystko rujnuję...


SCENA III


     MINHO
     sam
Jutro byde cię galancić bardzij niżeli dzisiej
Te przepełniające mnie uczucia nie sztopują mi się
Tak bardzo cię teraz kocham przecie
Nawet nie umie tego pedzieć
Dzionki, co mi dałaś, ściubajo się.
Dzionki, co minęły, drożyny, co żeśmy nimi knysali se
Czyż spinkneliśmy się bez cufal,
No, żeśmy się spinkneli to cud, ba!
Knysamy se razem w naszyj wiecznej miłości.
Bym se chciał się zawżdy śmiać razem z tobą w młodości
„Dziękuję” i „kocham cię” to mało, mój ty bobrze
Więc chce pedzieć: bydzie dobrze
("Kiseki" - tłumaczenie)



Akt I

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski





OSOBY:

  • Kim Ki-bum — pan zamku
  • Lee Tae-min — pasterz
  • Lee Jin-ki — naczelnik straży w zamku Ki-bum'a
  • Kim Jong-hyun — rycerz Ki-bum'a
  • Choi Min-ho — wieśniak






AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA JONGHYUNA


Powrót panicza Key — Spotkanie się w pokoiku — Spór o wokalne fachowości — Rzut oka na ówczesny stan pokarmów w kuchennej komnacie — Owce — Ostatni woźny załogi 



     KEY
     sam
Ledwie na zamczyska przestrzenie nawróciłem,
Raptem z pól pobojowisk wróciwszy,
A już na przykrość bezmierną natrafiłem,
Widząc ów rozgardiasz niegodziwszy.
Pod nieobecność znów moją raban urządzono,
Szat nie krochmalono, sieni nie sprzątano,
Pośrodku izby zepsute wrzeciono,
Brud, chlew, ubóstwo, rozbite kolano.

     słychać pukanie do drzwi
Stuk! Puk! Stuk! Puk!

    

     KEY
Kto tam?


     JONGHYUN
     wchodzi do izby
Czcigodny panie, pan panem nad panami,
Lecz czy panu przystoi skoro władzy i mocy,
nachodzić podwładnego późnymi wieczorami,
przetrząsać brudne majtki, strzeliwszy do nich z procy?
Czy tak to władcy wypada?


     KEY
Biada tobie, biada!
Króla najwyższego i następcę tronu oskarżać
jakoby takie rycerzyk miał prawa.
Nie Tobie, mój drogi, możność mnie winą obkładać.
Czeka cię kara, lecz próbą takoż można to nazwać.


     JONGHYUN
Czegóż ode mnie żądasz, mój panie?


     KEY
Moje niedoczekanie!
Języka zasięgasz zawżdy o to samo,
Jakobyś nie wiedział, co łaskami darzę.
Nie pragnę niczego prócz tego, by mi dano
Kapucyna twego w me siedzenie i urodnych wrażeń.


     JONGHYUN
Lecz czy tak w dzień biały, panie?
Zawżdy porą późną z izby wykradałem,
by chędożyć się z paniczem na dodanie
Życiu smaku dołożywszy kałem.

     KEY
     wychodząc z pokoiku
Nie to nie. Nawet śpiewać nie umiesz.


SCENA II

W panicza Klawisza zamczysku
Wnet pokarmów zabrakło.
Musiał zatem ktoś oberwać po pysku
By dobre imię władcy nie zblakło.

wchodzi Taemin

     ONEW
Gdzieżeś przebywał, pasterzu drogi?
Siana znikają stogi.
Czy to owce je pochłaniają?


     TAEMIN
Tak, drogi naczelniku. Owce oszalały, jebane beznogi.
Ostatnim czasem, przy pełni księżyca
Sen powieki me znużył, przyznaję.
Obudziwszy się dojrzałem jak jedna owczyca
Drugą pożera ze smakiem. Słowo daję!
Ze strachu podskoczyłem, wkoło się rozejrzałem
Zaszedłem od tyłu tę bestię kanibala
I nagle liść przyuważyłem!
Liść kanabisu. I owca zmieniła się w ziomala.
Tylko gastro jej wjechało.

     ONEW
Azaliż cię pojebało.
Cóż teraz poczniemy, gdy jeść co nie ma?
Ciężkie czasy nadeszły, pasterzu
Skończyła się wieczna bohema
Trza nam pozbyć się zbroi i pancerzu,
na zawsze odejść.

     TAEMIN
Lecz liście miast owiec można pojeść!



SCENA III


     MINHO
     sam
Żech chloł dzionek cały,
toć chyba mnie się gały poprzestawiały. 
Cóż widzą oczy moje?
Pijoków innych dwoje?
Na kamieniu śmiech i gleba
Już napitku im nie trzeba
Ależ widzę - co jest, kurwa?
Jeden owcy girę urwał
I zajada jak kurczaka
Toć jest owca, nie prosiaka!
To żech lepiej bym uciekał.
Jeszcze mnie to samo czeka.
Ujrzą człeka pijanego
I wpierdolą go całego.
     ucieka

18.12.17

INFORMACJA

Ze względu na ostatnie wydarzenia serie "Rozterki miłosne Taemina" oraz "Jonghyun x Taemin" zostają wstrzymane na czas nieokreślony. 

3.12.17

Zabić na śmierć

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 14
Gatunek: Yaoi



                    Zapach świec, zasłonięte okno, przyjemny półmrok, gorąca parująca woda, sól do kąpieli pod moimi udami, obejmujący mnie Jonghyun i kac moralny z niemoralnym razem wzięty. Miałem ochotę zwymiotować, a potem wpełznąć gdzieś pod krzak i tam zdechnąć. Nie mogłem sobie wybaczyć tego, co zrobiłem. Czułem do siebie wstręt i awersję. Byłem sobą obrzydzony. Nie byłem w stanie spojrzeć w lustro. Chłopak delikatnie mył moje plecy, a ja siedziałem w milczeniu, nie mogąc wydusić z siebie słowa. 
— Dziwnie się czuję — powiedział. 
— Ja też — odparłem.
                    Znów rozległa się niezręczna cisza. Miałem sobie za złe, że zrobiłem to w takim momencie. W chwili, gdy Jonghyun miał na głowie wielki problem w postaci miliona egzaminów zaliczeniowych. Nie zdziwiłbym się, gdyby nie zdał ich przeze mnie. Powinienem był mu pomagać, a mimo to działałem odwrotnie. Dlaczego? Dlaczego byłem naiwnym dupkiem i nabrałem się na te chore gierki Kai'a? Czemu pozwoliłem się upić? Czemu... dotykać...? I robić takie... dziwne rzeczy? Dlaczego...?
                    Rozpłakałem się. Płakałem rzewnie i szlochałem cicho pod nosem, a Jonghyun nie reagował. Po prostu nadal mył mi plecy. Nie pocieszał mnie, nie przytulał. Czułem dystans między nami. A to mogło zwiastować tylko...
— Taemin — przerwał nagle ciszę, odsunął się ode mnie i wyszedł z wanny, owijając się w ręcznik. — Potrzebuję trochę czasu. Naprawdę dziwnie się czuję. Taki... bezradny jakiś. 
— Czasu? — wyjąkałem drżącym głosem.
— Tak — westchnął, patrząc na mnie z troską. — Dziwnie wyszło. Źle wyszło. Nie będę cię oszukiwać. Naprawdę źle się stało. 
                     W jego oczach zobaczyłem coś, co kazało mi myśleć, że on też poczuł do mnie wstręt. Jak gdybym był dla niego odpychający. Jakby nagle zniknęła chemia, jaka między nami była.
— Zróbmy sobie przerwę na jakiś czas — zaproponował.
— Ale... ale masz na myśli przerwę od związku? — spytałem cicho. — Chcesz się z kimś innym spotykać czy jak?
— Nie chcę się z nikim spotykać — syknął. — Daj spokój. Chcę przerwy od jakiegokolwiek kontaktu. Muszę sobie wszystko poukładać w głowie. Nie wiem co się stanie później.
                    Ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem gorzko. Gdzieś w głębi duszy poczułem jednak ulgę. Gdyby mi bowiem wybaczył, wiedziałbym, że prędzej czy później coś się posypie. Przerwa była jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji.
— Masz rację, Jonghyun — wyszeptałem. — To dobra opcja. Przemyślimy wiele spraw. Chcę tylko, żebyś wiedział, że naprawdę żałuję tego, co się stało. I oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i nie zrobić tego, co zrobiłem. Zależy mi na tobie. Będę się modlił, aby wszystko się udało. 
                    Chłopak opuścił łazienkę, a ja wyszedłem z wanny, wytarłem się niedokładnie i założyłem ubrania na wilgotne ciało. Potem znalazłem go i oznajmiłem, że wychodzę. I że będę czekał na jego odzew. I że nie będę mu przeszkadzał przez ten czas. Pożegnał mnie uśmiechem. 
                    Promienie słońca raziły mnie w oczy i sprawiały, iż chciało mi się wymiotować jeszcze bardziej. Doczłapałem na znajdujący się nieopodal przystanek z nadzieją, że coś dowiezie mnie bezpośrednio do domu. Niestety. Przesiadka była nieunikniona. Karma?
                    Czekałem na tego pieprzonego busa dobre dwadzieścia minut. W międzyczasie sprawdziłem wiadomości. Okazało się, iż Kai postanowił mnie przeprosić i koniecznie chciał się spotkać. Parsknąłem śmiechem pełnym nienawiści. Mało mu, kurwa? Zniszczył mi życie i jeszcze łudzi się nadzieją na spotkanie. Co za idiota. Gdybym tam poszedł, to tylko po to, żeby go zabić. Zabić na śmierć. 
                    Nie miałem pojęcia, jak znalazłem się w domu, ale dojazd zajął mi prawie godzinę. Zatarłem podróż w pamięci. Może dlatego, że całą drogę wpatrywałem się w bezruchu w okno i nie myślałem o niczym. A podobno się tak nie da. A jednak. Po powrocie otwarcie lodówki było pierwszą czynnością, jaką wykonałem. Zrobiłem sobie tosty i gorące kakao. A potem jeszcze makaron, który mama zrobiła na obiad. I galaretkę, bo akurat była. I trzy czwarte tabliczki czekolady z orzechami, i resztkę chipsów sprzed dwóch dni. Wieczorem zwymiotowałem wszystko, zrzygałem się również swoim życiem, jednocześnie płacząc rzewnie, przez co omal się nie udusiłem i nie skonałem we własnej łazience. A szkoda, że tak się to nie skończyło. Zrobiłem sobie gorzką herbatę. Rodzice jakimś cudem o nic nie pytali. Patrzyli tylko z grobowymi minami i mówili, bym się położył, bo jakiś blady jestem. Uznali zapewne, iż zabalowałem i porozmawiają o tym ze mną, kiedy wyzdrowieję. Udałem się więc do swojego pokoju i usiadłem do komputera, szukając porad miłosnych na forach internetowych. Wpisałem "zdradziłem, czy mi wybaczy?". Po tym, co przeczytałem, odechciało mi się żyć jeszcze bardziej. Wziąłem więc leki nasenne i wskoczyłem do łóżka. Było mi zimno i cholernie bolał mnie brzuch. Nie wiedziałem, co robić. Nie chciałem się budzić. Miałem nadzieję, iż zasnę już na zawsze. Zupełnie jakby zawaliło mi się życie. A przecież tylko zawaliło mi się życie. 




...chociaż gdzieś w głębi duszy czułem, że Jonghyun mi wybaczy i wszystko będzie tak jak dawniej.

21.10.17

Tak, jak dotąd

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 13
Gatunek: Yaoi
  


wybaczcie spóźnienie, rozdział miał być w czwartek, a jest już sobota... dzisiejsza "Wiosna" też prawdopodobnie przesunie się na niedzielę z powodu takiego, że jestem zapierdolona działaniami
____________________________________________

               Ledwie przetarłem zaspane piekące powieki, a już ból przypomniał mi o wydarzeniach z zeszłej nocy. Jęknąłem przeraźliwie, przewracając się na bok. Moim oczom ukazał się wówczas widok Jonghyuna - śpiącego jak małe dziecko mojego Jonghyuna. Leżał tuż obok mnie, obejmował mnie ramieniem, a jego wargi były lekko rozchylone, co tylko wywoływało we mnie poczucie, że powinienem jak najszybciej wpić się w jego delikatne usta niczym spragniony krwi wampir. Ale postanowiłem zachować lekki niedosyt i napawać się widokiem bezbronnego chłopaka tak długo, dopóki się nie obudzi. 
               Ogarniające mnie uczucie błogiego szczęścia przeminęło, gdy uświadomiłem sobie, co mnie tu sprowadziło. Udało mi się zatrzeć wspomnienia niemalże całkowicie, a jednak nie byłem w stanie w zupełności kontrolować swoich wyrzutów sumienia. Zdradziłem. 
— Dzień dobry, kochanie. — Z rozmyśleń wyrwał mnie szept Jonghyuna. — Piękny poranek. Jak się czujesz?
               Uśmiechnąłem się mimowolnie. A może po prostu potrafił wywołać uśmiech na mojej twarzy nawet, kiedy znajdowałem się w stanie totalnie opłakanym?
— Jest okej — odparłem od niechcenia. 
— Skoczymy na śniadanie na miasto? — spytał, patrząc na mnie z troską. 
— Wiesz... — Błądziłem wzrokiem po ścianach, bojąc się spojrzeć mu w oczy. — Jeśli to nie problem, wolałbym zjeść tutaj. Nogi mam strasznie ciężkie i...
— Boli cię? — zapytał.
— Trochę — odpowiedziałem nieśmiało. 
               Pogłaskał mnie delikatnie po głowie i podniósł się ospale z łóżka. Podrapał się po głowie, rozejrzał po pokoju, po czym udał się do kuchni, zostawiając mnie samego z moją poranną depresją. 
               Nie miałem pojęcia, jak mu o tym powiedzieć. Przeszło mi przez myśl, że może nie powinienem nic mówić, tylko skłamać, zerwać kontakt z Kai'em i puścić to wszystko w niepamięć. Pamiętałem jednak słowa Onew: "Kłamstwo nie buduje fundamentu, tylko wali jego filary". Westchnąłem głęboko. 
               Minęło sporo czasu, nim mój mężczyzna wrócił do pokoju. Przyszedł z tacą w dłoniach - z amerykańskimi naleśnikami z bitą śmietaną i leśnymi owocami; z gorącą czekoladą, bo wiedział, że uwielbiam łakocie. I z tekstem, że dzisiaj ryżu nie będzie. 
— Słodszy już nie będziesz, ale chciałem ci sprawić taką małą przyjemność z samego rana — dodał, pakując się koło mnie pod kołdrę. — Taemin!
                Obróciłem się do niego gwałtownie, kiedy nerwowo zawołał moje imię, byłem pewien, że coś się stało, ale tylko chciał mnie pocałować. Aż. Aż chciał mnie pocałować. Zrobił to delikatnie, męsko, lecz z niebywałą subtelnością. Jakby chciał głośno wykrzyczeć: "spójrz, jak mi na tobie zależy".
— Boję się strasznie — wyjąkałem, spoglądając na posiłek. Wyglądał smakowicie, ale miałem cholernie ściśnięty żołądek. — Ale chcę ci to jak najszybciej powiedzieć.
— W takim razie nie ma co zwlekać. Ale wcielmy w życie dobre nawyki, dobra? — zaproponował, przytulając mnie. — Porozmawiajmy o tym, jedząc razem śniadanie. Tak, żebyśmy sobie wewnętrznie uzmysłowili, że mówienie sobie o poważnych rzeczach to codzienna sprawa. To coś, czym musimy się ze sobą dzielić.
               Jonghyun uwielbiał sprawiać wrażenie kompletnego idioty niewiedzącego, którą stroną noża kroi się chleb. Jednak pod tą maską skończonego debila kryła się niewyobrażalna dojrzałość wychodząca w sytuacjach najmniej oczekiwanych.
              Powoli sączyłem czekoladę, żeby się nie oparzyć, usiłując jednocześnie przejść do sedna, choć zupełnie mi to nie wychodziło. Jąkałem się i motałem, sam nie wiedząc, o czym mówię. Jonghyun zaczął się niecierpliwić i w rezultacie kroił mi naleśniczki i karmił mnie nimi.
— Bo mi tu zasłabniesz — mówił z troską.
               W końcu zdołałem wyrzucić z siebie wszystko, rozpłakałem się i nie mogłem dokończyć śniadania. Siedziałem i zawodziłem, zarzucając sobie, iż jestem winny całemu złu tego świata. Chłopak zajadał ze smakiem i milczał, dopóki nie skończył posiłku. Po tym odstawił talerze na tacę na szafkę nocną i usiadł do mnie przodem. Chwycił mój podbródek i uniósł go, ze smutkiem wpatrując się w moje oczy. Bałem się porzucenia. Lęk we mnie był tak silny, że ciężko było mi oddychać. "Co ja najlepszego zrobiłem" - odbijało się echem w mojej głowie. Inny głos powtarzał zaś: "Właśnie go straciłeś". A Jonghyun milczał. Milczał, utwierdzając mnie w fakcie, że to koniec. 
— Jonghyun — wyjąkałem w końcu, przerywając cholerną ciszę. — Ja wiem, to nie jest argument, ale mimo to chcę ci to powiedzieć. Byłem pod wpływem, tak, jak już mówiłem. Nie zrobiłem tego z własnej woli, bo byłem nietrzeźwy. Podobało mi się, to fakt, ale w trakcie myślałem o tobie. Sam mi kazał, zmanipulował mnie. Żałuję, że tak się potoczyło. Gdybym mógł cofnąć czas, w ogóle bym tam nie poszedł, zerwałbym z nim kontakt, jeśli znałbym jego zamiary. Okazał się być śmieciem, a miałem w nim przyjaciela. Jeżeli jesteś w stanie dać mi drugą szansę, zrobię wszystko. Naprawdę wszystko. Bardzo się boję, że cię stracę. 
               Jonghyun westchnął cicho i spuścił wzrok. Pogładził lekko moją dłoń, ale nie złapał jej. Czułem dystans. Czułem się obco. Czułem się źle. 
— Proszę — mówiłem dalej. — Proszę, wybacz mi. Zależy mi na tobie. 
— Jestem bardzo smutny.
               Kiedy wypowiedział te słowa, ukłuły mnie w serce miliony malutkich igiełek. Zmarszczyłem czoło, a po moich policzkach spłynęły kolejne łzy. 
— Zawsze uważałem, że to niewybaczalne — powiedział. — Nadal uważam, że to niewybaczalne. A mimo to nie mogę sobie wyobrazić, że teraz stąd wyjdziesz i już nigdy nie spojrzymy na siebie tak, jak dotąd to robiliśmy. Nie zniósłbym tego. 
— Jonghyun... — wyjąkałem.
— Może... może poszukajmy jakiegoś kompromisu — zaproponował, a w moim sercu rozpalił się płomień nadziei. — Najpierw chcę poznać twoje pomysły na rozwiązanie sprawy. Co o tym sądzisz? Co powinniśmy zrobić? Myślę, że puszczenie tego w niepamięć nie wchodzi w grę.
— Jeżeli zdecydujesz się dać mi jeszcze jedną szansę... — zacząłem nieśmiało — przede wszystkim zerwę kontakt z Kai'em. Powiem mu wprost, że ma się do mnie nie zbliżać. Od tego zacznę. Potem się tobą zajmę, pomogę ci w nauce do egzaminów, nie chcę włóczyć się samotnie po mieście i jeść obiadki w knajpach, do których zawsze chodzimy razem. Chcę być z tobą.
               Zorientowałem się wówczas, jak ta tragedia wpłynęła na moje myślenie. Wątpliwości, czy Jonghyun zostanie u mojego boku sprawiły, iż poczułem się zobowiązany do zrobienia wszystkiego, co w mojej mocy, aby został.
— Będę o ciebie dbał bardziej, bo czuję, że cię zaniedbałem, czuję, że się oddaliliśmy — mówiłem dalej. — Obiecam, że nie wypiję więcej grama alkoholu, bo działam wtedy inaczej, niż bym chciał. Będę nad sobą pracował i starał się robić wszystko, żeby cię uszczęśliwić.
— Taemin... — powiedział cicho i roześmiał się. Byłem zdezorientowany. — Ty tak rzadko mówisz mi takie intymne emocjonalne rzeczy. Doceniam to, to pewnie dla ciebie bardzo trudne.
               Poczułem, jak robi mi się gorąco. Byłem zapuchnięty i musiałem wyglądać okropnie. A mimo to patrzył na mnie z taką miłością, jakiej nie widziałem nigdy. 
— Daj mi trochę czasu, muszę to przemyśleć, jak się uspokoję — odparł. — Wypij czekoladę, pójdziemy się wykąpać. Tego jestem pewien. Nie wiem jeszcze, jaką decyzję podejmę, ale tego jestem pewien, chcę wejść z tobą do wanny pełnej piany i posiedzieć tam trochę, i cię trochę poprzytulać. 



5.8.17

Jabłka

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 12
Gatunek:  Yaoi



- Te usta nie mają prawa cię całować - wybełkotałem, kiedy Jonghyun chciał pocałować mnie na powitanie.
         Musnął delikatnie mój policzek i z uśmiechem przeczesał włosy. Światło parkowej latarni rozświetlało ścieżkę, na której staliśmy. Drżałem ze strachu, zmęczenia i upojenia alkoholowego.
- Powiedziałem rodzicom, że nocuję kolegę, bo nie chce wracać pijany po imprezie do domu. Nie mają nic przeciwko. Śpią już, przedstawisz się rano - powiedział. - Nic nie mów, wsiadaj.
          Otworzył mi drzwi od samochodu, ale jak szybko wsiadłem, tak szybko wysiadłem i rzuciłem się w krzaki. Na szczęście nie trwało to długo. Zająłem miejsce na siedzeniu pasażera i zapiąłem pasy.
- Czujesz się lepiej? - zapytał.
       Wydawał się być dziwnie oficjalny, a jednak była w tym wszystkim nutka romantyzmu.
- Szczerze? Nie. Ani trochę. Chyba już mi się nigdy nie poprawi. Jestem śmieciem i chcę umrzeć - wyjąkałem.
- Nie umieraj - odpowiedział. - Chcę jeszcze z tobą pospać.
          Jechaliśmy w milczeniu. Nadal chciało mi się wymiotować, dlatego wolałem się nie odzywać. Jonghyun prowadził bardzo ostrożnie. Spoglądałem na niego ukradkiem, żałując, że się urodziłem. Było mi zimno, niedobrze i słabo. Dlaczego to zrobiłem? Pozwoliłem rozebrać się Kai'owi, a nigdy wcześniej nie dałem tego zrobić mojemu chłopakowi. Mojemu kochanemu chłopakowi. Boże, jaki on był kochany. Kochany Jonghyun. Nie zasłużył na coś takiego. 
         Kiedy dotarliśmy na miejsce, znowu się rozryczałem. A potem się porzygałem i ryczałem dalej. Jonghyun złapał mnie za rękę i po cichu zaprowadził na górę. Przygotował mi kąpiel, dał ręcznik i szczoteczkę do zębów. Ja zaś stałem przed lustrem.
- Wyglądam jak siedem nieszczęść - wybełkotałem.
- Wyglądasz pięknie - odparł i uśmiechnął się. - A teraz się pięknie umyj.
          Zmyłem z siebie wszystko prócz wyrzutów sumienia. Oczy miałem podkrążone, cerę suchą, a wargi sine. Wyglądałem jak chore dziecko. Po narkotykach. Założyłem koszulkę Jonghyuna i udałem się do jego pokoju. Czekał na mnie w łóżku. W pomieszczeniu roznosił się zapach jabłek.
- Tona jabłek nie wystarczy - jęknąłem, włażąc pod kołdrę.
- Daj mi jeszcze ten jeden wieczór pożyć w nieświadomości - odparł cicho, przytulając mnie do siebie. - Rano skoczę na korepetycje, a potem przyjdę po ciebie i zjemy sobie śniadanie na mieście. Wtedy pogadamy.
- Dziękuję, że po mnie przyjechałeś, kochanie - mówiłem. - Dziękuję. Skrzywdzili mnie. I ja skrzywdziłem. Przepraszam.
          Położył mi dłoń na policzku i pocałował głęboko. To było takie lekkie i subtelne. I ulotne. Bałem się, że to nasz ostatni pocałunek. Ręka Jonghyuna wędrowała po moich plecach, ogrzewając mnie i dając poczucie bezpieczeństwa. Powoli wsunęła się pod moje bokserki i zaczęła badać teren między moimi pośladkami.
- Tak, zrób to - szepnąłem, zamykając oczy.
          Pocierał delikatnie moją skórę. Po chwili poczułem, jak jeden z jego palców wolno dostaje się do środka.
- Mmm... tak - jęknąłem cicho.
         Poruszał nim delikatnie. Wygiąłem się w łuk, samemu nachodząc na jego palec.
- Jednak nie zrobiłeś niczego głupiego. Przynajmniej aż tak głupiego - powiedział. - Nadal jesteś ciasny jak byłeś.
- Możemy to zaraz zmienić - odparłem bez namysłu.
- Nie jestem pewien, czy to dobry moment - odpowiedział. - Nadal nie wiem, o czym mi opowiesz rano. Czy to ma być zadośćuczynienie?
- Nic z tych rzeczy - wyjąkałem. - Mam ochotę...
- Gdyby nie fakt, że rodzice są w domu, zastanawiałbym się - westchnął. - Ale kusisz niewyobrażalnie...
          Powoli dołączył drugi palec. Jęknąłem przeraźliwie. Było mi przyjemnie i nie chciałem na tym poprzestawać.
- Może jednak zastanowisz się jeszcze chwilę? - zaproponowałem. - Będę cicho.
- Inaczej wyobrażałem sobie nasz pierwszy raz - powiedział. - Krzyczący z podniecenia Taemin, mokry od potu i całkowicie mi poddany...
- Możemy zamienić krzyk na niemy jęk i dorzucić do tego "niewinny i bezbronny, pozwalający ci na wszystko bez wyjątków" - dodałem.
- Po tym, co powiedziałeś, chyba nie ma odwrotu...
         Wpił się w moją szyję, obsypując ją namiętnymi pocałunkami. Moje ręce zaczęły bawić się w najlepsze pod jego bokserkami. Wyglądało na to, że gra wstępna była zbyt nudna. Rozebraliśmy się w okamgnieniu i rozłożyłem przed nim uda.
- Nagi Taemin... - wyjąkał, oblizując usta.
- Bierz mnie, Jonghyun.
          Pocałował mnie głęboko, a następnie podniósł mnie lekko do góry i zaczął. Zagryzłem szczękę na nadgarstku.
- Boli? - spytał, ledwo łapiąc oddech.
- Pragnę... tego... bólu - wyzipiałem.
         Przyspieszył nieco. Wywróciłem oczami, usiłując za wszelką cenę powstrzymać jęki i westchnienia. Ból był do zniesienia. Gorzej z wręcz chorą satysfakcją i przyjemnością.
- Dobrze - powtarzałem. - Dobrze. Dobrze. Cudownie. 
         Poruszał delikatnie biodrami, balansując w przód i w tył. 
- Kocham cię, Jonghyun.
         Poczułem, jak ciepła ciecz rozpływa się w moim wnętrzu. Jonghyun przykrył mnie kołdrą i położył się na moim ramieniu, ledwo łapiąc oddech.
- Możesz być z siebie dumny - szepnąłem. - To było niesamowite. 
          Zasnął jak dziecko. Pogłaskałem go delikatnie po głowie, próbując zapomnieć o tym, co stało się wcześniej.

4.8.17

Tam gdzie zawsze

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi



         Fakt, że chodziłem z Jonghyunem, nie docierał do mnie przez długi okres. Tym bardziej, iż chłopak nie miał dla mnie czasu, co było spowodowane jego problemami z matmą, z której testy pisał chyba codziennie. Nie wystawiał więc nosa zza drzwi. Pisał jedynie, żeby zapytać co u mnie lub wyrazić konsternację swoim zmęczeniem i moją przyjaźnią z Kai'em.
          Nadal nie potrafił znieść mojego przyjaciela. Wciąż powtarzał o wielkim zaufaniu, jakim mnie darzy, lecz mimo to wciąż wzrastał w nim lęk przez porzuceniem. Zapewniałem go, że nie ma powodu do obaw, ale nadal nie miał ochoty darzyć go sympatią. I działało to w dwie strony.
- Może skoczymy w końcu do Namsan Tower, skoro niedługo wyjeżdżam na wakacje? - spytał pewnego razu Kai.
- Mam chłopaka, Kai. Jakkolwiek by to w moich ustach nie brzmiało - wycedziłem przez zęby.
- Właśnie widzę... Codziennie gdzieś cię zabieram, a on co w tym czasie robi? - zapytał z ironią. - To twoja sprawa, Tae, szanuję to. Ale dziwię się, że ci to odpowiada.
- Uczy się do poprawek - odpowiedziałem. - Przecież ci mówiłem, Kai.
- Uczy się dwadzieścia cztery godziny na dobę? Wątpię. Gdyby chciał, wyszedłby. A nie robi tego - syknął. - A wcześniej zapraszał cię w ogóle na randki?
- W sumie... zawsze siedzimy u niego - wyjąkałem.
- No tak... - westchnął. - W takim razie ja o ciebie zadbam, skoro na niego liczyć nie można.
         Kai zbyt surowo go oceniał. Jonghyun miał pełne ręce roboty i doskonale to rozumiałem. Równie dobrze mógłbym zarzucić Kai'owi zniknięcie na kilka lat i niedawanie znaków życia. 
          Odmawiałem za każdym razem, gdy proponował pójście na Namsan Tower. Zaoferowałem mu milion innych opcji, chociażby ryż w lokalnej knajpie, który nie był drogi, a smakował wyśmienicie. Równie dobrze mogliśmy posiedzieć w parku i pogadać. Ale Kai się uparł jak cholera. I mimo moich wielokrotnych odmów, i tak skończyliśmy w Namsan Tower, gdzie z kompletną rezygnacją wlewałem w siebie litry alkoholu. Nie mogłem przyjąć do siebie porażki w postaci pójścia z Kai'em w takie miejsce. Zastanawiałem się, w jaki sposób Jonghyun mnie zabije. Wolałem nie myśleć nawet, w jaki sposób mu to powiem.
- Rzadko się tak upijam - wyjąkałem niezrozumiale, kiedy Kai skinął do kelnera o dolewkę.
- Korzystaj z młodości, Taemin - odparł z uśmiechem, rozpinając górny guzik koszuli. Na jego twarzy pojawił się delikatny pijacki rumieniec. - Drugiej nie dostaniesz.
          Czułem się jak gdybym dryfował, mimo że cały czas byłem świadomy, a moje myśli wydawały się być aż nazbyt racjonalne. O nietrzeźwym stanie informowała mnie tylko niepojęta, nieopanowana tęsknota za Jonghyunem. Najchętniej wskoczyłbym do jego łóżka i pozwolił mu przejąć kontrolę nad dalszym rozwojem wydarzeń. 
          Rozglądałem się wokół, ale wszyscy byli zbyt zajęci sobą, by zwrócić uwagę na pijanych nastolatków. Tylko Kai spoglądał na mnie z dziwnymi iskierkami w oczach.
- Taemin, wiesz, że się przyjaźnimy - powiedział nagle. Potaknąłem. - Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie i nie chcę ci proponować czegoś, co jest nie na miejscu, ale jest coś, co chciałbym ci pokazać. Ta wiedza mogłaby przydać ci się w twoim związku z Jonghyunem. Mógłbyś go w prosty sposób uszczęśliwić.
- W takim razie nie ma powodu, żeby nie skorzystać z twojej propozycji - odparłem bez namysłu.
- Chodź.
         Rzucił na stół gotówkę, nie chcąc ode mnie nawet grosza i położył dłoń na ramieniu, prowadząc w kierunku toalety. Zamknęliśmy się w pomieszczeniu.
- Chcę ci to pokazać sam, a potem możesz to powtórzyć, w porządku? - spytał.
- Jasne - wybełkotałem, nie mogąc utrzymać równowagi.
- Zdejmij spodnie - nakazał.
- Chwila, Kai, co ty chcesz mi zrobić? - zapytałem ze śmiechem.
- Bez przesady, Taemin. Dobrze wiesz, że są pewne rzeczy, których nie zrobię - powiedział z uśmiechem. - Dalej, ściągaj.
         Postąpiłem wedle jego wskazówek. Rozpiąłem rozporek i zsunąłem spodnie razem z bokserkami. Oparłem się plecami o zimną ścianę.
- Teraz wyobraź sobie, że jestem Jonghyunem - dodał.
          Zamknąłem oczy. Poczułem, jak jego usta błądzą w okolicach mojego krocza. Oddychałem ciężko. Nie sądziłem, że to może być aż tak przyjemne. Kiedy zaczął wsuwać sobie mojego członka do ust i delikatnie go oblizywać, moje ciało wygięło się w łuk, a spomiędzy moich warg wydobył się przeraźliwie namiętny jęk. Wyobrażałem sobie, jak Jonghyun pieści moje okolice intymne. I wtedy...
- Boże, połknąłeś to? - zdziwiłem się.
- Nieważne. Teraz ty.
          Uklęknąłem przed nim, kiedy ściągał spodnie. Jego członek stał na baczność. Próbowałem powtórzyć ruchy Kai'a. Zastanawiałem się, czy ruchy moich warg zaspokoją Jonghyuna. Pragnąłem się z nim spotkać jak najszybciej.
          Z rozmyśleń wyrwał mnie jęk przyjaciela. Chciałem już skończyć, odsunąć się, ale wplótł palce w moje włosy i szarpnął mnie mocno tak, że jego członek znalazł się tak głęboko w moim gardle, iż doznałem odruchu wymiotnego. Nie miałem wyjścia. Przełknąłem. I ani trochę mi nie smakowało. Podniosłem się do pozycji stojącej, chcąc założyć spodnie.
- Nie zapinaj... - wyjąkał nagle. - Może...
         Wtulił się w mój kark i zaczął całować delikatnie moje ucho. Jego dłonie mocno ściskały moje pośladki. Czułem, jak jego penis powoli się podnosi i wsuwa się między moje uda.
- N-nie - wyjąkałem resztką sił. - Czemu to robisz, Kai...?
         Oparł swoje czoło o moje i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Bo nigdy w życiu nie widziałem tak ślicznej istoty jak ty, Taemin.
         Moje serce zabiło szybciej.
- Szaleję, kiedy cię widzę. Już sam nie wiem, co mam robić. W dodatku widzę, jak on cię traktuje. Dałbym ci więcej, niż sam mam, Taemin. Oddałbym ci się w pełni. Wystarczy, że powiesz słowo. 
            Zbliżył się do mnie, ale odwróciłem głowę, kiedy chciał mnie pocałować. Nadal byłem cholernie podniecony i miałem dziwne myśli w głowie, ale coś kazało mi przestać. Odepchnąłem go delikatnie i szybko założyłem spodnie.
- Wybacz - wyjąkałem, nie patrząc mu w oczy.
          Uciekłem z Namsan Tower najszybciej, jak tylko mogłem. Kiedy tylko wydostałem się na zewnątrz, wyjąłem telefon i wybrałem numer Jonghyuna. Był zdziwiony moim stanem. Nie byłem osobą, która dzwoni do przyjaciół po pijaku i płacze w słuchawkę, ale tym razem musiałem. Musiałem z nim porozmawiać.
- Jonghyun, przepraszam, masz teraz dużo na głowie - motałem się.
- Wiesz, że możesz do mnie dzwonić o każdej porze, kochanie - powiedział ciepło.
- Nie wybaczysz mi.
          Po drugiej stronie słuchawki odpowiedziała mi cisza.
- Przepraszam cię, Jonghyun. Zrobię wszystko, żebyś mi wybaczył. Proszę, spotkaj się ze mną zaraz.
- Tam gdzie zawsze?
- Tam gdzie zawsze.
         On już wiedział.

13.7.17

Bądź mój

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi



          Zmrużyłem powieki. Czułem się jak we śnie. Byłem wręcz pewien, że znajduję się w krainie Morfeusza pogrążony w jej najdalszych zakamarkach. Nigdy wcześniej nie doznałem tak silnego podniecenia. Nie potrafiłem już tego kontrolować, nie byłem w stanie przestać, zatrzymać tego. Nie było odwrotu.
- Chcę się z tobą kochać - powtórzył.
          Rozpiąłem rozporek i zsunąłem z bioder spodnie, Jonghyun poszedł w moje ślady. Nim jednak zdążyłem cokolwiek zrobić, chłopak niespodziewanie zaczął ocierać się swoim kroczem o moje, doprowadzając mnie do stanu kompletnej ekstazy. Moje jęki przerodziły się w przeraźliwy szloch, mimo że nie płakałem. Przyjemność, jaką mi dostarczał, była tak nieziemska, iż nie mogłem kontrolować fali westchnień, którą u mnie wywołał. Kiedy poczułem, jak mocno napięte są moje bokserki, dłoń jakby sama chwyciła rękę Jonghyuna i wsunęła ją pod moją bieliznę, po czym sama powędrowała pod jego slipy. Obcy dotyk w intymnym miejscu spowodował tak kolosalną i niewyobrażalną rozkosz, że moje ciało wbrew woli wygięło się w łuk i zaczęło balansować w górę i w dół. Był delikatny i ostrożny, ale zarazem zaborczy i pewny siebie. Subtelny, lecz zdecydowany.
          Kiedy poczułem, że zbliża się moment kulminacyjny, zacząłem poruszać ręką szybciej. Nie chciałem dopuścić do tego, żebym doszedł sam. Moje starania poszły jednak na marne i już po chwili odczułem eksplozję. Jonghyun był twardy. Gdy zauważył, co się stało, zsunął ze mnie koszulkę odsłaniając brzuch i obsypał pocałunkami mój tors. Ale wtedy niespodziewanie doznałem wręcz paraliżującego lęku.
- Jonghyun! - wrzasnąłem przerażony.
           Brunet wystraszył się i gwałtownie odskoczył od mojego podbrzusza. Rzucił mi wówczas pytające zaniepokojone spojrzenie. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, nadal drżąc z podniecenia, po czym przytuliłem się do niego i zamknąłem oczy.
- Boję się.
         Objął mnie i delikatnie przeczesał palcami moje włosy.
- Nic na siłę, Taemin - powiedział czule. - Poczekam. Nie spiesz się.
          Przypomniałem sobie jednak, że nawet nie pozwoliłem mu dojść. Chciałem chociaż tyle dla niego zrobić. Odsunąłem się więc i położyłem dłonie na jego ramionach sugerując, aby się położył. Uśmiechnąłem się do niego nieśmiało i powoli zsunąłem z niego slipy. Pochyliłem się nad jego kroczem i delikatnie musnąłem językiem twardego członka. Podniosłem wzrok i, zauważywszy, że bacznie obserwuje moje poczynania, zamknąłem oczy i wziąłem całego do ust. Poruszałem głową w tył i przód stopniowo coraz szybciej i szybciej. Jego oddech stawał się ciężki, a spomiędzy jego warg co chwilę wydobywał się niekontrolowany jęk. Nie zdołał nawet mnie uprzedzić. Ale naprawdę delektowałem się jego smakiem.
          Po wszystkim bezwładnie opadłem na jego ramię. Co to było? Co właśnie poczułem? Bezgraniczne poczucie bezpieczeństwa? Jakiś rodzaj... stałości? Bezinteresowne oddanie? Dziwny paradoks - czułem się pewny jak nigdy wcześniej, lecz nie wiedziałem nawet, czego jestem pewien.
- Mogę cię pocałować po tym, co przed chwilą zrobiłem? - spytałem cicho.
- Zawsze.
          Przekręcił się na bok tak, że leżeliśmy wówczas twarzą w twarz. Patrzyłem przez chwilę w te śmiejące się czekoladowe oczy i głaskałem tył jego głowy. Było mi naprawdę dobrze. Nawet, jeśli do niczego między nami nie doszło, czułem się najlepiej na świecie. Pocałowałem go delikatnie i czule.
- Jesteśmy brudni - powiedział po chwili. - Czy wspólna kąpiel cię satysfakcjonuje?
          Nie zdołałem powstrzymać szerokiego uśmiechu, choć za wszelką cenę próbowałem to zrobić. A on potraktował to jak znak aprobaty. Musnął moje usta swoimi i udał się do łazienki, żeby przygotować kąpiel. Leżałem w bezruchu i cieszyłem się sam do siebie, dopóki nie wrócił.
- Jonghyun... - wyjąkałem cicho, kiedy po wejściu do pomieszczenia moim oczom ukazała się wanna pełna piany, a do nozdrzy dotarł zapach wiśni. - Możemy... po ciemku?
          Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- To coś nienormalnego? - zapytałem nieśmiało. - Wiem, że po tym, co zrobiliśmy, to się może wydawać dziwne, ale...
- W porządku. Nie o to chodzi - odparł z uśmiechem. - Zdziwiłem się, bo jesteś ostatnią osobą, która powinna się czegoś wstydzić albo coś ukrywać.
          Zgasił światło i weszliśmy do ciasnej wanny. Chwilę zajęło nam logistyczne ulokowanie się tak, żeby się zmieścić, ale w końcu usadowiliśmy się naprzeciw siebie. Siedział z lekko ugiętymi nogami, między które wlazłem, a sam oplotłem kolanami jego plecy. Starałem się siedzieć nieruchomo, gdyż przy każdym ruchu nasze członki ocierały się o siebie znów wprowadzając mnie w stan błogiej satysfakcji.
- Powiesz mi, co się stało rano? - spytałem.
- Nie chcesz - odparł od niechcenia.
- Wtedy bym nie pytał - powiedziałem stanowczo.
- Rano byłem... Taemin! - jęknął przeraźliwym głosem i położył głowę na moim ramieniu, przytulając się do mnie. - Ale powiedz, że jesteś mój...
          Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia.
- Czy jestem twój? Chyba... chyba nie ma wątpliwości. - Roześmiałem się nerwowo.
- Bądź mój, Taemin. - Podniósł się z mojego ramienia i spojrzał mi głęboko w oczy. Światło wpadające przez okno pozwoliło mi to zobaczyć. Spoglądał na mnie przenikliwie.
- Chcesz żebym... - zacząłem niemrawo.
- Tak. Żebyś ze mną chodził. Był moim chłopakiem - rzucił bez ogródek.
- D-dobrze - wyjąkałem, choć ta myśl nie do końca do mnie docierała.
- Rano... poszedłem do szkoły - mówił. - Ale zobaczyłem cię z obcym mężczyzną.
          Odpowiedziałem milczeniem, nie mogąc skojarzyć sytuacji.
- I to naprawdę przystojnym mężczyzną. Który pocałował cię w policzek. I chciałem uciec stamtąd jak najszybciej. Ale bałem się, że cię zabierze. Więc zostałem - kontynuował. - Potem pocałował cię w czoło. A ty byłeś tak cholernie szczęśliwy. Byłem pewien, że cię straciłem. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że przyszedłeś. Taemin, dziękuję. Dziękuję, że przyszedłeś.
- Jonghyun, ten chłopak to tylko mój przyjaciel z dzieciństwa, jak mogłeś w ogóle pomyśleć, że...
- Taemin, przyjaciele nie całują się w policzek na powitanie! Nie faceci! Zwariowałeś? Nie chcę, żeby ktoś cię całował gdziekolwiek.
- Przesadzasz.
- Doprawdy? Więc nie masz nic przeciwko, jeśli będę się tak codziennie witał z Key? - spytał z ironią.
- ...kurwa - wycedziłem przez zęby. - Może i masz rację. Ale ja i on to nie to co ja i ty.
- Serio? Ja cię całuję, on cię całuje... Na czym polega różnica? - dopytywał.
- Bo ciebie...!
- Co?
- No... - wyjąkałem, wahając się. Serce waliło mi jak młot. - Kocham.
- Kochasz - powtórzył. - Taemin mnie kocha.
          Oparł swoje czoło o moje i powtórzył to jeszcze sto razy. Zupełnie jak gdyby nie mógł uwierzyć. Potem pocałował mnie namiętnie i trwało to w nieskończoność. Ale nie dłużyło mi się.
- Powiedz mi to jeszcze raz - poprosił.
- Przestań - syknąłem.
- Proszę - mówił.
- No... - motałem się. - Czemu każesz mi mówić o rzeczach... jakby... oczywistych... no... wiesz przecież. Kocham. Wiesz. Kocham... cię. Muszę, jesteś moim... Jesteśmy razem...? Jesteśmy razem. Jesteś moim chłopakiem. Muszę cię kochać, tak by wypadało. Kocham cię. Kocham cię, Jonghyun.


Miłość przez spodnie

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi



          Tego południa w głowie miałem tylko Jonghyuna. Siedziałem na zajęciach pogrążony w myślach i fantazjach na jego temat, do czego sam doprowadził mnie podczas rozmowy telefonicznej. I znowu lało jak z cebra. Nie byłem w stanie się skupić. Zupełnie zapomniałem o Kai'u, o zbliżającym się sprawdzianie, o śmiejących się ze mnie uczniach. Podczas jednej z przerw nie wytrzymałem. Wstałem, opuściłem salę, wziąłem z szatni parasol i pobiegłem do domu Jonghyuna nie ustalając nawet żadnej strategii. Nie miałem pojęcia, co mu powiem. Sam w końcu nie wiedziałem, co mną kieruje. Nie byłem typem wagarowicza, nie podobali mi się mężczyźni, nie przejmowałem inicjatywy i nigdy nie starałem się o kogoś, zamiast czekać na jego ruch.
           Możliwe, że po prostu dopadły mnie wyrzuty sumienia. Kiedy ostatnim razem zapytał, czy go lubię, spanikowałem i zacząłem zmieniać temat. On jednak nalegał, dopytywał i wręcz żądał odpowiedzi. W rezultacie rzuciłem słuchawką. Czy dałem mu do zrozumienia, iż go nie lubię? Uwierzyłby w ogóle w coś takiego? Ostatnimi czasy spędzaliśmy razem każdy dzień, jak mógłby w ogóle o czymś takim pomyśleć? A co, jeśli...?
- Otwórz - nakazałem stanowczo. Sam nie wiedziałem, że tak umiem.
          Stałem pod drzwiami jego mieszkania i dzwoniłem dzwonkiem bez przerwy - tak długo, dopóki nie odebrał telefonu.
- Co? - spytał zaspanym głosem.
- Drzwi otwórz, kretynie! - wrzasnąłem wściekle.
          Padało coraz mocniej, nie usłyszałem nawet dokładnie jęku, jakim Jonghyun uraczył mnie po moim wrzasku, ale zrozumiałem, że zaraz zejdzie na dół.
          I faktycznie tak się stało. Moja ulga była niewyobrażalna, kiedy moim oczom ukazał się widok zmęczonego chłopaka, który patrzył na mnie z taką troską i zamyśleniem. Wydał mi się wtedy zupełnie bezbronny i niewinny, wręcz słodki i kochany, ale nie mogłem stracić nad sobą kontroli. Wszedłem do środka i zdjąłem ociekające wodą buty.
- Napijesz się czegoś? - spytał.
- Twoi rodzice są w domu? - zadałem pytanie, zbywając go.
- W pracy - odpowiedział. - Będą późno.
          Bez wahania udałem się na piętro prosto do jego pokoju, a on potulnie podążał za mną. Zajęliśmy miejsca na jego łóżku. Starałem się nie przypominać sobie tego, co wydarzyło się tu ostatnim razem.
- Co z tobą? - zapytałem w końcu, przerywając dłuższy moment ciszy.
- Źle się poczułem i zostałem w domu - odparł.
- Jasne - wycedziłem przez zęby. Nie miałem pojęcia dlaczego, ale czułem, że kłamie. - Odpowiedz.
- Najpierw ty - powiedział.
- Niby na co? - spytałem z ironią.
- Lubisz mnie, Taemin?
          Rzuciłem mu zaniepokojone spojrzenie. Serce stanęło mi w gardle, a nogi miałem jak z waty.
- Głupi jesteś czy co? Muszę cię lubić, przecież jesteśmy kumplami - odparłem zdławionym głosem.
- Kumplami? To dlaczego chcesz mnie pocałować?
          Znów zagnał mnie w kozi róg. Znalazłem się w ślepej uliczce. Nie wiedziałem, jak wybrnąć z tej niekomfortowej sytuacji. Bo niby co miałem mu odpowiedzieć?
- Właśnie! - wykrzyknąłem triumfalnie i gwałtownie rzuciłem się na niego, wpijając się w jego usta.
            Tego się nie spodziewał. Nawet próbował momentami mnie odepchnąć, ale nie pozwoliłem mu na to. Pogłębiałem pocałunek, nie dając mu pola do popisu. W końcu udało mi się go zdominować i uwieść. Nasze języki tańczyły wokół siebie i mało brakowało, a straciłbym nad sobą kontrolę. Chłopak dał się ponieść chwili. Przewrócił mnie na plecy i pochylił się nade mną, całując mnie namiętnie.
          Przeniósł usta na mój kark i zaczął obsypywać go pocałunkami. Przegryzłem wargę i jęknąłem cicho. W pomieszczeniu panował półmrok i roznosił się zapach malin. Jonghyun nie spoczywał na laurach. Całował mój tors przez koszulkę i zsuwał się coraz niżej. Położył dłonie na mojej klatce piersiowej i masował mnie delikatnie, skupiając się na twardych z podniecenia sutkach. Pocierał je palcami, a ja bałem się myśleć, co by było, gdybym nie miał na sobie ubrań.
          Oddychałem ciężko i cicho pojękiwałem, nie mogąc uwierzyć, z jaką łatwością udało mu się mnie uwieść. Kiedy poczułem jego usta między swoimi nogami, prawie poderwałem się do pozycji siedzącej. Oparłem łokcie na łóżku i zaszklonymi od łez oczami spoglądałem na to, co robi. Miałem nadzieję, że zerwie ze mnie te pieprzone spodnie, lecz nie zrobił tego. Obsypywał pocałunkami moje krocze tak długo, iż w końcu moje bokserki napięły się, a pomieszczenie wypełniło się moimi jękami i westchnieniami.
- Aż tak ci dobrze? - spytał z uśmiechem.
- Cudownie - wyszeptałem, czego raczej nie słyszał, gdyż ledwo łapałem oddech.
          Uniósł moje kolana i rozsunął je, a ja skrzyżowałem nogi na jego plecach. Pochylił się nade mną i zaczął poruszać biodrami w przód i tył. Zarzuciłem mu ręce na szyję i splotłem dłonie na jego karku. Pochylił się wtedy nade mną i szepnął mi do ucha:
- Chcę się z tobą kochać, Taemin.


Lubisz mnie, Taemin?

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi



          Wieczorny deszcz zmył ze mnie wszelkie wstydliwe wspomnienia i już prawie nie pamiętałem momentu emocjonalnego ekshibicjonizmu, jaki odkryłem przez Jonghyunem. Zatarłem to niczym inne niekomfortowe wspomnienia. Nie było mi to do niczego potrzebne. Wolałem zapomnieć o chwili słabości. Wmówiłem sobie, że nie słyszałem rozmowy z Key, nie przytuliłem dinozaura i nie zrozumiałem, że ten chłopak faktycznie mnie kocha.
          Wtorkowy poranek przerwał codzienną rutynę i przyniósł coś kompletnie niespodziewanego. W drodze z przystanku do szkoły zauważyłem stojącą przy bramie liceum postać opartą o płot i spoglądającą na mnie z uśmiechem. Przypomniałem sobie wówczas wszystkie te wieczory pełne sprzeczek o wyższość Ronaldo nad Messim. Absurd. Ronaldo był najlepszy.
          Podszedłem do niego i wyszczerzyłem swoje uzębienie. Zatkało mnie i nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Ile czasu minęło od naszego ostatniego spotkania?
- Witaj. - Ucałował mnie w policzek na powitanie.
          Stał przede mną mężczyzna z krwi i kości pełen klasy i honoru. To już nie był chłopiec, z którym biegaliśmy niegdyś po podwórku brudni od błota i z pająkami we włosach.
- Kai, co tu robisz? - spytałem ze zdziwieniem. Oczy zaszkliły mi się na jego widok.
- To było niemiłe, Tae - odparł, przeczesując włosy. Odsunął się od płotu i zbliżył się do mnie, zupełnie ignorując moje bariery intymne. Dzielił nas naprawdę mały dystans.
- Nie to miałem na myśli - wyjąkałem, spuszczając wzrok ze wstydem. - Po prostu pojawiłeś się tak niespodziewanie... Gdzie się podziewałeś przez ten cały czas?
- Tu i ówdzie... - odpowiedział z zamyśleniem. - Brakowało ci mnie?
- Oczywiście! - wykrzyknąłem. - Jak możesz w ogóle o to pytać?
- Powinniśmy w takim razie nadrobić stracony czas - mówił. - Powiedz tylko kiedy. Zabiorę cię dokąd tylko chcesz. Co powiesz na... Namsan Tower?
- Pamiętasz! - krzyknąłem ze zdziwieniem. - Zawsze chciałem tam pójść z kimś bliskim...
- Cieszę się, że nie masz mi za złe mojego nagłego zniknięcia. Wytłumaczę ci wszystko - dodał. - Jestem szczęśliwy, że czas nie zatarł naszych relacji, Tae.
- Zawsze będziesz moim najlepszym przyjacielem, Kai.
          Przytulił mnie mocno i pocałował w czoło na pożegnanie. Zrobiło mi się ciepło i uznałem, iż nic już nie zepsuje mi tego wspaniałego dnia. Nie mogłem uwierzyć, że Kai wrócił. Myliłem się, gdy wmawiałem sobie winę, kiedy kilka lat temu przepadł jak kamień w wodę i zerwał ze mną kontakt. Kai wrócił. I chciałem zrobić wszystko, by już przy mnie został.
          Rozmowa z Kaiem sprawiła, że spóźniłem się trochę na zajęcia, ale nie miałem sobie za złe, choć niepotrzebnie zwróciłem na siebie uwagę klasy, gdy wchodziłem do sali dobre parę minut po dzwonku. Zająłem miejsce w ławce... sam. Nie miałem pojęcia, gdzie podziewa się Jonghyun i naprawdę miałem ochotę zupełnie zignorować fakt jego nieobecności, jednak dorwały mnie wyrzuty sumienia, gdy przypomniałem sobie zdarzenia z dnia poprzedniego. Korzystając z nieuwagi nauczyciela wyjąłem z kieszeni telefon i szybko napisałem do Jonghyuna: "Jak się czujesz?". Na odpowiedź nie musiałem czekać długo. Lub raczej na odpowiedzi, miliony odpowiedzi, jakie zaczęły napływać co kilka sekund. Drżącą dłonią trzymałem komórkę i niepewnie spoglądałem na ekran, czytając kolejne wiadomości.

"Chciałbym cię teraz pocałować."

          Przełknąłem ślinę. Czy dobrze zrozumiałem? Może coś źle przeczytałem?

"Podać ci śniadanie do łóżka i zjeść je z Tobą."

          Zawahałem się.

"Taemin, jeśli robię coś nie tak, wal prosto z mostu."

          Przegryzłem wargę. Zaczynałem się gubić.

"Robię?"

          Zorientowałem się wówczas, że musiało się coś stać. Zdecydowałem się znaleźć Key w czasie przerwy i zapytać go, czy wszystko w porządku z Jonghyunem. Kiedy jednak zobaczyłem niebieskowłosego w centrum zainteresowania połowy szkoły, poddałem się i potulnie udałem się do pustej sali. Początkowo wpatrywałem się w stojące obok mnie puste krzesło, po chwili jednak uznałem, że warto byłoby wziąć sprawy w swoje ręce i zadzwonić do dinozaura. Postanowiłem dobijać się do niego, dopóki nie odbierze. Zrobił to za czwartym razem. Albo siódmym.
- Jonghyun - powiedziałem cicho.
          Z drugiej strony słuchawki dobiegało mnie tylko milczenie.
- Jonghyun? - powtórzyłem cicho, chcąc upewnić się, czy na pewno odebrał.
- A ty? Pocałowałbyś mnie teraz? - spytał niepewnie. Drżał mu głos.
          Zawahałem się. Zrobiło mi się ciepło, fala gorąca roztapiała moje policzki.
- Odpowiedz - poprosił.
- Tak - odparłem z zawstydzeniem.
- Naprawdę? - zapytał ze zdziwieniem. - Dlaczego?
- Jak to "dlaczego"? - zbulwersowałem się.
- Odpowiedz - nalegał. - Lubisz mnie, Taemin?



Jak się czujesz?

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi



- Taemin, ty... - powiedział niepewnie.
          Spoglądaliśmy na siebie w bezruchu, a nasze dłonie leżały bezwładnie splecione na jego kolanie. Tonąłem w jego oczach i czułem się niczym zawieszony między niebem a ziemią bezradny człowiek, którego orzeźwia chłodny wiatr błądzący po jego gorących policzkach. Urwaliśmy kontakt wzrokowy dopiero w momencie, gdy zorientowaliśmy się, że możemy zwrócić swoim zachowaniem uwagę innych uczniów lub, co gorsza, nauczyciela. Spuściłem wzrok i zabrałem swoją rękę.
          Jonghyun jednak nadal milczał i wyglądało na to, iż nie ma najmniejszego zamiaru mówić mi, co miał na myśli. Nie miałem wyjścia. Musiałem przejąć inicjatywę. W rogu swojego zeszytu nabazgrałem: "Taemin co?" i podsunąłem mu notes pod nos. Najpierw tylko rzucił okiem, a potem westchnął głęboko jakby jeszcze zastanawiał się, czy powiedzenie mi tego to aby na pewno dobry wybór. Po chwili przeczytałem: "Taemin, ty dbasz o cerę? Wyszedł ci wielki syf na czole. Wygląda fatalnie". Gwałtownie rozczochrałem włosy, które zakryły mi pół twarzy. Wyglądałem jak pieczarka. Czerwona ze wstydu wkurwiona pieczarka.
          Nie miałem ochoty się więcej do niego odzywać. Czułem się poszkodowany i potraktowany bez szacunku. Jego żart wcale mnie nie śmieszył. Było mi źle i chciałem jak najszybciej wrócić do domu.
          Zastanawiałem się, jak mu dojebać w ramach rekompensaty, ale do końca zajęć nie odezwał się do mnie ani słowem. Na lekcjach nawet na mnie nie patrzył, na przerwach zaś znikał gdzieś, a ja zostawałem w sali sam jak palec i towarzyszyły mi tylko depresja, melancholia i wielki syf na czole. Moich uszu dobiegały głośne śmiechy dochodzące z korytarza, kiedy Jonghyun opowiadał znajomym o tym, co mu się przydarzyło i dlaczego cieknie z niego jak z krowy. Przez gwar i zgiełk nie byłem jednak w stanie dosłyszeć, co dokładnie się stało.
          W zasadzie właśnie o tym marzyłem, czyż nie? Jonghyun dał mi nareszcie święty spokój i nie musiałem się już obawiać, co zrobię, kiedy znowu znienacka złapie mnie za tyłek albo spróbuje publicznie zgwałcić. Mogłem z czystym sumieniem i bez strachu powrócić do życia odludka i outsidera i cieszyć się każdą chwilą samotności.
          Mimo pięknego poranka po południu nieźle się rozpadało. Niebo pokryło się ciemnymi chmurami i zaczęło lać jak z cebra. Do przystanku miałem daleko, a nie wziąłem ze sobą ani bluzy, ani parasola. Nie przepadałem za spędzaniem czasu w bibliotece, a bezczynne siedzenie na korytarzu i bycie atrakcją cyrkową dla innych uczniów raczej mnie nie przekonywało. Wyszedłem więc na zewnątrz i stanąłem na znajdujących się pod daszkiem schodach. Krople deszczu odbijały się od ziemi, a wiatr orzeźwiał mnie, delikatnie głaszcząc mnie kilkoma z nich po twarzy.
- Mówiłem ci już dziesięć razy, czemu znowu mnie o to pytasz? - Usłyszałem nagle znajomy głos. - Zobacz, jak pada. Jasna...
          Szybko schowałem się za filarem i łudziłem się nadzieją, że nikt mnie tam nie znajdzie. Wyglądało na to, iż Jonghyun i Key postanowili uciąć sobie pogawędkę przed szkołą. Dlaczego? Dlaczego akurat teraz?
- Nie zmieniaj tematu - odburknął Jonghyun. - Chcę wiedzieć. Konkretnie.
- Tak jak mówiłem wcześniej, wydaje mi się, że nie jest jeszcze wystarczająco dojrzały emocjonalnie - odparł. - Może mi się wydaje, nie wiem, nie znam go, nawet nie powinienem oceniać go wyłącznie na podstawie twoich opowieści, ale skoro już pytasz to tak, uważam, że dziwnie się zachowuje. Szczególnie po tym, co między wami zaszło.
- Więc co twoim zdaniem powinien był zrobić? - spytał.
- Powinien każdego ranka pytać, jak się czujesz i co u ciebie. Specjalnie przylazłeś do szkoły spóźniony i mokry, a on nie raczył nawet zadać pytania, co się stało. I to mnie niepokoi. Może szkoda zachodu, Jong? Może on faktycznie nie jest zainteresowany? - zastanawiał się Key.
- Jest nieśmiały. Nigdy nie zaczyna, jedynie przejmuje inicjatywę, kiedy się go naprowadzi na temat. Ale jestem pewien, że zastanawiał się, czemu przyszedłem do szkoły w takim stanie. Na pewno - mówił.
- Poważnie, Jong? - westchnął z konsternacją. - Jak złamiesz nogę albo wylądujesz w szpitalu, to też nie raczy się zapytać, co się stało? To trochę słabe. Nie wiem, co do ciebie poczuł, a czego nie poczuł, ale jego sposób wyrażania siebie mnie niepokoi. W sumie... Nie no, może faktycznie miał zły dzień, mam nadzieję... Wiesz, Jong, jesteś moim najlepszym przyjacielem, dla mnie osoba, z którą chodzisz lub chcesz chodzić, zawsze będzie niewystarczająca. Może nie warto mnie słuchać.
- Nie mam pojęcia, co robić. Czuję się fatalnie przez to wszystko - dodał.
- Wracasz do domu autem? - spytał Key.
- Mam za blisko, żeby jeździć samochodem do szkoły. Zaczekam tu, aż się rozpogodzi - odpowiedział. - Nie chcę być znowu mokry.
- Jak chcesz. Ja wracam, mama będzie głodna, jak wróci z pracy. Trzymaj się i nie dołuj. Wieczorem zadzwonię i pogadamy.
- Dzięki, stary.
          Dłonie drżały mi niemiłosiernie i nie potrafiłem myśleć trzeźwo. Fakt, że Jonghyun stoi po drugiej stronie filaru doprowadzał mnie do stanu, którego nie byłem w stanie opisać. Zaawansowane stadium lęku? Spływająca lawina przerażenia? Nieopanowany strach?
          Wziąłem trzy głębokie wdechy. Wyglądało na to, iż pojawił się idealny moment na zakończenie tego wszystkiego raz na zawsze. Podjąłem decyzję. Postanowiłem wyjść zza filara i szybko i skutecznie ofiarować mu soczystego kosza. I przez resztę życia delektować się cudowną samotnością, której nie zakłóca nikt ani nic. Kiedy jednak wyłoniłem się z kryjówki, a moim oczom ukazał się Jonghyun smutno spoglądający w dal, ignorujący zupełnie krople deszczu na jego zmęczonej twarzy, nie wytrzymałem. Podszedłem do niego i gwałtownie rzuciłem mu się w ramiona, przytulając go mocno.
- Jonghyun - wyjąkałem, nie mogąc opanować szlochu. Łzy spływały po moich policzkach, które nagle stały się mokre niczym ziemia zwilgotniała od deszczu. - Jak się czujesz?
- Boże, słyszałeś to wszystko... - przeraził się. - Przepraszam.
- Jak się czujesz? - ponowiłem pytanie.
- Teraz? - spytał, obejmując mnie delikatnie. - Wspaniale. Naprawdę wspaniale.








28.5.17

W swoim czasie

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi



          Obudziłem się nad ranem, boleśnie przewracając się z boku na bok. Pierwsze promienie słońca uderzyły bezczelnie w moją twarz, przypominając mi zdarzenia z zeszłego dnia. Zmrużyłem powieki.           Wyrzuty sumienia nieco ustąpiły i pozwoliły nawet na zaczerpnięcie głębokiego oddechu niestłumionego porywistym bólem klatki piersiowej. Po prostu sam sobie nie dowierzałem. Jakieś wyssane z palca historie...
          Zapowiadał się upalny poranek kojarzący się nozdrzom jedynie z zapachem koszonej trawy, spoconych mężczyzn i smażoną kiełbasą. Postanowiłem nie wystawiać nosa za drzwi. Minho zawsze nazywał mnie wampirem i nie rozumiał mojej fobii na słońce.
          Powoli podniosłem się z łóżka i przeciągnąłem się. Nie miałem ochoty wstawać na nogi. Spojrzałem na swoje nagie obolałe biodra, co przywiodło na pamięć odczucia towarzyszące mi przy dotyku Jonghyuna. Zrezygnowany spuściłem wzrok. Niczego już nie rozumiałem i coś w moim umyśle blokowało mnie za każdym razem, kiedy usiłowałem to przeanalizować i przetrawić.
          Kiedy już wygrałem walkę z samym sobą i podniosłem się, a później wziąłem zimny prysznic, zrobiłem sobie śniadanie, nie chcąc budzić rodziców tak wcześnie. Smak spalonych jajek i gorzkiej czarnej kawy fantastycznie wpasował się w gorycz całego tego pieprzonego dnia. Zamknąłem się w pokoju i wraz z posiłkiem rozsiadłem się na wielkim łóżku, uprzednio zasłaniając okna.
Mimo wielu prób rozwiązania problemu wszystko skończyło się na bezmyślnym graniu w gry, które dawno już skończyłem, słuchaniu muzyki, która dawno mi się znudziła i gapieniu się w sufit. Niezmienny, taki sam każdego dnia, nieruchomy sufit. Chciałbym być tak twardy i nieporuszony jak on. Ale nawet on mógł upaść.
          Po bezskutecznych próbach poprawienia sobie humoru położyłem się spać zaraz po zjedzeniu suchej kromki ma podwieczorek. Nie mogłem nic przełknąć i czułem się pełen mimo niejedzenia ryżu. Łudziłem się nadzieją, że to wszystko po prostu się skończy, kiedy wstanę. Tak, sądziłem, iż sen załatwi wszystkie moje problemy za mnie.
          Zasnąłem niepokojąco szybko i nie przebudziłem się w nocy ani razu. Spałem wyjątkowo mocno, a po przebudzeniu poczułem się w pełni sił. Moją nową strategią było stłumienie wszelkich emocji, których nie kontroluję. Wiedziałem, że to słabe rozwiązanie, ale nie byłem w stanie wymyślić nic innego. Wypiłem zieloną herbatę, zjadłem ryż na śniadanie i pewnym krokiem udałem się do szkoły.
          Wszystko znów zrobiło się takie samo - ciepłe, miękkie i nijakie jak gówno. Rutyna dawała mi jednak poczucie bezpieczeństwa. Wszedłem do sali, choć było jeszcze wcześnie i zająłem miejsce. Moja pewność siebie nieco podupadła, gdy na krześle obok mnie ujrzałem plecak Jonghyuna. Chłopaka nie było w klasie, lecz wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, nim wbiegnie triumfalnie do środka i publicznie wykona na mnie swój codzienny regularny akt gwałtu.
Ale Jonghyun nie wracał.
          Nie wrócił po zakończeniu przerwy i nie przyszedł spóźniony wraz z grupką wracającą z papierosa, która twierdziła, że w tak piękny dzień jak ten zapatrzyli się na letnie błękitne niebo. Jonghyuna nie było. Ani na początku, ani w środku, ani na końcu lekcji. Zajęcia ze sztuki dobiegły końca, a ja kątem oka spoglądałem na jego torbę. Po godzinie lekcyjnej postanowiłem mimo wszystko wziąć jego torbę ze sobą w miejsce następnych zajęć, a w czasie pauzy poszukać Key. Zawsze kręcili się gdzieś razem.
          Ale Key też nie było. Obstawiałem porwanie. I tortury. A potem gwałt. Niehumanitarne i nieludzkie sposoby na pozbawienie godności drugiego człowieka. Chwila, czyżby do Jonghyuna wróciła karma?
          Bałem się, że będzie mi to spędzać sen z powiek. Z jednej strony kompletnie odciąłem się od emocji, a z drugiej naprawdę poczułem lęk. Zupełnie jak gdyby coś wisiało w powietrzu. Na przykład wielki stutonowy kamień na cienkiej niteczce tuż nad moją głową.
          Jonghyun pojawił się w szkole wraz z Key zaraz po trzeciej lekcji. Mokry od stóp do głów, przemoczony do suchej nitki. Jego przyjaciel przeciwnie, ponadto zdawał się być strasznie rozbawiony zaistniałą sytuacją. Nie czekając na wodę po ogórkach postanowiłem podejść i oddać mu rzeczy, nie byłem jednak w stanie przebić się przez tabun otaczających ich znajomych, więc potulnie jak baranek udałem się do pustej sali.
           Uznałem wówczas, że kobieta jest dziewczynką w dwóch okresach swojego życia: dzieciństwa i późnej starości. Mężczyzna jest małym chłopcem całe życie. Albo małą dziewczynką.
          Nie zauważył mnie nawet i przyszedł na lekcję spóźniony i nadal mokry. Ku mojemu zdziwieniu nie odezwał się ani słowem, nie nawiązał nawet kontaktu wzrokowego. W zasadzie... tego właśnie chciałem, więc czemu czułem się z tym tak dziwnie? Pewnie najzwyczajniej w świecie wydało mi się to nienaturalne, że po tylu tygodniach publicznego molestowania mnie Jonghyun nagle zaczął mnie ignorować. Moment, ale on naprawdę miał zamiar się tak zachowywać?
          Po prostu zdjął torbę z krzesła i usiadł, a jedynym, co od niego usłyszałem, był dźwięk kropelek wody spadających na podłogę. I nawet nie rzucił docinka, że znów jest mokry na mój widok. Trzymał na kolanie telefon i namiętnie pisał smsy. Kątem oka udało mi się dostrzec, iż prowadzi jakieś zawiłe rozmowy z Key, ale nic z tego nie zrozumiałem. Chwila, czyżby oni...? Znudziło mu się może? Albo uznał, że jestem niedojrzałym dzieciakiem, co nie umie w głębokie uczucia. Lub był niewyżytym seksualnie potencjalnym ruchaczem, a ja nie spełniłem jego oczekiwań. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej się denerwowałem i z wściekłości drżały mi dłonie. Zacząłem działać pod wpływem impulsu, kiedy tylko moja agresja sięgnęła zenitu.
          Pomyślałem wówczas, iż może to być moja ostatnia szansa i, jeśli jej nie wykorzystam, wszystko będzie stracone. I będę żałował. I już nigdy nie wybaczę sobie popełnionego błędu. I Bóg pośle mnie do najdalszych kręgów piekieł. I karma do mnie wróci i złamię nogę, bo skrzywdziłem Jonghyuna. A ja nie chciałem łamać nogi.
          W akcie totalnej desperacji, w jakiej nie znalazłem się jeszcze nigdy, szybko przesunąłem swoją rękę i położyłem ją na jego dłoni. Nie miałem pojęcia co robię, a tym bardziej po co. Miałem przecież idealną okazję do pozbycia się pasożyta, a mimo to...
           Jonghyun spojrzał na mnie zszokowany. Ledwie złapaliśmy kontakt wzrokowy, a już wstyd i skrępowanie ogarnęły moje ciało. Spuściłem głowę i nagle usłyszałem coś, czego naprawdę nie miałem ochoty słyszeć.
- Taemin, ty...

21.5.17

Lubię, kiedy mnie dotykasz

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi 


          Zupełnie straciłem kontrolę. Ale pozwoliłem sobie na to. Dał mi przecież do zrozumienia, że chce litości. Więc dałem mu ją, zupełnie nie zwracając uwagi na konsekwencje, jakie poniosę. Jedna noc. Nic złego się nie stanie. 
          Mrok w pokoju rozświetlał blask pachnących jabłkami świec. Za oknem panowała błoga cisza. Byłem zrelaksowany jak nigdy. Oderwany od tętniącego życiem wiecznie spieszącego się Seulu.
          Dłoń Jonghyuna delikatnie masowała moje odkryte biodro, wcześniej - niby przypadkowo - osunęła mi koszulkę do góry. Brunet był tak blisko mnie, że mogłem dokładnie skupić się na każdym jego najmniejszym mięśniu, który ocierał się o mój tors. Każdy milimetr mojej skóry, jaki bezpośrednio zetknął się z nagim ciałem Jonghyuna, doznawał gorącego dreszczu. Tylko jedna noc.
          Jego ręka błądziła po moim boku, tu wchodząc głębiej pod koszulkę, tu znów niepozornie wkradając się pod gumkę bokserek. Otulił mnie swoimi szerokimi ramionami, gdzie ja - wątły i chudy - czułem się otoczony ciepłem z każdej strony.
          Całowałem go zaborczo oddając to, co on dawał mnie. Moje ciało wygięło się w łuk, kiedy poczułem, jak paznokcie Jonghyuna wbijają się w mój prawy pośladek. Oderwałem się wówczas od jego ust i westchnąłem cicho, próbując złapać oddech. Chwilę później przylgnąłem znów do jego miękkich warg. Palce bruneta z ciekawością badały nowe tereny, jednak gdy jeden z nich wsunął się zbyt głęboko, ze strachu ugryzłem boleśnie usta Jonghyuna i już po chwili poczułem smak krwi.
- Boli - jęknął, nie zabierając palca z mojego wnętrza.
- Przepraszam - odpowiedziałem zdławionym półgłosem.
           Pocałowałem go delikatnie, uśmierzając ból jego ran. Założyłem nogę na jego biodro, dając mu większe pole do manewru. Po chwili wyraźnie odczułem, jak bada każdy mój najmniejszy kawałek. Pomieszczenie wypełniło się jękami.
- Cudownie - wyjąkałem cicho.
          Przyspieszył, ale nadal każdy jego ruch był nadzwyczaj subtelny i ostrożny. Jego usta przeniosły się na moją szyję i zaczęły obsypywać ją namiętnymi pocałunkami. Odniosłem wrażenie, że mam ochotę się z nim kochać. Ale to było za wiele. To miała być jedna nic nieznacząca noc, którą ranek wymaże z naszych pamięci.
- Lubię cię dotykać, Taemin - szepnął nagle, doprowadzając moje ciało do szału. - I nawet gdybym nie mógł tego zrobić już nigdy, nie chciałbym, żebyś pozwolił na to komukolwiek innemu. Powiedz mi… lubisz, kiedy cię dotykam?
           W odpowiedzi na jego pytanie jedynie jęknąłem przeciągle, nie mogąc opanować reakcji swojego ciała, kiedy dotykał linii dzielącej moje pośladki.
- Powiedz - nalegał.
- Tak - odparłem cicho.
- Powiedz ładnie - nakazał.
- Lubię, kiedy mnie dotykasz - powiedziałem nagle, choć wcale tego nie chciałem. A zaraz po tym wylał się ze mnie potok kolejnych niechcianych słów. - Nie chcę, żebyś przestawał. Chciałbym, żebyś dotykał mnie już zawsze.
          Jonghyun mruknął cicho i delikatnie musnął moje usta.
- Kochany - szepnął.
           Byłem jednak zbyt wyczerpany, by kontynuować. Odwróciłem się do niego plecami, a on wtulił się we mnie i złapał mnie za rękę. Sen szybko zmorzył nasze powieki.
          Ale gdy obudziłem się rano…


          Większego kaca moralnego nie miałem ani po przyłapaniu rodziców w łóżku, ani po przypadkowym zajrzeniu w dekolt starej nauczycielce od matmy. Przebudziłem się i chwilę mi zajęło zrozumienie wszystkiego, co miało miejsce tej nocy. Brunet nadal spał wtulony w moje ciało. Kiedy zaś przypomniałem sobie słowa, które wypowiedziałem i miejsca, w jakich Jonghyun mnie dotykał… Nie. Przesadziłem. Cholernie przesadziłem. Kurwa, miałem ochotę się zabić.
          Co mi przyszło do tego durnego łba? Ostatnie tygodnie spędzałem na byciu na pełnym wkurwie, bo podrywa mnie jakiś niewyżyty seksualnie dinozaur, a teraz pozwalam mu sobie grzebać w tyłku? Bo pobiegał sobie wokół boiska tylko po to, żeby się ze mną zaprzyjaźnić, a ja, ucieszony, że chodzi tylko o przyjaźń, prawie się z nim przespałem? Tak być nie będzie.
          Po cichu wylazłem z wyra i szybko czmychnąłem na dół, żeby przebrać się w swoje ubrania i wyjść. Kiedy jednak zszedłem na parter, zorientowałem się, że moje ciuchy zniknęły. Nie było ich. Znalazłem tylko puste butelki po wodzie, karton po pizzy, plecak, starą kobietę podlewającą kwiaty… Ożeż kurwa.
- Kijaszek! - wykrzyknęła na mój widok. - No w rudych włoskach to cię jeszcze nie widziałam.
          Nie miałem zielonego pojęcia, o czym do mnie pierdoli. Nadal byłem zaspany i nie do końca kontaktowałem.
- Przepraszam, bo tu leżały moje rzeczy… - wyjąkałem.
- Ach tak! Wrzuciłam do pralki z całą resztą, nie wiedziałam, że to twoje - odparła ze śmiechem.
          Zaczęła nagle opowiadać mi historię swojego życia i skończyło się na tym, że z herbatką usiedliśmy w salonie, a rozbudzony Jonghyun zszedł do nas na dół. Z wielkim bólem, ale o własnych siłach. I nigdy wcześniej nie patrzył na mnie tak dziwnym wzrokiem.
- Babciu, tościka? - zaproponował.
           Na moją niekorzyść babcia bardzo się spieszyła i wyszła przed śniadaniem. Nie wiedziałem, co robić.
- A ty masz ochotę na tosta? - spytał. - Chociaż pewnie bez ryżu się nie najesz?
- Ja w sumie też bym już poszedł - odpowiedziałem, triumfalnie podnosząc się z kanapy i ruszając w kierunku drzwi.
- Bez ubrań jesteś trochę uziemiony - odparł.
          Spuściłem głowę. To była sytuacja bez wyjścia.
- Chodź, pomóż mi przy śniadaniu - powiedział nagle.
          Z braku laku dołączyłem do niego w kuchni. Moja rola polegała na staniu nad ryżem i patrzeniu w niego, podczas gdy Jonghyun kroił warzywa.
- Babcia pomyliła cię z Key - poinformował.
- Nazywa go Kijaszkiem? - zdziwiłem się i uniosłem brwi.
- Kijaszkiem, Badylem, Kibumem Bum Bumem, a raz nazwała go Kim Dzong Un, ale wtedy się obraził i musiała mu piec ciastka - mówił. - Jak Key strzeli focha, to nie jest dobrze.
          Stałem nad garnkiem i rozmyślałem. Zapanowała niezręczna cisza. Myślałem, że wybuchnę.
- Czekam, aż mi to wypomnisz - odparłem w końcu.
- Co ci wypomnę? - zapytał.
- Ostatnią noc - odpowiedziałem, żałując po chwili, że poruszyłem temat.
- Ostatnią noc… - westchnął. Spojrzałem na niego ale nadal kroił warzywa. - Nie zrobię tego. Widzę, że jesteś skołowany. Ja zresztą trochę też. Ale nie mam sobie ani tobie za złe, że wyszło jak wyszło. Zjedzmy razem śniadanie, dobra?
          Zaskakujące sytuacje nawarstwiały się. Jonghyun był jakiś dziwny, ale ja też nie rozumiałem, co się dzieje. Czułem tylko niepokój i chęć spędzenia całego dnia samotnie w swoim pokoju. Ubrania jednak schły bardzo wolno i zdawało się, że do domu wrócę dopiero wieczorem.
          Po śniadaniu obejrzeliśmy film i atmosfera nieco się rozluźniła. Gadaliśmy o głupotach i na jakiś czas zapomniałem o tym, co mnie dręczyło.
          Kiedy jednak nadszedł moment, w którym miałem wracać do siebie, stało się coś dziwnego.
- Nawet nie wiem, jak mam się z tobą pożegnać - wyjąkałem, spuszczając ze wstydu głowę.
          Jonghyun roześmiał się radośnie.
- Zrób tak, żebyś nie przesadził, ale żebyś też nie żałował - zaproponował.
- To może ty to zrób - wycedziłem przez zęby.
- Dobra, tylko powiedz mi co - odpowiedział.
          Spojrzałem na niego jak spod byka.
- Nienawidzę cię, Jonghyun.
          Błysk w jego oczach tak mnie omamił, że znów oderwałem od niego wzrok i skupiłem się na czymś innym.
- Ja ciebie też, Taemin.
          Zbliżył się i przytulił mnie mocno. Nie miałem pojęcia, jak długo staliśmy tak w bezruchu, ale…


Moje potrzeby zaczynały mnie niepokoić.


W jego ramionach było mi naprawdę dobrze.






Pozwól mi się sobą zająć

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi



          Nigdy wcześniej nie miałem tak cholernych wyrzutów sumienia. Nigdy nie czułem się tak źle przez co, co zrobiłem. Nigdy tak mocno nie żałowałem swoich czynów. Naprawdę zrobiłbym wszystko, żeby cofnąć czas. Niestety było to niemożliwe. Pozostawało mi zachować skruchę i spróbować odkupić swoje grzechy.
          Zarzuciłem sobie na ramię rękę Jonghyuna i małymi kroczkami doprowadziłem do głównej drogi. Był skrajnie wyczerpany, zziajany i odwodniony, a jego czoło pokrywały krople potu. Cały był mokry i nie miał nawet siły mówić, dlatego nie zmuszałem go do tego. Zadzwoniłem po taksówkę i zawiozłem do domu.
          Kiedy dotarliśmy na miejsce, moim oczom ukazał się niewielki skromny domek jednorodzinny położony na przedmieściach. Przed drzwiami wejściowymi znajdowała się drewniana altanka, której ścianki pokryte były bluszczem, z sufitu zwisały za lampy w zachodnim stylu. Musiałem jednak oderwać od nich wzrok, gdyż trzeba było wyciągnąć bruneta z samochodu, a wredny wąsaty taksówkarz nie miał najmniejszej ochoty mi pomóc. Ledwie udało mi się wyjąć Jonghyuna z auta, a już runął na ziemię, rozpłaszczając swój ryj na krawężniku. Nieudolnie podniosłem go i zaniosłem na ganek, gdzie resztką sił usadowiłem go na drewnianej starej ławce.
- Co mam powiedzieć twoim rodzicom? - spytałem cicho. Brunet otworzył zamknięte dotychczas oczy i rzucił mi zmęczone spojrzenie.
- Nie ma ich... - wyzipnął. - A klucze tu...
          Powolnym ruchem dłoni sięgnął do kieszeni i podał mi znalezisko. Chwilę walczyłem z zamkiem. Otworzywszy drzwi odetchnąłem z ulgą i podniosłem znów Jonghyuna, by po chwili położyć go na salonowej kanapie. Następnie oznajmiłem, że trochę się porządzę i nalałem mu wody. Zrobiłem także zimny okład i położyłem go na jego czole, po czym zająłem miejsce obok niego.
- Kiedy wracają twoi rodzice? - zapytałem.
- Po weekendzie - odparł cicho.
          Przegryzłem wargę. Był dopiero piątek, a Jonghyun nie był w stanie chodzić o własnych nogach.
- Zadzwonię do Key - powiedział nagle.
          Ulżyło mi. Wiedziałem, że mogę teraz wrócić do domu i zapomnieć o wszystkim. Chociaż... nie, to nie wchodziło w grę. Wyrzuty sumienia zabiłyby mnie w przeciągu kilku godzin.
- Pozwól mi się sobą zająć - wyjąkałem ze wstydem.
          Zsunął zimny ręcznik z oczu i spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Nie powiedział jednak ani słowa, co potraktowałem jako aprobatę.
- Mógłbyś zasłonić okna? - spytał. - Mam dosyć słońca. Muszę się przespać.
          Postąpiłem wedle jego życzenia. Kiedy dolewałem mu do kubka wody, powiedział jeszcze:
- Wybacz mi mój zapach, ale muszę się na chwilę położyć zanim się umyję.
          Widok umierającego Jonghyuna sprawiał, że cierpiałem tak bardzo jak on. Tym bardziej, iż była to wyłącznie moja wina.
- Śpij. Przygotuję ci zimną kąpiel.
          Znalazłem łazienkę i napuściłem wody do wanny. Spuściłem żaluzje i zapaliłem małą lampkę nad lustrem. Byłem cholernie zdołowany tym, co się stało. Zostawiłem odkręcony kurek i postanowiłem przejść się po mieszkaniu z braku rzeczy do roboty.
          Na piętrze, tuż obok łazienki, znajdował się pokój Jonghyuna. Wszedłem niczym do siebie i rozejrzałem się wokół. Mimo porozrzucanych ubrań było tam całkiem czysto jak na pokój chłopaka w wieku licealnym. Na ścianie tuż nad  wielkim łóżkiem widniała masa zdjęć - w większości były na nich głupie miny Key, pies Jonghyuna i krajobrazy. Pomieszczenie było dość małe. Wyro zajmowało większą jego część, a przy nim znajdowało się wielkie okno z jeszcze większym parapetem przykrytym kocem i poduszkami. W rogu stała mała drewniana komoda ze świeczkami, a białe ściany pokryte były plakatami i ozdobami. Całkiem miło.
          Wróciłem do łazienki i poczekałem aż wanna napełni się wodą. Kiedy wszystko było gotowe, zszedłem na dół i obudziłem bruneta, pytając, czy wszystko w porządku. Pozwolił mi wnieść się na górę. Wtedy jednak pojawił się problem. Nie mogłem go przecież rozebrać i wsadzić do wanny.
- Tu się kończy moja praca - odparłem z konsternacją. - Poradzisz sobie, nie?
- Zrobię, co w mojej mocy - odpowiedział, śmiejąc się nerwowo.
           Po jego słowach opuściłem łazienkę, pozostawiając Jonghyuna na pastwę losu i jego obolałych bezwładnych kończyn. Zostałem jednak pod drzwiami na wypadek, gdyby co siê stało. I słusznie. Po chwili rozległ się huk nie z tej ziemi. Zapukałem delikatnie do drzwi pytając, czy żyje.
- Możesz wejść.
          Ostrożnie nacisnąłem klamkę i wszedłem z powrotem do środka. Jonghyun siedział w wannie i tamował krwotok z nosa. Tylko tego brakowało. Powiedział jednak, że nie boli i zaraz przejdzie.
Osunąłem się na podłogę tuż przy wannie i usiadłem na zimnej posadzce. Ukryłem twarz w dłoniach.
- Przepraszam - wyjąkałem cicho.
- W porządku - odparł ze śmiechem. - Dziękuję, że mi pomagasz. Gdyby nie ty, nigdy bym się nie dowiedział o swojej ponadprzeciętnej kondycji.
          Czułem, jak do oczu napływają mi łzy, lecz w ostatniej chwili zdołałem powstrzymać płacz.
Siedzielimy w ciszy może nawet godzinę. Po tym czasie Jonghyun uznał, że jest mu już trochę lepiej i da radę sam się ubrać. Przyniosłem mu więc bokserki z pokoju i zostawiłem go samego w łazience.           Kiedy dał znać, wróciłem tam i zabrałem go do pokoju, gdzie wygodnie ułożył się na swoim łóżku.
- Śpisz u mnie dzisiaj, Taemin? - spytał zmęczonym głosem.
- Obiecałem - odparłem cicho.
- Nie mam piżamy, ale możesz wziąć co z dolnej szuflady. Nowa szczoteczka do zębów jest w szafce za lustrem, a ręczniki są na dole w dużej szafie w korytarzu - powiedział.
- Dzięki.
          Także wziąłem kąpiel i założyłem jego koszulkę i bieliznę, z czym czułem się bardzo dziwnie. Potem zabrałem z kuchni butelkę wody, zadzwoniłem do mamy, żeby powiedzieć, że zostaję u kumpla i udałem się na górę. Postawiłem napój koło łóżka.
- Będę spać w salonie, dobra?
- Czasem babcia przychodzi rano podlewaæ kwiaty, kiedy rodziców nie ma. Możesz spać ze mną tutaj. Nie martw się, Key też tak zawsze robi.
          Nie miałem wyjścia.
          Jonghyun poprosił mnie jeszcze o zapalenie wieczek na komodzie, bo lubił przy nich spać.
- Jabłka - odparłem sam do siebie, kiedy do moich nozdrzy dostał się delikatny zapach świeżych soczystych owoców. - Musiałbym dać ci ich z tonę w ramach przeprosin.
          Zgasiłem światło i położyłem się od strony okna tyłem do Jonghyuna.
- Nigdy u nikogo nie nocowałem - powiedziałem.
- Poważnie? - zdziwił się.
- Serio - odparłem. - Powiedz... jaki jest Key?
- Bardzo fajny - odpowiedział cicho.
- No to wszystko jasne... - westchnąłem.
- Ciężko w skrócie opisać kogo, kogo zna się tyle czasu - mówił. - Zawsze mi pomaga, wspiera mnie, ale też potrafi kopnąć w tyłek, kiedy pozwalam sobie na zbyt wiele. To najlepszy przyjaciel pod słońcem. Żałuję, że nie trafilimy do jednej klasy. Czemu pytasz?
- Sam nie wiem - wyjąkałem. Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego zadałem takie pytanie. Chyba wyłącznie dla podtrzymania rozmowy.
- Czy ja też mogę cię o co zapytać?
- Jasne.
          Słodki zapach owoców powoli mnie usypiał. Jedynie głos Jonghyuna pozwalał mi nadal trzymać się na nogach.
- Tamtego dnia na dachu... naprawdę było ci to obojętne?
          Otworzyłem oczy. Moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz i na moment przestałem czuć się bezpiecznie.
- Naprawdę.
- I nadal jest?
- Nadal jest.
- Więc skoro cię to nie obchodzi... Dlaczego po prostu nie zrobisz tego dla mnie?
- Bo to nieuczciwe.
- Ale ja się na to godzę.
- Chcesz, żebym cię oszukiwał?
- Chcę, żebyś spróbował i sam się przekonał, co się stanie nawet, jeśli jesteś pewien, że nic się nie zmieni.
- Czemu?
- A czemu nie?
          Nastała chwila ciszy. Byłem rozdarty. Nie miałem pojęcia, co mam robić.
- To jak? - zapytał.
          Nie myśląc zbyt długo odwróciłem się do niego i przysunąłem bliżej.
- Działaj - szepnąłem.
          Położył dłoń na moim policzku i delikatnie pogłaskał. Wplótł palce w moje gęste włosy, po czym zbliżył się, objął mnie i lekko i subtelnie musnął moje usta. Zamknąłem oczy próbując nie zwracać na to uwagi. Wsunął język między moje wargi i zaczął całować mnie namiętnie. Odwzajemniłem pocałunek. Nie miałem pojęcia, ile to trwało. Zasypiałem, nadal mając w głowie jego słowa: "Chcę, żebyś dał sobie czas i przemyślał, czy naprawdę nie chcesz się ze mną zaprzyjaźnić".