Showing posts with label shinee. Show all posts
Showing posts with label shinee. Show all posts

26.12.18

JongKey - Świąteczny liryk prozaiczny

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Wesołych świąt, czytelnicy Snays! Dostałam górę prezentów od jednej ze stałych czytelniczek - Sandry. Moim prezentem dla niej jako dla fanatycznej fanki Shinee jest ten oto liryk. 
_____________



               Stałem się oziębły niczym królowa śniegu. Z sercem zlodowaciałym, którego nikt już nie ogrzeje. Nie roztopię się już nigdy pod twoimi chłodnymi palcami. Nie rozpłynę od wzroku zimnego jak głaz. I ty nie odmarzniesz w moich ramionach, odkąd wyrwał mi cię Morfeusz.
               Gdybyś tylko był niczym przebiśnieg, który zimą ginie, by znów nagle skutą lodem ziemię przebić znienacka. Wszystko bym za to oddał, lecz to jak budowanie zamków na lodzie. Na wodzie zamarzniętej jest to pisane. 
               Zimnym wzrokiem jak stal martwo spoglądam na lawinę śniegu, białą śmierć, co blada jest jak moja twarz. Znika zieleń i czerwień, życie śmierci ustępuje. Mróz mi nos mrozi i krew w żyłach. I cicho tu niczym w grobie. Zamarzam cały i na złość tobie odmrożę sobie uszy. Siedzieć tu będę do kolejnego białego rana. Z udawaną nadzieją.
               Byłeś taką białą zbłąkaną owieczką. Moim prywatnym aniołem na ziemi. W biały dzień odszedłeś, by powiększyć grono cherubinów w niebie, wywołując zimną wojnę w mojej głowie. Zimny prysznic okrył moje oziębłe ciało. Nie miałem bladego pojęcia...
               Podążałeś swą drogą krzyżową nie opatrzywszy swych obolałych krwawych stóp. Sam dźwigałeś swój krzyż na zmęczonych trudem plecach. Płatki śniegu niczym ty kruche skrzyły się na kosmykach twoich włosów, choć nic nie szło jak z płatka. A my mieliśmy bielmo na oczach i mleko pod nosem. Siano w głowie zamiast pod obrusem. 
               Byłeś takim białym krukiem, a w stadzie wilkiem samotnym w białej masce teatralnej. Któż w tej niewiedzy wiedzieć mógł, iż mroźną zimą samotne wilki umierają, a tylko stado przetrwa. I własną drogą pójdzie, ślady przecierając. Zaprosiłbym cię do białego walca, lecz jesteś już blady. Blady jak śmierć. I tylko mi w głowie zostać hieną cmentarną i wygrzebawszy cię spod osuwisk mlecznobiałego śniegu na moment, na chwilę za zmrożoną dłoń chwycić, szukając ciepła, którego tak mi brak. 
               Są święta. Chciałbym mieć dla ciebie chociaż jedno małe pobożne życzenie. Byś był teraz w siódmym niebie. I chodził z głową w chmurach. Siedział u Pana Boga za ciepłym piecem. Moje pobożne życzenie. Nadal słyszę twój łabędzi śpiew.


12.7.18

Akt II

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski



AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA KUCHENNA W ZAMKU PANICZA KEY


Trudy i znoje pasterza Taemina — Rekonesans naczelnika — Głębokie stosunki rycerza i pana — Pieśń samotnego wieśniaka



 wchodzi Taemin


     TAEMIN
Naczelniku drogi!


     ONEW
Na modre stonogi!
Jakiegoż boja mi pasterz napędził
Wszedłszy tutaj jakoby podczas więziennych odwiedzin
Czy najadły się owce zielonej miedzi?


     TAEMIN
O czymże naczelnik bredzi?


     ONEW
Toć szyfru używam, coby nie każdy rozumiał
Albowiem gdyby każdy liście kosztować jak owca umiał
Rozgardiasz by powstał, drogi pasterzu


     TAEMIN
A co tam naczelnik ma w kołnierzu?


     ONEW
Węgiel na wafle przefurmaniłem
Tak się z księstwem sąsiednim zwanym Big Bang zamieniłem
Na ziąb nie zejdziemy, bo upał tego lata
A jeść co będzie póki owca każda naćpana lata


     TAEMIN
Cóż za hojna zapłata!
Czy wie o tym książę Kim Kibum najwyższy?


     ONEW
Popierdoliwszy?
Zamknij usta przed paniczem, co ci życie miłe
Boś wiesz jak tłumaczenie by było zawiłe
Cóż mu powiesz przecie?
Że owce opętało i żrą się wzajem kto pierwszy na mecie?


     TAEMIN
Owce były na fecie!
To nie był kanabis, drogi naczelniku
Tabletek przy owcach odnalazłem bez liku
Jedna owca czarna wydała pozostałe
Mówiła, że czynnik depresyjny wykryła w swoim kale
Dlategóż sprowadziła fety dwa wagony
By wspomóc swój naród owczy chory i upokorzony
Winna przewidzieć jednakże skutki złe uboczne
Że owczyce w agresji zeżrą swoje kończyny boczne
Mieliśmy depresantów, a wówczas mamy ćpuny
Ćpuny inwalidów, na szczęście bez dżumy

     ONEW
Cóż teraz, pasterzu, poczniemy?
Wafle na kolację zjemy
Lecz lud o mięso będzie wołać donośnie
Czy owca w ogóle na fecie urośnie?


SCENA II
IZBA RYCERZA JONGHYUNA


     JONGHYUN
Słowa nie wyrażą radości serca mego!


     KEY
Że niby czego twego?


     JONGHYUN
Serca mego, co w górę się wznosi
Gdy oczy twoje zoczę wszystko się podnosi


     KEY
Pantalony w kroczu na pewno


     JONGHYUN
Nie mówże tak, gdy tak romantycznie i rzewno
Kiedy cię dotykam, czy wiesz, cóż czuję?
Głowa się rozjaśnia, dusza się raduje,
Słońca promienie sponad chmur wychodzą
Srebrzyste wstęgi rzek na nowo się rodzą
Drobne strużki, strumyczki piach zimny zmywają


     KEY
O tym myślą ludzie, kiedy się kochają?


     JONGHYUN
A kiedy cię kocham, myślę o miłości
Dalej pod skórę, do samych kości
Głębiej i ciaśniej, raz szorstko, raz miękko
O tym myślę, jaką radość mi dajesz wielką
Lica twoje rumieńcem się okrywają
Uda porywczo się rozrywają
I krzyków spełnienia twoich nigdy mi nie dość
Tylko brak panicza tak daje mi w kość
Niepełny się czuję


     KEY
A ja wszystko rujnuję...


SCENA III


     MINHO
     sam
Jutro byde cię galancić bardzij niżeli dzisiej
Te przepełniające mnie uczucia nie sztopują mi się
Tak bardzo cię teraz kocham przecie
Nawet nie umie tego pedzieć
Dzionki, co mi dałaś, ściubajo się.
Dzionki, co minęły, drożyny, co żeśmy nimi knysali se
Czyż spinkneliśmy się bez cufal,
No, żeśmy się spinkneli to cud, ba!
Knysamy se razem w naszyj wiecznej miłości.
Bym se chciał się zawżdy śmiać razem z tobą w młodości
„Dziękuję” i „kocham cię” to mało, mój ty bobrze
Więc chce pedzieć: bydzie dobrze
("Kiseki" - tłumaczenie)



Akt I

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski





OSOBY:

  • Kim Ki-bum — pan zamku
  • Lee Tae-min — pasterz
  • Lee Jin-ki — naczelnik straży w zamku Ki-bum'a
  • Kim Jong-hyun — rycerz Ki-bum'a
  • Choi Min-ho — wieśniak






AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA JONGHYUNA


Powrót panicza Key — Spotkanie się w pokoiku — Spór o wokalne fachowości — Rzut oka na ówczesny stan pokarmów w kuchennej komnacie — Owce — Ostatni woźny załogi 



     KEY
     sam
Ledwie na zamczyska przestrzenie nawróciłem,
Raptem z pól pobojowisk wróciwszy,
A już na przykrość bezmierną natrafiłem,
Widząc ów rozgardiasz niegodziwszy.
Pod nieobecność znów moją raban urządzono,
Szat nie krochmalono, sieni nie sprzątano,
Pośrodku izby zepsute wrzeciono,
Brud, chlew, ubóstwo, rozbite kolano.

     słychać pukanie do drzwi
Stuk! Puk! Stuk! Puk!

    

     KEY
Kto tam?


     JONGHYUN
     wchodzi do izby
Czcigodny panie, pan panem nad panami,
Lecz czy panu przystoi skoro władzy i mocy,
nachodzić podwładnego późnymi wieczorami,
przetrząsać brudne majtki, strzeliwszy do nich z procy?
Czy tak to władcy wypada?


     KEY
Biada tobie, biada!
Króla najwyższego i następcę tronu oskarżać
jakoby takie rycerzyk miał prawa.
Nie Tobie, mój drogi, możność mnie winą obkładać.
Czeka cię kara, lecz próbą takoż można to nazwać.


     JONGHYUN
Czegóż ode mnie żądasz, mój panie?


     KEY
Moje niedoczekanie!
Języka zasięgasz zawżdy o to samo,
Jakobyś nie wiedział, co łaskami darzę.
Nie pragnę niczego prócz tego, by mi dano
Kapucyna twego w me siedzenie i urodnych wrażeń.


     JONGHYUN
Lecz czy tak w dzień biały, panie?
Zawżdy porą późną z izby wykradałem,
by chędożyć się z paniczem na dodanie
Życiu smaku dołożywszy kałem.

     KEY
     wychodząc z pokoiku
Nie to nie. Nawet śpiewać nie umiesz.


SCENA II

W panicza Klawisza zamczysku
Wnet pokarmów zabrakło.
Musiał zatem ktoś oberwać po pysku
By dobre imię władcy nie zblakło.

wchodzi Taemin

     ONEW
Gdzieżeś przebywał, pasterzu drogi?
Siana znikają stogi.
Czy to owce je pochłaniają?


     TAEMIN
Tak, drogi naczelniku. Owce oszalały, jebane beznogi.
Ostatnim czasem, przy pełni księżyca
Sen powieki me znużył, przyznaję.
Obudziwszy się dojrzałem jak jedna owczyca
Drugą pożera ze smakiem. Słowo daję!
Ze strachu podskoczyłem, wkoło się rozejrzałem
Zaszedłem od tyłu tę bestię kanibala
I nagle liść przyuważyłem!
Liść kanabisu. I owca zmieniła się w ziomala.
Tylko gastro jej wjechało.

     ONEW
Azaliż cię pojebało.
Cóż teraz poczniemy, gdy jeść co nie ma?
Ciężkie czasy nadeszły, pasterzu
Skończyła się wieczna bohema
Trza nam pozbyć się zbroi i pancerzu,
na zawsze odejść.

     TAEMIN
Lecz liście miast owiec można pojeść!



SCENA III


     MINHO
     sam
Żech chloł dzionek cały,
toć chyba mnie się gały poprzestawiały. 
Cóż widzą oczy moje?
Pijoków innych dwoje?
Na kamieniu śmiech i gleba
Już napitku im nie trzeba
Ależ widzę - co jest, kurwa?
Jeden owcy girę urwał
I zajada jak kurczaka
Toć jest owca, nie prosiaka!
To żech lepiej bym uciekał.
Jeszcze mnie to samo czeka.
Ujrzą człeka pijanego
I wpierdolą go całego.
     ucieka

18.12.17

INFORMACJA

Ze względu na ostatnie wydarzenia serie "Rozterki miłosne Taemina" oraz "Jonghyun x Taemin" zostają wstrzymane na czas nieokreślony. 

3.12.17

Zabić na śmierć

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 14
Gatunek: Yaoi



                    Zapach świec, zasłonięte okno, przyjemny półmrok, gorąca parująca woda, sól do kąpieli pod moimi udami, obejmujący mnie Jonghyun i kac moralny z niemoralnym razem wzięty. Miałem ochotę zwymiotować, a potem wpełznąć gdzieś pod krzak i tam zdechnąć. Nie mogłem sobie wybaczyć tego, co zrobiłem. Czułem do siebie wstręt i awersję. Byłem sobą obrzydzony. Nie byłem w stanie spojrzeć w lustro. Chłopak delikatnie mył moje plecy, a ja siedziałem w milczeniu, nie mogąc wydusić z siebie słowa. 
— Dziwnie się czuję — powiedział. 
— Ja też — odparłem.
                    Znów rozległa się niezręczna cisza. Miałem sobie za złe, że zrobiłem to w takim momencie. W chwili, gdy Jonghyun miał na głowie wielki problem w postaci miliona egzaminów zaliczeniowych. Nie zdziwiłbym się, gdyby nie zdał ich przeze mnie. Powinienem był mu pomagać, a mimo to działałem odwrotnie. Dlaczego? Dlaczego byłem naiwnym dupkiem i nabrałem się na te chore gierki Kai'a? Czemu pozwoliłem się upić? Czemu... dotykać...? I robić takie... dziwne rzeczy? Dlaczego...?
                    Rozpłakałem się. Płakałem rzewnie i szlochałem cicho pod nosem, a Jonghyun nie reagował. Po prostu nadal mył mi plecy. Nie pocieszał mnie, nie przytulał. Czułem dystans między nami. A to mogło zwiastować tylko...
— Taemin — przerwał nagle ciszę, odsunął się ode mnie i wyszedł z wanny, owijając się w ręcznik. — Potrzebuję trochę czasu. Naprawdę dziwnie się czuję. Taki... bezradny jakiś. 
— Czasu? — wyjąkałem drżącym głosem.
— Tak — westchnął, patrząc na mnie z troską. — Dziwnie wyszło. Źle wyszło. Nie będę cię oszukiwać. Naprawdę źle się stało. 
                     W jego oczach zobaczyłem coś, co kazało mi myśleć, że on też poczuł do mnie wstręt. Jak gdybym był dla niego odpychający. Jakby nagle zniknęła chemia, jaka między nami była.
— Zróbmy sobie przerwę na jakiś czas — zaproponował.
— Ale... ale masz na myśli przerwę od związku? — spytałem cicho. — Chcesz się z kimś innym spotykać czy jak?
— Nie chcę się z nikim spotykać — syknął. — Daj spokój. Chcę przerwy od jakiegokolwiek kontaktu. Muszę sobie wszystko poukładać w głowie. Nie wiem co się stanie później.
                    Ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem gorzko. Gdzieś w głębi duszy poczułem jednak ulgę. Gdyby mi bowiem wybaczył, wiedziałbym, że prędzej czy później coś się posypie. Przerwa była jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji.
— Masz rację, Jonghyun — wyszeptałem. — To dobra opcja. Przemyślimy wiele spraw. Chcę tylko, żebyś wiedział, że naprawdę żałuję tego, co się stało. I oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i nie zrobić tego, co zrobiłem. Zależy mi na tobie. Będę się modlił, aby wszystko się udało. 
                    Chłopak opuścił łazienkę, a ja wyszedłem z wanny, wytarłem się niedokładnie i założyłem ubrania na wilgotne ciało. Potem znalazłem go i oznajmiłem, że wychodzę. I że będę czekał na jego odzew. I że nie będę mu przeszkadzał przez ten czas. Pożegnał mnie uśmiechem. 
                    Promienie słońca raziły mnie w oczy i sprawiały, iż chciało mi się wymiotować jeszcze bardziej. Doczłapałem na znajdujący się nieopodal przystanek z nadzieją, że coś dowiezie mnie bezpośrednio do domu. Niestety. Przesiadka była nieunikniona. Karma?
                    Czekałem na tego pieprzonego busa dobre dwadzieścia minut. W międzyczasie sprawdziłem wiadomości. Okazało się, iż Kai postanowił mnie przeprosić i koniecznie chciał się spotkać. Parsknąłem śmiechem pełnym nienawiści. Mało mu, kurwa? Zniszczył mi życie i jeszcze łudzi się nadzieją na spotkanie. Co za idiota. Gdybym tam poszedł, to tylko po to, żeby go zabić. Zabić na śmierć. 
                    Nie miałem pojęcia, jak znalazłem się w domu, ale dojazd zajął mi prawie godzinę. Zatarłem podróż w pamięci. Może dlatego, że całą drogę wpatrywałem się w bezruchu w okno i nie myślałem o niczym. A podobno się tak nie da. A jednak. Po powrocie otwarcie lodówki było pierwszą czynnością, jaką wykonałem. Zrobiłem sobie tosty i gorące kakao. A potem jeszcze makaron, który mama zrobiła na obiad. I galaretkę, bo akurat była. I trzy czwarte tabliczki czekolady z orzechami, i resztkę chipsów sprzed dwóch dni. Wieczorem zwymiotowałem wszystko, zrzygałem się również swoim życiem, jednocześnie płacząc rzewnie, przez co omal się nie udusiłem i nie skonałem we własnej łazience. A szkoda, że tak się to nie skończyło. Zrobiłem sobie gorzką herbatę. Rodzice jakimś cudem o nic nie pytali. Patrzyli tylko z grobowymi minami i mówili, bym się położył, bo jakiś blady jestem. Uznali zapewne, iż zabalowałem i porozmawiają o tym ze mną, kiedy wyzdrowieję. Udałem się więc do swojego pokoju i usiadłem do komputera, szukając porad miłosnych na forach internetowych. Wpisałem "zdradziłem, czy mi wybaczy?". Po tym, co przeczytałem, odechciało mi się żyć jeszcze bardziej. Wziąłem więc leki nasenne i wskoczyłem do łóżka. Było mi zimno i cholernie bolał mnie brzuch. Nie wiedziałem, co robić. Nie chciałem się budzić. Miałem nadzieję, iż zasnę już na zawsze. Zupełnie jakby zawaliło mi się życie. A przecież tylko zawaliło mi się życie. 




...chociaż gdzieś w głębi duszy czułem, że Jonghyun mi wybaczy i wszystko będzie tak jak dawniej.

21.10.17

Tak, jak dotąd

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 13
Gatunek: Yaoi
  


wybaczcie spóźnienie, rozdział miał być w czwartek, a jest już sobota... dzisiejsza "Wiosna" też prawdopodobnie przesunie się na niedzielę z powodu takiego, że jestem zapierdolona działaniami
____________________________________________

               Ledwie przetarłem zaspane piekące powieki, a już ból przypomniał mi o wydarzeniach z zeszłej nocy. Jęknąłem przeraźliwie, przewracając się na bok. Moim oczom ukazał się wówczas widok Jonghyuna - śpiącego jak małe dziecko mojego Jonghyuna. Leżał tuż obok mnie, obejmował mnie ramieniem, a jego wargi były lekko rozchylone, co tylko wywoływało we mnie poczucie, że powinienem jak najszybciej wpić się w jego delikatne usta niczym spragniony krwi wampir. Ale postanowiłem zachować lekki niedosyt i napawać się widokiem bezbronnego chłopaka tak długo, dopóki się nie obudzi. 
               Ogarniające mnie uczucie błogiego szczęścia przeminęło, gdy uświadomiłem sobie, co mnie tu sprowadziło. Udało mi się zatrzeć wspomnienia niemalże całkowicie, a jednak nie byłem w stanie w zupełności kontrolować swoich wyrzutów sumienia. Zdradziłem. 
— Dzień dobry, kochanie. — Z rozmyśleń wyrwał mnie szept Jonghyuna. — Piękny poranek. Jak się czujesz?
               Uśmiechnąłem się mimowolnie. A może po prostu potrafił wywołać uśmiech na mojej twarzy nawet, kiedy znajdowałem się w stanie totalnie opłakanym?
— Jest okej — odparłem od niechcenia. 
— Skoczymy na śniadanie na miasto? — spytał, patrząc na mnie z troską. 
— Wiesz... — Błądziłem wzrokiem po ścianach, bojąc się spojrzeć mu w oczy. — Jeśli to nie problem, wolałbym zjeść tutaj. Nogi mam strasznie ciężkie i...
— Boli cię? — zapytał.
— Trochę — odpowiedziałem nieśmiało. 
               Pogłaskał mnie delikatnie po głowie i podniósł się ospale z łóżka. Podrapał się po głowie, rozejrzał po pokoju, po czym udał się do kuchni, zostawiając mnie samego z moją poranną depresją. 
               Nie miałem pojęcia, jak mu o tym powiedzieć. Przeszło mi przez myśl, że może nie powinienem nic mówić, tylko skłamać, zerwać kontakt z Kai'em i puścić to wszystko w niepamięć. Pamiętałem jednak słowa Onew: "Kłamstwo nie buduje fundamentu, tylko wali jego filary". Westchnąłem głęboko. 
               Minęło sporo czasu, nim mój mężczyzna wrócił do pokoju. Przyszedł z tacą w dłoniach - z amerykańskimi naleśnikami z bitą śmietaną i leśnymi owocami; z gorącą czekoladą, bo wiedział, że uwielbiam łakocie. I z tekstem, że dzisiaj ryżu nie będzie. 
— Słodszy już nie będziesz, ale chciałem ci sprawić taką małą przyjemność z samego rana — dodał, pakując się koło mnie pod kołdrę. — Taemin!
                Obróciłem się do niego gwałtownie, kiedy nerwowo zawołał moje imię, byłem pewien, że coś się stało, ale tylko chciał mnie pocałować. Aż. Aż chciał mnie pocałować. Zrobił to delikatnie, męsko, lecz z niebywałą subtelnością. Jakby chciał głośno wykrzyczeć: "spójrz, jak mi na tobie zależy".
— Boję się strasznie — wyjąkałem, spoglądając na posiłek. Wyglądał smakowicie, ale miałem cholernie ściśnięty żołądek. — Ale chcę ci to jak najszybciej powiedzieć.
— W takim razie nie ma co zwlekać. Ale wcielmy w życie dobre nawyki, dobra? — zaproponował, przytulając mnie. — Porozmawiajmy o tym, jedząc razem śniadanie. Tak, żebyśmy sobie wewnętrznie uzmysłowili, że mówienie sobie o poważnych rzeczach to codzienna sprawa. To coś, czym musimy się ze sobą dzielić.
               Jonghyun uwielbiał sprawiać wrażenie kompletnego idioty niewiedzącego, którą stroną noża kroi się chleb. Jednak pod tą maską skończonego debila kryła się niewyobrażalna dojrzałość wychodząca w sytuacjach najmniej oczekiwanych.
              Powoli sączyłem czekoladę, żeby się nie oparzyć, usiłując jednocześnie przejść do sedna, choć zupełnie mi to nie wychodziło. Jąkałem się i motałem, sam nie wiedząc, o czym mówię. Jonghyun zaczął się niecierpliwić i w rezultacie kroił mi naleśniczki i karmił mnie nimi.
— Bo mi tu zasłabniesz — mówił z troską.
               W końcu zdołałem wyrzucić z siebie wszystko, rozpłakałem się i nie mogłem dokończyć śniadania. Siedziałem i zawodziłem, zarzucając sobie, iż jestem winny całemu złu tego świata. Chłopak zajadał ze smakiem i milczał, dopóki nie skończył posiłku. Po tym odstawił talerze na tacę na szafkę nocną i usiadł do mnie przodem. Chwycił mój podbródek i uniósł go, ze smutkiem wpatrując się w moje oczy. Bałem się porzucenia. Lęk we mnie był tak silny, że ciężko było mi oddychać. "Co ja najlepszego zrobiłem" - odbijało się echem w mojej głowie. Inny głos powtarzał zaś: "Właśnie go straciłeś". A Jonghyun milczał. Milczał, utwierdzając mnie w fakcie, że to koniec. 
— Jonghyun — wyjąkałem w końcu, przerywając cholerną ciszę. — Ja wiem, to nie jest argument, ale mimo to chcę ci to powiedzieć. Byłem pod wpływem, tak, jak już mówiłem. Nie zrobiłem tego z własnej woli, bo byłem nietrzeźwy. Podobało mi się, to fakt, ale w trakcie myślałem o tobie. Sam mi kazał, zmanipulował mnie. Żałuję, że tak się potoczyło. Gdybym mógł cofnąć czas, w ogóle bym tam nie poszedł, zerwałbym z nim kontakt, jeśli znałbym jego zamiary. Okazał się być śmieciem, a miałem w nim przyjaciela. Jeżeli jesteś w stanie dać mi drugą szansę, zrobię wszystko. Naprawdę wszystko. Bardzo się boję, że cię stracę. 
               Jonghyun westchnął cicho i spuścił wzrok. Pogładził lekko moją dłoń, ale nie złapał jej. Czułem dystans. Czułem się obco. Czułem się źle. 
— Proszę — mówiłem dalej. — Proszę, wybacz mi. Zależy mi na tobie. 
— Jestem bardzo smutny.
               Kiedy wypowiedział te słowa, ukłuły mnie w serce miliony malutkich igiełek. Zmarszczyłem czoło, a po moich policzkach spłynęły kolejne łzy. 
— Zawsze uważałem, że to niewybaczalne — powiedział. — Nadal uważam, że to niewybaczalne. A mimo to nie mogę sobie wyobrazić, że teraz stąd wyjdziesz i już nigdy nie spojrzymy na siebie tak, jak dotąd to robiliśmy. Nie zniósłbym tego. 
— Jonghyun... — wyjąkałem.
— Może... może poszukajmy jakiegoś kompromisu — zaproponował, a w moim sercu rozpalił się płomień nadziei. — Najpierw chcę poznać twoje pomysły na rozwiązanie sprawy. Co o tym sądzisz? Co powinniśmy zrobić? Myślę, że puszczenie tego w niepamięć nie wchodzi w grę.
— Jeżeli zdecydujesz się dać mi jeszcze jedną szansę... — zacząłem nieśmiało — przede wszystkim zerwę kontakt z Kai'em. Powiem mu wprost, że ma się do mnie nie zbliżać. Od tego zacznę. Potem się tobą zajmę, pomogę ci w nauce do egzaminów, nie chcę włóczyć się samotnie po mieście i jeść obiadki w knajpach, do których zawsze chodzimy razem. Chcę być z tobą.
               Zorientowałem się wówczas, jak ta tragedia wpłynęła na moje myślenie. Wątpliwości, czy Jonghyun zostanie u mojego boku sprawiły, iż poczułem się zobowiązany do zrobienia wszystkiego, co w mojej mocy, aby został.
— Będę o ciebie dbał bardziej, bo czuję, że cię zaniedbałem, czuję, że się oddaliliśmy — mówiłem dalej. — Obiecam, że nie wypiję więcej grama alkoholu, bo działam wtedy inaczej, niż bym chciał. Będę nad sobą pracował i starał się robić wszystko, żeby cię uszczęśliwić.
— Taemin... — powiedział cicho i roześmiał się. Byłem zdezorientowany. — Ty tak rzadko mówisz mi takie intymne emocjonalne rzeczy. Doceniam to, to pewnie dla ciebie bardzo trudne.
               Poczułem, jak robi mi się gorąco. Byłem zapuchnięty i musiałem wyglądać okropnie. A mimo to patrzył na mnie z taką miłością, jakiej nie widziałem nigdy. 
— Daj mi trochę czasu, muszę to przemyśleć, jak się uspokoję — odparł. — Wypij czekoladę, pójdziemy się wykąpać. Tego jestem pewien. Nie wiem jeszcze, jaką decyzję podejmę, ale tego jestem pewien, chcę wejść z tobą do wanny pełnej piany i posiedzieć tam trochę, i cię trochę poprzytulać. 



5.8.17

Jabłka

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 12
Gatunek:  Yaoi



- Te usta nie mają prawa cię całować - wybełkotałem, kiedy Jonghyun chciał pocałować mnie na powitanie.
         Musnął delikatnie mój policzek i z uśmiechem przeczesał włosy. Światło parkowej latarni rozświetlało ścieżkę, na której staliśmy. Drżałem ze strachu, zmęczenia i upojenia alkoholowego.
- Powiedziałem rodzicom, że nocuję kolegę, bo nie chce wracać pijany po imprezie do domu. Nie mają nic przeciwko. Śpią już, przedstawisz się rano - powiedział. - Nic nie mów, wsiadaj.
          Otworzył mi drzwi od samochodu, ale jak szybko wsiadłem, tak szybko wysiadłem i rzuciłem się w krzaki. Na szczęście nie trwało to długo. Zająłem miejsce na siedzeniu pasażera i zapiąłem pasy.
- Czujesz się lepiej? - zapytał.
       Wydawał się być dziwnie oficjalny, a jednak była w tym wszystkim nutka romantyzmu.
- Szczerze? Nie. Ani trochę. Chyba już mi się nigdy nie poprawi. Jestem śmieciem i chcę umrzeć - wyjąkałem.
- Nie umieraj - odpowiedział. - Chcę jeszcze z tobą pospać.
          Jechaliśmy w milczeniu. Nadal chciało mi się wymiotować, dlatego wolałem się nie odzywać. Jonghyun prowadził bardzo ostrożnie. Spoglądałem na niego ukradkiem, żałując, że się urodziłem. Było mi zimno, niedobrze i słabo. Dlaczego to zrobiłem? Pozwoliłem rozebrać się Kai'owi, a nigdy wcześniej nie dałem tego zrobić mojemu chłopakowi. Mojemu kochanemu chłopakowi. Boże, jaki on był kochany. Kochany Jonghyun. Nie zasłużył na coś takiego. 
         Kiedy dotarliśmy na miejsce, znowu się rozryczałem. A potem się porzygałem i ryczałem dalej. Jonghyun złapał mnie za rękę i po cichu zaprowadził na górę. Przygotował mi kąpiel, dał ręcznik i szczoteczkę do zębów. Ja zaś stałem przed lustrem.
- Wyglądam jak siedem nieszczęść - wybełkotałem.
- Wyglądasz pięknie - odparł i uśmiechnął się. - A teraz się pięknie umyj.
          Zmyłem z siebie wszystko prócz wyrzutów sumienia. Oczy miałem podkrążone, cerę suchą, a wargi sine. Wyglądałem jak chore dziecko. Po narkotykach. Założyłem koszulkę Jonghyuna i udałem się do jego pokoju. Czekał na mnie w łóżku. W pomieszczeniu roznosił się zapach jabłek.
- Tona jabłek nie wystarczy - jęknąłem, włażąc pod kołdrę.
- Daj mi jeszcze ten jeden wieczór pożyć w nieświadomości - odparł cicho, przytulając mnie do siebie. - Rano skoczę na korepetycje, a potem przyjdę po ciebie i zjemy sobie śniadanie na mieście. Wtedy pogadamy.
- Dziękuję, że po mnie przyjechałeś, kochanie - mówiłem. - Dziękuję. Skrzywdzili mnie. I ja skrzywdziłem. Przepraszam.
          Położył mi dłoń na policzku i pocałował głęboko. To było takie lekkie i subtelne. I ulotne. Bałem się, że to nasz ostatni pocałunek. Ręka Jonghyuna wędrowała po moich plecach, ogrzewając mnie i dając poczucie bezpieczeństwa. Powoli wsunęła się pod moje bokserki i zaczęła badać teren między moimi pośladkami.
- Tak, zrób to - szepnąłem, zamykając oczy.
          Pocierał delikatnie moją skórę. Po chwili poczułem, jak jeden z jego palców wolno dostaje się do środka.
- Mmm... tak - jęknąłem cicho.
         Poruszał nim delikatnie. Wygiąłem się w łuk, samemu nachodząc na jego palec.
- Jednak nie zrobiłeś niczego głupiego. Przynajmniej aż tak głupiego - powiedział. - Nadal jesteś ciasny jak byłeś.
- Możemy to zaraz zmienić - odparłem bez namysłu.
- Nie jestem pewien, czy to dobry moment - odpowiedział. - Nadal nie wiem, o czym mi opowiesz rano. Czy to ma być zadośćuczynienie?
- Nic z tych rzeczy - wyjąkałem. - Mam ochotę...
- Gdyby nie fakt, że rodzice są w domu, zastanawiałbym się - westchnął. - Ale kusisz niewyobrażalnie...
          Powoli dołączył drugi palec. Jęknąłem przeraźliwie. Było mi przyjemnie i nie chciałem na tym poprzestawać.
- Może jednak zastanowisz się jeszcze chwilę? - zaproponowałem. - Będę cicho.
- Inaczej wyobrażałem sobie nasz pierwszy raz - powiedział. - Krzyczący z podniecenia Taemin, mokry od potu i całkowicie mi poddany...
- Możemy zamienić krzyk na niemy jęk i dorzucić do tego "niewinny i bezbronny, pozwalający ci na wszystko bez wyjątków" - dodałem.
- Po tym, co powiedziałeś, chyba nie ma odwrotu...
         Wpił się w moją szyję, obsypując ją namiętnymi pocałunkami. Moje ręce zaczęły bawić się w najlepsze pod jego bokserkami. Wyglądało na to, że gra wstępna była zbyt nudna. Rozebraliśmy się w okamgnieniu i rozłożyłem przed nim uda.
- Nagi Taemin... - wyjąkał, oblizując usta.
- Bierz mnie, Jonghyun.
          Pocałował mnie głęboko, a następnie podniósł mnie lekko do góry i zaczął. Zagryzłem szczękę na nadgarstku.
- Boli? - spytał, ledwo łapiąc oddech.
- Pragnę... tego... bólu - wyzipiałem.
         Przyspieszył nieco. Wywróciłem oczami, usiłując za wszelką cenę powstrzymać jęki i westchnienia. Ból był do zniesienia. Gorzej z wręcz chorą satysfakcją i przyjemnością.
- Dobrze - powtarzałem. - Dobrze. Dobrze. Cudownie. 
         Poruszał delikatnie biodrami, balansując w przód i w tył. 
- Kocham cię, Jonghyun.
         Poczułem, jak ciepła ciecz rozpływa się w moim wnętrzu. Jonghyun przykrył mnie kołdrą i położył się na moim ramieniu, ledwo łapiąc oddech.
- Możesz być z siebie dumny - szepnąłem. - To było niesamowite. 
          Zasnął jak dziecko. Pogłaskałem go delikatnie po głowie, próbując zapomnieć o tym, co stało się wcześniej.

4.8.17

Tam gdzie zawsze

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi



         Fakt, że chodziłem z Jonghyunem, nie docierał do mnie przez długi okres. Tym bardziej, iż chłopak nie miał dla mnie czasu, co było spowodowane jego problemami z matmą, z której testy pisał chyba codziennie. Nie wystawiał więc nosa zza drzwi. Pisał jedynie, żeby zapytać co u mnie lub wyrazić konsternację swoim zmęczeniem i moją przyjaźnią z Kai'em.
          Nadal nie potrafił znieść mojego przyjaciela. Wciąż powtarzał o wielkim zaufaniu, jakim mnie darzy, lecz mimo to wciąż wzrastał w nim lęk przez porzuceniem. Zapewniałem go, że nie ma powodu do obaw, ale nadal nie miał ochoty darzyć go sympatią. I działało to w dwie strony.
- Może skoczymy w końcu do Namsan Tower, skoro niedługo wyjeżdżam na wakacje? - spytał pewnego razu Kai.
- Mam chłopaka, Kai. Jakkolwiek by to w moich ustach nie brzmiało - wycedziłem przez zęby.
- Właśnie widzę... Codziennie gdzieś cię zabieram, a on co w tym czasie robi? - zapytał z ironią. - To twoja sprawa, Tae, szanuję to. Ale dziwię się, że ci to odpowiada.
- Uczy się do poprawek - odpowiedziałem. - Przecież ci mówiłem, Kai.
- Uczy się dwadzieścia cztery godziny na dobę? Wątpię. Gdyby chciał, wyszedłby. A nie robi tego - syknął. - A wcześniej zapraszał cię w ogóle na randki?
- W sumie... zawsze siedzimy u niego - wyjąkałem.
- No tak... - westchnął. - W takim razie ja o ciebie zadbam, skoro na niego liczyć nie można.
         Kai zbyt surowo go oceniał. Jonghyun miał pełne ręce roboty i doskonale to rozumiałem. Równie dobrze mógłbym zarzucić Kai'owi zniknięcie na kilka lat i niedawanie znaków życia. 
          Odmawiałem za każdym razem, gdy proponował pójście na Namsan Tower. Zaoferowałem mu milion innych opcji, chociażby ryż w lokalnej knajpie, który nie był drogi, a smakował wyśmienicie. Równie dobrze mogliśmy posiedzieć w parku i pogadać. Ale Kai się uparł jak cholera. I mimo moich wielokrotnych odmów, i tak skończyliśmy w Namsan Tower, gdzie z kompletną rezygnacją wlewałem w siebie litry alkoholu. Nie mogłem przyjąć do siebie porażki w postaci pójścia z Kai'em w takie miejsce. Zastanawiałem się, w jaki sposób Jonghyun mnie zabije. Wolałem nie myśleć nawet, w jaki sposób mu to powiem.
- Rzadko się tak upijam - wyjąkałem niezrozumiale, kiedy Kai skinął do kelnera o dolewkę.
- Korzystaj z młodości, Taemin - odparł z uśmiechem, rozpinając górny guzik koszuli. Na jego twarzy pojawił się delikatny pijacki rumieniec. - Drugiej nie dostaniesz.
          Czułem się jak gdybym dryfował, mimo że cały czas byłem świadomy, a moje myśli wydawały się być aż nazbyt racjonalne. O nietrzeźwym stanie informowała mnie tylko niepojęta, nieopanowana tęsknota za Jonghyunem. Najchętniej wskoczyłbym do jego łóżka i pozwolił mu przejąć kontrolę nad dalszym rozwojem wydarzeń. 
          Rozglądałem się wokół, ale wszyscy byli zbyt zajęci sobą, by zwrócić uwagę na pijanych nastolatków. Tylko Kai spoglądał na mnie z dziwnymi iskierkami w oczach.
- Taemin, wiesz, że się przyjaźnimy - powiedział nagle. Potaknąłem. - Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie i nie chcę ci proponować czegoś, co jest nie na miejscu, ale jest coś, co chciałbym ci pokazać. Ta wiedza mogłaby przydać ci się w twoim związku z Jonghyunem. Mógłbyś go w prosty sposób uszczęśliwić.
- W takim razie nie ma powodu, żeby nie skorzystać z twojej propozycji - odparłem bez namysłu.
- Chodź.
         Rzucił na stół gotówkę, nie chcąc ode mnie nawet grosza i położył dłoń na ramieniu, prowadząc w kierunku toalety. Zamknęliśmy się w pomieszczeniu.
- Chcę ci to pokazać sam, a potem możesz to powtórzyć, w porządku? - spytał.
- Jasne - wybełkotałem, nie mogąc utrzymać równowagi.
- Zdejmij spodnie - nakazał.
- Chwila, Kai, co ty chcesz mi zrobić? - zapytałem ze śmiechem.
- Bez przesady, Taemin. Dobrze wiesz, że są pewne rzeczy, których nie zrobię - powiedział z uśmiechem. - Dalej, ściągaj.
         Postąpiłem wedle jego wskazówek. Rozpiąłem rozporek i zsunąłem spodnie razem z bokserkami. Oparłem się plecami o zimną ścianę.
- Teraz wyobraź sobie, że jestem Jonghyunem - dodał.
          Zamknąłem oczy. Poczułem, jak jego usta błądzą w okolicach mojego krocza. Oddychałem ciężko. Nie sądziłem, że to może być aż tak przyjemne. Kiedy zaczął wsuwać sobie mojego członka do ust i delikatnie go oblizywać, moje ciało wygięło się w łuk, a spomiędzy moich warg wydobył się przeraźliwie namiętny jęk. Wyobrażałem sobie, jak Jonghyun pieści moje okolice intymne. I wtedy...
- Boże, połknąłeś to? - zdziwiłem się.
- Nieważne. Teraz ty.
          Uklęknąłem przed nim, kiedy ściągał spodnie. Jego członek stał na baczność. Próbowałem powtórzyć ruchy Kai'a. Zastanawiałem się, czy ruchy moich warg zaspokoją Jonghyuna. Pragnąłem się z nim spotkać jak najszybciej.
          Z rozmyśleń wyrwał mnie jęk przyjaciela. Chciałem już skończyć, odsunąć się, ale wplótł palce w moje włosy i szarpnął mnie mocno tak, że jego członek znalazł się tak głęboko w moim gardle, iż doznałem odruchu wymiotnego. Nie miałem wyjścia. Przełknąłem. I ani trochę mi nie smakowało. Podniosłem się do pozycji stojącej, chcąc założyć spodnie.
- Nie zapinaj... - wyjąkał nagle. - Może...
         Wtulił się w mój kark i zaczął całować delikatnie moje ucho. Jego dłonie mocno ściskały moje pośladki. Czułem, jak jego penis powoli się podnosi i wsuwa się między moje uda.
- N-nie - wyjąkałem resztką sił. - Czemu to robisz, Kai...?
         Oparł swoje czoło o moje i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Bo nigdy w życiu nie widziałem tak ślicznej istoty jak ty, Taemin.
         Moje serce zabiło szybciej.
- Szaleję, kiedy cię widzę. Już sam nie wiem, co mam robić. W dodatku widzę, jak on cię traktuje. Dałbym ci więcej, niż sam mam, Taemin. Oddałbym ci się w pełni. Wystarczy, że powiesz słowo. 
            Zbliżył się do mnie, ale odwróciłem głowę, kiedy chciał mnie pocałować. Nadal byłem cholernie podniecony i miałem dziwne myśli w głowie, ale coś kazało mi przestać. Odepchnąłem go delikatnie i szybko założyłem spodnie.
- Wybacz - wyjąkałem, nie patrząc mu w oczy.
          Uciekłem z Namsan Tower najszybciej, jak tylko mogłem. Kiedy tylko wydostałem się na zewnątrz, wyjąłem telefon i wybrałem numer Jonghyuna. Był zdziwiony moim stanem. Nie byłem osobą, która dzwoni do przyjaciół po pijaku i płacze w słuchawkę, ale tym razem musiałem. Musiałem z nim porozmawiać.
- Jonghyun, przepraszam, masz teraz dużo na głowie - motałem się.
- Wiesz, że możesz do mnie dzwonić o każdej porze, kochanie - powiedział ciepło.
- Nie wybaczysz mi.
          Po drugiej stronie słuchawki odpowiedziała mi cisza.
- Przepraszam cię, Jonghyun. Zrobię wszystko, żebyś mi wybaczył. Proszę, spotkaj się ze mną zaraz.
- Tam gdzie zawsze?
- Tam gdzie zawsze.
         On już wiedział.

21.5.17

Lubię, kiedy mnie dotykasz

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi 


          Zupełnie straciłem kontrolę. Ale pozwoliłem sobie na to. Dał mi przecież do zrozumienia, że chce litości. Więc dałem mu ją, zupełnie nie zwracając uwagi na konsekwencje, jakie poniosę. Jedna noc. Nic złego się nie stanie. 
          Mrok w pokoju rozświetlał blask pachnących jabłkami świec. Za oknem panowała błoga cisza. Byłem zrelaksowany jak nigdy. Oderwany od tętniącego życiem wiecznie spieszącego się Seulu.
          Dłoń Jonghyuna delikatnie masowała moje odkryte biodro, wcześniej - niby przypadkowo - osunęła mi koszulkę do góry. Brunet był tak blisko mnie, że mogłem dokładnie skupić się na każdym jego najmniejszym mięśniu, który ocierał się o mój tors. Każdy milimetr mojej skóry, jaki bezpośrednio zetknął się z nagim ciałem Jonghyuna, doznawał gorącego dreszczu. Tylko jedna noc.
          Jego ręka błądziła po moim boku, tu wchodząc głębiej pod koszulkę, tu znów niepozornie wkradając się pod gumkę bokserek. Otulił mnie swoimi szerokimi ramionami, gdzie ja - wątły i chudy - czułem się otoczony ciepłem z każdej strony.
          Całowałem go zaborczo oddając to, co on dawał mnie. Moje ciało wygięło się w łuk, kiedy poczułem, jak paznokcie Jonghyuna wbijają się w mój prawy pośladek. Oderwałem się wówczas od jego ust i westchnąłem cicho, próbując złapać oddech. Chwilę później przylgnąłem znów do jego miękkich warg. Palce bruneta z ciekawością badały nowe tereny, jednak gdy jeden z nich wsunął się zbyt głęboko, ze strachu ugryzłem boleśnie usta Jonghyuna i już po chwili poczułem smak krwi.
- Boli - jęknął, nie zabierając palca z mojego wnętrza.
- Przepraszam - odpowiedziałem zdławionym półgłosem.
           Pocałowałem go delikatnie, uśmierzając ból jego ran. Założyłem nogę na jego biodro, dając mu większe pole do manewru. Po chwili wyraźnie odczułem, jak bada każdy mój najmniejszy kawałek. Pomieszczenie wypełniło się jękami.
- Cudownie - wyjąkałem cicho.
          Przyspieszył, ale nadal każdy jego ruch był nadzwyczaj subtelny i ostrożny. Jego usta przeniosły się na moją szyję i zaczęły obsypywać ją namiętnymi pocałunkami. Odniosłem wrażenie, że mam ochotę się z nim kochać. Ale to było za wiele. To miała być jedna nic nieznacząca noc, którą ranek wymaże z naszych pamięci.
- Lubię cię dotykać, Taemin - szepnął nagle, doprowadzając moje ciało do szału. - I nawet gdybym nie mógł tego zrobić już nigdy, nie chciałbym, żebyś pozwolił na to komukolwiek innemu. Powiedz mi… lubisz, kiedy cię dotykam?
           W odpowiedzi na jego pytanie jedynie jęknąłem przeciągle, nie mogąc opanować reakcji swojego ciała, kiedy dotykał linii dzielącej moje pośladki.
- Powiedz - nalegał.
- Tak - odparłem cicho.
- Powiedz ładnie - nakazał.
- Lubię, kiedy mnie dotykasz - powiedziałem nagle, choć wcale tego nie chciałem. A zaraz po tym wylał się ze mnie potok kolejnych niechcianych słów. - Nie chcę, żebyś przestawał. Chciałbym, żebyś dotykał mnie już zawsze.
          Jonghyun mruknął cicho i delikatnie musnął moje usta.
- Kochany - szepnął.
           Byłem jednak zbyt wyczerpany, by kontynuować. Odwróciłem się do niego plecami, a on wtulił się we mnie i złapał mnie za rękę. Sen szybko zmorzył nasze powieki.
          Ale gdy obudziłem się rano…


          Większego kaca moralnego nie miałem ani po przyłapaniu rodziców w łóżku, ani po przypadkowym zajrzeniu w dekolt starej nauczycielce od matmy. Przebudziłem się i chwilę mi zajęło zrozumienie wszystkiego, co miało miejsce tej nocy. Brunet nadal spał wtulony w moje ciało. Kiedy zaś przypomniałem sobie słowa, które wypowiedziałem i miejsca, w jakich Jonghyun mnie dotykał… Nie. Przesadziłem. Cholernie przesadziłem. Kurwa, miałem ochotę się zabić.
          Co mi przyszło do tego durnego łba? Ostatnie tygodnie spędzałem na byciu na pełnym wkurwie, bo podrywa mnie jakiś niewyżyty seksualnie dinozaur, a teraz pozwalam mu sobie grzebać w tyłku? Bo pobiegał sobie wokół boiska tylko po to, żeby się ze mną zaprzyjaźnić, a ja, ucieszony, że chodzi tylko o przyjaźń, prawie się z nim przespałem? Tak być nie będzie.
          Po cichu wylazłem z wyra i szybko czmychnąłem na dół, żeby przebrać się w swoje ubrania i wyjść. Kiedy jednak zszedłem na parter, zorientowałem się, że moje ciuchy zniknęły. Nie było ich. Znalazłem tylko puste butelki po wodzie, karton po pizzy, plecak, starą kobietę podlewającą kwiaty… Ożeż kurwa.
- Kijaszek! - wykrzyknęła na mój widok. - No w rudych włoskach to cię jeszcze nie widziałam.
          Nie miałem zielonego pojęcia, o czym do mnie pierdoli. Nadal byłem zaspany i nie do końca kontaktowałem.
- Przepraszam, bo tu leżały moje rzeczy… - wyjąkałem.
- Ach tak! Wrzuciłam do pralki z całą resztą, nie wiedziałam, że to twoje - odparła ze śmiechem.
          Zaczęła nagle opowiadać mi historię swojego życia i skończyło się na tym, że z herbatką usiedliśmy w salonie, a rozbudzony Jonghyun zszedł do nas na dół. Z wielkim bólem, ale o własnych siłach. I nigdy wcześniej nie patrzył na mnie tak dziwnym wzrokiem.
- Babciu, tościka? - zaproponował.
           Na moją niekorzyść babcia bardzo się spieszyła i wyszła przed śniadaniem. Nie wiedziałem, co robić.
- A ty masz ochotę na tosta? - spytał. - Chociaż pewnie bez ryżu się nie najesz?
- Ja w sumie też bym już poszedł - odpowiedziałem, triumfalnie podnosząc się z kanapy i ruszając w kierunku drzwi.
- Bez ubrań jesteś trochę uziemiony - odparł.
          Spuściłem głowę. To była sytuacja bez wyjścia.
- Chodź, pomóż mi przy śniadaniu - powiedział nagle.
          Z braku laku dołączyłem do niego w kuchni. Moja rola polegała na staniu nad ryżem i patrzeniu w niego, podczas gdy Jonghyun kroił warzywa.
- Babcia pomyliła cię z Key - poinformował.
- Nazywa go Kijaszkiem? - zdziwiłem się i uniosłem brwi.
- Kijaszkiem, Badylem, Kibumem Bum Bumem, a raz nazwała go Kim Dzong Un, ale wtedy się obraził i musiała mu piec ciastka - mówił. - Jak Key strzeli focha, to nie jest dobrze.
          Stałem nad garnkiem i rozmyślałem. Zapanowała niezręczna cisza. Myślałem, że wybuchnę.
- Czekam, aż mi to wypomnisz - odparłem w końcu.
- Co ci wypomnę? - zapytał.
- Ostatnią noc - odpowiedziałem, żałując po chwili, że poruszyłem temat.
- Ostatnią noc… - westchnął. Spojrzałem na niego ale nadal kroił warzywa. - Nie zrobię tego. Widzę, że jesteś skołowany. Ja zresztą trochę też. Ale nie mam sobie ani tobie za złe, że wyszło jak wyszło. Zjedzmy razem śniadanie, dobra?
          Zaskakujące sytuacje nawarstwiały się. Jonghyun był jakiś dziwny, ale ja też nie rozumiałem, co się dzieje. Czułem tylko niepokój i chęć spędzenia całego dnia samotnie w swoim pokoju. Ubrania jednak schły bardzo wolno i zdawało się, że do domu wrócę dopiero wieczorem.
          Po śniadaniu obejrzeliśmy film i atmosfera nieco się rozluźniła. Gadaliśmy o głupotach i na jakiś czas zapomniałem o tym, co mnie dręczyło.
          Kiedy jednak nadszedł moment, w którym miałem wracać do siebie, stało się coś dziwnego.
- Nawet nie wiem, jak mam się z tobą pożegnać - wyjąkałem, spuszczając ze wstydu głowę.
          Jonghyun roześmiał się radośnie.
- Zrób tak, żebyś nie przesadził, ale żebyś też nie żałował - zaproponował.
- To może ty to zrób - wycedziłem przez zęby.
- Dobra, tylko powiedz mi co - odpowiedział.
          Spojrzałem na niego jak spod byka.
- Nienawidzę cię, Jonghyun.
          Błysk w jego oczach tak mnie omamił, że znów oderwałem od niego wzrok i skupiłem się na czymś innym.
- Ja ciebie też, Taemin.
          Zbliżył się i przytulił mnie mocno. Nie miałem pojęcia, jak długo staliśmy tak w bezruchu, ale…


Moje potrzeby zaczynały mnie niepokoić.


W jego ramionach było mi naprawdę dobrze.






Pozwól mi się sobą zająć

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi



          Nigdy wcześniej nie miałem tak cholernych wyrzutów sumienia. Nigdy nie czułem się tak źle przez co, co zrobiłem. Nigdy tak mocno nie żałowałem swoich czynów. Naprawdę zrobiłbym wszystko, żeby cofnąć czas. Niestety było to niemożliwe. Pozostawało mi zachować skruchę i spróbować odkupić swoje grzechy.
          Zarzuciłem sobie na ramię rękę Jonghyuna i małymi kroczkami doprowadziłem do głównej drogi. Był skrajnie wyczerpany, zziajany i odwodniony, a jego czoło pokrywały krople potu. Cały był mokry i nie miał nawet siły mówić, dlatego nie zmuszałem go do tego. Zadzwoniłem po taksówkę i zawiozłem do domu.
          Kiedy dotarliśmy na miejsce, moim oczom ukazał się niewielki skromny domek jednorodzinny położony na przedmieściach. Przed drzwiami wejściowymi znajdowała się drewniana altanka, której ścianki pokryte były bluszczem, z sufitu zwisały za lampy w zachodnim stylu. Musiałem jednak oderwać od nich wzrok, gdyż trzeba było wyciągnąć bruneta z samochodu, a wredny wąsaty taksówkarz nie miał najmniejszej ochoty mi pomóc. Ledwie udało mi się wyjąć Jonghyuna z auta, a już runął na ziemię, rozpłaszczając swój ryj na krawężniku. Nieudolnie podniosłem go i zaniosłem na ganek, gdzie resztką sił usadowiłem go na drewnianej starej ławce.
- Co mam powiedzieć twoim rodzicom? - spytałem cicho. Brunet otworzył zamknięte dotychczas oczy i rzucił mi zmęczone spojrzenie.
- Nie ma ich... - wyzipnął. - A klucze tu...
          Powolnym ruchem dłoni sięgnął do kieszeni i podał mi znalezisko. Chwilę walczyłem z zamkiem. Otworzywszy drzwi odetchnąłem z ulgą i podniosłem znów Jonghyuna, by po chwili położyć go na salonowej kanapie. Następnie oznajmiłem, że trochę się porządzę i nalałem mu wody. Zrobiłem także zimny okład i położyłem go na jego czole, po czym zająłem miejsce obok niego.
- Kiedy wracają twoi rodzice? - zapytałem.
- Po weekendzie - odparł cicho.
          Przegryzłem wargę. Był dopiero piątek, a Jonghyun nie był w stanie chodzić o własnych nogach.
- Zadzwonię do Key - powiedział nagle.
          Ulżyło mi. Wiedziałem, że mogę teraz wrócić do domu i zapomnieć o wszystkim. Chociaż... nie, to nie wchodziło w grę. Wyrzuty sumienia zabiłyby mnie w przeciągu kilku godzin.
- Pozwól mi się sobą zająć - wyjąkałem ze wstydem.
          Zsunął zimny ręcznik z oczu i spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Nie powiedział jednak ani słowa, co potraktowałem jako aprobatę.
- Mógłbyś zasłonić okna? - spytał. - Mam dosyć słońca. Muszę się przespać.
          Postąpiłem wedle jego życzenia. Kiedy dolewałem mu do kubka wody, powiedział jeszcze:
- Wybacz mi mój zapach, ale muszę się na chwilę położyć zanim się umyję.
          Widok umierającego Jonghyuna sprawiał, że cierpiałem tak bardzo jak on. Tym bardziej, iż była to wyłącznie moja wina.
- Śpij. Przygotuję ci zimną kąpiel.
          Znalazłem łazienkę i napuściłem wody do wanny. Spuściłem żaluzje i zapaliłem małą lampkę nad lustrem. Byłem cholernie zdołowany tym, co się stało. Zostawiłem odkręcony kurek i postanowiłem przejść się po mieszkaniu z braku rzeczy do roboty.
          Na piętrze, tuż obok łazienki, znajdował się pokój Jonghyuna. Wszedłem niczym do siebie i rozejrzałem się wokół. Mimo porozrzucanych ubrań było tam całkiem czysto jak na pokój chłopaka w wieku licealnym. Na ścianie tuż nad  wielkim łóżkiem widniała masa zdjęć - w większości były na nich głupie miny Key, pies Jonghyuna i krajobrazy. Pomieszczenie było dość małe. Wyro zajmowało większą jego część, a przy nim znajdowało się wielkie okno z jeszcze większym parapetem przykrytym kocem i poduszkami. W rogu stała mała drewniana komoda ze świeczkami, a białe ściany pokryte były plakatami i ozdobami. Całkiem miło.
          Wróciłem do łazienki i poczekałem aż wanna napełni się wodą. Kiedy wszystko było gotowe, zszedłem na dół i obudziłem bruneta, pytając, czy wszystko w porządku. Pozwolił mi wnieść się na górę. Wtedy jednak pojawił się problem. Nie mogłem go przecież rozebrać i wsadzić do wanny.
- Tu się kończy moja praca - odparłem z konsternacją. - Poradzisz sobie, nie?
- Zrobię, co w mojej mocy - odpowiedział, śmiejąc się nerwowo.
           Po jego słowach opuściłem łazienkę, pozostawiając Jonghyuna na pastwę losu i jego obolałych bezwładnych kończyn. Zostałem jednak pod drzwiami na wypadek, gdyby co siê stało. I słusznie. Po chwili rozległ się huk nie z tej ziemi. Zapukałem delikatnie do drzwi pytając, czy żyje.
- Możesz wejść.
          Ostrożnie nacisnąłem klamkę i wszedłem z powrotem do środka. Jonghyun siedział w wannie i tamował krwotok z nosa. Tylko tego brakowało. Powiedział jednak, że nie boli i zaraz przejdzie.
Osunąłem się na podłogę tuż przy wannie i usiadłem na zimnej posadzce. Ukryłem twarz w dłoniach.
- Przepraszam - wyjąkałem cicho.
- W porządku - odparł ze śmiechem. - Dziękuję, że mi pomagasz. Gdyby nie ty, nigdy bym się nie dowiedział o swojej ponadprzeciętnej kondycji.
          Czułem, jak do oczu napływają mi łzy, lecz w ostatniej chwili zdołałem powstrzymać płacz.
Siedzielimy w ciszy może nawet godzinę. Po tym czasie Jonghyun uznał, że jest mu już trochę lepiej i da radę sam się ubrać. Przyniosłem mu więc bokserki z pokoju i zostawiłem go samego w łazience.           Kiedy dał znać, wróciłem tam i zabrałem go do pokoju, gdzie wygodnie ułożył się na swoim łóżku.
- Śpisz u mnie dzisiaj, Taemin? - spytał zmęczonym głosem.
- Obiecałem - odparłem cicho.
- Nie mam piżamy, ale możesz wziąć co z dolnej szuflady. Nowa szczoteczka do zębów jest w szafce za lustrem, a ręczniki są na dole w dużej szafie w korytarzu - powiedział.
- Dzięki.
          Także wziąłem kąpiel i założyłem jego koszulkę i bieliznę, z czym czułem się bardzo dziwnie. Potem zabrałem z kuchni butelkę wody, zadzwoniłem do mamy, żeby powiedzieć, że zostaję u kumpla i udałem się na górę. Postawiłem napój koło łóżka.
- Będę spać w salonie, dobra?
- Czasem babcia przychodzi rano podlewaæ kwiaty, kiedy rodziców nie ma. Możesz spać ze mną tutaj. Nie martw się, Key też tak zawsze robi.
          Nie miałem wyjścia.
          Jonghyun poprosił mnie jeszcze o zapalenie wieczek na komodzie, bo lubił przy nich spać.
- Jabłka - odparłem sam do siebie, kiedy do moich nozdrzy dostał się delikatny zapach świeżych soczystych owoców. - Musiałbym dać ci ich z tonę w ramach przeprosin.
          Zgasiłem światło i położyłem się od strony okna tyłem do Jonghyuna.
- Nigdy u nikogo nie nocowałem - powiedziałem.
- Poważnie? - zdziwił się.
- Serio - odparłem. - Powiedz... jaki jest Key?
- Bardzo fajny - odpowiedział cicho.
- No to wszystko jasne... - westchnąłem.
- Ciężko w skrócie opisać kogo, kogo zna się tyle czasu - mówił. - Zawsze mi pomaga, wspiera mnie, ale też potrafi kopnąć w tyłek, kiedy pozwalam sobie na zbyt wiele. To najlepszy przyjaciel pod słońcem. Żałuję, że nie trafilimy do jednej klasy. Czemu pytasz?
- Sam nie wiem - wyjąkałem. Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego zadałem takie pytanie. Chyba wyłącznie dla podtrzymania rozmowy.
- Czy ja też mogę cię o co zapytać?
- Jasne.
          Słodki zapach owoców powoli mnie usypiał. Jedynie głos Jonghyuna pozwalał mi nadal trzymać się na nogach.
- Tamtego dnia na dachu... naprawdę było ci to obojętne?
          Otworzyłem oczy. Moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz i na moment przestałem czuć się bezpiecznie.
- Naprawdę.
- I nadal jest?
- Nadal jest.
- Więc skoro cię to nie obchodzi... Dlaczego po prostu nie zrobisz tego dla mnie?
- Bo to nieuczciwe.
- Ale ja się na to godzę.
- Chcesz, żebym cię oszukiwał?
- Chcę, żebyś spróbował i sam się przekonał, co się stanie nawet, jeśli jesteś pewien, że nic się nie zmieni.
- Czemu?
- A czemu nie?
          Nastała chwila ciszy. Byłem rozdarty. Nie miałem pojęcia, co mam robić.
- To jak? - zapytał.
          Nie myśląc zbyt długo odwróciłem się do niego i przysunąłem bliżej.
- Działaj - szepnąłem.
          Położył dłoń na moim policzku i delikatnie pogłaskał. Wplótł palce w moje gęste włosy, po czym zbliżył się, objął mnie i lekko i subtelnie musnął moje usta. Zamknąłem oczy próbując nie zwracać na to uwagi. Wsunął język między moje wargi i zaczął całować mnie namiętnie. Odwzajemniłem pocałunek. Nie miałem pojęcia, ile to trwało. Zasypiałem, nadal mając w głowie jego słowa: "Chcę, żebyś dał sobie czas i przemyślał, czy naprawdę nie chcesz się ze mną zaprzyjaźnić".

19.5.17

Jedno życzenie

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi



              Obserwowałem go bacznie z ukrycia. Kiedyś, kiedy jeszcze bolał mnie fakt bycia znienawidzonym przez społeczeństwo, zastanawiałem się często czym jest "to coś", co przyciąga ludzi i sprawia, że jest się lubianym. Na długi czas porzuciłem podobne rozmyślania, a odpowiedź przyszła na długo po tym, gdy przestało mnie to interesować. 
               W dobie zepsutego społeczeństwa i upadku wartości byłem pewien, że chodzi o pieniądze. Że posiadanie ich przeobraża się w szacunek, którym cię darzą, jeśli je posiadasz. A jednak... myliłem się.
             Obserwowałem jak Key przemierza z prędkością światła park w swoich miętowych bucikach razem z pieskiem Coco. W oddali dostrzegłem płaczące dziecko i on również je zauważył. Zatrzymał się przy nim, pochylił i zaczął z nim rozmawiać. Nie słyszałem, co mówił, lecz po chwili... Dobra, zaczął odpierdalać coś naprawdę dziwnego, wyglądało to jak udawanie robota, ale wychodziło mu tak dobrze, że zastanowiłem się poważnie, czy on aby na pewno jest człowiekiem. W sumie cały był sztuczny w ogromie tych swoich wszystkich świecidełek i z toną makijażu. 
               Tak czy siak w głębi duszy zwróciłem mu honor. Sprawił, że dzieciak przestał płakać, podczas gdy nikt inny nie zainterweniował. Gdybym był pewniejszy siebie, podszedłbym do niego i wyraził aprobatę dla jego czynów. Uśmiechnąłem się pod nosem, a Key pobiegł dalej, zostawiając bawiące się szczęśliwe dziecko.
- Czemu się uśmiechasz na jego widok? Nie. Czemu nie uśmiechasz się tak na mój widok? - Usłyszałem nagle. - Czyżbyś go pożądał?
               Zacząłem zastanawiać się, czy ten dupek Jonghyun nie zamontował mi czasem chipa z gpsem.
- Podbiegł do płaczącego dziecka i pocieszył je, udając robota - odparłem, starając się hamować swoją agresję. Po co on tu znowu przylazł?
- Ale co, myślisz, że ja bym tak nie umiał? - zdziwił się. - W sumie nie umiem udawać robota, ale umiem udawać... gęś. O, zobacz, tam płacze jakaś dziewczynka. Pokażę ci, jak to się robi. Ale wtedy też się uśmiechniesz na mój widok, dobra?
               Nim zdążyłem przyswoić to, co do mnie powiedział, a tym bardziej zareagować, Jonghyun był już obok dziecka, a moich uszu dobiegały dziwne dźwięki. Po krótkiej chwili chłopak wrócił, otrzymując ode mnie jedynie skrzywiony uśmiech pełen zażenowania, gdyż dzieciak zaczął płakać jeszcze głośniej, po czym uciekł.
- Zapomnijmy o tym - odparł. - Taemin.
- Co? - spytałem szorstko.
- Chodź ze mną na randkę.
              Stanął przede mną, uniemożliwiając mi postawienie choćby kroku, po czym spojrzał na mnie wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu.
- Wiem, że to, co powiem, to nie będzie nic odkrywczego, ale jesteś pojebany - powiedziałem, próbując go ominąć. Przesunął się i znów zagrodził mi cielskiem drogę.
- Mówię poważnie - kontynuował. - Jeśli chcesz, zabiorę cię nawet na Namsan Tower. Zjemy ryż. Pójdziemy do kina na dobry horror. Będę ci gotował i podawał ciepłe mleko, kiedy nie będziesz mógł zasnąć. 
- Pieprzony zboczeniec - wycedziłem przez zęby. Nie miałem pojęcia, skąd tak dużo o mnie wie.
- Od tamtego incydentu na dachu śni mi się to co noc - mówił dalej, a ja poczułem, jak moja twarz robi się czerwona.
- Naprawdę? - spytałem sarkastycznie. - Naprawdę tęsknisz do czegoś, do czego zmusiłeś mnie oszustwem? Naprawdę uznałeś za przyjemne coś, co zrobiłem z obrzydzeniem i wstrętem?
- Przyjemne? - spytał z uśmiechem. - Przyjemne, rozkoszne, sprawiające, że się rozpływam... Mógłbym to robić bez przerwy.
- Kretyn - syknąłem i, korzystając z chwili jego nieuwagi, wyminąłem go i poszedłem dalej.
             On udał się oczywiście za mną. Nie dotrzymywał mi co prawda kroku, ale czułem jego obecność gdzieś za sobą. Starałem się mimo wszystko skupić swoją uwagę na otaczających mnie bujnych koronach drzew, pięknej pogodzie i ciszy, jaką o tej porze można było znaleźć tylko w parku. 
- Tak się nie da - szepnąłem sam do siebie, po czym odwróciłem się.
                  Jonghyun faktycznie tam był. Zatrzymał się i spojrzał na mnie pytająco.
- Mam dla ciebie wyzwanie - powiedziałem nagle. - Jeśli to zrobisz... spełnię jedno twoje życzenie.
              Wiedziałem, że zgodzi się wziąć w tym udział i tym samym pozbędę się go na cały dzień. A naprawdę nie pamiętałem, kiedy ostatnio spędziłem bez niego cały dzień. Uwolnienie się od towarzystwa tego typa graniczyło z cudem.
- Tam jest boisko do koszykówki - odparłem, wskazując palcem w dal. - Jesteś w stanie okrążyć je pięć tysięcy razy bez przerwy?
             Znałem dobrze to miejsce. Czasem spotykałem tu Minho, który tu biegał. Nawet przy jego kondycji nigdy nie zdołał przekroczyć tysiąca okrążeń ze względu na wielkość tego boiska. Ponadto nikt zdrowy na umyśle nie próbował wysiłku fizycznego w taką pogodę. Ale Jonghyun nie był zdrowy na umyśle.
                 Ku mojemu zdziwieniu wyciągnął z tylnej kieszeni kawałek podartej kartki i poprosił mnie o długopis. Przez chwilę bazgrał coś ze skupioną miną. Potem wręczył mi papierek i kazał podpisać.
- Więc boisz się, że cię oszukam? - spytałem. - Bez obaw.
                 Wykonałem parafkę i oddałem mu umowę. Skinął głową na znak aprobaty.
- Mam nadzieję, że zostaniesz tu, żeby być świadkiem cudu.
                 Uznałem, iż faktycznie bezpieczniej będzie sprawdzić, co uda mu się zrobić. Smak jego porażki czułem już na języku. W ciszy udaliśmy się w stronę boiska. Zająłem miejsce w cieniu na ławce i rozłożyłem się wygodnie.
                 Liczyłem okrążenia Jonghyuna i zastanawiałem się, co go to tego wszystkiego motywuje, czego on chce i na co liczy. Po chwili rozmyślań zaniechałem jednak myślenia o tym, uznając to za nieistotne. 
               Kiedy brunet dobił do tysiąca, nieco mnie to zaniepokoiło, lecz doskonale wiedziałem, że lada chwila padnie na ziemię, a kiedy pójdę do domu, nie będzie w stanie mnie nawet gonić. Problem pojawił się w momencie, gdy Jonghyun kończył dwutysięczne i nadal wyglądał na zmotywowanego i wierzącego w swoje zwycięstwo.
                 Zupełnie zapomniałem, że ten kretyn nie należy do gatunku ludzkiego, co może oznaczać, że ma nadludzkie zdolności. Dotychczas sądziłem, iż charakteryzuje go wyłącznie nieludzka głupota.
                 Z daleka widziałem, jak drżą mu łydki i traci kontrolę nad kończynami. Byłem pewien, że zaraz upadnie. Dobijał do trzeciego tysiąca, co oznaczało, iż przed sobą ma jeszcze prawie połowę dystansu. Nie miał szans. Był odwodniony i wyczerpany, a promienie słońca raziły go w oczy. 
                 Jakimś cudem temu kretynowi udało się zrobić cztery kafle. Biegał teraz co prawda żółwim tempem i zdawało się, że zaraz wyzionie ducha, ale nie poddawał się. Sytuacja robiła się coraz bardziej niepokojąca. Zaczynałem się modlić, żeby Jonghyun umarł, a jednak...

A jednak. Przegrałem. 

Przegrałem w najgorszy z możliwych sposobów.

              Kiedy wykonał pięć tysięcy okrążeń, resztką sił przybiegł do mnie, przewrócił się na ziemię, a jego głowa spoczęła na moich kolanach. Chyba faktycznie umierał. Zadrżałem. Bałem się tego, o co mnie poprosi. Gwałt? Tortury? Bycie niewolnikiem na cały dzień? Na całe życie? 
- Taemin... - wyjąkał cicho. - Chcę, żebyś...

18.5.14

2min: Fantazje.

Dział: One Shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi.



- Aaaaha, a to zapewne jeden z momentów typu "a jak ktoś wejdzie i zobaczy, to wtedy spontan i coś się wymyśli", co? - zapytał, motając się gwałtownie po łóżku. Łudził się, że uda mu się zrzucić z siebie Minho zasiadającego majestatycznie na jego biodrach niczym na tronie. W zasadzie... Nie, ta pozycja o wiele bardziej przypominała pozycję człowieka, który po zapiciu ogórka kiszonego mlekiem po prostu nie jest w stanie... Pozycja zjazdowy Małysz, tak.
- Och, Taemin, jak żeś sam na to wpadł? - zapytał sarkastycznie. - Żeby było śmieszniej, przywiążę ci sznurówką ręce do łóżka, o tak...
- No ty skurwysynie, no...! - jąkał. - Ja nie chcę. Ja protestuję.
- ...a potem podniosę ci koszulkę, o tak... - kontynuował, nie zwracając uwagi na skomlenia rudowłosego.
- No ale Minho, co ty sobie wyobrażasz, co... - szepnął. Obrócił głowę lekko w bok w celu ukrycia faktu, że oblał się dziewiczym rumieńcem.
- Naprawdę chcesz wiedzieć, co sobie teraz wyobrażam? - zapytał, zniżając ton do aktorskiego diapazonu. Podniósł wysoko głowę, nabierając majestatycznego wyglądu i wyciągnął dłonie przed siebie. - Wyobrażam sobie...
- Nie kończ - odparł stanowczo Taemin, rzucając mu spojrzenie typowego człowieka-skurwiela. - Jeśli dokończysz...
- To co? - zapytał, łaskocząc go z całej siły.
- A... Prze... Przestań, spierdalaj! Jak dokończysz, to pójdę sobie do Keya i... i... i już nie wrócę! - odrzekł obrażonym tonem.
- Przykro mi, ale to niemożliwe. Nie pozwalam - odpowiedział niewzruszony. - To jest mój Taemin, grzeczny i posłuszny.
        Dotknął policzka maknae, delikatnie przesuwając palcem po jego chłodnej wardze, pochylił się i dotknął gwałtownie jego ust swoimi, lecz nie łapczywie i zaborczo. Odsunął się po krótkiej chwili, nie pogłębiając pocałunku i pozostawiając niemały niedosyt rudowłosemu.
- A co, jeśli zdecydowałbym opuścić cię i podbić serce innego? - zapytał głosem małego dziecka.
- Zignorowałbym to. Należysz do mnie, nie pozwolę, by ktoś inny cię dotykał - Przesunął serdecznym palcem po wardze Taemina po raz kolejny.
- A to za co było? - zapytał ironicznym tonem.
- Za chęć do życia i miłość do ojczyzny - odparł brunet, rzucając się na niego niespodziewanie.
        Rudowłosy poddał się głębokiemu pocałunkowi. Zaniechał prób uwolnienia się z silnych węzłów i pozwolił chwili płynąć. Wsuwał język coraz głębiej próbując uświadomić brunetowi, jak bardzo jest podniecony i, jak bardzo chciałby przejść już do sedna, mimo że wie, że nie ma takiej opcji.
- Ja już nie chcę być dziewicą - mruknął cicho, oblizując wargi po namiętnym pocałunku.
        Minho zachichotał cicho, jednak pozwolił sobie nie odpowiadać na tą sugestię. Zamiast tego podciągnął koszulę rudowłosego wysoko do góry, odkrywając cały jego tors, po czym ponownie zaczął go łaskotać.
- Jesteś tak delikatny i słodki, że nie mogłem się powstrzymać - uśmiechnął się, patrząc na niego swoimi wielkimi czekoladowymi oczyma. - To co, na przypale, albo wcale?
        Nie czekając na odpowiedź rozpiął szybkim ruchem jego rozporek, po chwili pozbywając się również bokserek. Taemin zaczął wierzgać nogami i motać się na wszystkie strony, usiłując uwolnić się z opresji. 
- Kogoś tu onieśmiela widok własnego, nagiego ciała, widzę... - zachichotał ponownie. 
        Przycisnął jego wąskie uda do łóżka, uspokajając go na chwilę, po czym, złożywszy pocałunek na jego klejnotach, rozniecił ponownie. Zaniepokoił się lekko na widok trzęsących się kolan Taemina, po czym postanowił poczekać na odpowiedniejszy moment i założył mu bokserki z powrotem. 
- Zachowujesz się jak typowa kobieta. Najpierw mówisz, że nie chcesz już być dziewicą, a potem... 
- Rozwiąż mnie, to ci wytłumaczę - syknął ostro. 
        Brunet zmrużył oczy, postanowił jednak spełnić jego prośbę. Wolnym ruchem rozwiązał jego nadgarstki, bacznie obserwując, jak zmienia się wyraz twarzy rudowłosego. Skończył wykonywaną czynność, gdy nagle... sam stanął twarz w twarz z niebezpieczną sytuacją. Role się odwróciły, teraz to on leżał przyciśnięty i zmiażdżony na łóżku, a Taemin przywiązywał go do łóżka. 
- Co jest... - Nie zdążył dokończyć, stłamszony zapalczywym i zaborczym pocałunkiem rudowłosego. 
        Nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa, nawet, gdy tamten szybkim, wręcz agresywnym ruchem, zdzierał z niego poszczególne części garderoby. Zamknął oczy i szepnął ciepło:
- Tae... bądź spokojny... Chcesz, żeby tak wyglądał ten pierwszy, unikalny raz...?
        Był pewien, że rudowłosy zmięknie, przytuli się potulnie, zaniecha swych nieprzemyślanych działań. On jednak podążał za niepohamowanym, dzikim instynktem. Nie bał się ryzyka, nie obchodziły go uczucia, wyglądał tak, jakby liczył się dla niego tylko ostry seks, w którym jedynymi uczuciami są namiętność i ból fizyczny. 
        Nie tracąc czasu na zbędne rozpychanie, postanowił od razu przejść do sedna i wejść do końca. Minho był jednak zbyt wąski, toteż rudowłosy zaczął pchać nieubłaganie coraz to silniej i silniej. W pewnym momencie zauważył, że z odbytu bruneta wycieka strumień gęstej krwi, sam brunet natomiast stracił przytomność. Spojrzał na niego, zwężając lekko oczy, po czym oblizał wargi i wszedł jeszcze głębiej. Postanowił bawić się na całego, mimo sytuacji, jaka zaistniała. Czuł niewyobrażalny głód i nie był w stanie go zaspokoić. Pochylił się nad członkiem Minho, po czym zaczął pieścić go językiem, po chwili również dłonią, co w rezultacie skończyło się zapalczywym gryzieniem. 
- Tae, rozwiąż mnie... - szepnął przez łzy. - Tae, proszę...
        Rudowłosy odwrócił głowę, by móc spojrzeć tamtemu w oczy. Zachichotał cicho, po czym wrócił do uprzednio wykonywanej czynności. 
- Tae, proszę, Tae... ughhh... - westchnął z bólu i podniecenia. - Tae... Tae, nie rób tego, ja... zaraz dojdę, Tae, nie rób...
        Połknął wszystko, zlizując resztki spermy z torsu bruneta. Po chwili, nie myśląc o tym, że przed chwilą spił jego nasienie, zagłębił się w kolejnym natarczywym pocałunku. Był tak rozochocony, że nie zauważył, kiedy węzły niespodziewanie się rozwiązały. Dopiero, gdy poczuł duże ciepłe dłonie obejmujące jego plecy, dopiero wtedy...
- Co ty wyprawiasz? - wystraszył się brunet, widząc motającego się na boki rudowłosego. 
        Odepchnął Taemina na łóżko, sam podnosząc się do pozycji stojącej. Patrzył na skulonego chłopaka, nie przejmując inicjatywy. Postanowił poczekać na jego ruch. On jednak leżał martwo bez ruchu, oddychając głęboko i zasłaniając rękoma swoje krocze. 
- Powiedz, że było ci dobrze - sapnął cicho. 
        Brunet stał w milczeniu, próbując doszukać się jego morderczego spojrzenia pośród kosmyków gęstych, rudych włosów. 
- Powiedz, że było ci dobrze! - wrzasnął, otwierając szeroko oczy. Wyglądał jak psychopata. 
- Było mi wyjątkowo dobrze... - odparł. Nie było to do końca zgodne z prawdą, jednak wiedział, że musi lekko zmanipulować Taemina, by uspokoił się i ocknął z tego dziwnego stanu. 
- Powiedz, że chcesz więcej - mruknął. 
- Do tego mnie nie zmusisz... - szepnął do siebie Minho.
- Powiedz...
- Nie chcę więcej. Mam dość - rzucił stanowczym tonem. 
- Masz... dość? - zapytał. - Masz kurwa dość?!
        Podniósł się gwałtownie z łóżka, chcąc skoczyć w kierunku Minho, został jednak odepchnięty. Poślizgnął się i wylądował głową na kancie blatu szafki nocnej. Zawył z bólu. Adrenalina coraz bardziej wzrastała. 
- Tae, nic ci nie... - zaczął, biegnąc w jego kierunku z pomocą. Spotkał się jednak z wzrokiem pełnym dezaprobaty i nienawiści. 
- Wiesz, co teraz zrobię? Dobrze wiesz. Teraz...


- To był wyjątkowo długi pocałunek, skarbie - odparł brunet, wtulając się w kark maknae. 
- Może mnie już rozwiążesz, co? - zapytał, słodko trzepocząc rzęsami. 
- Dziwnie patrzysz jakoś. Znowu miałeś sadystyczne fantazje seksualne? - spytał, całując go w policzek. 
- Zaprzeczam - stęknął, odwracając wzrok. 
- Może jednak? - zachichotał. 
- Chciałbyś...


19.1.14

| Za wszelką cenę | - Vol. 9

Dział: Jonghyun x Taemin
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi




        Gdyby tylko pieprzone nastolatki roztkliwiające się nad swoim tragicznym bólem psychicznym mogły poczuć ból strzaskanego krocza... Obudziwszy się w środku nocy z wiernym towarzyszem u boku - bólem strzaskanego krocza - wypierdoliłem z łóżka w popłochu, gorączkowo przeszukując szufladę komody w celu wyszukania jakiegoś środka przeciwbólowego, tudzież właśnie paraliżującego. NIE MA. Postanowiłem w ciszy wyślizgnąć się do pokoju i udać się do kuchni, gdzie znajdowała się wspólna apteczka. Po cichutku na paluszkach wypełznąłem do kuchni w cierpieniach, boleściach i skarpetkach, prawie udało się nikogo nie obudzić, gdy nagle...
- No kurwa mać!!! - wyrwało mi się niechcący, gdy przypieprzyłem małym palcem u nogi o kant szafy. Po chwili usłyszałem cichy szmer w pokoju obok. Krótki moment i szmer stał już dwa metry za mną.
- Jong, widzę twoją dupę. - usłyszałem niespodziewanie głos Keya. - Gdzie masz gacie?
- W dupie. - odparłem z wściekłością. Gówno mnie w tym momencie obchodziło, że byłem nagi poza skarpetkami zdobiącymi stopy. Właściwie... Taemin jechał mnie, gdy byłem w skarpetkach?
- Wyrobiłeś gacie w kroku do tego stopnia, że weszły do środka? - zapytał z oburzeniem. - To jakiś nowy rodzaj masturbacji?
        Rzuciłem w niego patelnią i się zamknął. Nastała w końcu błoga cisza, której potrzebowałem. Użyłem supermocy promieni światła telefonu i wyczaiłem lokalizację apapopodobnego środka. Włożyłem do ust tabletkę i popiłem zwykłą kranówą. Zostawiwszy Keya leżącego na środku kuchni udałem się do swojego pokoju, nie wracając do Taemina po ubrania. Zamknąłem drzwi na klucz od wewnątrz, zasłoniłem szczelnie okna i zapaliłem światło. Stanąłem przed wysokim lustrem w celu określenia strat. Sutek ku mojemu zdziwieniu był w całości, miał dookoła kilka małych ranek, ale nic poza tym. Usiadłem na ziemi i rozchyliłem kolana. Tutaj zdecydowanie nie było najlepiej. Wygrzebałem z szuflady jakąś tłustą maść i rozsmarowałem ją na całym obszarze z nadzieją, że to wystarczy. Westchnąłem głęboko. Położywszy się na łóżku zaczynałem sobie uświadamiać, co zaszło tej nocy. Nie wiedzieć czemu, zachowanie Taemina nie dziwiło mnie ani trochę, mimo że wszyscy znaliśmy jego odmienną naturę. "Był taki od samego początku czy coś go zmieniło?" - zastanawiałem się. Wtedy przypomniałem sobie, że nie miałem okazji dowiedzieć się, co zaszło w jego życiu przez miesiąc nieobecności. Podniosłem się szybko, włożyłem pierwsze lepsze bokserki wystające z szuflady i opuściłem swój pokój. 
        Nie zmuszając się nawet do kulturalnego pukania przed wejściem na czyjeś terytorium, gwałtownie otworzyłem drzwi na oścież, przypadkowo wgniatając Taemina w stojącą za nimi szafę. 
- S-sory... - wyjąkałem. - Z drugiej strony... Z jakiej racji cię przepraszam?
        Ku jego zdziwieniu zasiadłem na środku zakrwawionej pościeli i rzuciłem mu bezwyrazowe spojrzenie. Patrzył na mnie jakby trochę z żalem za popełnione tej nocy grzechy, wyglądał na speszonego. Postanowiłem przejąć inicjatywę rozmowy. 
- Co ci strzeliło do głowy? - zapytałem, nie spuszczając z niego wzroku. Nie odpowiadał, więc ponowiłem pytanie. - Co ci strzeliło do głowy, Taemin?
        Rudowłosy westchnął głęboko, po czym spojrzał w drugą stronę. Domyśliłem się, że nie ma zamiaru kontynuować rozmowy. Ale ja miałem w dupie to, czy chce, czy nie. Wstałem z łóżka i, podszedłszy do niego, popchnąłem go na drzwi i unieruchomiłem. 
- A teraz mów, bo inaczej nie zawaham się zrobić ci krzywdy. - poinformowałem stanowczo. 
- Rób co chcesz... - odparł dokładnie tym samym, szorstkim tonem głosu, co podczas torturowania mnie. - Masz moje pozwolenie. 
- Musiałeś mieć wyjątkowo głupi powód, że nie jesteś w stanie o tym mówić. - zacząłem nim manipulować. Byłem pewien, że w końcu odpuści. - Nie sądziłem, że jesteś skłonny do tak ostrego, namiętnego seksu. 
        Uśmiechnął się. To był zarazem najwredniejszy, najbardziej chamski uśmiech, jaki u niego widziałem, jak i najszczerszy, wyrażający prawdziwe emocje. 
- Twoje sutki smakują jak gówno. - rzucił krótko, nie zmieniając wyrazu twarzy. 
- Nie wiedziałem, że lubisz gówna. - zripostowałem go. - Ciekaw jestem, jak smakują twoje. Naukowcy głoszą, że prawdziwy smak czujesz dopiero wtedy, kiedy pogryziesz produkt na małe kawałeczki. Ja jednak, w przeciwieństwie do ciebie, nie sparaliżuję cię. 
        Przycisnąłem go mocniej do drzwi, po czym, schyliwszy głowę niżej, ugryzłem go niespodziewanie w lewy sutek. Syknął z bólu. Chciałem doprowadzić go do stanu, w którym zacznie błagać mnie o to, żebym przestał, żeby płakał z cierpienia i krzyczał z podniecenia jednocześnie. Zacisnąłem szczękę do tego stopnia, że po jego gładkiej skórze potoczyła się stróżka krwi w kolorze burgunda. Cały czas starał się opanować emocje, więc z jego ust dochodziły tylko ciche, stłumione jęki. Pozwoliłem sobie na więcej. Wbiłem zęby dokładnie w przecięte wcześniej miejsce, przyspieszając tempo krwotoku. Po jego twarzy potoczyła się pierwsza łza. 
- Teraz mi powiesz? - zapytałem, cicho chichocząc. 
        Taemin ciężko oddychał. Bał się złapać głębszy oddech, wiedział bowiem, że to utrudni mu powstrzymywanie krzyku. Mimo to nadal pozostawał w milczeniu. Zastanawiałem się gorączkowo, co takiego jest przyczyną jego postępowania. Wgryzłem się głębiej. Tym razem nie wytrzymał.
- Jong-g... Wystarcz-czy... Już więcej... nie... - wyjąkał, zaciskając szczęki z całej siły. 
        Obserwowałem, jak wysoko podnosi się jego klatka piersiowa przy kurczowym braniu coraz to krótszego oddechu. Wykorzystałem chwilę jego słabości i ugryzłem z całej siły. Nie opanował krzyku. Poluzowałem ścisk jego nadgarstków. Po chwili osunął się na ziemię, zasłaniając ciało ramionami. Usiadłem obok niego, przebijając go wzrokiem na wylot. Mimo, że jego twarz zakrywały kosmyki włosów, byłem pewien, że odwzajemnia moje spojrzenie. 
- Może jednak skusisz się na odpowiedź na moje pytanie? Nie mogę patrzeć jak cierpisz. - szepnąłem, zmieniając ton głosu na cieplejszy. 
        Niespodziewanie zaczął szlochać, dusząc się własną śliną, po czym zarzucił mi swoje nagie, blade i zimne ręce na kark i przytulił się. Poczułem, jak jego gorąca krew spływa po moim torsie. Mimo wszystko postanowiłem wyciągnąć z niego odpowiedź. 



~~*~~