Showing posts with label kim. Show all posts
Showing posts with label kim. Show all posts

26.12.18

JongKey - Świąteczny liryk prozaiczny

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Wesołych świąt, czytelnicy Snays! Dostałam górę prezentów od jednej ze stałych czytelniczek - Sandry. Moim prezentem dla niej jako dla fanatycznej fanki Shinee jest ten oto liryk. 
_____________



               Stałem się oziębły niczym królowa śniegu. Z sercem zlodowaciałym, którego nikt już nie ogrzeje. Nie roztopię się już nigdy pod twoimi chłodnymi palcami. Nie rozpłynę od wzroku zimnego jak głaz. I ty nie odmarzniesz w moich ramionach, odkąd wyrwał mi cię Morfeusz.
               Gdybyś tylko był niczym przebiśnieg, który zimą ginie, by znów nagle skutą lodem ziemię przebić znienacka. Wszystko bym za to oddał, lecz to jak budowanie zamków na lodzie. Na wodzie zamarzniętej jest to pisane. 
               Zimnym wzrokiem jak stal martwo spoglądam na lawinę śniegu, białą śmierć, co blada jest jak moja twarz. Znika zieleń i czerwień, życie śmierci ustępuje. Mróz mi nos mrozi i krew w żyłach. I cicho tu niczym w grobie. Zamarzam cały i na złość tobie odmrożę sobie uszy. Siedzieć tu będę do kolejnego białego rana. Z udawaną nadzieją.
               Byłeś taką białą zbłąkaną owieczką. Moim prywatnym aniołem na ziemi. W biały dzień odszedłeś, by powiększyć grono cherubinów w niebie, wywołując zimną wojnę w mojej głowie. Zimny prysznic okrył moje oziębłe ciało. Nie miałem bladego pojęcia...
               Podążałeś swą drogą krzyżową nie opatrzywszy swych obolałych krwawych stóp. Sam dźwigałeś swój krzyż na zmęczonych trudem plecach. Płatki śniegu niczym ty kruche skrzyły się na kosmykach twoich włosów, choć nic nie szło jak z płatka. A my mieliśmy bielmo na oczach i mleko pod nosem. Siano w głowie zamiast pod obrusem. 
               Byłeś takim białym krukiem, a w stadzie wilkiem samotnym w białej masce teatralnej. Któż w tej niewiedzy wiedzieć mógł, iż mroźną zimą samotne wilki umierają, a tylko stado przetrwa. I własną drogą pójdzie, ślady przecierając. Zaprosiłbym cię do białego walca, lecz jesteś już blady. Blady jak śmierć. I tylko mi w głowie zostać hieną cmentarną i wygrzebawszy cię spod osuwisk mlecznobiałego śniegu na moment, na chwilę za zmrożoną dłoń chwycić, szukając ciepła, którego tak mi brak. 
               Są święta. Chciałbym mieć dla ciebie chociaż jedno małe pobożne życzenie. Byś był teraz w siódmym niebie. I chodził z głową w chmurach. Siedział u Pana Boga za ciepłym piecem. Moje pobożne życzenie. Nadal słyszę twój łabędzi śpiew.


19.1.14

| Za wszelką cenę | - Vol. 9

Dział: Jonghyun x Taemin
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi




        Gdyby tylko pieprzone nastolatki roztkliwiające się nad swoim tragicznym bólem psychicznym mogły poczuć ból strzaskanego krocza... Obudziwszy się w środku nocy z wiernym towarzyszem u boku - bólem strzaskanego krocza - wypierdoliłem z łóżka w popłochu, gorączkowo przeszukując szufladę komody w celu wyszukania jakiegoś środka przeciwbólowego, tudzież właśnie paraliżującego. NIE MA. Postanowiłem w ciszy wyślizgnąć się do pokoju i udać się do kuchni, gdzie znajdowała się wspólna apteczka. Po cichutku na paluszkach wypełznąłem do kuchni w cierpieniach, boleściach i skarpetkach, prawie udało się nikogo nie obudzić, gdy nagle...
- No kurwa mać!!! - wyrwało mi się niechcący, gdy przypieprzyłem małym palcem u nogi o kant szafy. Po chwili usłyszałem cichy szmer w pokoju obok. Krótki moment i szmer stał już dwa metry za mną.
- Jong, widzę twoją dupę. - usłyszałem niespodziewanie głos Keya. - Gdzie masz gacie?
- W dupie. - odparłem z wściekłością. Gówno mnie w tym momencie obchodziło, że byłem nagi poza skarpetkami zdobiącymi stopy. Właściwie... Taemin jechał mnie, gdy byłem w skarpetkach?
- Wyrobiłeś gacie w kroku do tego stopnia, że weszły do środka? - zapytał z oburzeniem. - To jakiś nowy rodzaj masturbacji?
        Rzuciłem w niego patelnią i się zamknął. Nastała w końcu błoga cisza, której potrzebowałem. Użyłem supermocy promieni światła telefonu i wyczaiłem lokalizację apapopodobnego środka. Włożyłem do ust tabletkę i popiłem zwykłą kranówą. Zostawiwszy Keya leżącego na środku kuchni udałem się do swojego pokoju, nie wracając do Taemina po ubrania. Zamknąłem drzwi na klucz od wewnątrz, zasłoniłem szczelnie okna i zapaliłem światło. Stanąłem przed wysokim lustrem w celu określenia strat. Sutek ku mojemu zdziwieniu był w całości, miał dookoła kilka małych ranek, ale nic poza tym. Usiadłem na ziemi i rozchyliłem kolana. Tutaj zdecydowanie nie było najlepiej. Wygrzebałem z szuflady jakąś tłustą maść i rozsmarowałem ją na całym obszarze z nadzieją, że to wystarczy. Westchnąłem głęboko. Położywszy się na łóżku zaczynałem sobie uświadamiać, co zaszło tej nocy. Nie wiedzieć czemu, zachowanie Taemina nie dziwiło mnie ani trochę, mimo że wszyscy znaliśmy jego odmienną naturę. "Był taki od samego początku czy coś go zmieniło?" - zastanawiałem się. Wtedy przypomniałem sobie, że nie miałem okazji dowiedzieć się, co zaszło w jego życiu przez miesiąc nieobecności. Podniosłem się szybko, włożyłem pierwsze lepsze bokserki wystające z szuflady i opuściłem swój pokój. 
        Nie zmuszając się nawet do kulturalnego pukania przed wejściem na czyjeś terytorium, gwałtownie otworzyłem drzwi na oścież, przypadkowo wgniatając Taemina w stojącą za nimi szafę. 
- S-sory... - wyjąkałem. - Z drugiej strony... Z jakiej racji cię przepraszam?
        Ku jego zdziwieniu zasiadłem na środku zakrwawionej pościeli i rzuciłem mu bezwyrazowe spojrzenie. Patrzył na mnie jakby trochę z żalem za popełnione tej nocy grzechy, wyglądał na speszonego. Postanowiłem przejąć inicjatywę rozmowy. 
- Co ci strzeliło do głowy? - zapytałem, nie spuszczając z niego wzroku. Nie odpowiadał, więc ponowiłem pytanie. - Co ci strzeliło do głowy, Taemin?
        Rudowłosy westchnął głęboko, po czym spojrzał w drugą stronę. Domyśliłem się, że nie ma zamiaru kontynuować rozmowy. Ale ja miałem w dupie to, czy chce, czy nie. Wstałem z łóżka i, podszedłszy do niego, popchnąłem go na drzwi i unieruchomiłem. 
- A teraz mów, bo inaczej nie zawaham się zrobić ci krzywdy. - poinformowałem stanowczo. 
- Rób co chcesz... - odparł dokładnie tym samym, szorstkim tonem głosu, co podczas torturowania mnie. - Masz moje pozwolenie. 
- Musiałeś mieć wyjątkowo głupi powód, że nie jesteś w stanie o tym mówić. - zacząłem nim manipulować. Byłem pewien, że w końcu odpuści. - Nie sądziłem, że jesteś skłonny do tak ostrego, namiętnego seksu. 
        Uśmiechnął się. To był zarazem najwredniejszy, najbardziej chamski uśmiech, jaki u niego widziałem, jak i najszczerszy, wyrażający prawdziwe emocje. 
- Twoje sutki smakują jak gówno. - rzucił krótko, nie zmieniając wyrazu twarzy. 
- Nie wiedziałem, że lubisz gówna. - zripostowałem go. - Ciekaw jestem, jak smakują twoje. Naukowcy głoszą, że prawdziwy smak czujesz dopiero wtedy, kiedy pogryziesz produkt na małe kawałeczki. Ja jednak, w przeciwieństwie do ciebie, nie sparaliżuję cię. 
        Przycisnąłem go mocniej do drzwi, po czym, schyliwszy głowę niżej, ugryzłem go niespodziewanie w lewy sutek. Syknął z bólu. Chciałem doprowadzić go do stanu, w którym zacznie błagać mnie o to, żebym przestał, żeby płakał z cierpienia i krzyczał z podniecenia jednocześnie. Zacisnąłem szczękę do tego stopnia, że po jego gładkiej skórze potoczyła się stróżka krwi w kolorze burgunda. Cały czas starał się opanować emocje, więc z jego ust dochodziły tylko ciche, stłumione jęki. Pozwoliłem sobie na więcej. Wbiłem zęby dokładnie w przecięte wcześniej miejsce, przyspieszając tempo krwotoku. Po jego twarzy potoczyła się pierwsza łza. 
- Teraz mi powiesz? - zapytałem, cicho chichocząc. 
        Taemin ciężko oddychał. Bał się złapać głębszy oddech, wiedział bowiem, że to utrudni mu powstrzymywanie krzyku. Mimo to nadal pozostawał w milczeniu. Zastanawiałem się gorączkowo, co takiego jest przyczyną jego postępowania. Wgryzłem się głębiej. Tym razem nie wytrzymał.
- Jong-g... Wystarcz-czy... Już więcej... nie... - wyjąkał, zaciskając szczęki z całej siły. 
        Obserwowałem, jak wysoko podnosi się jego klatka piersiowa przy kurczowym braniu coraz to krótszego oddechu. Wykorzystałem chwilę jego słabości i ugryzłem z całej siły. Nie opanował krzyku. Poluzowałem ścisk jego nadgarstków. Po chwili osunął się na ziemię, zasłaniając ciało ramionami. Usiadłem obok niego, przebijając go wzrokiem na wylot. Mimo, że jego twarz zakrywały kosmyki włosów, byłem pewien, że odwzajemnia moje spojrzenie. 
- Może jednak skusisz się na odpowiedź na moje pytanie? Nie mogę patrzeć jak cierpisz. - szepnąłem, zmieniając ton głosu na cieplejszy. 
        Niespodziewanie zaczął szlochać, dusząc się własną śliną, po czym zarzucił mi swoje nagie, blade i zimne ręce na kark i przytulił się. Poczułem, jak jego gorąca krew spływa po moim torsie. Mimo wszystko postanowiłem wyciągnąć z niego odpowiedź. 



~~*~~



17.1.14

| (R)ewolucja | - Vol. 8

Dział: Jonghyun x Taemin
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi



        Często zdarzało mi się mówić, że pierdolę to wszystko, jednak w rzeczywistości niczego nie pierdoliłem i wszystkim się przejmowałem. Nie należy słuchać tego, co mówią ludzie - bomby pod ten pierdolony świat podkładają małomówni. 
        Podszedłszy pod drzwi prowadzące do pokoju Taemina, zaczaiłem się i usiłowałem podsłuchać, co robi. Z drugiej strony nie dobiegały jednak żadne dźwięki. Zapukałem lekko. Nie usłyszawszy odpowiedzi nacisnąłem klamkę. 
- Wyjdźmy na chwilę. - usłyszałem. - Wrócimy jutro.
        Zaniepokojony zamiarami Taemina, powoli zbliżyłem się do odwróconej do mnie tyłem postaci. Nie miałem odwagi, by postawić jeszcze jeden krok i zoczyć jego obecny wyraz twarzy. Psychodelia wisząca w powietrzu wgniatała mnie w ziemię, moje nogi z każdą chwilą stawały się cięższe. Odnosiłem wrażenie, że przy każdym słowie, które wypowiem w jego towarzystwie, runie na mnie skalisty deszcz przebijający moje organy. Coś uciskało moje płuca nie pozwalając oddychać. Intuicja podpowiadała mi, iż powinienem zostać w mieszkaniu, nawet serce wahało się w wyborze odpowiedniej decyzji. Wpatrywałem się martwym wzrokiem w jego ciemną posturę, a on stał nieruchomo, oczekując odpowiedzi. Przekręcił głowę lekko w lewo, jednak jego lica nadal zasłonięte były kosmykami lisich włosów.
        Zamknąłem za sobą drzwi, po czym udałem się w głąb pomieszczenia. Nie miałem odwagi zapalić światła, wiązałoby się to z widokiem wielu nieprzyjemnych dla mnie rzeczy. Każdy kolejny krok w jego stronę stawał się wolniejszy i cięższy. Czułem się jak człowiek leczący kaca podwójną dawką alkoholu. Po dłuższej chwili zaczynałem uświadamiać sobie coraz mniej rzeczy, im bliżej niego byłem, tym bardziej mój umysł szalał. Nie wiedziałem, co się dzieje wokół mnie, a obraz stawał się bielszy.
- Nie. - usłyszałem jego głos. Gwałtownie odwrócił się i popchnął mnie na kant łóżka.




        Mamo, chyba zabiłem człowieka. Sądzisz, że to poważny grzech? W zasadzie teraz nie możemy już się dowiedzieć, czego tak naprawdę chciał. Być może oczekiwał z niecierpliwością tego momentu, w którym wszystkie jego emocje wzniosą się gwałtownie ponad chmury, wtedy jego maska zostanie rozerwana na strzępy i już nigdy się nie odnowi. Rozbije się na miliony kawałków, a blizna pozostanie na całe życie. Myślisz, że grzechem jest to, że pozwoliłem mu pokazać prawdziwą twarz? Myślę, że nie będę musiał poznawać go na nowo. 




- Jesteś śmieciem, Jong. - usłyszałem śmiech tuż nad swoją głową. Powoli otworzywszy oczy zorientowałem się, że zdjąwszy i zrzuciwszy nasze ubrania na podłogę, Taemin ułożył mnie tuż obok siebie na łóżku i sparaliżował silnym środkiem. Nie czułem żadnego ze swoich nerwów, miałem wrażenie, że znikam. Maknae mierzwił delikatnie moje włosy. - Jesteś śmieciem.
- Tae... Ty przecież... - zająknąłem się.
- Zamknij się. Jesteś ostatnią osobą, która ma tu coś do powiedzenia. - odpowiedział stanowczo, a w jego głosie odczuć można było wyraźną nutkę wściekłości. Mimo wszystko, to nadal był jego głos.
        Moje ciało było zbyt rozluźnione, bym mógł odczuwać stres, adrenalinę czy przerażenie. Swobodnie leżałem na kolanach Taemina starając się nie myśleć o tym, co może nastąpić za chwilę. Atmosfera wgniotła mnie w ziemię tak głęboko, że jej siła przestała być odczuwalna w tej sferze.
- Zastanawiam się, w jaki sposób chciałbyś umrzeć. - wyszeptał mi do ucha z szerokim uśmiechem, po czym położywszy moją głowę na jedwabnej poduszce, usiadł na drugim końcu łóżka. Położył delikatnie dłonie gdzieś w okolicy moich kolan, nie byłem w stanie określić, gdzie. Zmrużywszy oczy usiłowałem dojrzeć w ciemnościach egipskich jego poczynania. Podniósł rękę, uformował dłoń w pięść. Zamachnął się zza ramienia, po czym cisnął całą swoją siłą w mojego członka.
- Taemin, co ty... - wystraszyłem się.
- Powiedziałem, że masz się zamknąć! - krzyknął, nie pozwalając mi dojść do głosu.
        Modliłem się, aby czucie w kończynach nie zaczęło powracać w tym momencie. Nie miałem pojęcia, co robić, nie wiedziałem, co się dzieje. Dlaczego nikt nie przyszedł mi z pomocą? Cierpienie, rozszerzone tęczówki, woń krzepnącej krwi, satysfakcja...
        Okładał mojego członka pięściami kilkanaście razy, po czym obrał inny kierunek. Odnosiłem wrażenie, że wbija paznokcie w mój odbyt, nie byłem pewien. Przesunął palcem po moim torsie. Słyszałem jego cichy chichot. Zaczął okładać pocałunkami moją klatkę piersiową. W pewnym momencie... Usłyszałem dziwny odgłos odchodzący z jego ust. To było jak... chrupanie? Wtedy się zorientowałem. Pozbył mnie jednego z sutków. Cofnął się lekko do tyłu, po czym wszedł we mnie z całej siły, sapiąc i dysząc głośno z przyjemności. Nie wiedzieć czemu, nie miał żadnych zahamowań ni obaw ku temu, że ktoś mógłby nakryć go na torturach. Odwrócił mnie na brzuch i wszedł we mnie kolejny raz, aby po chwili spocząć mokrym z podniecenia ciałem na moich plecach.
- Jeśli zdołam cię zabić tej nocy... - zaczął. - Mam zamiar wchodzić w ciebie tak długo, póki twój odbyt nie poszerzy się do szerokości obu moich rąk.
- Dlaczego ty... - szepnąłem. Wydawało mi się, że czuję gorącą łzę na swoim policzku. Nie należała do mnie. - Dlaczego to robisz?
- Oto twoja kara. - zaśmiał się. - Niegrzeczni chłopcy powinni dostawać kary.
        Czucie zaczynało powracać do mojego ciała. Czułem kołatanie serca, strach przed jutrem, przerażenie teraźniejszością i silną, niezaprzeczalną miłość. Nie byłem w stanie tego opanować. Niezależnie od tego, co pragnął jeszcze zrobić z moim ciałem, kochałem go.
- Taemin... - szepnąłem.
- Czego chcesz? - zapytał z irytacją.
- Uczyń mnie swoim niewolnikiem...



~~*~~



24.12.13

| Krople goryczy | - Vol. 6

Dział: Jonghyun x Taemin
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi



- Wiesz, nienawidzę tych momentów, kiedy leżę późną nocą w łóżku i wyobrażam sobie niestworzone rzeczy, które nigdy nie miały miejsca. Chociaż jeszcze gorsze są chwile, w których zawijam się w koc i, pijąc gorącą czekoladę, przypominam sobie widok jego pustego, ale nieszczęśliwego wzroku. I czekolada zawsze się wylewa. Potem zaczynam zastanawiać się, co powinienem zrobić, by go rozweselić, ale wtedy uświadamiam sobie, że w zasadzie nie łączy nas kompletnie... nic. 
- To znaczy, że go lubisz. 
- Lubię go, oczywiście, że go lubię. Poza tym nie widzę nic złego w troskaniu się o innych. A patrzenie na niego w takim stanie sprawia mi niewyobrażalny ból. To trochę jak nałóg papierosowy. Kiedy masz ochotę zapalić, rwie cię i nie możesz wytrzymać, póki tego nie zrobisz. W ten sam sposób po prostu chciałbym zobaczyć jego uśmiech. 



~~*~~



        Zniknął. Jak zatarty przez wiatr ślad na wilgotnej glebie uraczył mnie swoim towarzystwem, by po chwili bez słowa, jakby nieświadomie, zaginąć. Wprowadziwszy do mojego życia nutkę szczęścia spowodowanego jego wieczną obecnością, niespodziewanie odszedł. Nie zostawił po sobie nic - nowego numeru telefonu, adresu pobytu, listu z wytłumaczeniem. Uciekł z miejsca zbrodni w najmniej oczekiwanym momencie. Rozsądny, racjonalnie myślący człowiek w zaistniałej sytuacji uznałby, że nie powinien wtrącać się w cudze sprawy i, zostawiwszy kumpla w spokoju, zająłby się wyłącznie swoimi prywatnymi sprawami. Ja jednak, nie przejmując się ogólnie przyjętymi normami moralnymi, rozpocząłem ślepą pogoń donikąd. 
        Sięgnąłem po album ze zdjęciami i, przekartkowawszy całość pożałowałem, że nie zachowałem żadnego ze wspólnych zdjęć. Dziwnym trafem spłonęły one doszczętnie w kominku. Miało to miejsce pewnego dnia, w którym odbył się nasz koncert w Sydney. Jego reakcja okazała się być bardziej zaskakująca niż komukolwiek mogłoby się wydawać. 
- Wiesz, Taemin, ja... - zniżyłem głos, co podkreśliło moje nieskuteczne próby hamowania wysokiego stopnia podniecenia. - Chciałbym...
        Na moment zapadła błoga cisza przerywana jedynie odgłosem powolnego spalania drewna opałowego w kominku. Objąłem go szerokimi ramionami i wtuliłem się w jego włosy. Czułem, jak drży z wściekłości. Mimo to nie odepchnął mnie. 
- Chciałbym cię mieć tylko dla siebie. - rzuciłem stanowczym tonem, bojąc się jego odpowiedzi.
        Odwrócił się gwałtownie, a jego oczy zaszkliły się łzami goryczy. Wtedy jeszcze byłem przekonany, że to łzy szczęścia, jednak niebawem okazało się, że moje przypuszczenia były mylne. W zasadzie nie potrafiłem pojąć jego powodów, skoro było już po fakcie, mimo to... 
        Taemin zmarszczył czoło. Oczekiwał jakiegoś uzasadnienia, argumentów, czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zrozumieć moje postępowanie. Spuścił wzrok, po czym niespodziewanie z całej siły machnął ręką, świadomie wrzucając nasz wspólny album ze zdjęciami do kominka. 
- Teraz jest już za późno.
        Ku mojemu zdziwieniu wybiegł w popłochu z mieszkania. Postanowiłem odetchnąć i nie myśleć o zaistniałej sytuacji. Wysłałem mu jedynie wiadomość z prośbą, żeby nie wracał zbyt późno. Mimo potwierdzenia raportem... nie zjawił się tego samego dnia. Wydzwanialiśmy do niego ze swoich numerów, z innych numerów, próbowaliśmy go w jakiś sposób namierzyć. Sytuacja powtarzała się kilkanaście razy, dopóki nie zmienił numeru telefonu. 
        W taki sposób upłynął już prawie miesiąc, ciążący i dłużący mi się nieubłaganie. Odnosiłem wrażenie, że Taemin czuje do mnie teraz niechęć, gorycz, a nawet obrzydzenie. Byłem gotów doprowadzić się do tak wysokiego stadium pozornej obojętności, by naprawdę dobrze udawać, że wszystko, co do niego czułem, przeminęło z wiatrem. Wszystko. Wszystko, byleby wrócił. 
        Nie wiedzieliśmy nawet, czy żyje. Fani byli pogrążeni w żałobie, wszczynali poszukiwania na własną rękę. Szereg ważnych koncertów został odwołany. Jedyne, co byliśmy w stanie zrobić to udzielić kilkunastu wywiadów, w których za każdym razem udzielano tych samych pytań. "Jonghyun, jak się czujesz z faktem, że doprowadziłeś do rozpadu zespołu?". "Czy gdybyś mógł cofnąć czas, zaniechałbyś sytuacji w Sydney?". "Gdyby teraz cię oglądał, chciałbyś mu coś przekazać?". 
        Prowadziliśmy tą chorą pogoń przez cały miesiąc, w końcu zacząłem mieć tego dość. Któregoś  późnego wieczora wparowałem wkurwiony na taras. Siedział tam Key, równie wściekły i bezradny jak ja. 
- Kim, przyszedłem tu oznajmić ci, że mam tego kurwa dosyć. - rzuciłem, próbując opanować krzyk i nadmierną gestykulację. - Co on sobie wyobraża do jasnej dupy? Naprawdę jest aż tak dziecinny, że, zamiast po ludzku wyjaśnić tą sytuację, ucieka i robi aferę na skalę światową?!
- Wiesz, ja... - zaczął monotonnie. Opanowywanie emocji wychodziło mu o wiele lepiej niż mi. - Mam wrażenie, że on chciał wrócić tego samego dnia. 
        Wstrzymałem oddech, a serce zabiło mi gwałtowniej. Czy... Czy on właśnie zasugerował, że... Nie, to niemożliwe. Nie po to przez cały ten czas zwalałem winę na Taemina, żeby teraz okazało się, że przecież...
- Mam wrażenie, że on chciał wrócić tego samego dnia. - powtórzył, kierując na mnie wzrok. - Być może coś mu przeszkodziło... Być może... Ktoś mu przeszkodził. 
        Obawiałem się, że usłyszę to z jego ust. Wściekłość na Taemina przeszła w chęć wyrwania flaków osobie, która położyła na nim ręce. Ważne było też, w jaki sposób je położyła... Nie, nie byłem w stanie o tym myśleć. Trzęsły mi się nogi.
- Jong. - odparł cicho Key, kładąc rękę na moim ramieniu. Po chwili jednak spuścił wzrok i wszedł z powrotem do mieszkania, zostawiając mnie samego na pastwę własnych, chorych myśli. 



~~*~~



23.8.13

| Oswojenie niesie ze sobą ryzyko łez | - Vol. 5

Dział: Jonghyun x Taemin
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi



        Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy będziemy w stanie pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los. Miłość o nic nie pyta, bo kiedy zaczynami się nad nią zastanawiać, ogarnia nas przerażenie, niewypowiedziany lęk, którego nie sposób nazwać słowami. Może to obawa bycia wzgardzonym, odrzuconym, obawa, że pryśnie czar?



~~*~~



        Sydney, jeden z najważniejszych koncertów w naszej historii. Często, gdy planuję zrobić coś nieoczekiwanego, coś, czego nikt wokół mnie się nie spodziewa, przytłacza mnie i ogarnia niewypowiedziany stres. Stres, adrenalina, silne kołatanie serca, które sprawia, że czuję, jak pulsuje całe moje ciało, począwszy od stóp, na głowie skończywszy. Bałem się, jednak wiedziałem, że nie ma już odwrotu. Wolałem, by to się skończyło w taki sposób, po mojej myśli. Koncert był ostatnią chwilą, w której mogłem to zrobić przed wybuchem afery w mediach.
        Bezgłośnie weszliśmy na nieoświetloną scenę. Wszędzie roznosił się pył i mgła. Zajęliśmy pozycje i oczekiwaliśmy aż muzyka zacznie grać, a lampy zaproszą nas do tańca swoim światłem. Ta krótka chwila dłużyła mi się niesamowicie, serce skoczyło mi do gardła. Obawiałem się, że przez to wszystko zawalę koncert, postanowiłem zrobić wszystko, by do końca piosenki zachować zimną krew. W końcu... Światła, muzyka, lasery, mgła, dym, pył, śpiew, taniec, wszystko. Zaczęliśmy śpiewać "Lucifera". Wszystko szło po naszej myśli, zero potknięć, zero porażek, wszystko idealnie. Jednak... Piosenka dobiegła końca. Złapawszy Taemina gwałtownie za rękę przyciągnąłem go szybkim ruchem do siebie i lekko pocałowałem. Na oczach całego świata. Chłopaki przez chwilę próbowali obrócić do w żart, jednak publika szalała i nie dała im dojść do głosu. Zeszliśmy ze sceny w ciszy i udaliśmy się do garderoby. Każdy z nas otworzył swoją szafkę bez słowa, nie oglądając się za innymi. Czułem tę wiszącą w powietrzu atmosferę grozy i wściekłości, jednak nikt nie zabierał głosu. Wszyscy zajęci byli tylko i wyłącznie sobą. Klimat był tak nieprzyjemny, że modliłem się, żeby jak najszybciej nakrzyczeli na mnie i pobili, po czym wybaczyli. Nogi drżały mi bardzo widocznie. Zauważyłem, że Minho od dłuższej chwili mi się przyglądał. Wiedziałem, że wyglądam na roztrzęsionego, jednak...
- Chłopaki, pozwólcie mi sprostować sprawę. - zaczął nagle. Wszyscy skierowali na niego swoją uwagę. Nikt w dalszym ciągu nie zabierał głosu. - To... To się zaczęło jakiś czas temu, wiedziałem o tym.
        Rzucił spojrzenie najpierw mi, potem Taeminowi, który stał z głową spuszczoną w dół. Miałem wrażenie, że płacze, jednak kosmyki długich włosów zakrywały mu twarz. Key wyglądał na wyjątkowo naburmuszonego, ledwo hamującego nagły wybuch emocji. Onew podobnie.
- Pamiętacie zeszłą imprezę? Fama głosi, że robiono na niej zdjęcia. - kontynuował. - Dowody na pewną "więź" między Jonghyunem a Taeminem prawdopodobnie ukazałyby się na łamach gazet w przeciągu kilku dni. Myślę, że rozwiązanie, które wybrał Jong, czyli pokazanie tego, zanim media się do tego dorwały, było zdecydowanie najlepszą opcją w tej sytuacji. Dlatego proszę was, żebyście nie mieli mu tego za złe.
        Key westchnął głęboko. Wyglądał, jakby zbierał się na odpowiedź, wpatrywał się w sufit i próbował ubrać to w słowa. Ostatecznie jednak nie wydusił z siebie ani słowa, spuścił tylko wzrok i wrócił do poprzednich czynności. Onew oparł się o szafkę i przegryzł wargę.
- Skoro tak, nie będziemy cię za to obwiniać, ale... - zaczął cicho. - To nie zmienia faktu, że to był dla nas lekki szok, Jong.
        Potaknąłem głową i wbiłem wzrok w ziemię. Nogi nadal mi drżały, nie byłem w stanie ich uspokoić. Ubraliśmy się i uciekliśmy z miejsca zbrodni tylnym wyjściem. Zajęliśmy miejsca w samochodzie. Kierowca włączył radio i pogrążyliśmy się w muzyce. Ponownie w ciszy.
        Będąc już w hotelu, każdy poszedł do siebie. Dostaliśmy osobne pokoje, z początku stwierdziliśmy, że to nie jest konieczne, jednak teraz przekonaliśmy się, że ta opcja była nawet bardziej niż odpowiednia. Odetchnąłem głośno i delikatnie zapukałem do drzwi. Nie usłyszałem odpowiedzi. Poczekałem dłuższą chwilę i zrobiłem to jeszcze raz, trochę głośniej. Cisza. Nacisnąłem klamkę i cicho wszedłem do środka. Taemin siedział w wąskiej szczelinie za łóżkiem wtulony w poduszkę leżącą na jego kolanach. Stałem i przypatrywałem się temu, co robi. Wiedziałem, że stara się hamować, jednak co moment szlochał cicho. Przyklęknąłem przy nim i odgarnąłem mu lekko włosy. Odskoczyłem gwałtownie. To... To było...



~~*~~