24.11.17

Dzieci zasypujemy wapnem

Dział: Jazz Despair
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yuri



— Spakowałam ci chlebek, masło i kilo gwoździ — powiedziała, krzątając się przy kredensie.
— Po co? — spytałam z lekkim zaskoczeniem.
— Jak, po co? Posmarujesz chleb masłem i zjesz — odparła jak gdyby nigdy nic.
— A gwoździe!? — wykrzyknęłam z konsternacją.
— Tu są. Przecież ci zapakowałam.
                    Zawsze zdawało mi się, że zupełnie przywykłam do charakteru i poziomu inteligencji kreatywności Sally, a mimo to raz po raz pokazywała mi, jak bardzo może mnie jeszcze zaskoczyć. W odróżnieniu do mnie jej system myślenia nie był zero-jedynkowy, jej poglądy skupiały się na  tym, że nigdy nie jest za późno, ale czasem trochę jest, że w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym rozpętał się pokój oraz rzekomym domniemaniu, iż skoro Jezus umarł za nas, to dinozaury umarły za Jezusa. I często nazywała mnie feministką. Dlaczego? Bo notorycznie zdarzało mi się szufladkować i przeklinać facetów za to, że istnieli na tym samym świecie, co ja. Sally natomiast nieustannie usiłowała przekonać mnie co do ich przydatności. Chociaż ona zwykła nazywać to rewelacyjnością. I znów jej się o tym przypomniało.
— Jazz, posłuchaj uważnie — odparła, siadając naprzeciw mnie przy stole. — Jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, musisz zmienić coś w swoim życiu. A póki co jesteś taką osobą, że gdy twoja stopa rano dotyka ziemi, diabeł mówi "o kurwa, już wstała".
                      Uniosłam jedną brew z malującą się na twarzy ignorancją i powoli wypuściłam z ust dym. Skoro do fajek zamiast śniadania zdołała się przyzwyczaić, do nienawiści, jaką darzyłam płeć brzydką też by mogła. 
— Który to już poranek, gdzie siedzisz w niewypranych śmierdzących dresach, nie pamiętasz już, kiedy ostatnio się myłaś i jęczysz, że robota nie zając? — pytała z pretensjami. — Wiesz, co musisz zrobić. Musisz o siebie zadbać. Musisz zwiększyć swoje poczucie wartości. Potrzebujesz mężczyzny. 
— Możliwe, że związek to dobry pomysł — odparłam od niechcenia. — Ale tak samo było z wakacjami na Titanicu i wszyscy dobrze wiemy, jak to się skończyło. 
                    Sally westchnęła z rezygnacją, choć dobrze wiedziałam, iż na tym nie poprzestanie. Niestety. Ale tak czy inaczej na mojej twarzy zagościł uśmiech pełen pogardy i satysfakcji z wygranej bitwy na argumenty.
— I dlaczego taka jesteś? No powiedz, no — wyjąkała. — Taka... cyniczna. Taka... Jakbyś się już z tym wszystkim poddała?
— Bo mój plan zawładnięcia światem legł w gruzach już na początkowym etapie, kiedy to miałam wstać o siódmej rano — odpowiedziałam, odpalając kolejnego papierosa, zupełnie nie zważając na to, iż godziny mojej pracy rozpoczęły się już trzydzieści minut temu.
— Spójrz na mnie. Dbam o siebie, nie piję, nie palę, nie używam — mówiła dalej. — Dzięki temu będę dłużej żyła. 
— Teoretycznie tak — wymamrotałam z petem w ustach. — Tylko po co?
— Wyobraź sobie, że kobiety rodzą się aniołami...
— A kiedy połamią skrzydła — przerwałam jej — zaczynają latać na miotłach.
                    Sally ze zrezygnowaniem odeszła od stołu, rzucając mi na pożegnanie sfrustrowane spojrzenie. Może jeszcze kiedyś się z tym pogodzi i przestanie mi narzucać swoje myślenie. Przez długi czas twierdziłam, iż tego u niej nie znoszę, lecz z biegiem czasu zaczęło mnie to naprawdę bawić. Ale ta lafirynda nadal nie rozumiała, że mnie nie da się zmienić.
                    Po miłej porannej pogawędce przy herbatce zebrałam w końcu swój odwłok i doczłapałam do przedszkola, w którym pracowałam jako Człowiek Oczerniany Przez Rodziców Za Nazywanie Ich Dziecka Zasmarkanym Gówniarzem. I już przekraczając próg uświadomiłam sobie, jak bardzo nienawidzę tej fuchy.
— Pani Despair, pani Despair! — wołała starsza opiekunka nim jeszcze weszłam do środka. — Przyszła pani z nowym dzieckiem. W twojej grupie zostało jeszcze kilka wolnych miejsc, prawda? Czy mogłabyś z nią porozmawiać?
— Oczywiście — odparłam z entuzjazmem, zacierając już ręce na myśl, w jaki sposób spławię to babsko. 
                    Odwiesiłam skórzaną kurtkę na wieszak, zabierając z kieszeni paczkę pełną skrętów na wypadek, jakby jakiś pięciolatek chciałby mi je zajebać i potem kitrać się ze szlugami po kątach, po czym ruszyłam na spotkanie ze złem wcielonym, jak nazywałam każdą kobietę z zapędami do macierzyństwa. 
— Dzień dobry — powiedziałam niskim głosem, biorąc się od razu za przeglądanie papierków, które mi przyniosła. Nie znalazłam wśród nich żadnego banknotu, co wyraźnie wpłynęło na moją ostateczną decyzję. — Przykro mi, ale do naszego przedszkola przyjmujemy tylko dzieci zaszczepione.
— A co z niezaszczepionymi? — spytała ze strachem.
— Grzebiemy je w ogródku i zasypujemy wapnem.
                       Później z pełną satysfakcją z braku nowego bachora w grupie udałam się na swoją salę, gdzie smarkacze standardowo robiły ostry rozpierdol na rewirze. W takich sytuacjach najczęściej zjadałam kanapki Sally, zastanawiałam się nad sensem życia lub też kibicowałam dziewczynkom, kiedy waliły chłopców po mordzie. Zasada była jedna: "Panów po urodzeniu powinno się wyrzucać do kosza. Wy po prostu mieliście szczęście".
                       Z niesmakiem obserwowałam bawiące się stwory, przechadzając się wśród nich i podsłuchując rozmowy, kiedy się bawiły. Trójka katolickich dzieci, których unikałam ze strachu właśnie przeprowadzała scenkę na cześć Jezusa.
— Ukrzyżowanko? — pytało jedno.
— Tak — odpowiadało drugie.
— Dobrze. Przez te drzwi, kolejka na prawo, jeden krzyż dla każdego. 
                        Potem zaś dla zabicia nudy przysiadłam się do grupki smarkaczy bawiących się w dom i jedzących razem udawany obiad. 
— Może jeszcze kawałek stołu? — zaproponował mi jeden z nich, gapiąc się na mnie psychicznie.
— Dziękuję, nie lubię marcepanu — odparłam od niechcenia. — Poza tym uważam, że nie należy zjadać cudzych mebli. 
                        Po męczącej pierwszej godzinie pracy uznałam, że jestem zbyt zmęczona faktem, iż nie mogę wyjść na papierosa. Udałam się więc do szefowej, która siedziała w przedszkolu cały dzień i chuj jeden wiedział, co ona tam robiła.
— Pani szefowo, fatalnie się czuję — powiedziałam, skręcając się z bólu. 
— Co się dzieje, Jazz? — spytała z troską i łzami w oczach. 
— Nie wiem, tak wstałam i od rana sram jak pani pies — wyjąkałam niczym podczas tortur.
— To pewnie zatrucie. Byle nie jelitówka, tylko nie jelitówka... — powtarzała ze strachem. — Idź do domu i wypocznij. Wyglądasz jakbyś sto lat nie spała. Zadbaj o siebie, Jazz. Naprawdę. 
                    "Zadbaj o siebie", kurwa, gorzej tego w słowa ubrać nie można było. Czy ci ludzie nigdy nie przestaną wtrącać się w moje życie?



________________________________________

Witam Szanownych Czytelników, 

Pragnę tylko powiedzieć, jak narodził się pomysł na tę serię. Pierwsza kwestia - dużo skarg na mało yuri. Druga - gdzieś z tyłu mojej głowy przez długi czas kryła się ochota na coś w stylu Maniakalnego Doktora. Po połączeniu obydwu kwestii wpadłam na Maniakalnego w wersji damskiej, co wywołało u mnie nagły skok adrenaliny. Pomyślałam wówczas: "Kurwa, wyzwanie". I może nawet to skończę. 
Kiedyś.