31.1.18

Wystarczyło zrobić barmanowi loda

Dział: Jak najdzie ochota, to i pies kota wyłomota 
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi 



                    Tego gorącego poranka promienie słońca wpadły przez okno, parząc mnie wręcz w twarz. Przypomniało mi to o małej ranie, którą pewien mężczyzna pozostawił na moich ustach. Zagryzłem je delikatnie i syknąłem z bólu. Może jednak nie była wcale taka niewielka. Podniosłem się powoli z łóżka i rozejrzałem się wokół. Sięgnąłem po paczkę papierosów i zarządziłem dzień lenistwa. Pracę zaczynałem późnym wieczorem, nic nie stało na przeszkodzie, żeby zostać w wyrze cały boży dzień. Odpaliłem fajkę i zacząłem kosztować się wspaniałym smakiem taniego tytoniu, gdy nagle... Dzwonek do drzwi? W czwartek o jedenastej? To komornik, świadkowie Jehowy, agenci ubezpieczeniowi czy może po kamienicy znów chodzi ta babcia sprzedająca odzież używaną?
                     Podniosłem się z niechęcią i zmarszczyłem czoło, żałując, że nie mam w drzwiach wizjera. Nacisnąłem na klamkę i powoli otworzyłem, a wtedy...
— ...skąd wiedziałeś, że to tutaj? — spytałem z niedowierzaniem.
— Spytałem w barze, podali mi numer bloku — odparł, opierając się o framugę drzwi. — Nie znali tylko numeru mieszkania. Dlatego sprawdzałem wszystkie po kolei.
— Po kolei? Przecież jest ich tu ponad czterdzieści! — wykrzyknąłem. — Poza tym... jakim prawem podano ci mój adres zamieszkania bez mojej zgody?
— Wystarczyło zrobić barmanowi loda — odpowiedział. — Pozwolisz, że się wproszę. Przyszedłem zrobić ci śniadanie i przyniosłem kwiaty. 
                    Wręczył mi bukiet białych tulipanów, pocałował czule w policzek na powitanie i wszedł do środka. A ja jeszcze przez dobre kilkanaście sekund stałem jak wryty w drzwiach, cały sparaliżowany, tylko z mojego papierosa unosił się dym. 
                    Will bez mojej pomocy odnalazł kuchnię, rozpakował zakupy (cholera wie, skąd je nagle wziął), po czym zabrał się za przygotowywanie posiłku. Stałem za nim i nadal przyglądałem się zaistniałej sytuacji nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. 
— Robiłem rano porządki w domu, skoro sobota. Przeglądałem też apteczkę domową — mówił. — Według niej mamy w życiu dwa cele. Uspokoić się i nie zesrać. 
— Will, jest czwartek — napomknąłem. 
— Poważnie? — zapytał, obracając się do mnie. — Zatem nic tak nie psuje soboty jak wiadomość, że dziś jest czwartek. Hej, co z tobą?
                    Widocznie zauważył, że jestem jakiś nieswój. Podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy jeszcze raz pytając, czy wszystko w porządku. 
— Tak, oczywiście — potwierdzałem, błądząc wzrokiem po ścianach. — W jak najlepszym.
— Doprawdy? — spytał z ironią. 
— Will, nigdy nikt nie przyszedł do mnie rano z kwiatami i nie oznajmił, że zrobi dla mnie śniadanie — wyrzuciłem z siebie w końcu. 
— To dość normalne, skoro spotykałeś się dotychczas tylko z kobietami — powiedział. — Gdyby taka przyniosła ci kwiaty, musiałaby być co najmniej niemiecką niewydepilowaną feministką. 
                   Westchnąłem głęboko i zgasiłem papierosa w stojącej nieopodal popielniczce. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę, chcąc poczęstować bruneta, ale ten niespodziewanie wsunął dłonie pod moje pachy i objął mnie mocno, wtulając twarz w moją szyję. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Jednocześnie zrobiło mi się gorąco i czułem się jakbym na chwilę stracił czucie w kończynach. Temu wszystkiemu towarzyszyło jeszcze to dziwne uczucie w brzuchu... Fruwałem nad chmurami. Beztrosko szybowałem. 
— No ale cieszysz się chociaż trochę, że przyszedłem? — zapytał cicho. 
— Kurde — wymamrotałem. 
— No powiedz — nalegał.
— No trochę się cieszę. 
                    Otarł się swoim nosem o mój i uśmiechnął się. Czułem, jak moja twarz płonie. Co on ze mną, do cholery, robił? Tego typu uczucie pamiętałem jedynie z czasów podstawówki, kiedy to zakochałem się po raz pierwszy, w dodatku w czterdziestoletniej sprzątaczce ze szkoły. Niezła była. 
— Nie odwracaj wzroku, Ashley — szepnął, chwytając mój podbródek i przyciągając mnie do siebie jeszcze mocniej. — Spójrz na mnie. 
                    Wykonałem jego polecenie z wielkim trudem. Kto by pomyślał, że kontakt wzrokowy może sprawiać tyle problemu? Byłem szczęśliwy. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Starałem się to kontrolować, nie pozwolić temu na sterowanie mną, byłem w końcu dorosły i wiedziałem, że poddawanie się emocjom to naiwność i głupota. Ale ten mężczyzna patrzył na mnie w taki sposób... Rozpływałem się. Zmrużyłem powieki i tym razem to ja otarłem się nosem o jego. Rzucił mi zatroskane spojrzenie, po czym przylgnął swoimi wargami do moich i pocałował mnie delikatnie. Zrobił to tak subtelnie, jakby tylko musnął moje usta. Splotłem dłonie na jego karku, jednak namiętność rosła i rosła, w czego rezultacie również objąłem go ramionami. Uniósł mnie i posadził na blacie, nie przerywając pocałunku. Chciałbym powiedzieć, że straciłem poczucie bezpieczeństwa, kiedy wtulił się we mnie mocniej i znalazł się między moimi kolanami, ale w rzeczywistości poczułem się najbardziej komfortowo i pewnie, jak tylko mogłem się poczuć. 
— Will — wyjąkałem, kiedy się ode mnie odsunął. Pogłaskałem go po głowie. — Mmh...
— Mmh? — spytał, na co roześmiałem się cicho.
— Nie wiem, jak ubrać w słowa to, co mam w środku, no — wymamrotałem, onieśmielając się. — Jak to działa...?
— Kochasz mnie, Ashley? — zapytał nagle. 
                   Uśmiechnąłem się krzywo i oparłem głowę na jego ramieniu, nie mogąc dłużej utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego. 
— Chodź, zrobimy razem śniadanie, co? — zaproponowałem. 
— Spłoszyłeś się — zauważył. 
— T-tak, to całkiem adekwatne określenie... — powiedziałem cicho i zachichotałem nerwowo. — Jestem trochę speszony i nie wiem, co robić.
— Co cię tak hamuje? — zadał pytanie, wplatając palce w kosmyki moich włosów. 
— Hamuje? — powtórzyłem po nim. — Chyba świadomość, że w ogóle się nie znamy. 
                    Nie odpowiedział. Milczał przez dłuższą chwilę. Ale nie mogłem przepraszać za słowa, które były szczere. 
— Nie wiem, jak to działa, naprawdę — kontynuowałem. — Niby się nie znamy, a jednak...
— Hm?
                    Spojrzałem na niego znowu i potaknąłem głową ze zmieszanym uśmiechem.
— Kocham.
                    Położył wówczas dłoń na moim policzku i pogładził mnie po nim. Westchnął, ale po tym na jego twarzy zagościł uśmiech. 
— Ja też nie wiem, jak to działa, Ashley. Ale chyba nie mam ochoty się temu opierać.