Showing posts with label homo. Show all posts
Showing posts with label homo. Show all posts

4.8.18

Jeździec bez błony

Dział: Robin Fiut & Conan Deflorator
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi





Z perspektywy Conana



               Odkąd wywiozłem Robina na jego własną prośbę godzinę od miasteczka, był na mnie śmiertelnie obrażony, bowiem jego misja nie doszła do skutku. To znaczy, powiodła się, jednak tylko pogorszyła wynik naszych badań. Błagał mnie o ratunek, byłem jednak zajęty swoją częścią eksperymentu.

               Pewnego pięknego ranka na znanej stronie gejowskiej prowadzonej przez największego pedała w kraju, którą razem z Robinem regularnie śledziliśmy, pojawił się wpis o tyłkach mężczyzn uprawiających jazdę konną. Zaciekawił mnie ten artykuł. Mistrz opiewał w nim zalety miękkiego niczym aksamit zadka każdego chłopca trenującego ten arcypiękny sport. Postanowiłem sprawdzić, ile prawdy jest w jego słowach.
               Założyłem błękitną koszulę i jeansy, narzuciłem na siebie granatową marynarkę, na nos wsunąłem drogie okulary przeciwsłoneczne. Chwyciłem w dłoń skórzaną aktówkę i dopieszczony perfumami Prady opuściłem swój apartament. Wsiadłem do drogiego samochodu i udałem się prosto na pole jeździeckie na obrzeżach Deneville.
               Trwał akurat trening, więc trafiłem w najlepszy moment. Bardziej sprzyjającej sytuacji nie mogłem sobie wyobrazić. W dodatku główny trener był nieobecny i dzieciaki szkolił student wyższej rangi. Oparłszy się o drewniane ogrodzenie uważnie obserwowałem każdy jego ruch, każdy moment, kiedy koń podrzucał go gwałtownie nad sobą. Tę grację. Tę wdzięk. Ten tyłek.
               Chwilę po pokazie jeden z bachorów wskazał na mnie palcem i moje obserwacje szlag jasny trafił. Jednakże była to doskonała chwila na rozpoczęcie pierwszej części mojego diabelskiego planu przelecenia młodego trenera jeszcze tego wieczora. Ów młody mężczyzna, a raczej jeszcze chłopczyna, ostrożnie podszedł do mnie, by zapytać kim jestem i czym mógłby mi pomóc. W odpowiedzi na zadane przez niego pytania seksownie zagryzłem wargę, po czym uśmiechnąłem się zawadiacko, zsunąłem z nosa okulary i podałem mu dłoń w silnym, lecz nie krępującym uścisku.
— Nazywam się Conan — odparłem, zniżając ton do aktorskiego diapazonu. — Jestem łowcą talentów. Myślę, że powinniśmy wypić razem kawę.
              Tylko ślepy nie dostrzegłby tego błysku w oku młodzieńca, którego głupota nakazywała mu wierzyć w istnienie tych postaci fantastycznych, jakimi byli łowcy talentów. Pochwaliłem jego profesjonalizm, kiedy zapytał, czy mógłby dokończyć trening i wziąć szybki prysznic. Postanowiłem poczekać na niego na miejscu i poukładać sobie wszystko w głowie. Coś w głębi duszy podpowiadało mi, iż tego dnia eksperymenty moje i Robina dobiegną końca i nareszcie rozpocznę długi, namiętny romans. W dodatku z młodym przystojnym blondynem mającym doświadczenie w ujeżdżaniu nieposkromionych rumaków.
               Był potulny jak dziecko. Przedstawił się jako William i bez zbędnych pytań wsiadł do mojej fury nie wiedząc, co go czeka. Dłonie chyba pociły mu się ze stresu, co chwila pocierał nimi o spodnie. I to był moment, który musiałem wykorzystać.
— Czy to skromność? — spytałem, śmiejąc się cicho. — To zdenerwowanie nieadekwatne do twojego talentu, Will.
— Proszę mnie nie przeceniać... — wyjąkał cicho. — Dopiero zaczynam.
— Jednak z jakiegoś powodu jesteś tu ze mną i zgodziłeś się porozmawiać — odparłem. — Obydwoje wiemy, jak wielkie są twoje zdolności, ale z niewiadomych mi przyczyn tylko ja mówię o tym głośno. Jesteśmy na miejscu.
              Zaparkowałem samochód i zaprowadziłem go do samej furtki ogradzającej moją małą willę.
— Chciałbym, żebyśmy mieli spokój, dlatego zapraszam cię do mojego mieszkania. Czy nie będzie to dla ciebie niekomfortowe? — spytałem, nadal się uśmiechając.
               Pokręcił głową na boki. "A jakby mogło ci przeszkadzać, skoro postawiłem cię w takiej sytuacji, że niekulturalnie byłoby odmówić", pomyślałem. Otworzyłem przed nim bramkę i bacznie obserwowałem, z jakim szokiem obserwuje bogato urządzone otoczenie. Zaprowadziłem go do środka.
— Napijesz się czegoś? — spytałem, krzątając się przy kredensie. — Kawa? Herbata? Może koniak na rozluźnienie? Myślę, że można już założyć, iż będzie co opijać.
               Odwróciłem jego uwagę kolekcją ozdobnych słoi z Argentyny i szybko zamknąłem laptopa, na którego ekranie widniał tytuł niezamkniętego artykułu o tytule "Pieprz chłopaka, co wskakuje na rumaka!".
               Kiedy przy szklaneczkach mocnego alkoholu zajęliśmy miejsca w salonie na dwóch stojących po przeciwnych stronach etażerki sofach, rozpiąłem dwa guziki koszuli i rozpocząłem dyskusję.
— Mogę sprawić, że będziesz miał wszystko, o czym zamarzysz — zacząłem, używając typowych gadek motywacyjnych, by tylko nie wyszło na jaw, iż nie mam zielonego pojęcia o jeździectwie. — Konkursy, zwycięstwa, miliony ludzi patrzących tylko na ciebie. Hollywood, wywiady w telewizji. Kobiety błagające o autografy.
— To brzmi... jakby było niemożliwe — powiedział cicho.
— A jednak — odpowiedziałem. — Widzisz ten apartament? Wynająłem go na jedną noc. Przyjechałem tu pewnie wiesz skąd. Na początku odmówiłem, błędnie uznałem, że to dziura zabita dechami i nie ma tu nikogo z talentem. A potem... A potem znalazłem ciebie. Wypijmy za to spotkanie, Will.
               Stuknęliśmy się szklankami i kontynuowałem wpajanie mu bzdur wyssanych z palca i opowiadałem bajki tak długo, aż nie zauważyłem wyraźnego upojenia alkoholowego w jego oczach. To był znak, że to czas na przejście do kolejnej części planu.
— Jednak, Will, jak to w każdej branży bywa, jest też ta zła strona tej branży — kontynuowałem, spuszczając wzrok. — Kontrakty wymagają odpowiedniego wyglądu, jest to narzucone z góry przez media, z którymi współpracujemy. Wiesz, co najbardziej przykuwa uwagę potencjalnego widza?
— Co? — zapytał z ciekawością.
— Pośladki — odpowiedziałem. Nie wyglądał na zdziwionego. — Wymagają odpowiednich parametrów. Jeśli znasz się dobrze na swojej pracy, na pewno wiesz, co mam na myśli.
— Tak — odparł, zagnany w ślepą uliczkę.
— Mogę podpisać z tobą kontrakt jeszcze w tym tygodniu, lecz musisz pozwolić, żebym sprawdził kilka rzeczy. Rozbierz się proszę. Tam jest łazienka. Zasłonię okna.
               Chłopczyna był tak skrajnie zafascynowany moją przemową i tak posłusznie wypełniał moje polecenia, że aż było mi wstyd za moje zachowanie. Zaszedłem jednak za daleko. W pomieszczeniu zapanował półmrok. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie i oczekiwałem cudu.
               Kiedy William nieśmiało opuścił toaletę, uśmiechnąłem się delikatnie. Skinąłem dłonią aby podszedł bliżej. Dokładnie mierzyłem wzrokiem każdy najmniejszy fragment jego nagiego ciała. Gdy stał już przy mnie, przesunąłem dłonią po jego biodrze, mocno zaciskając palce na jego pośladku. Niewiarygodnie miękki i sprężysty. Chwyciłem jego uda i szybkim ruchem posadziłem go na swoich kolanach, nie przestając masować jego delikatnej pupy.
— Jakie to uczucie, kiedy ktoś cię tam dotyka? — wyszeptałem.
— W porządku... — wymamrotał, błądząc wzrokiem po ścianach.
— Spójrz mi w oczy — nakazałem. Wykonał żądanie. — Masz niewiarygodny talent, Will... Nie mogę uwierzyć, że znalazłem tutaj kogoś tak wspaniałego jak ty... — mówiłem cicho, po czym niepostrzeżenie przeniosłem dłonie na jego stwardniałe z zimna sutki. — Cśś. Nic nie mów. Zasłużyłeś na chwilę relaksu. Zaufaj mi. I nie urywaj kontaktu wzrokowego.
               Jego ciało powoli wyginało się w łuk, a klatka piersiowa podnosiła się, prosząc o więcej. Pochyliłem się nad nim i zacząłem delikatnie pieścić jego sutek językiem.
— P-panie Conan, to dziwne — wyjąkał, gwałtownie zaciskając kolana.
— Co takiego? — spytałem, przerywając na moment.
               Nie odpowiedział. Jego policzki pokryły się rumieńcem. Chwyciłem jego podbródek, uniosłem lekko i złożyłem namiętny pocałunek na jego ustach. Kiedy poczułem, że chce mi przerwać, delikatnie objąłem ręką jego członka, masując go lekko.
— Mm, nie — wyjąkał odpychając mnie. — Proszę tego nie robić.
— Nie robić czego? — spytałem ze zdziwieniem. — Przecież to ty.
               Obydwaj spojrzeliśmy w dół, na jego niekontrolowanie poruszające się w stronę mojej dłoni biodra.
— Po prostu się nie powstrzymuj, Will — szepnąłem z uśmiechem, głaszcząc go po jasnych włosach. — Jako twój przyszły menadżer mogę cię tak zaspakajać, kiedy tylko sobie tego zażyczysz.
               Wtedy się poddał. Rozpiąłem spodnie i poprosiłem go, aby mi też sprawił trochę przyjemności. Było coś uroczego w tej jego bezradności, w tym, jak musiałem instruować go, co powinien robić z językiem. A później ułożyłem go na brzuchu i wtedy już pozwolił mi na wszystko. Zachowałem jednak nadzwyczajną delikatność, kiedy go rozpychałem i jeszcze większą, kiedy już w niego wchodziłem. Badałem coraz głębsze zakamarki, podczas gdy on nieśmiało szlochał w poduszkę, lecz po chwili zaczął się unosić razem ze mną. Kochaliśmy się więc do późnej nocy. Po tym akcie objąłem go ramieniem, a on wtulił się we mnie i zasnął. Drugą dłonią sięgnąłem po telefon i napisałem do Robina: "Stosunek z chłopakiem jeżdżącym konno NIE DZIAŁA".

28.7.18

Tylko mnie popchaj

Dział: Robin Fiut & Conan Deflorator
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi



                Kierowca nie miał duszy romantyka, dlatego nie był zaskoczony. Bowiem dlaczego w zdziwienie miałyby wprawić go zjawiska, które widywał każdego wieczora w trasie, odkąd zaczął pracować w tej branży? Rozciągające się w nieskończoność pełne gęstwin lasy liściaste nie były niczym nowym. Czerwone słońce kąpiące się w fiolecie rozrzedzonych chmur nie poruszały jego serca z kamienia. Pola kwitnące żółtym pachnącym rzepakiem nie czyniły go zdekoncentrowanym, a tym bardziej zamyślonym. Ale co na tym bezludnym pustkowiu robiła zakonnica łapiąca stopa?
— Dzień dobry, siostro, czym mogę pomóc? — spytał zdezorientowany.
               Wydawała się nieco speszona, choć zapewne przez to, z jak przeraźliwie głośnym piskiem opon zatrzymał się tuż przy niej. Taki miał nawyk. Zwykł pędzić autostradami, słuchając ciężkiego stoner rocka i nawet w terenie zabudowanym gwałtownie hamował, gdy ktoś znienacka wybiegał na jezdnię. Kiedy zaś wyskakiwały zwierzęta, nie fatygował się.
— Dzień dobry — odpowiedziała w końcu, wracając do żywych. — Chciałabym dostać się do najbliższego miasta, powinno znajdować się jakieś czterdzieści kilometrów stąd.
— Ma siostra na myśli Deneville? To miasteczko na wzgórzu? — spytał, nie wyciągając papierosa spomiędzy warg. — Nie po drodze, ale mogę zmienić trasę. Może przynajmniej dzięki temu Bóg będzie miał mnie w opiece.
               Przy małej pomocy kierowcy zakonnica nieudolnie ulokowała się w zadymionym tirze, ostrożnie zapięła pasy i odetchnęła z ulgą. Mężczyzna nie zadawał pytań, gdyż mimo jego co najmniej bezczelnego i nadzwyczaj prostackiego charakteru towarzystwo osoby duchownej nakazywało mu zachować choć minimalny dystans. Uznał zatem, iż po raz pierwszy i ostatni uczyni w swoim długim marnym życiu coś dobrego, to może choć trochę zmniejszą ogień piekielny, kiedy już trafi w szpony Beelzebuba. A tego, że tam wyląduje, był akurat pewien. Milczał więc, wyłączył muzykę i niezręczną ciszę przerywał tylko ryk silnika.
— Wy, kierowcy... — powiedziała nagle z uśmiechem siostra zakonna. — Wy, kierowcy, wy to macie dobrze.
               Mężczyzna spojrzał na nią kątem oka, lecz zupełnie zignorował wypowiedziane przez nią słowa. Zgasił papierosa i zaraz po nim odpalił kolejnego. Ich oczom ukazał się średniowieczny zamek wyrastający spomiędzy wysokich gór, co odwróciło uwagę zakonnicy. Przyglądała mu się dokładnie, delikatnie mrużąc powieki. Miała retrospekcję?
— Wy, kierowcy — zaczęła znów, choć mężczyzna zupełnie zapomniał już, że ktoś siedzi na miejscu pasażera.  — Macie dobrze. Możecie tak zgarnąć z drogi piękną kobietę.
              Wypuścił dym z ust, jednak po raz kolejny nie skomentował tej uwagi. Na usta cisnął mu się szowinistyczny żart, jakim na pewno uraczyłby swoich kolegów z branży, ale pamiętał, kim jest kobieta i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż nie wypada mu mówić takich rzeczy.
— Wy, kierowcy — odparła po raz kolejny, gdy znajdowali się już właściwie w samym Deneville, na leśnej drodze prowadzącej do centrum. — Wy to macie dobrze. Możecie tak zabrać piękną kobietę i zrobić z nią co tylko chcecie.
— Dobra — odpowiedział zniecierpliwiony, po czym zahamował ostro i wjechał w boczną ciemną dróżkę. — Niech będzie. Tu chyba nikt nas nie zobaczy.
               Wysiedli obydwoje i stanęli tuż przed maską tira. Siostra podniosła delikatnie spódnicę, na gołych kolanach uklęknęła przed nim, on rozsunął rozporek. Gdy dokonała cudu, jak na osobę duchowną przystało, poprosiła nieśmiało:
— Tylko proszę z tyłu, wie pan... Ksiądz nam błony sprawdza.
               Kierowca wzruszył ramionami. Oparł kobietę o samochód, zsunął z jej bioder jedwabną bieliznę i bez uprzedzenia i zbędnej delikatności wszedł w nią natarczywie i gwałtownie, w czego wyniku spomiędzy jej ust wydobył się przeraźliwy krzyk, poprzedzający jednak falę długich pełnych satysfakcji i zaspokojenia westchnień. Odsunął się i z kultury nawet przyodział ją z powrotem. Ona wówczas obróciła się przodem do niego i wykrzywiła twarz w pełnym grymasie.
— Wy, kierowcy, macie dobrze — powiedziała znów. — A my, pedały, musimy sobie radzić.


***


Z perspektywy Robina

— No, czego? — spytał tonem głosu człowieka zmęczonego życiem.
— Conaaaaaaaaaaaaaaaaaan! — wydarłem się prosto w słuchawkę, nie mogąc złapać tchu. — Nie działa! Stosunek z przypadkowym człowiekiem nie działa! 
— Czego tak dyszysz? — zapytał z odrazą.
— Bo mnie tirem, kurwa, goni!
               I tak skończyło się kolejne wyzwanie rzucone przez kumpla też pedała. Naszą największą zmorą był fakt, że żaden z nas nie odczuwał zaspokojenia, w wyniku czego pieprzyliśmy się z wszystkimi i wszystkim, prowadziliśmy tajne eksperymenty i badania, lecz każda opcja prędzej czy później okazywała się błędna. Nie działali przystojni wytatuowani barmani, nie działały kobiety. Satysfakcji nie przynosił seks ze staruszkiem ani z dzieciakiem. Nie byliśmy w stanie nawet masturbować się na widok płodów ani zwierząt. Dziuple drzew nie pomagały. Znajdowaliśmy się z Conanem na skraju wyczerpania i łudziliśmy się nadzieją, iż to jeszcze nie jest nasz koniec. 

12.7.18

Akt II

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski



AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA KUCHENNA W ZAMKU PANICZA KEY


Trudy i znoje pasterza Taemina — Rekonesans naczelnika — Głębokie stosunki rycerza i pana — Pieśń samotnego wieśniaka



 wchodzi Taemin


     TAEMIN
Naczelniku drogi!


     ONEW
Na modre stonogi!
Jakiegoż boja mi pasterz napędził
Wszedłszy tutaj jakoby podczas więziennych odwiedzin
Czy najadły się owce zielonej miedzi?


     TAEMIN
O czymże naczelnik bredzi?


     ONEW
Toć szyfru używam, coby nie każdy rozumiał
Albowiem gdyby każdy liście kosztować jak owca umiał
Rozgardiasz by powstał, drogi pasterzu


     TAEMIN
A co tam naczelnik ma w kołnierzu?


     ONEW
Węgiel na wafle przefurmaniłem
Tak się z księstwem sąsiednim zwanym Big Bang zamieniłem
Na ziąb nie zejdziemy, bo upał tego lata
A jeść co będzie póki owca każda naćpana lata


     TAEMIN
Cóż za hojna zapłata!
Czy wie o tym książę Kim Kibum najwyższy?


     ONEW
Popierdoliwszy?
Zamknij usta przed paniczem, co ci życie miłe
Boś wiesz jak tłumaczenie by było zawiłe
Cóż mu powiesz przecie?
Że owce opętało i żrą się wzajem kto pierwszy na mecie?


     TAEMIN
Owce były na fecie!
To nie był kanabis, drogi naczelniku
Tabletek przy owcach odnalazłem bez liku
Jedna owca czarna wydała pozostałe
Mówiła, że czynnik depresyjny wykryła w swoim kale
Dlategóż sprowadziła fety dwa wagony
By wspomóc swój naród owczy chory i upokorzony
Winna przewidzieć jednakże skutki złe uboczne
Że owczyce w agresji zeżrą swoje kończyny boczne
Mieliśmy depresantów, a wówczas mamy ćpuny
Ćpuny inwalidów, na szczęście bez dżumy

     ONEW
Cóż teraz, pasterzu, poczniemy?
Wafle na kolację zjemy
Lecz lud o mięso będzie wołać donośnie
Czy owca w ogóle na fecie urośnie?


SCENA II
IZBA RYCERZA JONGHYUNA


     JONGHYUN
Słowa nie wyrażą radości serca mego!


     KEY
Że niby czego twego?


     JONGHYUN
Serca mego, co w górę się wznosi
Gdy oczy twoje zoczę wszystko się podnosi


     KEY
Pantalony w kroczu na pewno


     JONGHYUN
Nie mówże tak, gdy tak romantycznie i rzewno
Kiedy cię dotykam, czy wiesz, cóż czuję?
Głowa się rozjaśnia, dusza się raduje,
Słońca promienie sponad chmur wychodzą
Srebrzyste wstęgi rzek na nowo się rodzą
Drobne strużki, strumyczki piach zimny zmywają


     KEY
O tym myślą ludzie, kiedy się kochają?


     JONGHYUN
A kiedy cię kocham, myślę o miłości
Dalej pod skórę, do samych kości
Głębiej i ciaśniej, raz szorstko, raz miękko
O tym myślę, jaką radość mi dajesz wielką
Lica twoje rumieńcem się okrywają
Uda porywczo się rozrywają
I krzyków spełnienia twoich nigdy mi nie dość
Tylko brak panicza tak daje mi w kość
Niepełny się czuję


     KEY
A ja wszystko rujnuję...


SCENA III


     MINHO
     sam
Jutro byde cię galancić bardzij niżeli dzisiej
Te przepełniające mnie uczucia nie sztopują mi się
Tak bardzo cię teraz kocham przecie
Nawet nie umie tego pedzieć
Dzionki, co mi dałaś, ściubajo się.
Dzionki, co minęły, drożyny, co żeśmy nimi knysali se
Czyż spinkneliśmy się bez cufal,
No, żeśmy się spinkneli to cud, ba!
Knysamy se razem w naszyj wiecznej miłości.
Bym se chciał się zawżdy śmiać razem z tobą w młodości
„Dziękuję” i „kocham cię” to mało, mój ty bobrze
Więc chce pedzieć: bydzie dobrze
("Kiseki" - tłumaczenie)



Akt I

Dział: Pan Klawisz
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi, dramat staropolski





OSOBY:

  • Kim Ki-bum — pan zamku
  • Lee Tae-min — pasterz
  • Lee Jin-ki — naczelnik straży w zamku Ki-bum'a
  • Kim Jong-hyun — rycerz Ki-bum'a
  • Choi Min-ho — wieśniak






AKT PIERWSZY
SCENA I
IZBA JONGHYUNA


Powrót panicza Key — Spotkanie się w pokoiku — Spór o wokalne fachowości — Rzut oka na ówczesny stan pokarmów w kuchennej komnacie — Owce — Ostatni woźny załogi 



     KEY
     sam
Ledwie na zamczyska przestrzenie nawróciłem,
Raptem z pól pobojowisk wróciwszy,
A już na przykrość bezmierną natrafiłem,
Widząc ów rozgardiasz niegodziwszy.
Pod nieobecność znów moją raban urządzono,
Szat nie krochmalono, sieni nie sprzątano,
Pośrodku izby zepsute wrzeciono,
Brud, chlew, ubóstwo, rozbite kolano.

     słychać pukanie do drzwi
Stuk! Puk! Stuk! Puk!

    

     KEY
Kto tam?


     JONGHYUN
     wchodzi do izby
Czcigodny panie, pan panem nad panami,
Lecz czy panu przystoi skoro władzy i mocy,
nachodzić podwładnego późnymi wieczorami,
przetrząsać brudne majtki, strzeliwszy do nich z procy?
Czy tak to władcy wypada?


     KEY
Biada tobie, biada!
Króla najwyższego i następcę tronu oskarżać
jakoby takie rycerzyk miał prawa.
Nie Tobie, mój drogi, możność mnie winą obkładać.
Czeka cię kara, lecz próbą takoż można to nazwać.


     JONGHYUN
Czegóż ode mnie żądasz, mój panie?


     KEY
Moje niedoczekanie!
Języka zasięgasz zawżdy o to samo,
Jakobyś nie wiedział, co łaskami darzę.
Nie pragnę niczego prócz tego, by mi dano
Kapucyna twego w me siedzenie i urodnych wrażeń.


     JONGHYUN
Lecz czy tak w dzień biały, panie?
Zawżdy porą późną z izby wykradałem,
by chędożyć się z paniczem na dodanie
Życiu smaku dołożywszy kałem.

     KEY
     wychodząc z pokoiku
Nie to nie. Nawet śpiewać nie umiesz.


SCENA II

W panicza Klawisza zamczysku
Wnet pokarmów zabrakło.
Musiał zatem ktoś oberwać po pysku
By dobre imię władcy nie zblakło.

wchodzi Taemin

     ONEW
Gdzieżeś przebywał, pasterzu drogi?
Siana znikają stogi.
Czy to owce je pochłaniają?


     TAEMIN
Tak, drogi naczelniku. Owce oszalały, jebane beznogi.
Ostatnim czasem, przy pełni księżyca
Sen powieki me znużył, przyznaję.
Obudziwszy się dojrzałem jak jedna owczyca
Drugą pożera ze smakiem. Słowo daję!
Ze strachu podskoczyłem, wkoło się rozejrzałem
Zaszedłem od tyłu tę bestię kanibala
I nagle liść przyuważyłem!
Liść kanabisu. I owca zmieniła się w ziomala.
Tylko gastro jej wjechało.

     ONEW
Azaliż cię pojebało.
Cóż teraz poczniemy, gdy jeść co nie ma?
Ciężkie czasy nadeszły, pasterzu
Skończyła się wieczna bohema
Trza nam pozbyć się zbroi i pancerzu,
na zawsze odejść.

     TAEMIN
Lecz liście miast owiec można pojeść!



SCENA III


     MINHO
     sam
Żech chloł dzionek cały,
toć chyba mnie się gały poprzestawiały. 
Cóż widzą oczy moje?
Pijoków innych dwoje?
Na kamieniu śmiech i gleba
Już napitku im nie trzeba
Ależ widzę - co jest, kurwa?
Jeden owcy girę urwał
I zajada jak kurczaka
Toć jest owca, nie prosiaka!
To żech lepiej bym uciekał.
Jeszcze mnie to samo czeka.
Ujrzą człeka pijanego
I wpierdolą go całego.
     ucieka

31.1.18

Wystarczyło zrobić barmanowi loda

Dział: Jak najdzie ochota, to i pies kota wyłomota 
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi 



                    Tego gorącego poranka promienie słońca wpadły przez okno, parząc mnie wręcz w twarz. Przypomniało mi to o małej ranie, którą pewien mężczyzna pozostawił na moich ustach. Zagryzłem je delikatnie i syknąłem z bólu. Może jednak nie była wcale taka niewielka. Podniosłem się powoli z łóżka i rozejrzałem się wokół. Sięgnąłem po paczkę papierosów i zarządziłem dzień lenistwa. Pracę zaczynałem późnym wieczorem, nic nie stało na przeszkodzie, żeby zostać w wyrze cały boży dzień. Odpaliłem fajkę i zacząłem kosztować się wspaniałym smakiem taniego tytoniu, gdy nagle... Dzwonek do drzwi? W czwartek o jedenastej? To komornik, świadkowie Jehowy, agenci ubezpieczeniowi czy może po kamienicy znów chodzi ta babcia sprzedająca odzież używaną?
                     Podniosłem się z niechęcią i zmarszczyłem czoło, żałując, że nie mam w drzwiach wizjera. Nacisnąłem na klamkę i powoli otworzyłem, a wtedy...
— ...skąd wiedziałeś, że to tutaj? — spytałem z niedowierzaniem.
— Spytałem w barze, podali mi numer bloku — odparł, opierając się o framugę drzwi. — Nie znali tylko numeru mieszkania. Dlatego sprawdzałem wszystkie po kolei.
— Po kolei? Przecież jest ich tu ponad czterdzieści! — wykrzyknąłem. — Poza tym... jakim prawem podano ci mój adres zamieszkania bez mojej zgody?
— Wystarczyło zrobić barmanowi loda — odpowiedział. — Pozwolisz, że się wproszę. Przyszedłem zrobić ci śniadanie i przyniosłem kwiaty. 
                    Wręczył mi bukiet białych tulipanów, pocałował czule w policzek na powitanie i wszedł do środka. A ja jeszcze przez dobre kilkanaście sekund stałem jak wryty w drzwiach, cały sparaliżowany, tylko z mojego papierosa unosił się dym. 
                    Will bez mojej pomocy odnalazł kuchnię, rozpakował zakupy (cholera wie, skąd je nagle wziął), po czym zabrał się za przygotowywanie posiłku. Stałem za nim i nadal przyglądałem się zaistniałej sytuacji nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. 
— Robiłem rano porządki w domu, skoro sobota. Przeglądałem też apteczkę domową — mówił. — Według niej mamy w życiu dwa cele. Uspokoić się i nie zesrać. 
— Will, jest czwartek — napomknąłem. 
— Poważnie? — zapytał, obracając się do mnie. — Zatem nic tak nie psuje soboty jak wiadomość, że dziś jest czwartek. Hej, co z tobą?
                    Widocznie zauważył, że jestem jakiś nieswój. Podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy jeszcze raz pytając, czy wszystko w porządku. 
— Tak, oczywiście — potwierdzałem, błądząc wzrokiem po ścianach. — W jak najlepszym.
— Doprawdy? — spytał z ironią. 
— Will, nigdy nikt nie przyszedł do mnie rano z kwiatami i nie oznajmił, że zrobi dla mnie śniadanie — wyrzuciłem z siebie w końcu. 
— To dość normalne, skoro spotykałeś się dotychczas tylko z kobietami — powiedział. — Gdyby taka przyniosła ci kwiaty, musiałaby być co najmniej niemiecką niewydepilowaną feministką. 
                   Westchnąłem głęboko i zgasiłem papierosa w stojącej nieopodal popielniczce. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę, chcąc poczęstować bruneta, ale ten niespodziewanie wsunął dłonie pod moje pachy i objął mnie mocno, wtulając twarz w moją szyję. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Jednocześnie zrobiło mi się gorąco i czułem się jakbym na chwilę stracił czucie w kończynach. Temu wszystkiemu towarzyszyło jeszcze to dziwne uczucie w brzuchu... Fruwałem nad chmurami. Beztrosko szybowałem. 
— No ale cieszysz się chociaż trochę, że przyszedłem? — zapytał cicho. 
— Kurde — wymamrotałem. 
— No powiedz — nalegał.
— No trochę się cieszę. 
                    Otarł się swoim nosem o mój i uśmiechnął się. Czułem, jak moja twarz płonie. Co on ze mną, do cholery, robił? Tego typu uczucie pamiętałem jedynie z czasów podstawówki, kiedy to zakochałem się po raz pierwszy, w dodatku w czterdziestoletniej sprzątaczce ze szkoły. Niezła była. 
— Nie odwracaj wzroku, Ashley — szepnął, chwytając mój podbródek i przyciągając mnie do siebie jeszcze mocniej. — Spójrz na mnie. 
                    Wykonałem jego polecenie z wielkim trudem. Kto by pomyślał, że kontakt wzrokowy może sprawiać tyle problemu? Byłem szczęśliwy. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Starałem się to kontrolować, nie pozwolić temu na sterowanie mną, byłem w końcu dorosły i wiedziałem, że poddawanie się emocjom to naiwność i głupota. Ale ten mężczyzna patrzył na mnie w taki sposób... Rozpływałem się. Zmrużyłem powieki i tym razem to ja otarłem się nosem o jego. Rzucił mi zatroskane spojrzenie, po czym przylgnął swoimi wargami do moich i pocałował mnie delikatnie. Zrobił to tak subtelnie, jakby tylko musnął moje usta. Splotłem dłonie na jego karku, jednak namiętność rosła i rosła, w czego rezultacie również objąłem go ramionami. Uniósł mnie i posadził na blacie, nie przerywając pocałunku. Chciałbym powiedzieć, że straciłem poczucie bezpieczeństwa, kiedy wtulił się we mnie mocniej i znalazł się między moimi kolanami, ale w rzeczywistości poczułem się najbardziej komfortowo i pewnie, jak tylko mogłem się poczuć. 
— Will — wyjąkałem, kiedy się ode mnie odsunął. Pogłaskałem go po głowie. — Mmh...
— Mmh? — spytał, na co roześmiałem się cicho.
— Nie wiem, jak ubrać w słowa to, co mam w środku, no — wymamrotałem, onieśmielając się. — Jak to działa...?
— Kochasz mnie, Ashley? — zapytał nagle. 
                   Uśmiechnąłem się krzywo i oparłem głowę na jego ramieniu, nie mogąc dłużej utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego. 
— Chodź, zrobimy razem śniadanie, co? — zaproponowałem. 
— Spłoszyłeś się — zauważył. 
— T-tak, to całkiem adekwatne określenie... — powiedziałem cicho i zachichotałem nerwowo. — Jestem trochę speszony i nie wiem, co robić.
— Co cię tak hamuje? — zadał pytanie, wplatając palce w kosmyki moich włosów. 
— Hamuje? — powtórzyłem po nim. — Chyba świadomość, że w ogóle się nie znamy. 
                    Nie odpowiedział. Milczał przez dłuższą chwilę. Ale nie mogłem przepraszać za słowa, które były szczere. 
— Nie wiem, jak to działa, naprawdę — kontynuowałem. — Niby się nie znamy, a jednak...
— Hm?
                    Spojrzałem na niego znowu i potaknąłem głową ze zmieszanym uśmiechem.
— Kocham.
                    Położył wówczas dłoń na moim policzku i pogładził mnie po nim. Westchnął, ale po tym na jego twarzy zagościł uśmiech. 
— Ja też nie wiem, jak to działa, Ashley. Ale chyba nie mam ochoty się temu opierać. 


29.1.18

Kiedy ja pana kocham!

Dział: Jak najdzie ochota, to i pies kota wyłomota
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi



                Potulnie wróciłem za bar, próbując nie reagować na milutkie uśmiechy i zalotne trzepotanie rzęs Kate. Nadal nie wiedziałem, kim jest ta kobieta, a miałem silną potrzebę zdobycia wszelkich informacji na jej temat. Przeszkadzała mi jej obecność. Przeszkadzało mi jej istnienie. 
               Zachowywałem się jak dzieciak. Nie, zachowywałem się jakbym był jakieś pięć minut przed poczęciem. Co to była w ogóle za zazdrość z mojej strony? I to jeszcze o faceta, którego znałem... chwilę. Nie wiedziałem nawet, ile ma lat, czym się zajmuje i co lubi robić w wolnym czasie. To skąd ja mogłem wiedzieć, czy go kocham, czy nie? Cholerna miłość... przychodzi tak znienacka. Gówno prawda! Sraczka też przychodzi znienacka. I nikt się nad nią nie zastanawia. 
               Will skończył po jednej szklaneczce whiskey, blondynka natomiast przesuwała swoje granice coraz dalej, wciąż zamawiając kolejne drinki. Łatwo można się domyślić, w jakim stanie skończyła i kogo poprosiła o odprowadzenie do domu. No, z ryja jej biło "przeleć mnie, kimkolwiek jesteś". Luby rzeczywiście zdawał się nie reagować. Kiedy przyjrzałem się temu bliżej, Wasyl faktycznie miał rację — on miał ją gdzieś. Ale w jakim celu w takim razie się z nią spotkał, tracił na nią swój czas i pieniądze? I, trudniejsze pytanie, co w takim stanie rzeczy miał zamiar zrobić? Skoczyć do niej na szybką kawę o północy i przespać się z nią? Kurwa, Ashley, no przestań już może, co?
               Z rozmyślań wyrwał mnie delikatny uśmiech Williama skierowany wprost do mnie. Opierał podbródek na dłoniach i spoglądał na mnie zalotnie. Zorientowałem się wówczas, iż nieznajoma mi kobieta wyszła właśnie do toalety. I wyglądało na to, że książę został sam i mógł poczuć się samotny. Rozejrzałem się wokół, czy aby na pewno żaden klient nie czeka na zamówienie, po czym wolnym krokiem podszedłem w jego stronę i oparłem się na barowym blacie.
— A pan czego sobie życzy? — spytałem, uśmiechając się zawadiacko. 
— A co może mi pan zaoferować tego pięknego wieczoru? — zadał pytanie, prostując się. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Zapewne znów spoglądałem na niego "sugestywnie", jak to określił wcześniej. 
— Niestety mamy tylko oferty dla dwojga. — Posmutniałem.
— Wspaniale się składa, przyszedłem tu akurat z kobietą — odparł z pewnością. 
— Nienawidzę cię, kurwa — wycedziłem przez zęby, a mój nastrój momentalnie się pogorszył. — Idę stąd. 
— Czekaj... — rzucił krótko i w ostatniej chwili chwycił mnie za rękaw białej roboczej koszuli. — Jeśli dobrze pamiętam, mamy już dziś nowy limit. Aż trzy. 
               Obróciłem się delikatnie na pięcie i rzuciłem mu poddenerwowane spojrzenie. 
— A co, jeśli odmówię? — zadałem pytanie, przekręcając głowę w bok niczym pies. 
— Będę sfrustrowany, panie Anderson — odpowiedział z konsternacją. — Myślę, że to może negatywnie się odbić na moim psychicznym zdrowiu. 
                Położyłem dłoń na jego policzku i delikatnie przesunąłem kciukiem po jego dolnej wardze, zagryzając usta i uśmiechając się lekko. 
— Oskarżę pana o mobbing — rzekł, marszcząc czoło.
— Kiedy ja pana kocham!
               Roześmiał się cicho. Ostatkiem sił powstrzymywałem się, żeby nie pocałować go przy ludziach. I zdawało się, że on robi dokładnie to samo. Patrzyliśmy sobie w oczy tak głęboko, iż było to bardziej erotyczne, bardziej przesiąknięte seksem i intymne niż cokolwiek, co dwoje ludzi mogłoby razem robić. Ale wtedy nagle mina mi zrzedła. 
— Panie Williamie. — Spoważniałem nagle. — Mamy problem. 
               I wbrew pozorom nie była to wracająca z toalety Kate. Był to we własnej osobie przyjaciel Rosjanin, który powrócił niczym bumerang i chyba właśnie nakrył nas na gorącym uczynku. Po chwili emocje opadły, gdyż zorientowaliśmy się, że trochę spuchły mu powieki i zbyt wiele nie widzi. 
— Jakif fkurwyfyn walnął mnie profto w gębę. Drobiafg — powiedział na przywitanie, zajął miejsce i poprosił o wódkę. 
               Uśmiechnąłem się pod nosem i wykonałem jego polecenie. Przez cały ten czas czułem na sobie wzrok Willa. Nareszcie udało mi się być w centrum jego uwagi. Mogłoby tak już zostać. Jednak w końcu wróciła Kate, brunet znów przestał się uśmiechać i cały czar prysł. W dodatku przypomniałem sobie, że koniec końców nie pozwoliłem mu się pocałować i pewnie nie będziemy mieli okazji już tego dziś zrobić. A to oznaczało, że przepadną mi całe trzy pocałunki. Spojrzałem na niego ze zmartwieniem, ale akurat na mnie nie patrzył. Spuściłem głowę. W końcu kobieta była tak pijana, iż podał jej płaszcz i zaoferował odprowadzenie. Westchnąłem głęboko i już nawet nie miałem ochoty obserwować rozwoju wydarzeń. Wasyl znów gdzieś zniknął, a łudziłem się, że chociaż on mi potowarzyszy. Wtem jednak skinął do mnie Will. "Co jest, jeszcze będą pić?" — pomyślałem i zdziwiłem się. Podszedłem do nich powoli.
— Tak?
— Chciałbym jeszcze coś zamówić — odparł.
— Will, ja już nie... — wymamrotała Kate, śmiejąc się do rozpuku.
— Słucham? — spytałem.
— Trzy pocałunki przystojnego barmana — powiedział. Blondynka spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
— Kartą czy gotówką? — zapytałem. Uśmiechnął się.
— A wszystko mi jedno... — Zaśmiał się, po czym przyciągnął mnie do siebie i złożył gorący pocałunek na moich ustach na oczach Kate. Nie miałem pojęcia, co się dzieje, ale korzystałem z okazji i kosztowałem jego chłodnych ust smakujących dobrą zimną whiskey. 
               Dałem się ponieść chwili i wtedy nagle... ugryzł mnie! Ugryzł mnie tak gwałtownie i tak mocno, że z moich warg potoczyła się wąska strużka krwi. Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. W spodniach miałem powstanie warszawskie.
— Tak na wszelki wypadek, żeby nikt inny cię nie całował — odparł na odchodne, po czym pomógł Kate wstać i obydwoje zniknęli za drzwiami.


3.12.17

Zabić na śmierć

Dział: Rozterki miłosne Taemina
Numer rozdziału: 14
Gatunek: Yaoi



                    Zapach świec, zasłonięte okno, przyjemny półmrok, gorąca parująca woda, sól do kąpieli pod moimi udami, obejmujący mnie Jonghyun i kac moralny z niemoralnym razem wzięty. Miałem ochotę zwymiotować, a potem wpełznąć gdzieś pod krzak i tam zdechnąć. Nie mogłem sobie wybaczyć tego, co zrobiłem. Czułem do siebie wstręt i awersję. Byłem sobą obrzydzony. Nie byłem w stanie spojrzeć w lustro. Chłopak delikatnie mył moje plecy, a ja siedziałem w milczeniu, nie mogąc wydusić z siebie słowa. 
— Dziwnie się czuję — powiedział. 
— Ja też — odparłem.
                    Znów rozległa się niezręczna cisza. Miałem sobie za złe, że zrobiłem to w takim momencie. W chwili, gdy Jonghyun miał na głowie wielki problem w postaci miliona egzaminów zaliczeniowych. Nie zdziwiłbym się, gdyby nie zdał ich przeze mnie. Powinienem był mu pomagać, a mimo to działałem odwrotnie. Dlaczego? Dlaczego byłem naiwnym dupkiem i nabrałem się na te chore gierki Kai'a? Czemu pozwoliłem się upić? Czemu... dotykać...? I robić takie... dziwne rzeczy? Dlaczego...?
                    Rozpłakałem się. Płakałem rzewnie i szlochałem cicho pod nosem, a Jonghyun nie reagował. Po prostu nadal mył mi plecy. Nie pocieszał mnie, nie przytulał. Czułem dystans między nami. A to mogło zwiastować tylko...
— Taemin — przerwał nagle ciszę, odsunął się ode mnie i wyszedł z wanny, owijając się w ręcznik. — Potrzebuję trochę czasu. Naprawdę dziwnie się czuję. Taki... bezradny jakiś. 
— Czasu? — wyjąkałem drżącym głosem.
— Tak — westchnął, patrząc na mnie z troską. — Dziwnie wyszło. Źle wyszło. Nie będę cię oszukiwać. Naprawdę źle się stało. 
                     W jego oczach zobaczyłem coś, co kazało mi myśleć, że on też poczuł do mnie wstręt. Jak gdybym był dla niego odpychający. Jakby nagle zniknęła chemia, jaka między nami była.
— Zróbmy sobie przerwę na jakiś czas — zaproponował.
— Ale... ale masz na myśli przerwę od związku? — spytałem cicho. — Chcesz się z kimś innym spotykać czy jak?
— Nie chcę się z nikim spotykać — syknął. — Daj spokój. Chcę przerwy od jakiegokolwiek kontaktu. Muszę sobie wszystko poukładać w głowie. Nie wiem co się stanie później.
                    Ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem gorzko. Gdzieś w głębi duszy poczułem jednak ulgę. Gdyby mi bowiem wybaczył, wiedziałbym, że prędzej czy później coś się posypie. Przerwa była jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji.
— Masz rację, Jonghyun — wyszeptałem. — To dobra opcja. Przemyślimy wiele spraw. Chcę tylko, żebyś wiedział, że naprawdę żałuję tego, co się stało. I oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i nie zrobić tego, co zrobiłem. Zależy mi na tobie. Będę się modlił, aby wszystko się udało. 
                    Chłopak opuścił łazienkę, a ja wyszedłem z wanny, wytarłem się niedokładnie i założyłem ubrania na wilgotne ciało. Potem znalazłem go i oznajmiłem, że wychodzę. I że będę czekał na jego odzew. I że nie będę mu przeszkadzał przez ten czas. Pożegnał mnie uśmiechem. 
                    Promienie słońca raziły mnie w oczy i sprawiały, iż chciało mi się wymiotować jeszcze bardziej. Doczłapałem na znajdujący się nieopodal przystanek z nadzieją, że coś dowiezie mnie bezpośrednio do domu. Niestety. Przesiadka była nieunikniona. Karma?
                    Czekałem na tego pieprzonego busa dobre dwadzieścia minut. W międzyczasie sprawdziłem wiadomości. Okazało się, iż Kai postanowił mnie przeprosić i koniecznie chciał się spotkać. Parsknąłem śmiechem pełnym nienawiści. Mało mu, kurwa? Zniszczył mi życie i jeszcze łudzi się nadzieją na spotkanie. Co za idiota. Gdybym tam poszedł, to tylko po to, żeby go zabić. Zabić na śmierć. 
                    Nie miałem pojęcia, jak znalazłem się w domu, ale dojazd zajął mi prawie godzinę. Zatarłem podróż w pamięci. Może dlatego, że całą drogę wpatrywałem się w bezruchu w okno i nie myślałem o niczym. A podobno się tak nie da. A jednak. Po powrocie otwarcie lodówki było pierwszą czynnością, jaką wykonałem. Zrobiłem sobie tosty i gorące kakao. A potem jeszcze makaron, który mama zrobiła na obiad. I galaretkę, bo akurat była. I trzy czwarte tabliczki czekolady z orzechami, i resztkę chipsów sprzed dwóch dni. Wieczorem zwymiotowałem wszystko, zrzygałem się również swoim życiem, jednocześnie płacząc rzewnie, przez co omal się nie udusiłem i nie skonałem we własnej łazience. A szkoda, że tak się to nie skończyło. Zrobiłem sobie gorzką herbatę. Rodzice jakimś cudem o nic nie pytali. Patrzyli tylko z grobowymi minami i mówili, bym się położył, bo jakiś blady jestem. Uznali zapewne, iż zabalowałem i porozmawiają o tym ze mną, kiedy wyzdrowieję. Udałem się więc do swojego pokoju i usiadłem do komputera, szukając porad miłosnych na forach internetowych. Wpisałem "zdradziłem, czy mi wybaczy?". Po tym, co przeczytałem, odechciało mi się żyć jeszcze bardziej. Wziąłem więc leki nasenne i wskoczyłem do łóżka. Było mi zimno i cholernie bolał mnie brzuch. Nie wiedziałem, co robić. Nie chciałem się budzić. Miałem nadzieję, iż zasnę już na zawsze. Zupełnie jakby zawaliło mi się życie. A przecież tylko zawaliło mi się życie. 




...chociaż gdzieś w głębi duszy czułem, że Jonghyun mi wybaczy i wszystko będzie tak jak dawniej.

26.11.17

Ważne, co mam w dupie

Dział: Jazz Despair
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yuri



                    Wróciłam wówczas do mieszkania zaraz po tym jak poskręcałam się w bólach przed szefową. Wolne. Cóż za niewyobrażalna ulga.
                    Miasto było szare jak zwykle i wcale nie szło tu o pogodę. Żadnej jesiennej melancholii, żadnej nutki nostalgii, ciemnoszarego nieba czy ciężkich chmur przysłaniających słońce. Zwyczajny pieprzony letni ukrop, podczas którego człowiek ma ochotę biegać po ulicach w samych gaciach nawet kosztem nazwania go ekshibicjonistą. Szarzy byli ludzie. To nie tak, że mam się za wyjątkowo barwną osobowość, oryginalną i nadzwyczajną. Po prostu rażą mnie te powielane schematy - kobiety w kwiecistych sukienkach pozwalających sobie w porywach nawet na powiedzenie dwóch słów w towarzystwie swojego "mężczyzny", korpoświry żrące drogie obiady na mieście, dziwny stereotyp, że trzeba skończyć studia... Wszystko wokół mnie wydawało się takie nijakie, niczym nie odbiegające od tego, co moje oczy widziały pięć lat temu, dziesięć lat temu czy piętnaście. A może jestem psychopatką i potrzebuję silnych wrażeń? Jasne. 
                    Sally krzątała się jeszcze po mieszkaniu, kiedy do niego wróciłam. Wynajmowałyśmy je razem od kilku miesięcy i zdawało się, że ta przyjaźń rozleci się z hukiem. Blondynka wystarczająco długo znosiła mój charakter, a każdy dobrze wiedział, że mojego charakteru znieść się nie da. I nie wchodzą w grę żadne kompromisy, kiedy ma się tak chorą obsesję na punkcie niezależności jak ja. Mnie się nie da zmienić, kontrolować ani mną sterować. 
— ...serio? — westchnęła, łapiąc się za głowę, gdy mnie zauważyła. — Dobra, byle ci zapłacili. 
— Gdzie się tak stroisz? — spytałam ironicznie, obserwując, jak nakłada róż na policzki. Bardzo rzadko nakładała róż na policzki. 
— Idę się spotkać z Vincentem — odparła.
                    "Jakim, do chuja, Vincentem?", pomyślałam.
— Jakim, do chuja, Vincentem? — zapytałam. 
— Mówiłam ci, że się spotykamy — odpowiedziała. — I mówiłam to już dłuższy czas temu. W zasadzie jesteśmy już parą. Nie chciałam ci mówić, żeby cię nie wkurzać. Wiem, jakim jesteś heterofobem. 
— Nie jestem heterofobem, gejów też nie trawię — wycedziłam przez zęby.
— Pamiętasz jego przyjaciela, Michaela? — spytała nagle, zupełnie ignorując moją odpowiedź. — Podobno pytał o ciebie.
— Powiedz mu, że gdybym chciała oglądać zwłoki, pracowałabym w prosektorium — wymamrotałam z papierosem w ustach. 
— Co ciekawe jest równie cyniczny, co ty — mówiła dalej. — Dlaczego nie spróbujesz? Naprawdę masz zamiar całe życie czekać na księcia na białym koniu?
— Póki co trafiam tylko na jeźdźców apokalipsy — powiedziałam cicho.
— Korzystaj, póki możesz, mówię ci — przekonywała. — Jakaś dziewczyna z jego pracy go podrywa, tak słyszałam od Vincenta. Kiedyś, zdaje się, ją poznałyśmy. Janis? Janie? Janie, chyba tak się nazywa. 
— Ta myszowata? Pamiętam — wykrzyknęłam triumfalnie. — W sumie Michael też jest myszowaty. W wolnych chwilach mogliby zajadać się serem. 
— Jazz, wybacz, jeśli zadam ci zbyt intymne pytanie, ale... — wyjąkała, kładąc mi dłoń na ramieniu. — Ale czy ty nie masz... no, wiesz... potrzeb?
— Pamiętam, że jako mała dziewczynka ukradłam z księgarni jakąś książkę wydrukowaną w Braille'u — odparłam. — Często pocierałam świńskie fragmenty. 
                    Sally wywróciła oczami, po czym udała się bez słowa do łazienki i widziałam już tylko w odbiciu w lustrze jak układa swoje długie blond włosy. Nie rozumiałam, dlaczego się tak stroiła. Widziały gały Vincenta co brały, nie?
                    Gadkę na temat Michaela puściłam w niepamięć. Na widok tej gęby przydrożne grzyby same się marynowały. Ponadto zawsze wychodziłam z założenia, że nieważne, co mam w sercu. Ważne, co mam w dupie. Chociaż, czy idąc tym tropem, można było powiedzieć, że ten koleś jest dla mnie istotny i coś dla mnie znaczy?
                    Spojrzałam na ostatnią fajkę w paczce, co wyraźnie zmotywowało mnie do podniesienia tyłka. Sally rzuciła mi błagalne spojrzenie. Domyślałam się już, o co jej chodzi. I sama przed sobą przyznałam, iż zaczyna mnie wkurwiać to, jak ta dziewczyna za wszelką cenę usiłuje układać mi życie. Zagryzłam wargę i uniosłam jedną brew. 
— Mam iść z tobą, bo ten pasożyt tam będzie, ta? — spytałam, siadając w rozkroku. Uśmiechnęła się słodko. — Niech ci, kurwa, będzie.
                     Blondynka przybiegła do mnie, skacząc ze szczęścia na jednej nodze, po czym uwiesiła się na mojej szyi mówiąc, że w końcu przejrzałam na oczy. Czy w końcu przejrzałam to nie wiem, nigdy nie uważałam się za ślepą na to, co dzieje się wokół mnie. Prawda była taka, że Sally nie zdawała sobie jeszcze sprawy z tego, co mam zamiar uczynić. 
                       Zaczekałam więc godzinę czy cztery, aż tamta umaluje się, umyje i wyprasuje, w tym czasie spaliłam ostatniego peta i obejrzałam w telewizji kawałek jakiegoś magazynu motoryzacyjnego. Nuda jak flaki z olejem. Aż odechciało mi się wychodzić z domu, szczególnie w taką pogodę. Ale obiecałam. Podobno. Nie zmieniłam ani dresów, ani męskiej przepoconej koszulki, po prostu wyszłam w dokładnie tym samym stanie, w jakiem obudziłam się rano. I nawet nie słuchałam tych pisków rozchwianej emocjonalnie Sally, która cieszyła się na spotkanie z Vincentem zupełnie jak gdyby był wagonem cygar. 
— Vin! — wykrzyknęła na jego widok, gdy wyszłyśmy z klatki schodowej na zewnątrz. — Vin, kochany, wyglądasz na zmęczonego.
                     Mężczyzna objął ją w pasie i pocałował w policzek. I tylko patrzyłam jak jego dłonie zsuwają się z bioder wprost na pośladki. W biały dzień, kurwa, przy ludziach. Ohyda. 
— O, Jazz... Miło... Miło cię widzieć. Nie spodziewałem się cię dziś spotkać — powiedział do mnie. — Mike się ucieszy. Jest w aucie, Chodźcie.
                    Zajęłam miejsce z tyłu, próbując odsunąć się jak najdalej od wspomnianego wcześniej gnojka. Zaczęłam żałować swojej decyzji, gdy tylko zobaczyłam jego szczurzy ryj jeszcze przez szybę okna samochodu. Gdy zaś weszłam do środka i poczułam tonę litrów męskich perfum, tylko utwierdziłam się w tym fakcie. Vincent powiedział mi, że wybieramy się na mrożoną kawę za miasto i na tym moja konwersacja z nim się skończyła. Potem już tylko świergolili z Sally tak, że nie dało się tego słuchać. W takich sytuacjach zwykle wyjmowałam słuchawki i zaczynałam słuchać The Rasmus, bo Laurie był jedynym gościem na świecie, którego byłam w stanie tolerować, jednak...
— Wiesz, Jazz, ostatnio uznałem, że nauczę się grać na gitarze — zaczął nagle Michael. Westchnęłam głęboko. — Co tym sądzisz?
— Twoje życie, twoje kredki — wymamrotałam. 
— ...tak jak w piosence Foo Fighters, jak to szło... — jąkał się. Zobaczyłam wówczas nieco poirytowaną twarz Sally, co oznaczało mniej więcej "masz z nim, kurwa, gadać". Okej. 
— Wprawdzie nie znam tej piosenki, ale chciałabym powiedzieć kilka słów na jej temat — odpowiedziałam więc, licząc na to, że ten cyniczny (jak przynajmniej sądziła moja współlokatorka) gość złapie temat i może nawet o czymś pogadamy. Ale nie złapał. Co za pech. Nastała więc chwila milczenia, którą niespodziewanie przerwał... Michael.
— Od dziecka chciałem być gitarzystą. Pragnąłem pojawiać się na wielkich scenach, tańczyć pośród świateł... — biadolił. 
— I widzisz, Michael — wtrąciłam się. — Gonisz te marzenia, a one ci tak spierdalają i spierdalają. 
                     Spojrzał na mnie wtedy, a na jego twarzy wręcz malowało się niezrozumienie.
— Nie przejmuj się, wiem jak to jest — dodałam szybko. — Znam to z eutanazji.
— Wiesz, problem w tym, że muzycy często wpadają w kłopoty. I w nałogi. Piją, biorą... Przedawkowują — kontynuował. — Bardzo boję się śmierci.
— A ja pająków. 
                    Widziałam jak nerwowo splata ze sobą ręce. Miałam nadzieję, że da mi już spokój i całe popołudnie spędzę sama ze sobą i swoimi papierosami. Ale typ niestety nie dawał za wygraną.
— Sally mówiła coś, że bawisz się w Boga — odparł ze śmiechem. — Co to znaczy?
— Nie bawię się, jestem nim — odpowiedziałam zdecydowanie.
— Jak to odkryłaś? — zadał pytanie.
— Pewnego dnia modliłam się i zdałam sobie sprawę, że gadam do siebie.
— Czasem, gdy z tobą rozmawiam, zastanawiam się, gdzie się podziały twoje emocje — westchnął.
— Wyprałam je — powiedziałam. — Suszą się na balkonie.
— Przecież wy nie macie balkonu — zdziwił się.
— No właśnie.
                       A kiedy znów na chwilę się ode mnie odwalił, nadal nie mogłam się wyciszyć, gdyż moich uszu dobiegały słowa, a raczej tandetne obietnice, jakimi Vincent karmił Sally. Doszłam wówczas do wniosku, że mężczyźni pozostają długo pod wrażeniem, jakie robią na kobietach. Ale postanowiłam to zignorować. Chociaż coś w głębi mojej czarnej duszy wciąż nie dawało mi spokoju.


24.11.17

Dzieci zasypujemy wapnem

Dział: Jazz Despair
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yuri



— Spakowałam ci chlebek, masło i kilo gwoździ — powiedziała, krzątając się przy kredensie.
— Po co? — spytałam z lekkim zaskoczeniem.
— Jak, po co? Posmarujesz chleb masłem i zjesz — odparła jak gdyby nigdy nic.
— A gwoździe!? — wykrzyknęłam z konsternacją.
— Tu są. Przecież ci zapakowałam.
                    Zawsze zdawało mi się, że zupełnie przywykłam do charakteru i poziomu inteligencji kreatywności Sally, a mimo to raz po raz pokazywała mi, jak bardzo może mnie jeszcze zaskoczyć. W odróżnieniu do mnie jej system myślenia nie był zero-jedynkowy, jej poglądy skupiały się na  tym, że nigdy nie jest za późno, ale czasem trochę jest, że w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym rozpętał się pokój oraz rzekomym domniemaniu, iż skoro Jezus umarł za nas, to dinozaury umarły za Jezusa. I często nazywała mnie feministką. Dlaczego? Bo notorycznie zdarzało mi się szufladkować i przeklinać facetów za to, że istnieli na tym samym świecie, co ja. Sally natomiast nieustannie usiłowała przekonać mnie co do ich przydatności. Chociaż ona zwykła nazywać to rewelacyjnością. I znów jej się o tym przypomniało.
— Jazz, posłuchaj uważnie — odparła, siadając naprzeciw mnie przy stole. — Jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, musisz zmienić coś w swoim życiu. A póki co jesteś taką osobą, że gdy twoja stopa rano dotyka ziemi, diabeł mówi "o kurwa, już wstała".
                      Uniosłam jedną brew z malującą się na twarzy ignorancją i powoli wypuściłam z ust dym. Skoro do fajek zamiast śniadania zdołała się przyzwyczaić, do nienawiści, jaką darzyłam płeć brzydką też by mogła. 
— Który to już poranek, gdzie siedzisz w niewypranych śmierdzących dresach, nie pamiętasz już, kiedy ostatnio się myłaś i jęczysz, że robota nie zając? — pytała z pretensjami. — Wiesz, co musisz zrobić. Musisz o siebie zadbać. Musisz zwiększyć swoje poczucie wartości. Potrzebujesz mężczyzny. 
— Możliwe, że związek to dobry pomysł — odparłam od niechcenia. — Ale tak samo było z wakacjami na Titanicu i wszyscy dobrze wiemy, jak to się skończyło. 
                    Sally westchnęła z rezygnacją, choć dobrze wiedziałam, iż na tym nie poprzestanie. Niestety. Ale tak czy inaczej na mojej twarzy zagościł uśmiech pełen pogardy i satysfakcji z wygranej bitwy na argumenty.
— I dlaczego taka jesteś? No powiedz, no — wyjąkała. — Taka... cyniczna. Taka... Jakbyś się już z tym wszystkim poddała?
— Bo mój plan zawładnięcia światem legł w gruzach już na początkowym etapie, kiedy to miałam wstać o siódmej rano — odpowiedziałam, odpalając kolejnego papierosa, zupełnie nie zważając na to, iż godziny mojej pracy rozpoczęły się już trzydzieści minut temu.
— Spójrz na mnie. Dbam o siebie, nie piję, nie palę, nie używam — mówiła dalej. — Dzięki temu będę dłużej żyła. 
— Teoretycznie tak — wymamrotałam z petem w ustach. — Tylko po co?
— Wyobraź sobie, że kobiety rodzą się aniołami...
— A kiedy połamią skrzydła — przerwałam jej — zaczynają latać na miotłach.
                    Sally ze zrezygnowaniem odeszła od stołu, rzucając mi na pożegnanie sfrustrowane spojrzenie. Może jeszcze kiedyś się z tym pogodzi i przestanie mi narzucać swoje myślenie. Przez długi czas twierdziłam, iż tego u niej nie znoszę, lecz z biegiem czasu zaczęło mnie to naprawdę bawić. Ale ta lafirynda nadal nie rozumiała, że mnie nie da się zmienić.
                    Po miłej porannej pogawędce przy herbatce zebrałam w końcu swój odwłok i doczłapałam do przedszkola, w którym pracowałam jako Człowiek Oczerniany Przez Rodziców Za Nazywanie Ich Dziecka Zasmarkanym Gówniarzem. I już przekraczając próg uświadomiłam sobie, jak bardzo nienawidzę tej fuchy.
— Pani Despair, pani Despair! — wołała starsza opiekunka nim jeszcze weszłam do środka. — Przyszła pani z nowym dzieckiem. W twojej grupie zostało jeszcze kilka wolnych miejsc, prawda? Czy mogłabyś z nią porozmawiać?
— Oczywiście — odparłam z entuzjazmem, zacierając już ręce na myśl, w jaki sposób spławię to babsko. 
                    Odwiesiłam skórzaną kurtkę na wieszak, zabierając z kieszeni paczkę pełną skrętów na wypadek, jakby jakiś pięciolatek chciałby mi je zajebać i potem kitrać się ze szlugami po kątach, po czym ruszyłam na spotkanie ze złem wcielonym, jak nazywałam każdą kobietę z zapędami do macierzyństwa. 
— Dzień dobry — powiedziałam niskim głosem, biorąc się od razu za przeglądanie papierków, które mi przyniosła. Nie znalazłam wśród nich żadnego banknotu, co wyraźnie wpłynęło na moją ostateczną decyzję. — Przykro mi, ale do naszego przedszkola przyjmujemy tylko dzieci zaszczepione.
— A co z niezaszczepionymi? — spytała ze strachem.
— Grzebiemy je w ogródku i zasypujemy wapnem.
                       Później z pełną satysfakcją z braku nowego bachora w grupie udałam się na swoją salę, gdzie smarkacze standardowo robiły ostry rozpierdol na rewirze. W takich sytuacjach najczęściej zjadałam kanapki Sally, zastanawiałam się nad sensem życia lub też kibicowałam dziewczynkom, kiedy waliły chłopców po mordzie. Zasada była jedna: "Panów po urodzeniu powinno się wyrzucać do kosza. Wy po prostu mieliście szczęście".
                       Z niesmakiem obserwowałam bawiące się stwory, przechadzając się wśród nich i podsłuchując rozmowy, kiedy się bawiły. Trójka katolickich dzieci, których unikałam ze strachu właśnie przeprowadzała scenkę na cześć Jezusa.
— Ukrzyżowanko? — pytało jedno.
— Tak — odpowiadało drugie.
— Dobrze. Przez te drzwi, kolejka na prawo, jeden krzyż dla każdego. 
                        Potem zaś dla zabicia nudy przysiadłam się do grupki smarkaczy bawiących się w dom i jedzących razem udawany obiad. 
— Może jeszcze kawałek stołu? — zaproponował mi jeden z nich, gapiąc się na mnie psychicznie.
— Dziękuję, nie lubię marcepanu — odparłam od niechcenia. — Poza tym uważam, że nie należy zjadać cudzych mebli. 
                        Po męczącej pierwszej godzinie pracy uznałam, że jestem zbyt zmęczona faktem, iż nie mogę wyjść na papierosa. Udałam się więc do szefowej, która siedziała w przedszkolu cały dzień i chuj jeden wiedział, co ona tam robiła.
— Pani szefowo, fatalnie się czuję — powiedziałam, skręcając się z bólu. 
— Co się dzieje, Jazz? — spytała z troską i łzami w oczach. 
— Nie wiem, tak wstałam i od rana sram jak pani pies — wyjąkałam niczym podczas tortur.
— To pewnie zatrucie. Byle nie jelitówka, tylko nie jelitówka... — powtarzała ze strachem. — Idź do domu i wypocznij. Wyglądasz jakbyś sto lat nie spała. Zadbaj o siebie, Jazz. Naprawdę. 
                    "Zadbaj o siebie", kurwa, gorzej tego w słowa ubrać nie można było. Czy ci ludzie nigdy nie przestaną wtrącać się w moje życie?



________________________________________

Witam Szanownych Czytelników, 

Pragnę tylko powiedzieć, jak narodził się pomysł na tę serię. Pierwsza kwestia - dużo skarg na mało yuri. Druga - gdzieś z tyłu mojej głowy przez długi czas kryła się ochota na coś w stylu Maniakalnego Doktora. Po połączeniu obydwu kwestii wpadłam na Maniakalnego w wersji damskiej, co wywołało u mnie nagły skok adrenaliny. Pomyślałam wówczas: "Kurwa, wyzwanie". I może nawet to skończę. 
Kiedyś.

23.10.17

Kochanek

Dział: Unexpected II
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi



               Przebudziłem się, kiedy spowity mgłą Londyn jeszcze spał. Podobnie jak mój nowy kochanek, który leżał do mnie plecami i ani mu się śniło zachować choć pozory, że jesteśmy ze sobą naprawdę blisko. Wykrzywiłem twarz w grymasie i przeciągnąłem się, ziewając głośno. Spojrzałem na śpiącego Blase'a i powoli wylazłem z łóżka, starając się go nie obudzić. 
               Nie biorąc prysznica, nie myjąc zębów i nie robiąc w zasadzie nic poza ubraniem się, opuściłem pokój hotelowy z paczką papierosów w kieszeni bluzy. Miałem nadzieję, że pan menadżer niczego ode mnie nie wyczuje, chociaż... czy ja w ogóle miałem zamiar tam wracać?
               Były czasem w moim życiu dni, kiedy wszystko przestawało mnie obchodzić. Zespół, mój przyszły mąż, moje torby w hotelu, wspólne plany z Blasem. Teraz miałem ochotę tylko wyjść i zapodziać się gdzieś, zgubić, z nadzieją, że ktoś będzie mnie szukał, ale nie znajdzie. Bałem się bowiem odrzucenia. Z drugiej strony jednak obawiałem się psychicznej bliskości. Na sam wydźwięk słów "zdrowe relacje" zaczynałem się trząść. 
               Włóczyłem się ciemnymi uliczkami, mając w głowie to, co przy ostatnim spotkaniu powiedział mi Hyesung. Co, jeśli miał rację? Co, jeżeli rzeczywiście byłem tylko kulą u nóg ciężko pracującego zespołu i hamowałem pracę swoim lenistwem? "Czy ta winna wszystkiemu osoba to ja? To przeze mnie nie jesteśmy sławni?" - myślałem ciągle. 
                    Założyłem kaptur na głowę, wszedłem w jedną z bocznych ulic, oparłem się plecami o ciemny mur i odpaliłem papierosa, obserwując ludzi podążających głównymi ulicami. Tam nikt mnie nie widział. Tam nikt mnie nie znał. Tam nikt się mną nie interesował. Ach, niezależność. W byciu outsiderem było jednak coś wygodnego. 
                       Pomyślałem sobie wówczas, iż szczerze nienawidzę swojego życia. Że żałuję, że mukowiscydoza mnie wtedy nie zabiła. Czułem się niczym wyrzutek społeczny, który niczego nie potrafi doprowadzić do końca. Kiedy jeszcze miałem kontakt z Ryanem przed moją nieskuteczną śmiercią, zalewałem wszystkie smutki alkoholem, co pozwalało mi jakoś funkcjonować. A nieszczęśliwą bolesną miłość wylewałem na setki swoich kochanków. I jakoś to było. Potem działo się już tylko gorzej. Wcisnęli mnie do jakiegoś zespołu, narzucono, co mam grać, zamknięto w jednej chałupie z ludźmi psychicznie niezrównoważonymi. W dodatku wdałem się w romans z menadżerem, przez co gitarzysta zaczął mnie szantażować i kazał wypełniać swoje rozkazy. I co ja miałem z tym wszystkim zrobić? Oczywiście wyjścia były dwa. Zabić się albo uciec. 
               Sprawdziłem kieszenie. Tak jak przypuszczałem nie miałem sobie ani portfela, ani dokumentów, ani nawet komórki. Nic, tylko paczka fajek i kilka banknotów w kieszeni spodni. Mogłyby starczyć mi co najwyżej na kilka bułek, gorącą kawę, rozmowę telefoniczną i może bilet do kina. A miałem zamiar spierdolić z tego gnoju, mając w swoim dobytku tylko to. Postanowiłem więc w pierwszej kolejności udać się na dworzec kolejowy i pojechać do rodziny. Pamiętałem, że mam jakieś ciotki w Cambridge. Może nawet przypomniałbym sobie adres. 
                    Zapytałem po drodze kilku przechodniów o drogę. Jeden nie wiedział, drugi nie znał języka, trzeci minął mnie bez słowa. Taksówkarz odmówił, ale zaproponował, że mnie podwiezie. Dopiero staruszka wracająca z małego lokalnego sklepiku ze świeżym pieczywem złapała się za głowę i krzyknęła:
— Chłopcze, to kawał drogi stąd!
                     Machnąłem na to ręką mówiąc, iż zdziwiłaby się, gdyby tylko wiedziała, jak wiele mam czasu. Brzęczała coś pod nosem o młodym pokoleniu, ale finalnie pokazała mi, którędy mam się udać. Byłem wniebowzięty. 
                    Szedłem, szedłem i szedłem. Ludzie mierzyli mnie wzrokiem i spoglądali jak na idiotę. Zapewne chodziło o mój niecodzienny wygląd. Czy w Londynie nadal panowało średniowiecze? Kiedy tak mijali mnie z krzywymi minami, miałem ochotę ich pozarzynać jak świnie. Gdy dzieci uciekały z chodnika, czułem się jak straszny potwór. A może nim byłem? Może to mnie trzeba było gdzieś zamknąć i zabić? Może...
— Shen! — Usłyszałem nagle. Zadrżałem. — Shen...
                  Odepchnąłem go, kiedy chciał mnie przytulić. Nie spojrzałem mu w oczy, bojąc się kontaktu wzrokowego. 
— Gdzie byłeś? Kiedy wyszedłeś? I dlaczego, do chuja, nie wziąłeś ze sobą telefonu?! — wrzeszczał, przyciągając uwagę przechodniów. 
                    Że też musiał mnie znaleźć, kiedy już byłem tak blisko celu, cholera. Jak on to w ogóle zrobił?
— Zostaw mnie — wycedziłem przez zęby. 
— Co to ma znaczyć? — spytał z dezorientacją. 
— Zostaw mnie — powtórzyłem. — Wypierdalaj.
— Zrobiłem ci coś? — zapytał znowu. 
— Blase, ja tak dłużej, kurwa, nie mogę! — krzyknąłem na niego. — Rzygam ze stresu co kilka dni, nie mogę spać, nie mogę jeść, cały czas chudnę, zaraz będę miał niedowagę. A nie, już mam. Blase, to mnie, kurwa, zabije! Niech oni sobie znajdą innego wokalistę. 
— Ach, o to ci chodzi — westchnął, głaszcząc mnie po głowie. — Nie ma najmniejszego problemu. Ale ja cię nie zostawię. 
                    Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Nie dowierzałem, że tak po prostu się zgodził. Przyszła do mnie niewyobrażalna ulga i od razu poczułem się o wiele lepiej. 
— Jedźmy do hotelu — zaproponował, po czym pochylił się nad moim uchem i położył dłoń na moim torsie. — Nie masz czasem ochoty na...?
                       Dotyk obcych dłoni na mojej klatce piersiowej zawsze wywoływał u mnie skrajne reakcje. Byłem pieprzonym fetyszystą. Po czymś takim mogłem tylko potulnie wejść do samochodu i biec za Blasem na koniec świata, byle tylko mnie dotknął. I tak też zrobiłem. Wsiadłem do auta, dałem się zawieźć do hotelu, pobiegłem za nim do windy, wyprzytulałem go, skoro nie było w środku żywego ducha, a potem entuzjastycznie dałem się wciągnąć do pokoju. Usiadłem na łóżku, seksownie zakładając nogę na nogę, gdy nagle...
— Shen — powiedział stanowczo Blase, siadając obok mnie z palącym się papierosem. I znów zamiast patrzeć na mnie wzrokiem zakochanego Turnera spoglądał na mnie jako surowy pan menadżer. — Co ty odpierdalasz znowu?
                    Spuściłem głowę. Chyba rzeczywiście nikt nie był w stanie mnie zrozumieć. Chyba niepotrzebnie łudziłem się, że znalazłem tego jedynego. Nie. Nawet on nie potrafił. Pewnie nawet nie próbował. 
— Manipulacja? — spytałem. 
— A co innego mogłem zrobić, żebyś przyszedł tu ze mną i porozmawiał normalnie? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
— Blase, ja się boję myśleć, jaka jest twoja definicja normalnej rozmowy — syknąłem. — I wiesz co? Pierdolę to. Pierdolę ten zespół, pierdolę tę robotę i pierdolę ciebie. 
                       Kiedy wypowiedziałem te słowa, poczułem okropny ból pod żebrami. Przez chwilę ciężko było mi oddychać, ale ukryłem to. Nie chciałem, by Blase widział jak się czuję. 
— Doprawdy? — Blase uśmiechnął się ironicznie. — W takim razie wychodzę. Co chcesz mi powiedzieć na naszym ostatnim w życiu spotkaniu?

22.10.17

Lilie

Dział: Moja własna wiosna
Numer rozdziału: 13
Gatunek: Yaoi



               Michał wychodził z założenia, że mówienie o problemach niczego nie rozwiązuje, rozwiązuje je dopiero udzielenie rady i wprowadzenie jej w życie. A w sytuacji zaistniałej solucje najzwyczajniej w świecie nie istniały. Na nic było ustalanie strategii, sposobów motywacji czy działań, tworzenie planów. Życie Krajewskiego stało się czymś, czego nie można było już uratować. Przypominało znajdujący się pod powierzchnią wody spróchniały wrak statku, rozbite na kafelkach podłogowych jajko, rozbitą wazę z chińskiej porcelany, której kawałeczki rozpadły się po całym świecie.  
                 Już nawet nie pamiętał, co doprowadziło go do takiego stanu. W zasadzie zapomniał całkowicie o fascynującej pracy w Blue Note, o małym przytulnym mieszkanku na poznańskim Górczynie, o Weronice, o Julii Krajewskiej i nawet o Oskarze Wieczorkiewiczu o pięknych oczach i troskliwym spojrzeniu. Michał zahamował swoje wspomnienia tak mocno, że kompletnie stracił pamięć. Zaszył się w swoim pancerzu uniemożliwiającym bliskie relacje z kimkolwiek. Bał się. Cholernie bał się kolejnego noża wbitego w plecy. Mimo, że na kolejne noże nie było już miejsca. 
                 Dlatego nie odczuł ani radości, ani zaspokojenia tęsknoty, ani delikatnej melancholii, kiedy mijał próg rodzinnego domu. Było mu to zupełnie obojętne. Dom jak dom. Obiad jak obiad, w sumie po co w ogóle go jeść. Rodzice jak rodzice. Łóżko jak łóżko, ale położyć się w zasadzie można, bo ciężko stać o własnych nogach. 
— Michał, mogę wejść? — Usłyszał pytanie ojca zza drzwi. 
               Nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd zamknął się w pokoju. Nie miał pojęcia, która jest godzina, zasłonił bowiem rolety, a telefon gdzieś rzucił. 
                   Nie odpowiedział na pytanie. Franciszek Krajewski zaczekał chwilę jedną, drugą, ale po trzeciej zniecierpliwił się, choć należał do ludzi wyjątkowo spokojnych, i wszedł do pomieszczenia. Zajął miejsce tuż przy leżącym na łóżku skulonym przy samej ścianie synu i spojrzawszy na niego z troską, westchnął głęboko. 
— Mogę ci jakoś pomóc? — spytał, przerywając niezręczną ciszę. 
—Y-y — odpowiedział na znak zaprzeczenia. 
— Chcę spróbować, może akurat. — Nie dawał za wygraną.
                    Znów zmuszony był czekać na jakąkolwiek reakcję ze strony syna, lecz finalnie nie otrzymał jej.
— Mogę? — zapytał raz jeszcze.
— Y-y — odparł Michał. 
                       Mijały kolejne i kolejne dni, Urszula płakała głośno przynosząc jedzenie do pokoju syna i szlochała panicznie, zabierając wciąż pełne talerze. Umówiła go do psychologa, umówiła do psychiatry, lecz nie zdołała wyciągnąć Michała z domu na wizytę. Płomień nadziei zapalił się w jej sercu dopiero, gdy dostała od przyjaciółki telefon do terapeuty dojeżdżającego do domu. Sesje kosztowały krocie, jednak państwo Krajewscy nigdy nie żałowali pieniędzy dla swojego jedynego dziecka. Ale wtedy zaczęły pojawiać się inne problemy. Najpierw terapeuta nie odbierał, potem odpisywał tylko na niektóre SMS-y, następnie okazało się, że nie ma terminów i trzeba było czekać około miesiąca czy półtora. Urszula nie dawała za wygraną. Postanowiła zaczekać i do tego czasu robić, co w jej mocy. 
— Jadę do miasta, Michał — powiedziała któregoś ranka, wchodząc do pokoju syna i zostawiając w nim zapach mocnych kobiecych perfum. — Do psychologa. Jeżeli nie chcesz stąd wychodzić, to pojadę do niego sama. Powie mi, co mam robić. Na pewno powie.
                         Michał nie odpowiadał. W jego głowie kłębiła się masa mrocznych myśli, choć, wedle jego mniemania, odczuwał pustkę i nie myślał o niczym. Nie pamiętał już nawet zdarzeń dnia poprzedniego poza faktem, iż leżał w łóżku. Zapomniał, że matka o własnych siłach wciągała go do łazienki, rozbierała, myła, ubierała i kładła z powrotem. Michał był święcie przekonany, iż leży tam wieczność. Naprawdę w to wierzył. 
— Ach, zapomniałabym — dodała, cofając się. — W południe przyjdzie tu taki chłopak, co ma mieć u nas w studio praktyki. Przyjdzie tu z jakimiś papierkami. Nie mam do niego numeru telefonu, więc jak przyjdzie, to wpuść go, proszę, zrób mu herbaty i poproś, aby zaczekał. No, chyba że zdążę wrócić. 
                    Pani Krajewska łudziła się nadzieją, że w obliczu związanej z pracą prośby Michał ruszy się w końcu sam z łóżka, choćby na chwilę, chociaż na te trzy minuty. A nóż przypomni mu się, jakie przyjemne jest chodzenie i wyjdzie na spacer. A może nawet się umyje, zje coś i porozmawia!
                    Była to swego rodzaju nieco toksyczna manipulacja, ale faktycznie podziałała. Kiedy dłuższy czas po wyjściu Urszuli uszu Michała dobiegł dźwięk dzwonka, uderzyły go wyrzuty sumienia. Powoli i ospale przewrócił się na drugi bok i nasłuchiwał z nadzieją, że gość nie nadusi przycisku drugi raz. Ale zrobił to. Blondyn całkiem energicznie wyczołgał się z łóżka i nawet nie upadł z hukiem, nawet miał siłę, by iść i nawet po tym, jak przejrzał się w lustrze, uznał, iż nie wygląda tak źle. W zasadzie oczy miał tylko bardziej podkrążone i włosy urosły mu tak, że sięgały ramion. "Nie wygląda nawet tak źle" - pomyślał. 
                     Przetarł piekące z niewyspania powieki, przekręcił klucz w zamku i powoli otworzył drzwi. Jego oczom ukazał się niski brunet o śniadej karnacji, zielonych oczach i wściekłym spojrzeniu. Kosmyki włosów niedbale opadały mu na piegowatą twarz. Stał z dłońmi w kieszeniach ciemnych jeansów. Skórzana kurtka i schowana pod nią biała koszulka w połączeniu z dużym srebrnym krzyżem zawieszonym na łańcuszku nadawały stylowi chłopaka brudnej rockandrollowej nutki. Ale wcale nie miał przy sobie żadnych papierów. 
— Czy zastałem panią Urszulę Krajewską? — spytał nieco bezczelnym tonem.
— Nie — odparł blondyn zachrypniętym głosem.
— A chociaż pana Franciszka Kra...
— Jestem tu tylko ja, jeśli masz ochotę poczekać na moją mamę, to możesz wejść i wypić herbatę. — Przerwał mu Michał. 
                 Stan, w jakim znajdował się młody Krajewski sprawiał, że nie było czasu zastanawiać się nad fobią społeczną, nieśmiałością i wszystkimi innymi podobnymi sprawami. Bolało go. Tak cholernie go bolało, iż nie był w stanie funkcjonować. 
                   Zaprosił chłopaka do środka. Gość zajął miejsce w kuchni przy stole zaraz po tym, jak zdjął ramoneskę i rzucił ją na oparcie krzesła. Nie przedstawił się nawet. Po prostu wlazł, usiadł i wyglądało na to, że czuje się jak u siebie. 
                    Michał flegmatycznym ruchem dłoni otworzył szafkę kuchenną, wyjął z niej opakowanie czarnej herbaty, a potem chwycił rączkę czajnika, nalał do niego wody i postawił na palniku. A przynajmniej taki miał zamiar. W rzeczywistości brak energii do życia i ból obezwładniły jego ciało, a w rezultacie wypuścił dzbanek z rąk prosto na swoje bose stopy. Na jego szczęście nic się nie potłukło. Poza jego czerwonymi stopami. 
                    Chłopak z kompletną obojętnością wpatrywał się w krew wypływającą spod jego paznokci i mieszającą się z rozlaną wodą.
— Co ty robisz?! — wrzeszczał spanikowany brunet. 
— Stoję i krwawię — odpowiedział beznamiętnie. 
— To widzę! Ale dlaczego nie reagujesz, co z tobą?! — Motał się. — To jest... To... Tu... Krew, kurwa! Krwi od chuja! 
                     Michał podniósł głowę, przenosząc wzrok ze swoich nóg na gościa, po czym uśmiechnął się szyderczo. Sam nie wiedział, po co to robi, ale wydało mu się to zabawne. Chłopak przeraził się, ale był z natury zbyt pomocny i, choć pragnął uciec stamtąd jak najszybciej, przeszukał wszystkie półki i znalazł apteczkę. Wyjął z niej bandaże i podbiegł z nimi do Krajewskiego. 
— Masz tu gdzieś wannę, prysznic? — spytał z przerażeniem. 
— Nie, nie myjemy się — odparł obojętnie. 
                         Tego brunet nie wytrzymał. Objął Michała ramieniem i siłą zaciągnął skaczącego na jednej nodze chłopaka do łazienki, którą znalazł przez przypadek. Złapał jego nogę, wepchnął po prysznic i polał zimną wodą, tamując silny krwotok. Potem kazał blondynowi usiąść na zamkniętym sedesie, ukląkł przed nim i zaczął bandażować obitą stopę i połamane paznokcie. 
— Tak w ogóle jestem Maks — powiedział nagle.
— Maks? — Zdziwił się Michał. — Nie znam nikogo o imieniu Maksymilian. 
— Maksim. — Poprawił go. — Maksim Petrov.
                Blondyn przegryzł wargę i westchnął głęboko. "Co tu się właśnie odpierdoliło?" - pytał samego siebie w myślach. 
— Mam do ciebie pytanie, Maks.