Showing posts with label unexpected. Show all posts
Showing posts with label unexpected. Show all posts

23.10.17

Kochanek

Dział: Unexpected II
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi



               Przebudziłem się, kiedy spowity mgłą Londyn jeszcze spał. Podobnie jak mój nowy kochanek, który leżał do mnie plecami i ani mu się śniło zachować choć pozory, że jesteśmy ze sobą naprawdę blisko. Wykrzywiłem twarz w grymasie i przeciągnąłem się, ziewając głośno. Spojrzałem na śpiącego Blase'a i powoli wylazłem z łóżka, starając się go nie obudzić. 
               Nie biorąc prysznica, nie myjąc zębów i nie robiąc w zasadzie nic poza ubraniem się, opuściłem pokój hotelowy z paczką papierosów w kieszeni bluzy. Miałem nadzieję, że pan menadżer niczego ode mnie nie wyczuje, chociaż... czy ja w ogóle miałem zamiar tam wracać?
               Były czasem w moim życiu dni, kiedy wszystko przestawało mnie obchodzić. Zespół, mój przyszły mąż, moje torby w hotelu, wspólne plany z Blasem. Teraz miałem ochotę tylko wyjść i zapodziać się gdzieś, zgubić, z nadzieją, że ktoś będzie mnie szukał, ale nie znajdzie. Bałem się bowiem odrzucenia. Z drugiej strony jednak obawiałem się psychicznej bliskości. Na sam wydźwięk słów "zdrowe relacje" zaczynałem się trząść. 
               Włóczyłem się ciemnymi uliczkami, mając w głowie to, co przy ostatnim spotkaniu powiedział mi Hyesung. Co, jeśli miał rację? Co, jeżeli rzeczywiście byłem tylko kulą u nóg ciężko pracującego zespołu i hamowałem pracę swoim lenistwem? "Czy ta winna wszystkiemu osoba to ja? To przeze mnie nie jesteśmy sławni?" - myślałem ciągle. 
                    Założyłem kaptur na głowę, wszedłem w jedną z bocznych ulic, oparłem się plecami o ciemny mur i odpaliłem papierosa, obserwując ludzi podążających głównymi ulicami. Tam nikt mnie nie widział. Tam nikt mnie nie znał. Tam nikt się mną nie interesował. Ach, niezależność. W byciu outsiderem było jednak coś wygodnego. 
                       Pomyślałem sobie wówczas, iż szczerze nienawidzę swojego życia. Że żałuję, że mukowiscydoza mnie wtedy nie zabiła. Czułem się niczym wyrzutek społeczny, który niczego nie potrafi doprowadzić do końca. Kiedy jeszcze miałem kontakt z Ryanem przed moją nieskuteczną śmiercią, zalewałem wszystkie smutki alkoholem, co pozwalało mi jakoś funkcjonować. A nieszczęśliwą bolesną miłość wylewałem na setki swoich kochanków. I jakoś to było. Potem działo się już tylko gorzej. Wcisnęli mnie do jakiegoś zespołu, narzucono, co mam grać, zamknięto w jednej chałupie z ludźmi psychicznie niezrównoważonymi. W dodatku wdałem się w romans z menadżerem, przez co gitarzysta zaczął mnie szantażować i kazał wypełniać swoje rozkazy. I co ja miałem z tym wszystkim zrobić? Oczywiście wyjścia były dwa. Zabić się albo uciec. 
               Sprawdziłem kieszenie. Tak jak przypuszczałem nie miałem sobie ani portfela, ani dokumentów, ani nawet komórki. Nic, tylko paczka fajek i kilka banknotów w kieszeni spodni. Mogłyby starczyć mi co najwyżej na kilka bułek, gorącą kawę, rozmowę telefoniczną i może bilet do kina. A miałem zamiar spierdolić z tego gnoju, mając w swoim dobytku tylko to. Postanowiłem więc w pierwszej kolejności udać się na dworzec kolejowy i pojechać do rodziny. Pamiętałem, że mam jakieś ciotki w Cambridge. Może nawet przypomniałbym sobie adres. 
                    Zapytałem po drodze kilku przechodniów o drogę. Jeden nie wiedział, drugi nie znał języka, trzeci minął mnie bez słowa. Taksówkarz odmówił, ale zaproponował, że mnie podwiezie. Dopiero staruszka wracająca z małego lokalnego sklepiku ze świeżym pieczywem złapała się za głowę i krzyknęła:
— Chłopcze, to kawał drogi stąd!
                     Machnąłem na to ręką mówiąc, iż zdziwiłaby się, gdyby tylko wiedziała, jak wiele mam czasu. Brzęczała coś pod nosem o młodym pokoleniu, ale finalnie pokazała mi, którędy mam się udać. Byłem wniebowzięty. 
                    Szedłem, szedłem i szedłem. Ludzie mierzyli mnie wzrokiem i spoglądali jak na idiotę. Zapewne chodziło o mój niecodzienny wygląd. Czy w Londynie nadal panowało średniowiecze? Kiedy tak mijali mnie z krzywymi minami, miałem ochotę ich pozarzynać jak świnie. Gdy dzieci uciekały z chodnika, czułem się jak straszny potwór. A może nim byłem? Może to mnie trzeba było gdzieś zamknąć i zabić? Może...
— Shen! — Usłyszałem nagle. Zadrżałem. — Shen...
                  Odepchnąłem go, kiedy chciał mnie przytulić. Nie spojrzałem mu w oczy, bojąc się kontaktu wzrokowego. 
— Gdzie byłeś? Kiedy wyszedłeś? I dlaczego, do chuja, nie wziąłeś ze sobą telefonu?! — wrzeszczał, przyciągając uwagę przechodniów. 
                    Że też musiał mnie znaleźć, kiedy już byłem tak blisko celu, cholera. Jak on to w ogóle zrobił?
— Zostaw mnie — wycedziłem przez zęby. 
— Co to ma znaczyć? — spytał z dezorientacją. 
— Zostaw mnie — powtórzyłem. — Wypierdalaj.
— Zrobiłem ci coś? — zapytał znowu. 
— Blase, ja tak dłużej, kurwa, nie mogę! — krzyknąłem na niego. — Rzygam ze stresu co kilka dni, nie mogę spać, nie mogę jeść, cały czas chudnę, zaraz będę miał niedowagę. A nie, już mam. Blase, to mnie, kurwa, zabije! Niech oni sobie znajdą innego wokalistę. 
— Ach, o to ci chodzi — westchnął, głaszcząc mnie po głowie. — Nie ma najmniejszego problemu. Ale ja cię nie zostawię. 
                    Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Nie dowierzałem, że tak po prostu się zgodził. Przyszła do mnie niewyobrażalna ulga i od razu poczułem się o wiele lepiej. 
— Jedźmy do hotelu — zaproponował, po czym pochylił się nad moim uchem i położył dłoń na moim torsie. — Nie masz czasem ochoty na...?
                       Dotyk obcych dłoni na mojej klatce piersiowej zawsze wywoływał u mnie skrajne reakcje. Byłem pieprzonym fetyszystą. Po czymś takim mogłem tylko potulnie wejść do samochodu i biec za Blasem na koniec świata, byle tylko mnie dotknął. I tak też zrobiłem. Wsiadłem do auta, dałem się zawieźć do hotelu, pobiegłem za nim do windy, wyprzytulałem go, skoro nie było w środku żywego ducha, a potem entuzjastycznie dałem się wciągnąć do pokoju. Usiadłem na łóżku, seksownie zakładając nogę na nogę, gdy nagle...
— Shen — powiedział stanowczo Blase, siadając obok mnie z palącym się papierosem. I znów zamiast patrzeć na mnie wzrokiem zakochanego Turnera spoglądał na mnie jako surowy pan menadżer. — Co ty odpierdalasz znowu?
                    Spuściłem głowę. Chyba rzeczywiście nikt nie był w stanie mnie zrozumieć. Chyba niepotrzebnie łudziłem się, że znalazłem tego jedynego. Nie. Nawet on nie potrafił. Pewnie nawet nie próbował. 
— Manipulacja? — spytałem. 
— A co innego mogłem zrobić, żebyś przyszedł tu ze mną i porozmawiał normalnie? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
— Blase, ja się boję myśleć, jaka jest twoja definicja normalnej rozmowy — syknąłem. — I wiesz co? Pierdolę to. Pierdolę ten zespół, pierdolę tę robotę i pierdolę ciebie. 
                       Kiedy wypowiedziałem te słowa, poczułem okropny ból pod żebrami. Przez chwilę ciężko było mi oddychać, ale ukryłem to. Nie chciałem, by Blase widział jak się czuję. 
— Doprawdy? — Blase uśmiechnął się ironicznie. — W takim razie wychodzę. Co chcesz mi powiedzieć na naszym ostatnim w życiu spotkaniu?

15.11.16

Grzyb na stopie

Dział: Unexpected II
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi



          Blase był pieprzonym w gorącej wodzie kąpanym cholerykiem. Otoczyła go wówczas aura wściekłości tak potężna, że wgniotło mnie w kruchą korę drzewa, przy którym stałem. Wprowadzało mnie to w takie przerażenie, iż zupełnie zapomniałem o pokaleczonych stopach całych w błocie. 
           Hyesung zawsze powtarzał mi, że umowa z Blasem zobowiązuje nas do wypełniania jego poleceń. To dzięki panu menadżerowi byliśmy w posiadaniu chaty i sprzętu, to on zaopatrzał nas w prowiant, organizował koncerty i pchał nas na sam szczyt. Nie mogłem tak po prostu odmówić mu pójścia na próbę. Jednak postanowiłem spróbować go przekonać, bo miałem pełne prawo do negocjacji.
- Blase, pozwól mi tam nie wracać - wyjąkałem cicho, speszony małym dystansem między nami.
- To najgorszy moment na opuszczanie prób - odparł szorstko, choć chyba ciężko było mu zwracać się do mnie w taki sposób.
- Nie przekonam cię? - spytałem.
- A ja ciebie?
              Uraczył mnie wtedy takim spojrzeniem, że poczułem się prawie tak jak tamtej nocy. Rozczulony i całkowicie poddany Blase'owi. Zdawało się, iż jest coraz bliżej mnie. Otarł się swoim policzkiem o mój i już byłem pewien, że do czegoś między nami dojdzie w samym sercu lasu, że lada moment zatrzęsą się korony wysokich drzew, gdy nagle... Blase wziął mnie na ręce i ruszył w kierunku piaszczystej drogi prowadzącej do domu.
- Powiedziałem im, że idę cię szukać - mówił. - Jeśli faktycznie powodem twojego zachowania jest wstyd, wróć tam i wymyśl dobrą wymówkę. Że coś cię rozbolało, że złapał cię skurcz. Jamie opatrzy twoje stopy. A ja będę udawał, że przetrząsam okolicę i pojawię się za jakiś czas.
               Ciężko było przewidzieć, o czym myśli Turner, choć byłem niemalże pewien, że w innych, bardziej osobistych okolicznościach, potraktowałby mnie zupełnie inaczej. Albo uznał tamtą noc za pojedynczy wybryk, który nie wzbudził w nim żadnych głębszych emocji. Wolałem jednak nie myśleć w ten sposób.
               Postawił mnie na nogi dopiero w pobliżu chaty. Spojrzałem wtedy na niego wymownie. Odnosiłem wrażenie, że ma maskę na twarzy. Tylko po co miałby ją zakładać? Przecież byliśmy sami. Czy Blase też się wstydził?
- Blase - wymamrotałem. 
              W gruncie rzeczy pragnąłem zapytać go, czy mogę go pocałować. Wizja odrzucenia mnie była jednak zbyt przerażająca, szczególnie po tym, co zrobił Ryan. Chęć zbliżenia się do Blase'a zaczynała przejmować kontrolę nad zdrowym rozsądkiem. Ugryzłem się w język. Spojrzałem na niego po raz ostatni, po czym obróciłem się na pięcie i wszedłem do domu, zamykając mu drzwi przed nosem. Udałem się prosto na salę, gdzie wkurzony Hyesung strzelał we wszystkich laserami z oczu.
- Wybaczcie - zadeklamowałem. - Sraczka mnie wzięła znienacka.
- Nie przestajesz mnie zaskakiwać - odparł z obrzydzeniem Hyesung, gapiąc się na moje bose stopy.
              Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że są one z każdej możliwej strony pokryte błotem i spływają z nich strugi krwi. Wyglądało na to, iż obsrałem swoje nogi. Bizon rzucił się na mnie z okrzykami radości, strachu i wstrętu. On zawsze był barwnym człowiekiem. Złapał mnie za ramię i pociągnął w stronę korytarza, obiecując jednocześnie panom, że pomoże mi uporać się z problemem i zaraz do nich wrócimy.
- Coś ty zrobił? - zapytał mnie, uśmiechając się z troską. Siedzieliśmy w łazience, a Bizon przyglądał się mojej stopie. - Czemu masz tu grzyba?
- To wina Blase'a - odparłem, odwracając głowę.
- Blase? Co ma do tego Blase? - dopytywał. - Co ma Blase do grzyba na twojej stopie?
- Sam go zapytaj - prychnąłem. - To jego wina.
                 Umyłem stopy. Bizon wynalazł resztki spirytusu i bandaże. Kiedy zaczął opatrywać moje rany, syknąłem z bólu. Starałem się nie patrzeć na to, co robi. W wielu kwestiach ufałem mu bezgranicznie.
- Gdzie Blase? - spytał.
- Włóczy się gdzieś po lesie - odpowiedziałem.
- Pozwoliłeś mu na to? - zdziwił się.
- Jego problem - odparłem. - Sam chciał.
- Nie zrobił czasem tego dla ciebie? - zapytał, co wpędziło mnie w refleksje.
- Jeśli tak, to bardzo dobrze - powiedziałem. - Taka jego rola.
- Shen, nie zrozum mnie źle, ale... - wyjąkał, siadając na zimnych płytkach podłogowych. - Wczoraj mówiłeś, że chyba go kochasz. A teraz traktujesz go tak, jak niegdyś Ryana. To się nie skończy dobrze, jeśli będziesz robił problemy z niczego i zachowywał się tak egoistycznie.
- Nie bierz na poważnie tego, co mówię ci po pijaku - syknąłem. 
                Poczułem wtedy, że gryzie mnie sumienie. Jednak nie powiedziałem niczego, co byłoby niezgodne z prawdą, więc dlaczego tak mnie przybiło? Starałem się przestać myśleć o tym, że Blase włóczy się gdzieś sam po zimnym lesie. Wolałem wyobrażać sobie, jak wspólnie spędzamy wakacje w egzotycznym kurorcie, najlepiej na plaży nudystów, gdzie nie ma nikogo poza nami. Mieliśmy kasy w chuj, mogliśmy pozwolić sobie na wszystko. Musiałem tylko wyciągnąć z niego to, co do mnie czuje. Potem z górki. Ja, Shen Rivera, słynny wokalista pracujący z największymi sławami, jakie poznał świat. I stojący u mojego boku mężczyzna, który pokazał mi schody do nieba. Powiedziałbym wtedy wszystkim, w co wpakował mnie Hyde, tym samym usuwając go na dalszy plan i pogrążając za to, co mi zrobił. Żadnych problemów, wieczne szczęście. To było to, czego pragnąłem. Co miałem już prawie na wyciągnięcie ręki dzięki Blase'owi, który załatwił nam tyle koncertów i kazał grać próby dzień w dzień. Zbliżał się mój sukces.
- Gotowe - powiedział Bizon, uśmiechając się szeroko. - Idziemy?
               Założyłem skarpetki i buty, by ukryć bandaże. Nie chciałem, żeby Hyesung znał prawdę. Mógłby moje zawstydzenie zamienić w słabość i wykorzystać to przeciwko mnie. Nie mogłem na to pozwolić.
- Uspokój się - odparł Hyesung. 
                Powiedział to z tym swoim pieprzonym poczuciem wyższości, które raczej nie miało na celu dbania o moje zdrowie psychiczne. Puściłem to mimo uszu. Miałem tego dnia dziwny humor. I złe przeczucia. I świadomość, że to dopiero początek pasma niepowodzeń. Pragnąłem być jak dziewczynka z Tumblra, spać w tonie puchowych jak wata poduszek, mieć kartonowe motywacyjne hasła na białych niczym w psychiatryku ścianach, jeść ośmiornice i pić mleczną kawę z kardamonem, nutką karmelu, bitą śmietaną i skórką pomarańczy. Czytać badziewne książki o wampirach siedząc na parapecie. Zamiast tego miałem Koreańczyka z dupą zamiast twarzy. I musiałem z nim mieszkać, spędzać czas i słuchać jego pierdolenia. Nienawidziłem tego człowieka z całego serca.
                  Graliśmy ten sam numer setki razy, a w przerwach panowie rozmawiali o rzeczach, o których nie miałem zielonego pojęcia. Nie mogli się dogadać. Dopiero, kiedy przyszedł Blase, wielce zdziwiony faktem, że jestem w domu, uspokoił ich, bo miał w tych tematach najwięcej wiedzy.
- Jaką kwintę mam tu zagrać, Blase? - pytał Hyesung, grając mu kilka możliwości. - Ta zmniejszona mi tu pasuje, jest nieprzewidywalna.
- Nielogiczne - odparł. - Nie pasuje do stylistyki. Grasz ciąg kilku akordów majorowych i nagle zmniejszona kwinta. Do kitu. Graj czystą.
- A tu jaka nona? - pytał dalej.
- Musi być wielka, mała nie wynika z alikwotów - odpowiedział Blase. - Chyba, że logicznie ułożysz to w melodii.
               Kiedy trafiłem do Viceroys i po raz pierwszy usłyszałem wskazówki Blase'a, byłem nieco zszokowany. Zapytałem potem Bizona, skąd Turner wziął taką wiedzę. Okazało się, że skończył parę całkiem istotnych rzeczy, co było dla mnie dość oczywiste. Dziwił mnie raczej fakt, że z takim poziomem umiejętności zapragnął zostać menadżerem. Wystarczało mu to? Satysfakcjonowało go? Dennis powiedział mi kiedyś, że gdy nie potrafił zagrać chopsów, Blase usiadł za garami i wszystko mu pokazał. Nikt jednak nie znał jego prawdziwych możliwości i nie wiedział, dlaczego Turner nie został muzykiem, mimo że miał do tego predyspozycje i warunki. 

11.11.16

Kwintesencja

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



               Wszyscy byli skrajnie niezadowoleni, a najbardziej tego świadom był Alex Carter, którego wiedza psychologiczna wyraźnie podpowiadała, że wszelkie otaczające go uśmiechy są co najmniej wymuszone. W gruncie rzeczy tylko on był skrajnie niezadowolony, bowiem jego partner biegał wśród innych niedorozwinietych dziecięcych kreatur, jak Alex Carter zwykł nazywać pasywnych chłopców o orientacji innej niż ta występująca najczęściej. Jedyną jego nadzieją na konstruktywną rozmowę był Ren, od którego Alex Carter zapragnął wyciągnąć wszelkie techniki sadyzmu. Ren nie wyrażał jednak żadnych chęci na rozmowę z kimkolwiek, a jego twarz pokryta była nalotem pełnym niczego, co wskazywać mogło na to, że Ren nie odczuwa żadnych emocji. Alex Carter spoglądał na niego przenikliwie i raz po raz dochodził do wniosku, że Ren nie odczuwa żadnych emocji.
                         Will bacznie obserwował relacje między Alanem a Krukiem. Dotychczas przez myśl mu nie przeszło, że istnieją wśród mężczyzn związki opierające się na czymś innym niż niezdrowe tortury dowolnym przedmiotem, jaki znaleźć można w najbliższym otoczeniu. Zastanawiał się wówczas, czy z jego nowo poznanymi kolegami aby na pewno jest wszystko w porządku. Alan z kolei był tak ślepo zapatrzony w Kruka, że nie miał najmniejszego zamiaru przedstawiać się pozostałym. Liczył się dla niego Kruk, który podrywał go wzrokiem, bojąc się pozwolić sobie na więcej z obawy o to, że Alanowi wrócą wspomnienia z dokonywanych na nim gwałtów.
                         Równie niepokojące wydawały się Alanowi stosunki między Matyasem a Kattem, do których nikt nie podchodził, bo nikt ich nie rozumiał. Problemem nie była nawet bariera językowa. Problemem był Katt, który skutecznie odstraszał potencjalnych rozmówców zabawą z kłębkiem wełny.
                             Martin zatracił się wówczas w rozmowie z Shenem, bowiem dostrzegł podobieństwo między jego partnerem a swoim i strzeliło to w niego jak grom z jasnego nieba. Wypytywał przyjaciela o sposoby na cynicznego chuja. Shen poczuł nikłe zażenowanie, gdy jego towarzysz uznał, że jedynym sposobem, jaki zdołał wymyślić, jest odstąpienie własnego tyłka. Shen pomyślał wówczas o Ryanie, po czym zaczął przyglądać się Alexowi Carterowi. W rzeczywistości sposobem Shena było wywoływanie w Ryanie zazdrości, a raczej próby jej wywołania, bowiem Ryan nie był zdolny do takich poczynań. Shen skorzystał więc z okazji i pozostawił Martina na pastwę losu, sam zaś udał się w kierunku Cartera, obmyślając jednocześnie plan przespania się z nim.
                          W tym czasie Noda Hikari nie mógł pojąć, jak Katt dba o swoje długie blond włosy. Wtenczas przestało go obchodzić wszystko, a szczególnie wojujący nieudolnym angielskim Rei, który próbował wtopić się w tłum. Dotychczas Hikari miał oczy szeroko otwarte, zachowywał ostrożność na wypadek pojawienia się Svena. Ale Sven się nie pojawiał, dlatego Hikari przestał być ostrożny. Zaczął stawiać niepewne kroki w kierunku Katta, którego czujnym okiem pilnował jego partner.
                          Carter, który przez cały ten czas myślał o sposobie nawiązania kontaktu z Renem, na przemian fantazjując o łóżkowych torturach, nie zauważył nawet, kiedy to Shen Rivera zaszedł go od tyłu, obszedł wokoło, po czym rzucił mu się na szyję. Był wyraźnie zdruzgotany przerwaniem mu rozmyślań, jednak obecność ładnego chłopca ani trochę mu nie przeszkadzała. Przez myśl przeszła mu wzmianka o przygodnym seksie. Po chwili Carter zrozumiał, że bardzo często myśli o przygodnym seksie. Wtedy okazało się, że to Shen, nie Ryan wykazuje dziwne podobieństwo do Alexa Cartera.
                    Martin zajął się więc ubolewaniem nad swoim losem. Zorientował się wtedy, że bardzo często ubolewa nad swoim losem. Za winnego uznał Alexa Cartera, bowiem dość miał już swojego poczucia winy. Zaczął więc płakać z nadzieją, że ktoś zlituje się nad jego losem. Dziwnym trafem ktoś faktycznie się nim przejął. Był to Kruk, którego obsesja na punkcie pomagania ludziom przerastała nawet ego Alexa Cartera, choć zdawać by się to mogło niemożliwe. Alan dotrzymywał kroku swojemu partnerowi.
- Czy mógłbym ci jakoś pomóc? - spytał Kruk tonem dżentelmena. 
                    Martin podniósł wówczas głowę i w jednym momencie przepełniła go miłość od pierwszego wejrzenia. Uświadomił sobie, że kogoś takiego jak Kruk potrzebował. Ciepłego, troskliwego i opiekuńczego mężczyzny zamiast chamskiego narcystycznego skurwysyna. Seryjnego mordercy zamiast psychoterapeuty biznesmena. Postanowił pozbyć się ze swojej drogi Alana, choć nie wiedział jeszcze, jak to uczynić. Tymczasem Shen zniknął z pola widzenia razem z Alexem Carterem, któremu coraz ciężej było powstrzymać niepohamowane rządze.
                          Tak naprawdę obydwaj rzucali się właśnie do kolan Renowi z prośbą, by nauczył ich wszystkiego od podstaw. Obiecali sowicie go za to wynagrodzić, choć nie mieli przy sobie ani pieniędzy, ani jedzenia. W zasadzie niczego przy sobie nie mieli. Nie wiedzieli nawet, gdzie się znajdują i w jakim celu kazano im tam przyjść. Kiedy w końcu zdali sobie sprawę z faktu, że nie posiadają nawet drogi ucieczki, zaczęła się panika.
- To na pewno Susan Rooy - zarzekał się Martin.
- Susan Rooy? - dopytywał się Alan.
- Susan Rooy - odpowiedział Martin.
- Ktoś wie, kim jest Susan Rooy? - zapytał Kruk, ale nie dostał odpowiedzi.
                       "Sven musiał maczać w tym palce" - pomyślał Hikari. Zaczął nawet zastanawiać się, czy Susan Rooy i Sven to nie jedna i ta sama osoba. Podrapał się po głowie. 
- To musi być Hyde - wkurzył się Shen. - Zawsze udaje człowieka cud natury. 
- To może być każdy - dodał Ren, próbując wytypować kogoś, kto niegdyś przeleciał Willa. - To mogą być wszyscy.
- Hyde? - zdziwił się Alex Carter. 
- Hyde - odpowiedział Shen.
- Ja znam Hyde'a - powiedział Ryan. - Ale on pojechał do Rosji.
- Do Rosji? - spytał Shen.
- To jak, pomożesz nam? - zapytał Carter.
- Wolałbym pokazać na ochotniku - odparł Ren.
- Świetnie, potrzebujemy ochotnika. Ochotnik? Tam jest jakiś - powiedział, wskazując na zagubionego w towarzystwie Rei'a.
- Ochotnik, ochotnik - motał się Shen. - Ktoś próbuje tu nas wszystkich zabić, a ciebie interesują narzędzia gwałtu?
- Skoro zaraz mam umrzeć, muszę szybko poznać te tajniki - odpowiedział Alex Carter.
- To logiczne - przyznał mu rację Shen.
- Musimy się stąd wydostać - panikował Martin. - Hej, na pewno jakoś dojdziemy do tego, kto za tym stoi. Pomyślmy. Jest coś, co nas łączy? Wszystkich. Bez wyjątku.
- Mamy ręce i nogi - odezwał się Shen.
- Wszyscy jesteśmy mężczyznami - dodał Kruk.
- Mężczyznami? - zdziwił się Alex Carter, patrząc na Martina. - To co jest wyznacznikiem męskości? 
- To musi być Susan Rooy - powiedział Martin.
- Wyznacznikiem męskości? - spytał Alan.
- Susan Rooy? - zdziwił się Ren.
- Faktycznie, to może być ona - odparł Alex.
                        Shen w głębi duszy nadal czekał, aż Ren poda mu te wskazówki, na które razem z Alexem Carterem tak niecierpliwie czekają. Uwagę Rena odwracał jednak panujący wokół chaos. Po chwili obecni zaczęli się orientować, że wśród nich brakuje jednej osoby. Nie mogli nawet dojść do tego, kto zniknął.
- Skoro nikt z nas nie przyszedł tu sam, powinniśmy szybko dojść do tego, kogo nie ma - odezwał się Kruk.
- Ja już doszedłem - odparł Shen, wywołując tym samym szeroki uśmiech u Alexa Cartera. - Przecież każdy ma swoją parę. A ty, Ren, z kim sypiasz?
                    Ren wbił wzrok w ziemię, a jego twarz pokryła się niezmierzonym trudem. Zupełnie jakby jego mózg próbował dodać do siebie dwie nieskończone liczby. Prawda była taka, że Ren nie wiedział, z kim spał. A tym bardziej, z kim nie spał.
- Will zniknął - powiedział w końcu.
- Tak jak te czeskie dzieci, które siedziały w rogu - dodał Alan, na co Hikari wybuchnął płaczem, gdyż nie zdołał zgłębić tajników dbania o włosy.
- Mówili, że idą na lody - odparł Rei. - Tak słyszałem przynajmniej.
- Na pewno nie - wtrącił się znowu Ren. - Will na pewno poszedł ćwiczyć na skrzypcach.
- Czeskie dzieci też? - spytał Shen.
- Mówili, że idą na lody - powiedział Rei.
- Lody? - spytał cicho Martin. Alex uśmiechnął się lekko.
                     Martin w czeluściach rozpaczy wpadł bezwładnie w ramiona Alexa Cartera, a do jego oczu znów zaczęły napływać łzy. Nie wiedział, co począć. Bał się śmierci. Ta sytuacja zaczynała go przerastać. Alex zaś dostrzegał wyraźny związek między zachowaniem Martina a lodami.
- Japońskie dzieci też zniknęły - zauważył Ryan. - Nareszcie.
- Nie bądź taki - jęknął Shen. - Ty i ta twoja nienawiść...
- Lody ich przekonały - powiedział Alex. - Mnie też. Mogę już zniknąć?
- Co, jeśli porwali ich kosmici?
                    Wtedy Martin zauważył, jak jego kończyny stają się przezroczyste. To było okropne uczucie, kiedy zorientował się, że w takim stanie rzeczy Alex Carter już nigdy go nie dotknie. Zaczął panikować. Nie chciał dołączyć do czeskich i japońskich dzieci, nie bez Alexa, którego tak bezgranicznie kochał. A co, jeśli to była karma? Czy niepotrzebnie mówił Krukowi, że kogoś takiego potrzebuje? Martin dobrze wiedział, że potrzebuje tylko Alexa Cartera. Jednak obraz, jaki stanął nagle przed jego oczami, zmienił wszystko.




3.11.16

Ofiarowanemu kurczakowi w odbyt

Dział: Unexpected II
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi



               Wojnę najłatwiej wywołać można doprowadzeniem do upadku wiążących struktur solidarności, tych odzywających się w człowieku niczym instynkt zwierzęcy w przypadku zagrożenia życia. Wprowadzić na czele artylerii kłamstwo pod postacią sojusznika, wykorzystać jednocześnie jako szpiega i będącego w centrum akcji stratega. Zagłębić się w słabe punkty i zapuścić korzenie tak silnie, by nie wyrwano ich z powrotem nawet herkulesową siłą. Zagnieździć się. Przeniknąć.
               To była miłość od pierwszego wejrzenia. Koreańczyków nienawidziłem bardziej niż zdrowego odżywiania, ale ten potrafił przygotować posiłek tak wyborny, że to uczucie było jedynym, które się we mnie odzywało. Nie liczyły się już dla mnie głębokie zapleśniałe relacje, jakie nas łączyły. Ważny był sos ze świeżych pieczarek. I nikt nie byłby w stanie przekonać mnie, że jest inaczej.
               Hyesung na moich oczach przeprowadzał egzekucję kurczaka. Czynił to z taką subtelnością, jak gdyby parał się atrakcyjnym ludzkim ciałem. Z nutą homoseksualnej namiętności wpychał mu w odbyt surowe warzywa tak sztucznie jakby samego siebie usiłował nafaszerować wartościami moralnymi.
               Kurczak stawał się uprzedmiotowionym ciałem pozbawionym duszy, a ja w ostrej migrenie wpatrywałem się w strugi deszczu spływające po szybie niemytej chyba od czasów młodości mojej nieżyjącej już prababki. Łzy nieba zmywały ptasie gówna. Zalewało świat tak jak mnie zalewała krew, jak Ruscy zalewali się spirytem do czyszczenia kuchenek. Romantycznie niczym podczas pasterki w świetle księżyca.
                      W kuchni z Hyesungiem czułem się niczym dziewczynka w czerwonym płaszczyku w starciu z gigantycznym bykiem. W systemie totalitarnym, bo moje poczynania były nazbyt aż kontrolowane. Na bagnach, bo było mokro. Tylko bieliznę miałem suchą jak wykrochmaloną.
- Warzywa są nieświeże - odparł Hyesung, zaglądając ofiarowanemu kurczakowi w odbyt.
- Warzywa są nieświeże - powtórzyła Deidre.
- Warzywa są nieświeże - potwierdził Ent.
- Nieświeże - westchnąłem cicho.
               Bizon przeżywał wówczas jelitówkę prawie tak silną jak ta, która dopadała mnie co zimę, kiedy miasta obfitowały w świąteczne stoiska i atmosferę naturalną niczym twarz Hyesunga. Ciągnął mnie za przedramię w kierunku pokoju, który dzieliliśmy, wniebogłosy krzycząc, że muszę mu pomóc. Zastanowiłem się wówczas, czy mój wygląd może mieć z tym jakiś związek.
- Co miał znaczyć ten występek? - zapytałem przyjaciela, gdy już zaciągnął mnie do pomieszczenia i szczelnie zabarykadował drzwi.
- To nie był występek - odpowiedział. - To był performance.
               Dzięki wrodzonej hipochondrii wmówił sobie coś, pobladł na chwilę, by stworzyć pozory umierającego i tym samym uratował mnie z łap Mruczka. Bizon wiedział. Jako jedyny ufał moim słowom. Miał świadomość, że na tym potworze spoczywa klątwa, że ten kot został zaklęty przez wyznawców wiccy, a teraz błąka się po świecie odgryzając ludziom palce dłoni.
                Otworzyliśmy wino węgierskie - czerwone wytrawne, bo tylko takie było. Bizon polał niczym kucharze z reprezentacji San Marino przed każdym meczem. Bardzo gościnnie przyjął mnie w moim pokoju.
- Muszę ci się zwierzyć - powiedziałem w końcu, przerywając tym samym tematy polityczne, o których nie mieliśmy pojęcia.
- Czy to ma związek z fekaliami? - spytał.
- Może mieć związek z odbytem - odparłem.
- Więc odpowiedź jest twierdząca - odpowiedział. - Myślę, że powinniśmy mieć więcej tematów do rozmów.
- Chodzi o Blase'a - dodałem.
- O odbyt Blase'a? - zapytał.
- Nie, o mój odbyt - rzuciłem krótko.
- Co ma wspólnego Blase z twoim odbytem? - zadał pytanie.
- Nie wiem - powiedziałem.
- Obydwa za bardzo sztywnieją na myśl o próbie - dokończył.
- Serio? - zdziwiłem się.
- Nie serio. Blase był dumny z twojego ostatniego tekstu. Aż sobie owinął szaliczek z pindola wokół szyi z tej satysfakcji - mówił. - Ale i tak chce, żebyś napisał na jutro nowy tekst.
               Niestrudzony byłem niczym Hyesung golący dorodne włosy na plecach, kiedy przyjmowałem te niezmierzone ilości trunku. Mus wykreowania dzieła wciąż jednak zawracał mi głowę i nie pozwalał żyć. Dlatego nie odkładałem tego do rana, lecz napisałem utwór jeszcze tamtego wieczoru, gdy Bizon spał już pochłonięty mrokiem jego egzystencji i przepalonej żarówki.
               A rano mnie na ten widok kurwica wzięła. Ledwie przeczytałem zalążek sztuki nocy poprzedniej, a już mi chuj wziął i opadł. Moja piosenka o miłości opowiadała historię, która gdzieś na końcu świata musiała zdarzyć się naprawdę.


Kupiłem ci kwiatka, bo się obraziłaś,
Tym samym moje serce zraniłaś,
Teraz boli mnie.
Oczęta moje zaszkliłaś,
Znowu się obraziłaś,
Ale już co robić wiem.
Kupię ci bukiet róż,
A ty piękną suknię włóż.
Będziemy tańczyć do rana,
Walca i kankana,
Ja bez ciebie ani rusz.
Będziemy jak te po łące skaczące, biegające, hasające
Zające.
A nasza miłość jak rosnące, niepokojące 
Pnącze.
Nie odbierze nam nikt słodkości, miłości, gości 
I kości.
Bo kochamy się jak nikt.


                    Na szybko najebałem literek z drugiej strony kartki. W głowie miałem jeszcze sen erotyczny związany z Blasem, pisałem na podstawie tego. Próba zbliżała się wielkimi krokami. Chuj wie, co by się stało, gdybym przyszedł z pustymi rękoma, wolałem jednak nie ryzykować.

Nadal gorliwie myślałem o tym, co Bizon powiedział mi o Blasie.



29.7.16

Potrzebny jak drzazga w fiucie

Dział: Unexpected II
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi



                         Od wnętrza podniszczonej gablotki dzieliła mnie jedynie szyba, brudna i równie zdewastowana, co cała ta miejska szafka. Kto w Edynburgu zwykł jeszcze w dobie internetu korzystać z tak staroświeckich sposobów masowego przekazu? Rękę dałbym sobie uciąć, że mieszkańca użytkującego podobną machinę ze świecą można by szukać, a jednak istniał ktoś na tyle głupi i naiwny, by co tydzień, kiedy akurat niedzielnym wieczorem przechadzałem się w tej okolicy, wywieszać nowe artykuły o tym, co akurat zjadł pies znanej aktorki i na jaki kolor tym później rzygał. Tym razem jednak jeden z tych wygniecionych i wymiętolonych papierków, które ktoś oblepił swoimi tłustymi paluchami nim jeszcze ukrył je za szybą, przykuł skutecznie moją uwagę. Ujrzałem wizerunek młodego czarnowłosego mężczyzny o cerze alabastrowej i niepozornie idealnej. W normalnym stanie rzeczy potraktowałbym to jako nieudolną próbę wciśnięcia nam wszystkim kitu, że fitness i brak używek, wspomagane dodatkowo toną drogich suplementów rodem z najdalszych zakątków Himalajów, setkami sesji coachingowych i innymi peelingami z gówna, są w stanie sprawić, że zapobiegniemy powstawaniu wszelkich przebarwień skóry, wyprysków, a nawet zmarszczek. Jednakże znałem tego człowieka, miałem okazję stanąć z nim twarzą w twarz. I z czystym sumieniem mogłem potwierdzić, że naprawdę tak perfekcyjnie wygląda. W rzeczywistości to marnie wykadrowane zdjęcie o słabej jakości nawet nie oddawało blasku jego włosów, zawadiackiego spojrzenia i ciepła, jakie biło od niego na kilometry. 
                         Zza szyby spoglądał na mnie ciemnymi oczyma słynny gitarzysta rockowy, wybitny muzyk rozpoznawalny prawdopodobnie już na całym globie. Ja natomiast nadal zalegałem przed tabliczką, pochylony w pozycji dojazdowy Małysz, ubolewający nad swoim losem, że z moim brakiem talentu nie znajdę się nawet na pierwszej stronie faktu. Ach, jakże brakowało mi tej sławy, o której zawsze marzyłem. Tak często zdawała się być już na wyciągnięcie ręki. I zawsze, ale to zawsze umykała, gdy już pewien byłem, że nikt i nic mi nie przeszkodzi. Mężczyzna sprawiał wrażenie dostojnego, jego ciało prezentowało się rewelacyjnie. Dzięki drogim treningom nawet polne popierdalacze nie miały z nim najmniejszych szans. Westchnąłem głęboko. Walczyłem sam ze sobą. Jedna część mnie wołała, bym nie przestawał, żebym się nie poddawał i chwytał marzenia, gdyż jestem przecież coraz bliżej. Druga zaś zdawała się już być kompletnie zrezygnowana i bezsilna. 
                        Brud unoszący się w edynburskim powietrzu zasłaniał gwiazdy i czynił niebo żółtym, z nieco oliwkowym prześwitem. Latarnie uliczne nie dawały za wygraną, otaczając same siebie złotą aurą i przyciągając ciekawskie ćmy i komary. Założyłem włosy za uszy i, pociągając lekko nosem, odpaliłem papierosa. Starałem się ukrywać mój wieloletni nałóg przed współlokatorami. Im nie można było ufać. Prędzej czy później złe wieści dotarłyby do samego Blase'a, a ten sprałby mnie za to na kwaśne jabłko. Ten hipokryta wypalał paczkę dziennie, a nam wszystkim zabraniał nawet myśleć o fajkach. Spojrzałem na paczkę niebieskich Viceroyów i zatrzymałem się na moment. Tyle razy już próbowałem odejść z tego cholernego zespołu i ani razu jeszcze nie zdołałem tego zrobić. Któregoś dnia miałem już nawet spakowane torby i kupiony bilet na pociąg. Znaleźli mnie w połowie drogi w taksówce. Wbiegli na ulicę, kierowca omal nie zszedł na zawał, rzucili mu na przednie siedzenie kilka zielonych, zabrali moje rzeczy, związali mnie i tyle było z mojej ucieczki. Zdawało się, że nie jestem w stanie już uciec i spędzę z nimi całe swoje marne życie. Byłem więc stracony. 
                         W głowie wciąż krążyła mi ta niezręczna myśl, że Hyde Allen, wraz ze swoim świeżo poślubionym mężczyzną, zaadoptował dzieciaka i zawiesił przez to swoją karierę. Powinienem był skakać z radości, gdyż pojawiła się przecież okazja na nadrobienie straconego materiału. Przypomniałem sobie wzrok, jakim patrzył na mnie z gablotki. Zdawał się wtedy mówić: "Daję ci czas, mój drogi. Ale kiedy wrócę, musisz być co najmniej moim godnym rywalem".
                         Szedłem powoli wyschniętą drogą, a za moimi stopami unosiły się obłoczki kurzu. Pan Andrew zorganizował nam świetną lokację, na to nie mogłem narzekać. Wspólne dwupiętrowe mieszkanie nie budziło pozytywnych wrażeń, ale wspólne dwupiętrowe mieszkanie znajdujące się za miastem, otoczone z każdej strony lasem, brzmieć już lepiej nie mogło. Zaciągnąłem się mocno dymem tytoniowym i wsłuchałem się w słodką ciszę, którą zakłócał jedynie cichy szmer drzew. I wtedy nagle zostałem oślepiony. Gwałtownie zasłoniłem dłońmi oczy, a moich uszu dobiegł głośny warkot zbliżającego się z prędkością światła samochodu. I wiedziałem, że jedzie tu, żeby pozbawić mnie życia. Mimo to stałem jak wryty i nie miałem zamiaru ruszyć się choćby o centymetr. Tak jak przypuszczałem, z piskiem opon zatrzymał się tuż przede mną. Zacząłem dusić się unoszącą się warstwą pyłu. Obszedłem pojazd i zapukałem w okno kierowcy. 
— Zniedołężniały chiński pierdziel — wycedziłem przez zęby, nie ukrywając swojej wściekłości. Zdawało się, że ten idiota świetnie się bawi, testując na mnie swoje słabe żarty. — Cóż za spotkanie!
— Co to za wyraz twarzy? "Wieśniak numer dwa"? — spytał, chichocząc złowieszczo. — Jestem Koreańczykiem, miło by było, gdybyś w końcu raczył zapamiętać. 
— Nie wiem, dokąd zmierzasz, ale jesteś mi tu potrzebny jak drzazga w fiucie — syknąłem. — Nie mam nic przeciwko, żebyś kontynuował przejażdżkę. 
— Powinieneś być dla mnie grzeczny, mam ci przypomnieć, jak musiałem zajmować się twoją urżniętą w trzy dupy dupą? — zapytał, poważniejąc nagle i, przy okazji, rozcinając mnie wpół laserami z oczu. 
— Spójrz, Hyesung, tam w oddali jest taka całkiem przystępna stodoła — zacząłem, zniżając głos do aktorskiego diapazonu. — W środku na pewno znajduje się czysty stół Kamila Durczoka. Czyż to nie kuszące? Czy nie powinieneś jak najszybciej tego sprawdzić? Zatrzymywał się tam nawet sam Piotr Kupicha z zespołu Feel. Przy okazji, jeszcze zanim pojedziesz. Blase w domu?
— Rano poleciał sobie do Berlina jak do jakiejś żabki — odparł, odwracając wzrok. — Ale mówił, że wieczorem wraca. Możliwe, że jest już u siebie i obmyśla plan zniszczenia cię. Tak na wypadek, gdyby nie chciało ci się przyjść na próbę. 
                         Skinąłem ręką na pożegnanie i odszedłem. Opuścił mnie, znów pozostawiając za sobą duszące obłoki kurzu. Słyszałem już pierwsze oznaki tego, że zbliżam się do mieszkania. Wrzasków i pisków nie było końca. Nie dziwiłem się, że Park wsiadł w swoje lamborghini i nawiał najszybciej jak tylko się dało. Nie dało się wytrzymać wśród tych zdeformowanych dzieci. Co prawda opłacanie nam rachunków i jedzenie za darmo wydawało się być najbardziej komfortową umową z wytwórnią, jaką tylko mogliby zaoferować, lecz egzystowanie na wspólnej powierzchni z tymi kretynami dawało mi więcej rozrywki, niż byłbym w stanie znieść. Cieszyłem się w duchu, że to Bizon wylądował ze mną w jednym pokoju, bo chyba bym się powiesił, gdyby trafił mi się ktokolwiek inny. 
                    Już po chwili moim oczom ukazała się wyłaniająca się spomiędzy drzew ogromna chałupa rozświetlona zewnętrznymi lampami. Nieopodal zrobiono specjalnie dla nas staw, który zarósł już pleśnią, bo nikomu nie chciało się tym zająć. Stała nad nim zgrzybiała spróchniała ławka, która zdecydowanie nie wyglądała tak jak na zdjęciach. Cóż, byłem w domu. 
                         Kiedy tylko przekroczyłem progi mieszkania, sparaliżował mnie strach. Chciałem już zdejmować buty i pędem gnać do swojego pokoju, zabarykadować się szafami i zrobić bunkier, ale ten koszmar widocznie mnie wyczuł i zasiadł majestatycznie na schodach, nie pozwalając mi przejść. Nie byłem w stanie się ruszyć. Spoglądał na mnie wielkimi ślepiami przez kilka dłużących się w nieskończoność sekund, po czym z jego paszczy wydobył się cichy, wysoki niczym u kastrata dźwięk:
— Miau!
                         Już zaczynałem zastanawiać się, gdzie zostawiłem swój spisany testament i czy aby na pewno znajdzie go odpowiednia osoba, gdy nagle znienacka pojawił się nasz straszny bodyguard i wziął na ręce swojego potwora.
— Lovely... — jęknąłem. — Co za ulga... Myślałem, że mnie pożre...
                        Ent uśmiechnął się wówczas szeroko i pomachał mi ręką z zabandażowanym czwartym palcem lewej ręki. A raczej tym, co po nim zostało. Kaleczonym swoim językiem wytłumaczył mi, że Mruczek jadł już kolację i mogę spać spokojnie. 
— Już dał żem mu żryć — spuentował. — Idź lulu.
— Ent, straciłeś palca...? — wyjąkałem, nie dowierzając temu, co wówczas ujrzałem.
— I znowu nie mogę klaskać u Rubika — odparł z uśmiechem.
                         Łudziłem się, że go nie będzie. Mieszkał na przedmieściach zupełnie po drugiej stronie Edynburga. Wpadał tylko czasem, kiedy znudziło mu się rozmawianie z samym sobą. Przywoził wtedy zawsze tego potwora, dodatkowo przybiegała za nim ta mała blond dziewczyna szalejąca na jego punkcie. W powietrzu zaczynała się wówczas unosić miłość, bowiem zarówno chinol, jak i Bizon pałali do niej gorącym uczuciem, lecz ona tego nie odwzajemniała. Była zaślepiona tym wytatuowanym zbiegiem, który któregoś dnia chyba przyćpał tak ostro, że stracił pamięć i zapomniał nawet, kim jest i skąd pochodzi.
                         Powoli wczołgałem się na górę, a każdy schodek sprawiał wrażenie nieosiągalnego celu, który udawało mi się zdobyć kosztem swojego zdrowia fizycznego i psychicznego. W powietrzu unosiła się woń smażonego mięsa. Wyglądało na to, że Blase nie odwiedził nas po powrocie z Niemiec, w przeciwnym razie dostalibyśmy wszyscy po głowach za jedzenie niezdrowych potraw, w dodatku o tej porze. Trochę mi ulżyło, jednakże nie na tyle, by móc w tym mieszkaniu funkcjonować jak normalny człowiek.
                         Kiedy zdołałem dotrzeć na piętro, prosto do kuchni, moim oczom ukazał się widok tak tragiczny, że przez chwilę zacząłem pragnąć swej śmierci, jak gdyby była dla mnie jedynym ratunkiem, eutanazją w czystej postaci. Znalazłem się wówczas w naszej wielkiej kuchni i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż w domu tego dnia byli wszyscy. Wszyscy bez wyjątków. Nawet Dennis Parker, ten podstarzały niedogolony gnojek, którego pan Andrew kiedyś ściągnął do zespołu, choć nie pasował do nas ani wiekiem, ani - tym bardziej - wyglądem. Parker nie bywał u nas często, mimo że podobno z nami mieszkał, bowiem wolał stacjonować w swojej własnej chałupie, gdzie zawsze czekała na niego loszka z gorącym obiadkiem i gromadka zdeformowanych po ojcu dzieci. Nie miałem zielonego pojęcia, jak ten facet się tutaj znalazł.
— Bizon — szepnąłem, przysuwając się do białowłosego przyjaciela. — Czy ja umieram?
                           Zacząłem odczuwać niewyobrażalne mdłości i już pewien byłem, że jestem blady jak ściana i lada chwila upadnę z hukiem na kamienną posadzkę i wyzionę ducha.
— Jeszcze nie — odparł z uśmiechem Jamie Bison. — Hyesung jest poza domem, wszystko będzie dobrze.
                     Jamie zawsze potrafił poprawić mi nastrój, nawet w tak okrutnych momentach jak ten. Ceniłem go jako świetnego przyjaciela oraz człowieka, który potrafi dać sobie radę niezależnie od warunków, w jakich się znajdzie. Był skromnym chłopakiem z biednych dzielnic przedmieścia i miał za sobą straszną przeszłość, choć sam tak nie uważał i twierdził, że w życiu ma sporo szczęścia.
                    Bizon pomagał akurat robić obiad Parkerowi. Dennis Penis zawsze pichcił krwiste steki, jeśli zdołał już dobrać się do naszej nieużywanej kuchni. Może chciał zwrócić uwagę na to, jak bardzo jest męski w porównaniu do swoich wymalowanych anorektycznych kolegów z zespołu, a może zwyczajnie nie potrafił przygotować niczego innego. Obróciłem się na pięcie, a mój wzrok przykuły zaloty Deidre i Enta. Jeśli można by było nazwać tak to, co właśnie czynili. Lovely siedział na sofie, pochylony tak nisko, jak gdyby zaraz miał mu wyskoczyć garb wysokości Mount Everestu, w dłoniach miał książkę o dużym formacie i twardej okładce, na niej zaś kartkę, na której coś rysował. Na podłodze porozrzucane były kolorowe kredki, istna patologia. Blondynka zajmowała miejsce tuż obok niego, tak blisko, że pomarzyć mógł tylko o jakiejkolwiek sferze intymnej, ale zdawało się mu to nie przeszkadzać.
— Śliczny — zaczęła swoim wysokim głosem. Rozwiązywała akurat krzyżówki i postanowiła poprosić go o pomoc dobrze wiedząc, że ta wytatuowana łysa kreatura nie posiada nawet zdolności czytania. — Co ciągnie się lepiej niż guma?
— Jelita — odparł bez namysłu.
                         Przełknąłem głośno ślinę i poczułem, jak ze stresu pocą mi się dłonie. Nagle jednak zauważyłem, że Mruczek zniknął z pola widzenia. Było to o stokroć gorsze, niż jeśli siedziałby metr przede mną i bacznie obserwował najmniejszy mój ruch. Aby zachować względy bezpieczeństwa, zbliżyłem się do papużek nierozłączek zajmujących sofę. W razie czego mój bodyguard osłoniłby mnie przecież przed klątwą przerażającego pana Mruka. Podszedłem więc bliżej i skorzystałem z okazji, by przyjrzeć się rysunkowi Enta.
— To apokalipsa? — spytałem.
                         Uniósł głowę i rzucił mi zdziwione spojrzenie, bo czym bez słowa wrócił do wykonywanej wcześniej czynności. Deidre odchrząknęła znacząco, dając mi do zrozumienia, żebym nie używał tak trudnych słów w towarzystwie Enta. Mimo wszystko zaciekawiła mnie jego artystyczna wizja, więc kontynuowałem wywiad środowiskowy.
— Lovely, co robi ten diabeł w ogrodzie? — spytałem nieśmiało.
— Rozsiewa zło — odparł z nieukrywanym entuzjazmem.
— A Jezus na rondzie? — zapytałem znowu.
— Nawraca — odpowiedział krótko.
— A ta panda w pożarze lasu? — zadałem kolejne pytanie, przygotowując się na śmierć.
— Płonie.
                        Poczułem, jak do oczu podchodzą mi łzy. Nie byłem w stanie przetrawić zachowania moich współlokatorów, choćbym bardzo chciał. Drżącą dłonią wyjąłem powoli telefon z kieszeni, łudząc się nadzieją, że jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto zaoferuje mi pomoc. Wiedziałem jednak, iż policja czy inne służby porządkowe nie dadzą rady, poza tym sam wizerunek Lovely'ego Enta spłoszyłby ich co najmniej na kilka mil. W popłochu przeglądałem kontakty w telefonie, aż moim oczom ukazało się nazwisko "Blase Turner". Nasz pan menedżer pewnie był zmęczony po długiej podróży, ale przecież zapewnienie bezpieczeństwa członkom zespołu należało do jego obowiązków, czyż nie? Szybko ukryłem się w łazience, wcisnąłem się w kąt między sedesem a ścianą i wybrałem numer. Każdy kolejny sygnał przybliżał mnie do śmierci i już zaczynałem oblewać się potem ze strachu, że nie odbierze, gdy nagle...
— Tak? — Usłyszałem.
— Blase, błagam, ja tu nie wytrzymam, Ent rysuje apokalipsę kredkami i gada o ciągnących się jak krówki jelitach, nawet chinol odpadł i nawiał swoim lamborghini, błagam, Blase, zrób coś... — wyjąkałem jednym tchem.
— Mieszkasz z nimi tak długo i nadal nie potrafisz z nimi rozmawiać? — spytał zrezygnowanym tonem. — Czy to na pewno ja powinienem ci pomóc?
— Błagam, przenocuj mnie, będę ci sprzątał i gotował, daj mi tylko bezpieczny azyl, w którym te gnoje mnie nie znajdą — szlochałem.
— Jakbym mało miał zmartwień na głowie — syknął. — Zdajesz sobie sprawę, jak ciężki dzień mam za sobą?
— Ty? TY? — wkurzałem się.
— Ale masz się zachowywać — powiedział. — Daj mi pół godziny.
                      Odetchnąłem z ulgą, choć wiedziałem, że najbliższe minuty będą najgorszym okresem w moim życiu. Przegryzłem wargę i skupiłem się na chłodzie bijącym od łazienkowej posadzki. Zimno przechodziło przez moje uda, biegnąc aż do stóp, wywołując tym samym całkiem przyjemne uczucie. I wtedy w oddali dostrzegłem wielkie ślepia. Patrzyły na mnie zza prysznicowej szyby i już wiedziałem, że Blase będzie jedynie zbierał po mnie narządy wewnętrzne. Nie zdążyłem nawet policzyć do trzech, a ten potwór rzucił się na mnie, przelatując najpierw trzy metry nad ziemią, bo po tym wylądować centralnie na mnie. Wtedy zacząłem szanować fakt, iż mam wszystkie palce. Musiałem o nie walczyć, nie mogłem dać za wygraną! Złapałem więc sierściucha za szmaty i szybkim ruchem pozbyłem się problemu, spłukując go w toalecie. Spojrzałem na swoje drżące dłonie i poczułem się niczym pan świata, niczym król, który właśnie wygrał ostateczną wojnę i od teraz może cieszyć się spokojem po kres swoich dni. Dumnym krokiem opuściłem łazienkę, a moim oczom ukazała się kolejna pokraka, której widoku przetrawić nie potrafiłem.
— Pan skejter szalał w toalecie na desce? — spytał chinol, uśmiechając się złowieszczo na mój widok.
— Śliczny, zobacz, zaczyna się! — krzyknęła z entuzjazmem Deidre, biorąc do rąk popcorn i niecierpliwie czekając na codziennie potyczki słowne między mną a Hyesungiem.
— A ty co? Wymalowałeś się specjalnie na przejażdżkę samochodem za te czeki, co ci mama co miesiąc wysyła? Naturalny jesteś jak wygrana Rodowicz na Top Trendy — syknąłem.
— Moja cera jest nieskazitelna i nie potrzebuje makijażu. Kosmetyki zostały stworzone dla takich ludzi jak ty — zachichotał. — Chociaż, nie ukrywam, ilość tynku na twojej twarzy to większa zagadka niż kurs franka.
— Ciekawe, jak czuje się twoja biedna matka harując na twoje zachcianki, podczas gdy ty zapierdalasz jej kasę jak shinden napisy — odparłem szorstko. Szach mat!
— Przepraszam bardzo, panowie — wtrącił się nagle Jamie. — Naprawdę nie chcę przerywać, ale kibel nam wybuchł.
— Ent, czy twój skurwiały kot trzyma pod futrem ładunki wybuchowe? — spytałem z przerażeniem.
                         I wtedy zapanowała niezręczna cisza, przeszywająca mnie na wskroś, przebijająca na wylot niczym włócznia. Lovely spoglądał na mnie wzrokiem tak wściekłym, że chyba nikt nie byłby w stanie już powstrzymać go od zamordowania mnie. Hyesungowi twarz wykrzywiła się o dziewięćdziesiąt stopni, a Bizon zmarszczył się w panicznym uśmiechu. I wtedy ku zdziwieniu wszystkich obecnych znikąd pojawił się Mruczek i grzecznie wskoczył Deidre na kolana. Ent momentalnie się uspokoił i zaczął głaskać i miętolić swojego kota, a my odetchnęliśmy z ulgą.
— Stary, bo nam Lovely na zawał zejdzie... Dziś ma ciężki dzień, w południe nie mogliśmy go uspokoić — zaczął Jamie. — Deidre czytała mu tę opowieść o kobiecie, która parała się eksperymentami na żywności i zatruła bogatą wpływową dziewoję, a jakiś diaboliczny genetyk wybudził ją ze śmierci po stu latach wmawiając schizofrenię.
— Przecież już słyszał sto razy o śpiącej królewnie — odparłem.
— Wiem, ale chyba liczył na inne zakończenie — mówił. — Poza tym Deidre wysłała go do sklepu po bibułkę, wiesz, jakieś artystyczne zamiary, kompletnie się na tym nie znam. Wyobrażasz sobie? Wszedł, przywitał się, poprosił o...
— O bibułkę? — dopytywałem się.
— Stary — wyjąkał, łapiąc się za głowę. — O biseksualną bułkę.
                         Momentalnie się rozpłakałem, a Bizon zaczął przepraszać, że nie powinien był opowiadać mi tak strasznych historii przed snem. Wtedy jednak poczułem, jak wibruje mi telefon w kieszeni. Pędem wbiegłem do swojego pokoju, wziąłem torbę z rzeczami i kosmetykami, bo zawsze miałem taką jedną w zanadrzu specjalnie na takie okazje, po czym pożegnałem się słowami, że jadę do Blase'a i zniknąłem.
                         Czarny samochód z przyciemnionymi szybami czekał już na parkingu przed naszą chałupą. Otworzyłem tylne drzwi i wrzuciłem torbę na siedzenie, po czym zająłem miejsce z przodu.
— Blase, nie wiem jak ci dziękować — wymamrotałem.
— Cała przyjemność po mojej stronie — odparł ironicznie.
                         Naprawdę wyglądał na przemęczonego. Cienie malowały się pod jego oczami, a gdzieniegdzie dało się dostrzec zmarszczki, których jeszcze kilka dni temu nie miał. Wielokrotnie powtarzał, że ta praca go zabije, że nas nienawidzi, szantażował odejściem z roboty. Coś go jednak przy nas trzymało, a my, zamiast to uszanować, męczyliśmy Blase'a jeszcze bardziej.
                         Wyciągnąłem się na siedzeniu i westchnąłem głęboko. Spojrzałem przed siebie, w bezkresną czerń otoczoną ciemnymi drzewami. Turner gnał jak pojebany, nie obawiając się, że może tym samym pozbawić życia jakieś bezbronne dzikie zwierzę.
— Słyszałeś o Allenie? — spytałem cicho.
— Jasne — odparł.
— Męczy mnie to — wyjąkałem. — Nie mogę przestać o tym myśleć, odkąd się dowiedziałem.
— Domyślam się — odpowiedział szorstko.
— Jak to? — zdziwiłem się. — Myślałem, że uznasz, że dzięki temu teraz będę miał czas, żeby się rozwinąć, wiesz, koniec z etapem podciętych skrzydeł i tak dalej...
— To by było logiczne, masz rację — powiedział. — Ale dobrze wiem, że nadal myślisz o Ryanie, Shen. Ten dzieciak pewnie przekreślił twoje ostatnie nadzieje na odbicie go.
— Blase... — jęknąłem. — Nie chcę, żeby było tak, jak mówisz. Ale masz rację, masz cholerną rację.


6.6.15

Dla jednej, głupiej rozmowy.

Dział: Unexpected. 
Numer rozdziału: 29
Gatunek: Yaoi. 



— Nie sądziłem, że mnie odbierzesz — odparłem niby zszokowany, ale mój głos nie wahał się ani nie drżał.
— Znam cię na tyle, że kiedy mówisz, iż przylecisz pierwszym samolotem, to zrobisz to mimo wszystko — odpowiedział z lekkim uśmiechem, co nie lada mnie zestresowało. Albo raczej... wywołało dziwne, mieszane uczucia. — Gdzie idziesz, nie przywitasz się?
— No cześć — powiedziałem cicho, obchodząc samochód naokoło i wsiadając z drugiej strony. Bo co niby innego mogłem zrobić.
               Jechaliśmy limuzyną w milczeniu. Na początku zagadywał mnie na jakieś kompletnie oficjalne tematy, pytał między innymi o pogodę w Anglii, o moją robotę, o Sandrę. Stanowczo jednak nakazałem, byśmy nie rozmawiali, póki nie zostaniemy sami. Ujrzałem wtedy nieco zdezorientowane spojrzenie kierowcy w przednim lusterku, jednak co mogłem zrobić? W rzeczywistości ta sytuacja męczyła mnie tak bardzo, iż nie byłem w stanie rozmawiać z nim o czymkolwiek, a z drugiej strony podejrzewałem, że nie wykrztuszę z siebie ni słowa, kiedy dojdzie do właściwego tematu, choć właśnie z tego powodu przebyłem tak długą drogę. Dla jednej, głupiej rozmowy. Jednak ten banał mógł na lepsze zmienić całą moją przyszłość. 
                Mężczyzna wyjął telefon i zadzwonił prawdopodobnie do swojego menadżera, jak wywnioskowałem z rozmowy, którą wówczas prowadził. Sam wlepiłem wzrok w krajobrazy za oknem, analizując to, czego dokonałem przed wyjściem z mieszkania. Nie było to ani miłe, ani kulturalne, jednak z czystym sumieniem mogłem stwierdzić, że było w pełni szczere. 
— Posłuchaj mnie teraz uważnie — mówiłem, nie mogąc pohamować wściekłości. — Właśnie wróciła do ciebie karma, zniszczyłeś mój związek, to teraz wypierdalaj. Jadę do swojego byłego faceta i zrobię wszystko, żeby do mnie wrócił. Nawet, jeśli będę musiał cię zapierdolić i wywiesić przez okno na strunach głosowych. 
               Co mógł pomyśleć zakochany po uszy siedemnastolatek słysząc takie słowa? Płakał rzewnie, płakał jak bóbr. Ale nic mnie nie obchodziło. NIC. Chciałem tylko zobaczyć Hyde'a. Nic więcej. 
               Usiedliśmy naprzeciwko siebie w pokoju hotelowym. Dzielił nas niski stolik do kawy, obydwoje zajmowaliśmy miejsce na szerokich wygodnych sofach. Pomieszczenie było urządzone dość bogato, wręcz przesadnie i nie miałem na myśli ozdób i dekoracji, ale raczej tysiące mebli upchanych na kilkunastu metrach kwadratowych. Hyde w dziwny sposób się uśmiechał, byłem pewien, że nie chodzi o coś na zasadzie "wiedziałem, iż do mnie wrócisz". Nie miałem pojęcia, o czym wtedy myślał, ale stresowało mnie to.
— O czym chcesz porozmawiać, Ryan? — zapytał grzecznym tonem głosu. 
— Nauczyłem się, że szczerość jest najważniejsza, to może nie działało z Shenem, ale z tobą owszem, dlatego właśnie to wykorzystam — zacząłem. — Ten chłopak, Todd, szlajał się za mną w zasadzie odkąd wyjechałeś. Stalkował mnie, śledził, nie wiedziałem, dlaczego. Podejrzewałem, iż jest fanem Shena bądź twoim i moje przypuszczenia się sprawdziły, jednak to nie był główny powód. Zakochał się we mnie. 
— Nie musisz się tłumaczyć, Ryan — zaśmiał się.
— Ale chcę i masz mnie wysłuchać — nakazałem stanowczo. — Tego wieczora rozmawiałem z nim po raz pierwszy. Zaciągnąłem go do mieszkania, by mi nie nawiał, chciałem z niego wyciągnąć to, czemu za mną łazi. Pech chciał, iż nauczyłeś mnie też empatii, nie wyrzuciłem go z domu, bo zaczęło lać jak z cebra. Odstąpiłem mu sypialnię i miałem zamiar spać na kanapie w jadalni. Zawołał mnie, gdyż coś mu tam nie pasowało, więc wszedłem do sypialni, wtedy właśnie objął mnie i poprosił, bym z nim spał. Jednocześnie ty stanąłeś w drzwiach mojego pokoju. 
— Więc się pomyliłem... — westchnął. 
— Niby — wycedziłem przez zęby i spuściłem głowę. — Aczkolwiek byłem tak wściekły, że kiedy wyszedłeś, przespałem się z nim. I sypiałem z nim do wczoraj. Wykorzystywałem go, bo nie miał nic do zaoferowania, jeśli chodzi o charakter. 
               Hyde uśmiechnął się kącikiem ust po tych słowach i cierpliwie czekał, aż skończę mówić. Bałem się jego reakcji. Widziałem w jego oczach, że od samego początku, odkąd tylko przyleciałem do Szkocji, wiedział już, co z tym fantem zrobi. Moje wytłumaczenia nie miały prawa wpłynąć na jego decyzję.
— Wyrzuciłem go z domu, mówiąc bardzo złe słowa — zakończyłem. 
— I co masz zamiar teraz zrobić? — spytał jakoś dziwnie roześmiany. 
— Cokolwiek... Wszystko, ale, błagam, zacznijmy od nowa, proszę, Hyde... — wyjąkałem, sam nie dowierzając, że ktoś taki jak ja może być aż tak zdesperowany.
— Nie widzę sensu w zaczynaniu od nowa — odparł. 
— Hyde, rozumiem, że... Tak, popełniłem błąd, ale mógłbyś mi dać jeszcze jedną szansę... — stęknąłem. — Mógłbyś?
— Gówno prawda — zaśmiał się głośno. — Ryan, od ponad miesiąca tylko czekam, aż zadzwonisz, bo sumienie nie pozwala zrobić mi tego samemu. Po co chcesz zaczynać od nowa, skoro możemy trwać w tym dalej? 
— Więc... Hyde... Nadal chcesz być moim chłopakiem? — spytałem z nadzieją.
— Nie do końca — odpowiedział. — Czekałem na ciebie i zaopatrzyłem się w coś fajnego przez ten długi czas oczekiwania.
               Podniósł się z sofy i podszedł do szafki nocnej. Wysunął szufladę i zaczął grzebać, wkurzając się, że nie może tego znaleźć. Siedziałem i niecierpliwie czekałem, gapiąc się na niego jak na popierdolonego. 
— Mam! — krzyknął triumfalnie, po czym podszedł do mnie, kazał wstać i złapał za rękę. — Ożeń się ze mną, Ryan. 








K O N I E C
____________________________________________________________
Eh, że niby ta seria miała przebić Maniakalnego... Coś chyba poszło w złą stronę... Uwaga, jest happy end, tak jestem Lisem, nic mi się nie stało, cegła nie spadła mi na łeb. Czekam na wnioski, uwagi, komentarze, co Wam się podobało, a co nie przypadło Wam do gustu, chcę wiedzieć wszystko. Bez krytyki się nie rozwinę (czy ja to piszę po zakończeniu każdego działu, czy mi się wydaje?). 
:v

5.6.15

Moglibyśmy spać razem?

Dział: Unexpected.
Numer rozdziału: 28
Gatunek: Yaoi.



— Mam na imię Todd — powiedział nieśmiało i utkwił wzrok w ziemi.
               Zastanawiał mnie. Szlajał się za mną od dłuższego czasu, jąkał się, nie był w stanie się wysłowić. Zachowywał się bardziej jak kobieta niż facet. Miał siedemnaście lat i jego hobby polegało na stalkowaniu mnie dzień i noc. Ponadto był fanem zespołu J-Rockowego, który rozpadł się przez śmierć wokalisty. Dlatego cieszyłem się, iż nie wie, że to TEN Hyde jest moim chłopakiem. 
— Czemu za mną łazisz? — zapytałem. 
               Niestety jedynym moim wyjściem było zaproszenie tego małolata do mojego mieszkania. Chciałem wyciągnąć z niego pewne fakty, na ulicy mógłby najzwyczajniej w świecie mi spierdolić. Miałem zły humor i starałem się na nim nie wyżywać. Hyde wyplenił ze mnie to całe bycie chamskim skurwielem. Tęskniłem za nim jak jasna cholera. "Został miesiąc" - powtarzałem sobie. "Większość tortur już za tobą". Z Sandrą nie miałem kontaktu i próbowałem samego siebie przekonać, iż daje sobie radę z rodzicami. Ernest nadal do mnie wydzwaniał. Brakowało mi Hyde'a. W dodatku szlajał się za mną ten dzieciak. Przynajmniej robotę miałem nieźle płatną. Kto by pomyślał, że wyląduję na tym samym stanowisku w tej samej firmie, co wcześniej.
— Ja... — jąkał się.
               Nie mogłem zrozumieć, o co chodzi temu chłopaczkowi. Łaził za mną dzień i noc, jechał ze mną tramwajem do pracy, wchodził za mną do firmy, wychodził z niej, wsiadał do mojego tramwaju, odprowadzał mnie pod dom - i tak dzień w dzień. W weekendy spotykałem go, kiedy wychodziłem po zakupy, choć zawsze robiłem to o innej porze. Za którymś razem zwyczajnie się wkurzyłem, wziąłem go za szmaty i zaprowadziłem na górę, by to wyjaśnić.
— Myślisz, że nie zauważyłem? Łazisz za mną od bitego miesiąca, nie mam życia przez ciebie — syknąłem.
               Może czegoś na mój temat się dowiedział? Ktoś mu powiedział, iż jestem byłym facetem Shena i to go tutaj zaprowadziło? Cholera, łudziłem się nadzieją, że to o to chodzi, ale niestety się zawiodłem.
— Kocham... — wyjąkał — pana.
               I wtedy mój świat się zawalił. Jakby tego było mało miałem w sobie zbyt wiele empatii, dlatego kiedy zauważyłem, jak się rozpadało, pozwoliłem mu zostać u siebie na noc. Co ja sobie wyobrażałem? Chuj wie... Powiedziałem, że może spać w moim łóżku, sam natomiast położyłem się na kanapie w jadalni. 
— Prze... — powiedział nagle, wyłaniając się z mojego pokoju.
— No idę, wolę nie wiedzieć, z czym masz problem. 
               Poszedłem za nim do swojego pokoju i stanąłem nad łóżkiem. Nie mogłem dojść do tego, jaki ten chłopak ma kłopot. Wszystko było na swoim miejscu. Zapytałem go spojrzeniem.
— Moglibyśmy... spać razem? — zapytał cicho, delikatnie mnie obejmując.
— NIESPODZIA... — Usłyszeliśmy nagle na progu sypialni. — A... AHA.
               Scena ta oczami obserwatora mogłaby wyglądać naprawdę komicznie. Ja - obejmowany przez jakiegoś małolata. Małolat - obejmujący mnie i zszokowany sławą, którą właśnie zobaczył. No i stojący w drzwiach Hyde, który postanowił wrócić wcześniej z trasy. Torby powypadały mu z rąk, stał jak wryty i patrzył na nas nie dowierzając swoim oczom. Złapał się za głowę i wszedł do jadalni.
— Może pan... dać mi autograf? — zapytał mały szczeniak, ocierając łzy z oczu. Hyde uśmiechnął się do niego, podpisał papierek i poprosił, by wrócił do sypialni i zamknął drzwi. Mężczyzna zapalił papierosa i spojrzał na mnie wyjątkowo zdenerwowanym wzrokiem.
— Ryan, ja wiem, że bezgranicznie sobie ufamy — wycedził przez zęby. — Ale nie uważasz, że są pewne granice?
— Czy naprawdę sądzisz, iż zrobiłbym cokolwiek z takim małolatem? — prychnąłem.
— Co innego mogę sądzić po tym, co zobaczyłem? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
— Naprawdę masz zamiar...
— Nie, Ryan — przerwał mi. — To koniec. Mam dość. Nie wyobrażasz sobie nawet tego, co teraz czuję.
               Zabrał torby i wyszedł. Zrobiło mi się gorąco, mój oddech był dość płytki. Mieszało mi się w głowie, biłem się z własnymi myślami.
— C-coś się stało...? — zapytał Todd, wychylając się zza drzwi. Nie było mowy, żebym w takiej sytuacji mógł postąpić inaczej. 
               Faktycznie, byłem pewien, że to był jego pierwszy raz. Płakał pół nocy i krzyczał z bólu. Poza tym był ciasny jak cholera. Miał wyjątkowo delikatną skórę, lecz nie na tyle delikatną, by dorównywać w tej subtelności Hyde'owi. Wyżywałem się na jego ciele, pieszcząc najczulsze jego punkty. Był całkiem słodki. I wiedziałem, iż zrobi dla mnie wszystko. Należał wyłącznie do mnie. Ten fakt podniecał mnie jeszcze bardziej. Tej nocy zrobiliśmy to jakieś sześć razy. Płakał, jednak powtarzał co chwilę, że pragnie więcej i więcej, ja jedynie zaspakajałem jego i swoje potrzeby. To mi w zupełności wystarczało. 
               Nie zwróciłem szczerze powiedziawszy uwagi na to, ile ten dziwny romans trwał. Od samego początku traktowałem chłopaka jako pojemnik na spermę, gdyż żadnych innych funkcji sam nie potrafił pełnić. Kiedy prosiłem go o radę, zawsze spotykałem się z nieśmiałym "nie wiem...". Nie pił alkoholu i nie palił papierosów. Znaczy twierdził, iż pali, ale nawet się nie zaciągał. Podejrzewałem, że wynika to z jego fascynacji Shenem. Jak dobrze, iż nie wiedział o pewnych kwestiach. 
— Gdzie jesteś? — zapytałem, dziwiąc się, że mój rozmówca odebrał telefon.
— W Szkocji siedzę, a co? — spytał.
— Chcę pomówić — odparłem.
— Nie mam czasu na kręcenie się, chcesz to sam przyjedź — syknął.
— Dobra, przylecę pierwszym samolotem. 

2.6.15

Za wiele naraz.

Dział: Unexpected.
Numer rozdziału: 27
Gatunek: Yaoi.



1. Nieoficjalne info (Mesu już wie): zjawiamy się całą ekipą na Watconie w Zielonej Górze (jakoś koniec czerwca), ktoś z Was się zjawia? Cena wloty jest totalnie niska, mogę zaoferować nocleg 40 km od ZG, bo mieszkam gdzieś tam. Ogólnie jedziemy tam, bo kiedyś byłam na Wat z Sagą i było do dupy, jedziemy się zorientować, jak będzie teraz.
2. Co do pisania "Unexpected" i "Stay strong" - chyba spróbuję pisać dwie serie jednocześnie. "Unexpected" jeszcze trochę potrwa, a nie chce mi się czekać, bo mam milion pomysłów na "Stay strong", więc no. Chyba że ktoś z Was ma lepszy pomysł, bo ja nie mam, a chciałabym. 
_______________________________________________

              Jego skóra nie była już tak nieskazitelna. Siedziałem nad nim wczesnym rankiem, a on spał na plecach w moim łóżku nadal idealny w każdym calu, tylko nieco bardziej posiniaczony. Zmywałem z jego twarzy ślady krwi, a on nawet nie pojękiwał z bólu. Spał. Wyglądał jak zagubiony książę, którego nikt nie ma prawa dotknąć. Czułem się jak ścierwo. Pozwoliłem dwóm idiotom natrzeć na Hyde'a z łapami. W zasadzie jednemu, drugi w tym czasie okładał mnie, przytrzymując moje ciało przy ziemi. Najdziwniejsze było to, że Hyde zupełnie się nie bronił. Przez chwilę widziałem go kątem oka, w samym środku bójki. On tylko... zamknął oczy i ze stoickim spokojem czekał na rozwój wydarzeń. Wyglądał wtedy tak niewinnie i bezbronnie. Zupełnie jak teraz. 
— Połóż się, Ryan — powiedział cicho, nie otwierając oczu.
— Szmata ze mnie — syknąłem. — Nawet nie spróbowałem cię obronić.
               Otworzył oczy i spoważniał nieco. Jego tęczówki błyszczały, a wargi lekko się rozchyliły. 
— Wkurzyłbym się, gdybyś usiłował interweniować.
— Dlaczego niby?
— Połóż się ze mną.
               Postąpiłem wedle jego wskazówek. Nadal odczuwałem wyrzuty sumienia. Ułożyłem głowę na jego ramieniu i pocałowałem jego kościsty obojczyk. Zasnął. Ja czuwałem. Dopiero po kilku godzinach sen zmorzył moje powieki. I wtedy nagle obudziło mnie walenie do drzwi. Zerwałem się na równe nogi, by niespodziewany gość nie zdążył swoim brakiem kultury obudzić Hyde'a. Była piąta rano. 
               Kiedy tylko otworzyłem drzwi, do mieszkania gwałtownie wtargnęła czarna postać. Zważywszy na ostatnie zdarzenia już się zamachnąłem, by jej przypierdolić, kiedy nagle stwór zdjął kaptur z głowy, a mim oczom ukazało się coś, czego się nie spodziewałem.
— Cicho — powiedziała, przykładając palec do ust. — Nikt nie może wiedzieć, że tu jestem. 
               Uśmiechnąłem się szeroko i objąłem ją, mocno przytulając. Odwzajemniła i przyciągnęła mnie do siebie. Jednak nie spodziewałem się jeszcze jednej rzeczy - że Hyde obudzi się i wyjdzie do kuchni.
              Stał, oparty o framugę, niedbale owinięty w szlafrok, który i tak odsłaniał większość jego ładnie wyrzeźbionego torsu. Moje serce zabiło szybciej. Może dlatego, iż byłem przyzwyczajony do cholerycznych zachowań i nagłych ataków histerii Shena, w mojej głowie zaczynały pojawiać się kompletnie czarne scenariusze. Słyszałem głosem Hyde'a różne dziwne rzeczy. "Chciałeś mi o czymś powiedzieć, Ryan?". "Myślę, że musimy porozmawiać. Wszyscy". "Jak długo to ukrywałeś?". "Czy wyglądam na naiwnego?".
— Ty musisz być Sandra — powiedział nagle. — W końcu mam okazję cię poznać.
— ...wow — wyjąkała po dłuższej pauzie. — Ryan, nie mówiłeś, że spotykasz się z kimś sławnym...
              Zaczęli dyskutować między sobą, podczas gdy ja nie dowierzałem. Nie dowierzałem, że Hyde ufa mi tak bardzo. Prawdopodobnie nawet mu przez myśl nie przeszło, że Sandra może być jakąś moją kochanką. Cholera, porównując Shena z Hydem dochodziłem do naprawdę interesujących wniosków. Dopiero teraz zaczynało do mnie docierać, że w przypadku tego pierwszego nie chodziło o tolerowanie i akceptowanie jego wad, jak uważałem dotychczas. Łączyła nas bowiem wyjątkowo toksyczna więź, która od samego początku dążyła do autodestrukcji. Była to jedna z tych miłości, które wedle rozsądku powinno się zakończyć, nim zbytnio się rozwiną. Nauczyłem się, że nie każde zakochanie powinno mieć wolną rękę. Choć nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak trudna byłaby decyzja, by zerwać z Shenem mimo mojej miłości do niego. Chyba dojrzałem. 
               Piliśmy i paliliśmy, póki nie zaczęło świtać. W zasadzie, kiedy zaczęło, dalej to robiliśmy. Okazało się, że Ernest bardzo nalegał, by Sandra do niego wróciła, jednak ona była zbyt silna psychicznie, żeby mu ulec. Koniec końców jego wścibskość i wieczne nagabywanie zaczęło ją irytować. 
— Przeszło mi przez myśl, że moglibyśmy zamieszkać razem — powiedziała, biorąc łyk zimnego piwa. — Ale doszłam do wniosku, iż to byłby totalny niewypał, nie muszę raczej tłumaczyć dlaczego. Więc podjęłam inną decyzję. Żeby mieć jakieś wsparcie przez ten czas, żeby ten człowiek nie miał okazji mnie zabić, postanowiłam wprowadzić się z powrotem do rodziców. 
— ...ocipiałaś?! — wrzasnąłem mimowolnie. — Całe życie marzyliśmy, żeby nawiać z tej dziury, żeby zacząć normalne życie, a ty... Naprawdę chcesz, by znowu cię zniszczyli? Pamiętasz, ile terapii przeszłaś, by wrócić do normy? 
— Teraz jestem silniejsza i nie dam im się znowu omamić — odparła stanowczo.
— Czy ty siebie słuchasz... — wycedziłem przez zęby.
— Wybaczcie, że się wtrącę — powiedział nagle Hyde, zaciągając się fajką i uśmiechając się sarkastycznie. — Nie znam Sandry, więc spojrzę na sytuację obiektywnie. Jest dorosła, więc ma prawo do wyboru. A jeżeli chce wejść drugi raz do tej samej rzeki i twoje przypuszczenia, Ryan, potwierdzą się, będzie miała nauczkę na przyszłość.
— Jak... dojrzale — zachwyciła się dziewczyna.
— Przestań traktować go jak wyrocznię tylko ze względu na jego sławę... — syknąłem.
               Mimo tego, co powiedziałem, sam uznałem, że Hyde ma rację. W zasadzie zawsze ją miał. Był pieprzonym chodzącym ideałem. 
— Muszę znaleźć robotę, cholera — powiedziałem, żeby podtrzymać rozmowę, kiedy się urwała. — To chore, że jesteśmy uzależnieni od robienia dla innych. 
— Pieniądze powinny rosnąć na drzewach, co nie? — zaśmiał się chłopak. — Idąc tym tropem nie mielibyśmy ani sprzętów AGD, ani RTV, nie mielibyśmy ubrań ani zajebistego alkoholu. Kasa motywuje do robienia, dzięki czemu innym żyje się lepiej.
— Na polityka startujesz? — zapytałem ironicznie. 
— Tak czy inaczej skoro już wszyscy się zwierzamy, ja też mam coś do powiedzenia i może to nie być przyjemne — powiedział. — W przyszłym tygodniu wyjeżdżam w kolejną trasę koncertową.
— To wspaniale, Hyde! — ucieszyła się Sandra. — Mogę tak do ciebie mówić?
— Jasne — zaśmiał się znowu. — Problem w tym, że ma trwać trzy miesiące.
— To chyba żart... — prychnąłem. — Mam szukać roboty, Sandra podejmuje nieodpowiedzialne decyzje, a ty sobie wyjeżdżasz... 

15.5.15

Nie udało się go uratować.

Dział: Unexpected.
Numer rozdziału: 26 
Gatunek: Yaoi. 



               Bałem się dać upust tak ogromnemu wylewowi uczuć, dlatego przyjąłem postawę obserwatora, który wszelkie wyciągnięte wnioski zachowuje dla siebie. Przypuszczałem, że Hyde postępuje w podobny sposób. Jak przystało na świeży związek, fundament skupiał się przede wszystkim na buzujących niepohamowanych emocjach, chorej tęsknocie i uciekających myślach. Nie mogliśmy osiągnąć stabilizacji, która miała przyjść przypuszczalnie za kilka dobrych miesięcy. Nie potrafiłem skupić się na niczym innym. Zastanawiałem się, czy analizuje wówczas to samo, kiedy tak siedział i milczał wpatrując się beznamiętnie w ciemność za oknem. 
               Spoglądałem na jego idealnie zarysowany kontur twarzy. Doszukiwałem się najmniejszej wady na jego gładkiej alabastrowej skórze. Usta Hyde'a były bardziej czerwone niż zwykle, oczy bardziej zmęczone, a wzrok nieco bardziej zrezygnowany. Obawiałem się prosto z mostu zapytać, o czym myśli, ale odpowiedź przyszła sama. 
— To chore, Ryan — przerwał ciszę, nie odrywając wzroku od okna. — Nie sądziłem, że można aż do takiego stopnia uzależnić od kogoś swoje życie.
               Nie odpowiedziawszy na to uśmiechnąłem się lekko, by nie wybuchnąć gwałtownym śmiechem wywołanym przez napawającą mnie radość.
— Szczerze mówiąc nie wiem, co cię tak w tym wszystkim pociąga — powiedziałem. — Jesteś sławą na skalę światową, masz pieniędzy i przyjaciół od groma, nie mam pojęcia, co cię trzyma u mego boku.
— Naprawdę nie wiesz? — spytał, uśmiechając się zawadiacko. — To zagadka. Hyde wraca z pracy, w której rozdaje średnio trzysta czterdzieści autografów dziennie, gra na trzech koncertach i uczestniczy w sesji zdjęciowej. Po skończeniu roboty ma dwie opcje. Pierwsza, taplać się w sławie po godzinach, stając się jeszcze bardziej komercyjnym muzykiem, pchać się oknami na szczyt. Druga, odpocząć od zła drzemiącego w ludziach, w końcu móc być sobą, spędzić całą noc z najważniejszą osobą w życiu, wypić piwo, obejrzeć dobry film, zjeść coś niezdrowego, a potem do popołudnia leżeć razem w łóżku. Pytanie brzmi: którą opcję wybierze Hyde? 
— Tak się zamotałeś w tym typowo mainstreamowym tekściku, że zapomniałeś o kilku ważnych kwestiach. Nie jesz niezdrowego jedzenia, ograniczasz się do oglądania dramatów psychologicznych, a kiedy zostajesz na noc, zawsze wypierdalasz mi z łokcia koło dziewiątej, jeśli mam ochotę dłużej pospać.
— Zobaczymy, co zrobisz, jak ci ciało zdrętwieje poza jednym organem.
— Za dobrze znam twoje fetysze, żeby zastanawiać się, co JA zrobię.
               Zaczerwienił się lekko i znowu obrócił głowę w stronę okna, dzięki czemu w dalszym ciągu mogłem napawać się jego widokiem.
— Mówiłeś coś o Sandrze — powiedział nagle, sprowadzając na mnie lawinę adrenaliny.
— Podejrzewam, że ukrywa się przed Ernestem, ten tępy luj dzwonił do mnie i oczekiwał pomocy — syknąłem.
— Czy sam nie prosiłeś Niny o pomoc po tym, jak ją potraktowałeś? — zapytał.
— ...skąd? — zdziwiłem się. Zamurowało mnie. Nie miałem pojęcia, że się znają. Ponadto ugryzł temat od takiej strony, iż poczułem się infantylnym hipokrytą.
— Nie zrozum mnie źle, ale gdybym na poważnie wziął naszą ostatnią kłótnię, zostałbyś zupełnie sam ze swoimi problemami — powiedział stanowczo. — I dobrze wiesz, z czego to wynika. Nie traktuj ludzi tak, jak sam nie chcesz być traktowany. Jestem pewien, że gdybyś wyciągnął w kierunku Ernesta pomocną dłoń, sam również byś ją od niego otrzymał. 
— Nie ja zacząłem, jeśli o niego chodzi — wycedziłem przez zęby.
— Ryan, co to jest za alibi 6-latka... — westchnął, na co odpowiedziałem milczeniem. — Nie licz na ludzi, których sam odrzucasz. Nie będą za tobą biegać, jeśli tak ich traktujesz.
— Nie pouczaj mnie — odparłem. — Skąd wiesz o Ninie?
— Zabrałem twój telefon, kiedy byłeś w stanie śpiączki — odpowiedział. — Napisała, że nie powinieneś prosić jej o spotkanie po tym, co wcześniej zrobiłeś.
— Zapewne odpisałeś w moim imieniu — rzekłem z lekkim poirytowaniem. 
— Oczywiście — rzucił krótko. — Przeprosiłem za sprawienie kłopotu, podziękowałem i uświadomiłem, że wszystko już w porządku. 
— Skłamałeś — syknąłem.
— Owszem — potaknął. — Wolę kłamać, niż wciągać w swoje problemy niewinnych, zupełnie niezwiązanych ze sprawą ludzi. 
               Westchnąłem głęboko. Zdenerwował mnie. Jego troska osiągnęła przerost formy nad treścią i wyewoluowała we wścibskość. Odechciało mi się konwersacji z nim i jednocześnie zorientowałem się, że patrzy na mnie już dłuższą chwilę.
— Czujesz się lepiej? — spytał. — Możemy się przejść.
               Przytaknąłem, choć miałem świadomość, że to spotkanie może się skończyć w kiepskim stylu. Byłem nieco nieogarnięty. Kilka godzin temu wyszedłem ze szpitala, a nie raczyłem nawet zadzwonić do Sandry. Wiedziałem jedynie, że ominąłem pogrzeb Shena.
               Dochodziła północ, a my postanowiliśmy powłóczyć się chwilę po mieście. Ledwo wyszliśmy z budynku, a Hyde mocno chwycił mnie za rękę, nie nawiązując kontaktu wzrokowego.Jego dotyk zmył ze mnie całą niepotrzebną irytację.
               Usiedliśmy gdzieś w parku na ławce pod zgaszoną latarnią. Prawdopodobnie się przepaliła, gdyż wszystkie pozostałe raziły wręcz z daleka swoim blaskiem. Hyde niespodziewanie przysunął się do mnie i pocałował w policzek. 
— Nie śmiej się — zaczął — ale tęskniłem. 
               Złączyliśmy się w namiętnym pocałunku. Nie liczyliśmy czasu, zapomnieliśmy o kłótni. Moje serce znowu ogarnęło niewyobrażalne ciepło i chęć robienia z Hyde'm tych wszystkich obrzydliwych rzeczy.
— Twoja dziewczyna ma śliczne włosy. — Usłyszeliśmy nagle. — Nie chciałbyś się może z nami nią podzielić? 
               Półmrok uniemożliwił mi dokładne zobaczenie twarzy stojących przede mną osób. Jedynym, co dostrzegłem, były dwie dobrze zbudowane męskie postury. Serce powinno było podskoczyć mi do gardła, a mimo to mój umysł opanowała chora wściekłość, kiedy oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak ktoś zabiera mi Hyde'a. Mięśnie moich rąk momentalnie spięły się, jednak chłopak gwałtownie złapał mnie za ramię i powstrzymał od bójki. Sądziłem, iż jest przerażony, ale jak widać nie znałem go wcale tak dobrze. Uśmiechał się promiennie jakby mówił "Pozwól, że wszystko załatwię". 
— Wybaczcie panowie, ale jestem przedstawicielem płci brzydkiej — powiedział niskim tonem głosu.
— Zdawało mi się, że się całowaliście — powiedział drugi z nich, śmiejąc się sarkastycznie. 
— To nie było złudzenie — odparł stanowczo Hyde.
               Mężczyźni zamilkli na moment, by po chwili wybuchnąć śmiechem i zacząć rzucać bezczelne odzywki. Mimo to Hyde siedział w bezruchu i spoglądał na nich z sarkastycznym uśmieszkiem.
— Panowie, marnujecie mój czas, nie mówicie niczego, co zmieniłoby w jakiś sposób moje życie — zaśmiał się. — Mówienie mi, że jestem pedałem jest niczym informowanie was, że obydwaj macie ręce i nogi.
— Twoje żarty są tak zabawne, że, kurwa, prosisz się o wpierdol — odparł znów pierwszy, momentalnie poważniejąc.
— Możemy się bić, nie ma problemu — odpowiedział Hyde. — Będziecie mogli potem opowiadać znajomym, że jebaliście się z gejem.
               Szczerze powiedziawszy byłem przekonany, że Hyde dobrze wie, co robi. Do samego końca traktował ich z szacunkiem o wiele większym niż należyty, choć wiedział, że w konsekwencji i tak zareagują z agresją. Gdyby nie moje zdrętwiałe kończyny, być może bym go... Nie, na siłę szukałem alibi. Nie udało się. Nie udało mi się obronić Hyde'a.