Showing posts with label one shot. Show all posts
Showing posts with label one shot. Show all posts

26.7.19

Skurwić się jak szmaty

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



               Mieliśmy po dwadzieścia parę lat i jedynym celem naszego życia było skurwić się jak szmaty. Mowy nie było o przysłowiowym odbijaniu się od dna, my na dnie szukaliśmy skarbów, a potem kopaliśmy głębiej. Rzuciliśmy szkoły, heroiny nie. Zadymione pomieszczenia pełne darmowych dziwek, koksu i głośnej, brudnej muzy, były dla nas bardziej przyjazne niż dom. I wszystko to miało miejsce w naszym rodzinnym małym miasteczku Ellington, w którym dominowało chrześcijaństwo i nastawione na zdrowe przedłużanie gatunku podejście do życia. 
               Niby były organizowane manifesty, a na uczelnie wprowadzano tanie projekty mające na celu przywrócenie moralności wśród młodzieży. Ale jebało nas to, nie pamiętaliśmy nawet lokalizacji tych państwowych gównianych organizacji, także nijak to na nas nie wpływało. Ten temat nawet nie przejawiał się zbyt często w naszym gronie. Byliśmy skupieni na robieniu muzy, paleniu dziwnych mieszanek i pieprzeniu w kółko tych samych lasek, ewentualnie ich młodszych sióstr, kiedy w końcu osiągnęły legalny dla nas wiek. 
              Grałem wtedy jako gitarzysta prowadzący w Retrospective i wyglądało na to, że jesteśmy w czołówce najbardziej znanych zespołów tego małego obsranego miasta - zaraz przy War Pigs, Dream Machine i świeżym debiutującym Lease. Nie dawało nam to absolutnie żadnych profitów finansowych, ale dziwki ustawiały się najpierw w kolejce do nas, gdzie były poddawane procesowi rekonwalescencji wizualnej, a zaraz potem anatomicznej. I tak długo, jak utrzymywaliśmy się na szczycie, tak długo dragów nie brakowało. 
                Te wszystkie mity o wychodzeniu z nałogowego kurwidołka kojarzyliśmy tylko z amerykańskich filmów, nikomu z nas przez myśl by nie przeszło, żeby rzucać ten idylliczny tryb życia na wiecznym haju. Czuliśmy się szczęśliwi i nikt nie wpadał w depresję z powodu prowadzenia nietrzeźwego żywota. 
               Mniej więcej w tym czasie mój katolicki samotny ojciec, który wbrew pozorom tolerował wszelkie moje zachowania i upodobania, a przy tym cieszył się jak dziecko, kiedy synek postanowił raz na dwa miesiące przekimać się w domu rodzinnym, a nie gdzieś na ulicy czy w klubie Baltimore w palarni, poznał jakąś równie katolicką samotną kobietę i niedługo po tym obwieścił naszą przeprowadzkę, gdyż jej chata była wyjebanie większa niż nasze obskurne mieszkanie. Życzyłem szczęścia na nowej drodze życia, ale mało mnie obchodziło miejsce mojego zameldowania, bo tak jak psy oznaczają teren szczochem, tak my... mieliśmy równie wyrafinowane sposoby. Poznałem Katelyn, choć może raczej powinienem powiedzieć, że spotkałem ją raz, ale przez swój stan nie pamiętałem nawet jej koloru włosów. Podobno była zmartwiona moim "stanem zdrowotnym". Jej bym nie jebał, ale jej opinię i owszem. Nie byłem w stanie skupić się na życiu rodzinnym mojego starego i wbrew pozorom powodem nie był mój stan nietrzeźwości, tylko pierwszy koncert debiutującego Lease, który widziałem na własne oczy. 
               Wokalista Lease był dzieciakiem w porównaniu do nas. Miał kobiece rysy twarzy i zdzierał z siebie ubrania na scenie. Śpiewał nieźle, choć dzięki charakterystycznemu zawodzeniu w bardziej emocjonalnych partiach sprawił, że Lease wypromowało się samo i zyskało swój własny unikatowy styl. Kiedy słyszałem go na żywo po raz pierwszy, namiętnie wył o tym, że chce być pieprzony przez gościa o szybkich palcach. I używał na to coraz to mocniejszych określeń. Śpiewał, że pragnie poczuć go w sobie w całej jego okazałości, że przyjmie go do siebie i będzie na kolanach błagał o więcej. Żeby wytargał go za włosy i powbijał paznokcie w plecy. W trakcie solówki gitary przeszedł sam siebie i, wołając przeraźliwie imię "Ray", masturbował się z ręką w spodniach, które pozostały mokre do końca ich występu. Publika oszalała. Nigdy wcześniej nie widziałem tak potężnej orgii w trakcie koncertu. Co mnie tak zdekoncentrowało? Fakt, że "Ray" to było moje imię. 
               Słyszałem potem raz na jakiś czas jakieś plotki, które niespecjalnie mnie obchodziły, ale jednak ludzie przychodzili z nimi prosto do mnie. Niektórzy, ci negatywnie nastawieni do Charlie'go, bo tak gość miał na imię, mówili o nim, że pieprzy się z wszystkim, co się rusza i nie ma absolutnie żadnych wymagań, dopóki może zostać zaspokojony. Inni z kolei mówili, iż krążą pogłoski, jakoby wokalista Lease był pieprzony tylko i wyłącznie przez aktywnych gejów, a podczas każdego stosunku wykrzykiwał moje imię. Sam jednak nigdy nie pofatygował się, żeby ze mną porozmawiać. Trochę mnie to wkurwiało. Wściekłość narastała tak długo, aż zmieniła się w szaleńczą chęć ukarania go w... wiadomy sposób. A karanie małego chudego chłopczyka, który dusi się płaczem, zlizuje z nadgryzionej wargi strużkę toczącej się świeżej krwi, a mimo to proszący o więcej, wydawało się kusić niczym najbardziej zakazany i nielegalny owoc świata. I choć nigdy wcześniej nie miałem okazji pieprzyć innego faceta, tym razem miałem dziwną świadomość, że pragnę tego jak niczego innego na tym świecie. 
               Chodziłem więc na koncerty Lease i podpierałem ściany, by uniknąć wielkiej publicznej orgii, a potem czaiłem się na Charlie'go. Czasem czekałem w kiblu, innym razem wpierdalałem się za kulisy, zdarzało się, że ustawiałem się w kolejce z dziwkami. Ale ten durny dzieciak zawsze znikał. Nie miałem pojęcia skąd wzięły się te wszystkie plotki na temat jego publicznie urządzanych stosunków seksualnych. Dodatkowo potem napisał kolejny utwór, w którym śpiewał, że dla Ray'a zostawił dziewictwo i chce, żeby przeleciał go na kamiennej posadzce rynku miasta w samo południe. 
               Napięcie rosło, a moje dojścia do Lease były za każdym razem niweczone. Dorwałem raz ich basistę, kiedy samotnie paliłem marychę w parku którejś nocy. Rozpoznałem go jakimś cudem, podbiegłem, złapałem za szmaty i prawie powaliłem.
— Gdzie znajdę tego kretyna, który z wami śpiewa? — wypaliłem jednym tchem, nie wyciągając skręta z ust. 
— Stary, spokojnie — odparł, kołysząc się na boki. Też był pod wpływem jakiegoś gówna. — Nie wiem, gdzie jest ani gdzie mieszka. Nie wiem w sumie nawet kim jest. Wiem tylko, że Charlie. 
— Nie macie prób? — dociekałem.
— Nie no, mamy — odpowiedział, chichocząc cicho. — Ale gramy tam tylko. 
— Daj mi namiar. Gdzie macie próby i kiedy najbliższa — nakazałem. 
— Powiedziałbym ci, stary, ale sam tego nie wiem — mówił. — Jutro gramy w Baltimore, Charlie przychodzi wcześniej. Przyjdź o piątej, to raczej go złapiesz. 
                Nie mogłem spać tej nocy. Grey, perkusista mojego zespołu, siedział nade mną i proponował różnego rodzaju używki. Dziwił się, że nie chcę brać. Byłem wkurwiony. Miałem ochotę na tego dzieciaka, to świeże młode mięsko należało tylko do mnie, a nie mogłem dostać go do własnych rąk. Powiedziałem o tym Grey'owi, ale ten zaczął nawijać o romantycznej miłości. W jednym aspekcie miał rację - przestałem korzystać z usług dziwek. Byłem napalony na jedną jedyną osobę na tym skurwiałym świecie. I ona była równie napalona na mnie. Dlaczego więc nie mogłem jej mieć?
              Pojawiłem się w Baltimore o piątej. Wlazłem za kulisy, ale napotkałem przeszkodę w postaci metalowych krat. Z tego, co powiedział mi wcześniej basista, Charlie powinien był dotrzeć już na miejsce. Co lepsze, sam. Mając więc kompletnie wyjebane w reakcje pracowników klubu, wydarłem się z całej siły "Charlie!". 


I przyszedł. 


               Zobaczyłem go w odległości kilku metrów od siebie, po drugiej stronie metalowych krat. Oparł się o ścianę i uśmiechnął, nadgryzając dolną wargę. Zbliżył się nieco, choć nie na tyle, bym mógł go dosięgnąć i zaśmiał się cicho. Potem, zupełnie niczym na scenie, wsunął dłoń w spodnie i, patrząc mi głęboko w oczy, powtarzał moje imię, robiąc sobie dobrze. Postanowiłem zrobić to samo. 
— Chcę cię wziąć przez te kraty — wymamrotałem, ledwo łapiąc oddech. 
— A gdyby tak nie było ich między nami...? — spytał ciepłym tonem głosu.
— Wtedy wszedłbym w ciebie jeszcze mocniej i jeszcze szybciej — odparłem.
— ...a ja krzyknąłbym, że jest cudownie i wypełniłbym to miejsce jękami zachwytu i rozkoszy — dodał.
— Kochałbym cię... — wyszeptałem, zbliżając się do krat. 
— To takie nielegalne... — powiedział, podciągając koszulkę tak, że odsłaniała jego nagi tors. — Pieściłbyś mnie tu?
— ...i całował twoje uda — odpowiedziałem, dysząc ze zmęczenia.
— Chciałbym cię w sobie poczuć — kontynuował, chichocząc cicho. — I tu też. I na twarzy. I pomiędzy wargami. 
— Chciałbym poczuć twoje ciepło — jęczałem. — Sprawdzić, jak miękki i delikatny jesteś w środku. 
— Proszę... na mnie... — wyjąkał, kiedy obydwoje już prawie dochodziliśmy. 
               Uklęknął na ziemi i przyjął mnie na swoją twarz. Roześmiał się i zaczął delikatnie wmasowywać moje nasienie w swoje rumiane policzki. Oblizał usta i podziękował. 
— Przyjdź do mnie... — poprosiłem cicho. Jego twarz zmarniała. 
— Pragnę tego jak niczego innego — odparł. — Gdybym tylko mógł...
               Przeprosił mnie i zniknął za kulisami. 
  

               Tamten wieczór spędzał mi sen z powiek przez kolejne dni. Smakowałem trzeźwego życia, a uczucie pustki towarzyszyło mi cały czas. Potrzebowałem czegoś silniejszego niż heroina. Potrzebowałem młodego delikatnego ciała na własność. Na wyłączność. I wtedy Charlie zniknął. Wraz z nim zniknęło Lease i słuch o nich zaginął. Po kilku tygodniach ludzie omotani używkami zupełnie zapomnieli o tym zespole, zupełnie jak gdyby nigdy nie istniał. Wróciłem na chwilę do ćpania, ale nie sprawiało mi już takiej przyjemności. Czułem się jak gówno. Zacząłem szukać tego gnojka, lecz na marne. Nikt tu o nikim nic nie wiedział. Niektórzy w najlepszym przypadku co najwyżej pamiętali, że był ktoś taki. Załamałem się zupełnie. Któregoś wieczora rozpłakałem się jak dziecko w ramionach Grey'a. Próbował mi uświadomić, że przecież nawet nie znam tego chłopaka, ale nie mogłem go słuchać. Koniec końców polecił mi powrót do domu, bo potrzebowałem dłuższego odpoczynku. Nie pamiętałem nawet adresu, pod którym aktualnie mieszkałem. Jakimś cudem zapamiętałem numer ojca i zadzwoniłem do niego z budki telefonicznej, bo swój telefon zapodziałem jakieś cztery lata wcześniej. Pofatygował się i przyjechał po mnie do Baltimore, ani słowem nie komentując tych patologicznych sytuacji, których stał się naocznym świadkiem. Cieszył się na mój widok, jak to mój stary. 
— Akurat na kolację! — krzyknęła na mój widok Katelyn, kiedy wchodziłem. — Jakie zmęczone biedaczysko... Przygotuję ci gorącą kąpiel.
— Nie trzeba, mamuś — odparłem cicho. — Wskoczę pod zimny prysznic, muszę nieco... ochłonąć. 
— Zjedz najpierw, kochanie — poleciła. 
               Skinęła dłonią na wolne krzesło stojące przy stole. Wtedy dostrzegłem nieznajomą twarz - gościa siedzącego przy stole naprzeciw mojego ojca, ubranego według mody dla katolików, w eleganckich spodniach i białej wykrochmalonej koszuli, z płowymi włosami zaczesanymi na bok. 
— Nie przedstawiłam ci mojego syna, prawda, Ray? — spytała Katelyn, kiedy ze zmarszczonym czołem przyglądałem się uśmiechającemu się do mnie promiennie nieznajomemu. — Jestem pewna, że się dogadacie. Chyba obydwoje interesujecie się muzyką. Ray, to jest Charlie.

13.6.19

Dotyk miłości

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi




               A gdybym tak Cię nie mógł dotknąć z obaw, że z moich rąk zginiesz? Jakbym raczyć się mógł tylko krótkim niepozornym spojrzeniem, którego nie zauważysz? Jeśli nawet chwycenie Twojej dłoni byłoby zakazane? Czy wpadnięcie Ci w objęcia i wtulenie się w Twoje silne szerokie ramiona musi rodzić konsekwencje tak okropne i straszne? Czy mimowolne przypadkowe otarcie nadgarstków znowu wyrządzi Ci krzywdę? Czy dotyk przestanie mnie kusić, skoro wiem, jaką panikę wywoła? Czy powstrzymam się, czy postąpię egoistycznie i zawalę cały Twój i swój, ale już nie nasz świat, tylko dla chwilowego zaspokojenia i przyjemności? Czy umrzesz, kiedy pogłaszczę Twój policzek delikatnie? Czy ja umrę? Czy obydwoje umrzemy? Razem czy osobno? Czy umrzemy my, czy umrę ja i umrzesz Ty? Czy dzieląca nas przepaść nadal będzie się poszerzać, choć jeszcze wczoraj była tylko pęknięciem? Czy zawiedzie nas na dwa krańce świata tak odległe, że już nigdy Cię nie zobaczę? Czy będziemy od siebie tak daleko, że o Tobie zapomnę? Czy Ty o mnie zapomnisz? Które z nas zapomni jako pierwsze? Czy zbudujemy most nad przepaścią? Czy na pewno nie spalimy go potem? Czy nie zarwie się przez silne wiatry, nie spróchnieje ze starości i zaniedbania, czy nie spłonie w blasku gorącego słońca? Czy nie spadniemy, kiedy spotkamy się na środku? Czy spadnę sam, idąc w Twoją stronę? Czy jeśli pójdę w Twoją stronę, to czy spotkam Cię czekającego, czy żywej duszy nie zastanę? Czy mogę już stracić ostatnią nadzieję? Czy nie powinienem czekać? Czy nie powinienem łudzić się nadzieją, że znów nam się uda? Czy musiałeś tak bardzo mnie krzywdzić? Czy musiałeś tak bardzo mnie nie doceniać? Czy musiałeś... Czy musiałem się tak bardzo angażować? Czy musiałem zapałać do Ciebie nienawiścią tak ogromną? Czy musiałeś mieć wahania nastrojów i czynić mnie tak wystraszonym? Czy musiałeś uczyć mnie smaku goryczy nienawiści z nutą rozpływającej się miłości? Czy muszę nadal kochać Cię tak bardzo? A gdybym tak Cię nie mógł dotknąć z obaw, że z moich rąk zginiesz...?

16.10.17

Saudade

Dział: One shot  
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Delikatnym ruchem dłoni podwinął moją koszulkę, odsłaniając tors i kwitnące pobudzone sutki. Finezyjnie oblizał palec wskazujący, po czym jął subtelnie niczym w białych rękawiczkach obrysowywać nim jedną z obnażonych oszalałych brodawek.
— Ake — zaszemrał niemal bezgłośnie prosto do mojego ucha. — Chciałbym, żebyś wiedział, co się dzieje teraz w mojej głowie.
Zmrużonymi oczyma spoglądałem na swój tors pieszczony pożądliwie przez dłoń Rasmusa. Wygiąłem się w łuk, błagalnym jękiem prosząc o jeszcze więcej czułości.
— Zawsze byłem ciekaw, jak wyglądają twoje stopy. Czy są zimne w dotyku i potrzebują ciepła, czy parzą niczym po spacerze po rozżarzonym słońcem morskim piasku. Czy są tak wątłe i kruche, że trzeba traktować je jak chińską porcelanę, czy ich tęgość pozwala na wykonanie zmysłowego masażu.
Kciuk Rasmusa subtelnie musnął mój twardy rozpalony sutek. Spomiędzy moich warg zaczęło wydobywać się ciche, lecz przeraźliwie namiętne kwilenie.
— Zastanawiałem się, jak wyglądają paznokcie. Czy palce są krótkie, czy długie. Czy można wsunąć między nie język i skosztować kawałka, ale nie zanadto! Tylko zasmakować, tylko na moment delikatnie się wgryźć, przesunąć po nich wargami. 
Ujął brodawkę między palce i zaczął obracać ją między nimi. Przypływ gorąca sprawiał, że miałem biało przed oczami. Do moich uszu docierał już tylko ciężki nierówny oddech przerywany czasem słowami mężczyzny.
— A kiedy już wycałowałbym stopy, na pewno usłyszałbym wołania głodnych dotyku łydek, które w swoim cyklu drżenia nie wiedziałyby już, czy zaciskać się kurczowo i instynktownie, czy rozchylić się i skamleć z pragnienia i pożądania. I mimo ich donośnego płaczu zostawiłbym je w tym stanie. Położyłbym dłonie na udach i bez pytania rozsunąłbym je do granic złamania. Chwyciłbym je i uniósł.
Wtedy pochylił się nad moim torsem i przylgnął do niego ustami. Pieścił mnie, gryzł mnie, całował mnie, lizał mnie, ssał mnie, kąsał mnie, kaleczył mnie, jadł mnie, muskał mnie, pocierał mnie, pochłaniał mnie, żarł. Gwałtownie, żarliwie, namiętnie, porywczo, gorączkowo, emocjonalnie, burzliwie, żywiołowo, nieopanowanie i bez uprzedzenia.
— I zerwałbym z ciebie bieliznę, choćbyś krzyczał ze strachu. I wiesz, co bym wtedy zrobił? — spytał, spoglądając na mnie wzrokiem szaleńca. — Wiesz, co bym zrobił...?
Złagodniał nagle i złożył na moich ustach pocałunek tak delikatny, że ledwie poczułem jego drżące wargi na swoich, a już zniknęły, pozostawiając po sobie niedosyt. Wtulił twarz w moje włosy i szepnął mi do ucha:
— Wsunąłbym się w ten mały przybytek rozkoszy i kochałbym cię.



***



           Jestem sztuką. Ulotną niczym woń świeżej rosy o poranku. Zmienną jak marcowa pogoda. Spragnioną ludzkich dusz. Czasem chciałbym poeksperymentować. Wykorzystać bezczelnie każdą z tych osobowości, które cisną się we mnie i przychodzą bez zapowiedzi. Sprawdzić reakcje otoczenia. Zignorować jego cierpienie. Czuć satysfakcję z odniesionego sukcesu. Zbadać granice chamstwa. Bawić się. Bawić się.



***



— Hej, Ragnar, zobacz, jakie ładne niebo — powiedziałem, kiedy wysoki mężczyzna denerwował się na starą spróchniałą szafkę stojącą na balkonie. Ledwo ją wystawił na zewnątrz, a już zalęgły się w niej osy i nie śmiały się stamtąd ruszyć, choćby nie wiem co. — Myślę, że wolę niebo od ziemi, wiesz dlaczego? Bo ziemia jest podzielona na kawałki i każdy może ją kupić. Oczywiście, jeśli ma pieniądze.
— Nie chciałbym cię rozczarować, Ake, ale gwiazdy też są na sprzedaż. Widziałem, jak handlują nimi w internecie — odparł szorstko, grzebiąc w szufladzie kredensu w poszukiwaniu środków na osy. 
— Zawsze jesteś taki oschły — westchnąłem. — I psujesz atmosferę. 
— A jaki mam być? — spytał, podnosząc ton głosu. — Nic mi się dzisiaj nie udaje. Jestem na zwolnieniu lekarskim, chciałbym odpocząć od tej roboty, a siedzę tu, na jakiejś pieprzonej działce na końcu świata, poubierany w dziesięć dziadkowych swetrów i zajmuję się owadami, które postanowiły zagnieździć się w nikomu niepotrzebnej szafce. W dodatku Jess uparła się, żebym jej nie wyrzucał, bo jest retro. Jak mógłbym być spokojny?
Uniosłem brwi i uśmiechnąłem się z troską. Ton głosu Ragnara był ciepły i miły nawet, gdy tamten złościł się i pluł jadem na cały świat. Przechyliłem głowę w bok i przegryzłem wargę, chichocząc cicho. 
— Zbyt łatwo się denerwujesz, a złość piękności szkodzi — odpowiedziałem, rzucając mu znaczące spojrzenie.
— Przestań mnie podrywać, jestem twoim przyrodnim bratem, to niesmaczne — syknął pod nosem.
Nieśmiało podszedłem do szafki, w której Ragnar szukał detergentów. Stanąłem do niej tyłem, podparłem się na niej rękoma i zająłem miejsce tuż przy szufladzie, gdzie wówczas węszył.
— Dobrze znasz moje poczucie humoru — odparłem obrażonym tonem.
— Czasem nie jestem pewien, jakie masz intencje — powiedział cicho.
— Czego się spodziewasz? — spytałem, zakładając nogę na nogę. — Przy Rasmusie zachowuję się dokładnie tak samo, a nigdy nie narzeka. Tylko ty narzekasz.
— Bo Rasmus jest równie trzaśnięty, co ty — westchnął. — Czasem aż mi wstyd, że jest moim rodzonym bratem. A może to ja nie pasuję do tej chorej rodziny.
— Raaaagnar, nie mów tak — jęknąłem przeraźliwie. — Wiesz, że mamy równo pod sufitem. Tylko tak czasem byśmy cię związali i zrobili ci dobrze.
— Jeszcze jedno słowo, Ake...!
Machałem nogami niczym dziecko i śmiałem się głośno. W rzeczywistości naprawdę łudziłem się nadzieją, iż kiedyś go przekonam i z własnej woli wskoczy mi do łóżka, a potem będziemy kochać się do samego rana. Tak bardzo przypominał mi Rasmusa, którego straciłem... 
— Słyszałem kiedyś o takim słowie, które nie ma szwedzkiego odpowiednika. Pochodzi z języka portugalskiego. Saudade. Zgadnij, co znaczy. Nie wiesz? Podobno nawet nie ma dokładnej definicji. Opisuje uczucie... obezwładniającego smutku — mówiłem, a głos załamywał mi się z emocji. Przerwałem, odkasłałem, nabrałem oddechu i mówiłem dalej. — Uczucie, które pojawia się, kiedy człowiek zda sobie sprawę z tego, że utracił coś na zawsze i że nigdy już tego nie odzyska.
— Ake — odparł stanowczo i gwałtownie walnął pięściami w kredens tak, że jego ręce znalazły się po moich bokach i uniemożliwiały tym samym ucieczkę. — O co tobie tak naprawdę chodzi?
Spojrzałem mu głęboko w oczy i przez ułamek sekundy zoczyłem coś, czego zawsze w tych oczach szukałem. Może Ragnar miał chwilę słabości i na krótki moment przestał hamować swoje emocje, a w rezultacie ujrzałem tę miłość, którą zawsze mnie darzył, lecz nigdy nie okazywał. Nie mogło mi się wydawać. 
— Zignoruj to — szepnąłem i zaraz po tym ugryzłem się w język, a do oczu podeszły mi łzy. — A co, jeśli... Właśnie, a co, jeśli?
— Jeśli co? — spytał już trochę spokojniej, jego zmarszczki nagle się wygładziły, a grymas uciekł z twarzy. Albo po prostu łzy zasłoniły mi widoczność.
— Jeśli cię podrywam?
Zamilkł na dłuższą chwilę i patrzył na mnie z brakiem zrozumienia malującym się na twarzy. Po chwili jednak przegrał walkę na spojrzenia i wbił wzrok w podłogę. Przegryzł wargę i westchnął cicho. 
— Zastanawiałem się, kiedy mi o tym powiesz — odparł. — Nie sądziłem, że tak szybko. 
— Rasmus ci powiedział... — wyjąkałem, po czym ukryłem twarz w dłoniach. — Wszystko ci powiedział...
— Wieczór przed jego wyjazdem piliśmy wódkę, zszedł na ten temat, kiedy już kładliśmy się spać — mówił. 
— Czujesz teraz wstręt? — spytałem cicho.
— Szczerze? Na początku tak było — odpowiedział. — Dlatego nie pojechałem wtedy z wami do Malmo i nie pojawiłem się na obiedzie pożegnalnym dla Rasmusa. Nie byłem w stanie.
— A jak jest teraz? — zapytałem ze strachem. 
— Teraz...
Podniósł głowę i znów spojrzał mi w oczy. Przełknął głośno ślinę. Nasze twarze dzielił niewielki dystans. Przeniosł wzrok na moje usta i wtedy...
— To chore, Ake! — wrzasnął nagle i opadł z sił, wtulając twarz w moje kolana. Przeczesałem palcami jego miękkie włosy. — To chore...
Oparłem głowę o znajdującą się za mną ścianę i zaszlochałem cicho. 
— Ciężko... mi... się kontrolować... Nawet teraz... Kiedy urodził mi się drugi syn... — mówił drżącym głosem. — Boże, jesteś moim bratem... Jesteś dorosłym mężczyzną... Mam żonę... Mam dzieci... Nie chcę nikogo krzywdzić...
— Więc będziesz krzywdził samego siebie, rozumiem — powiedziałem stanowczo. — Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo mam już tego wszystkiego dość. I wiesz co? Nie przemawiają do mnie te twoje płacze i szlochy. Przyznałeś się do grzechu.
Zsunąłem się z kredensu i chwyciłem jego podbródek, po czym uniosłem go. Roześmiałem się radośnie. 
— Zrobisz to w końcu, czy ja mam to zrobić? — spytałem.
Wziął głęboki oddech i uśmiechnął się lekko. Przysunął się do mnie i musnął delikatnie moje usta. Po chwili wsunął język między moje wargi i zaczął tańczyć nim wokół mojego. Nagle jednak przerwał i odsunął się.
— Nie masz ochoty poudawać przed Jess, że zepsuł ci się samochód i musimy zostać tu na noc? — spytałem głosem małego dziecka.
— Powiedziałem jej, że wrócę jutro, bo mam tu kilka rzeczy do zrobienia. Przywiozłem gorzkie wino i włoskie jedzenie, które możemy odgrzać w piekarniku. W sierpniu jeszcze działał — powiedział, wprawiając mnie w zaskoczenie. — Jest tylko jedna rzecz... Wiesz, nie bardzo mam ochotę czekać do wieczora. Chcę się z tobą kochać, Ake. Nie jestem w stanie dłużej czekać. 
Wziął mnie niespodziewanie na ręce, wniósł starymi schodami na piętro i położył na starych trzeszczących materacach w pokoiku na poddaszu. Nie znajdowało się tam nic poza nimi i stertą pożółkłych gazet z tuszem tak rozmytym, że nie było już wiadomo, czy to rozmoknięte magazyny jego żony, czy może tygodniki, które wydawano w połowie zeszłego wieku. Rzucił się na mnie, przylgnął do mnie całym ciałem i pocałował głęboko i namiętnie. 
— Obiecaj mi jedno — wyszeptał. — Nie zapominaj, że jestem Ragnar. Nie myśl o Rasmusie, kiedy będziemy to robić. Nie będę ci rzucał słodkich romantycznych słówek, nie jestem taki. I nie będę delikatny. Czekałem tak długo, że stać mnie tylko na nieopanowany szał, brutalność, chciwość i żądzę posiadania twojego ciała na własność. 
Choć nadal byliśmy w ubraniach, wyraźnie czułem twardego członka Ragnara wbijającego się mocno w moje krocze. Moje ciało wygięło się w łuk - odchyliłem głowę do tyłu, rozchyliłem wargi i rzuciłem mu spojrzenie pełne pożądania, zmysłowości i pragnienia gorącej zwierzęcej miłości. Zareagowałem z wyjątkową aprobatą, gdy zdjął z siebie wełniany sweter, sam poczyniłem podobne kroki i rozebrałem się do naga w okamgnieniu. 
— Cholera... — westchnął, przyglądając się mojemu roznegliżowanemu ciału. 
Położył się na mnie i jął obcałowywać mój kark i zadowalać go malinkami. Poruszał się miarowo w przód i w tył, zupełnie jak gdyby zaczął już zaprawiać się na to, co miało nadejść lada chwila. Jego przyrodzenie ocierało się o moje, a tarcie wzmagało we mnie coraz to większe i trudniejsze do opanowania podniecenie. Masował mój tors swoimi dużymi ciepłymi dłońmi, raz po raz chwytając sutek między palce i szczypiąc go do granic bólu. Zatrzymał rękę na wystającym wychudzonym biodrze i oderwał się gwałtownie od szyi. Widziałem, jak pot spływa po jego skroniach, omija zmrużone powieki i zatrzymuje się na czerwonych policzkach. 
— Ragnar... — szepnąłem, kiedy zaczął dotykać moich ud.
Wsparłem się na łokciach, by móc obserwować każdy jego ruch. Spoglądałem na jego ułożone kruczoczarne włosy, kiedy wsuwał sobie mojego penisa do ust. Uśmiechałem się i zawodziłem cicho, dając się ponieść chwili. Wpatrywałem się w bruneta szeroko otwartymi oczyma, usiłując za wszelką cenę nie myśleć o Rasmusie. 
Kiedy skończył i moje podbrzusze pokryło się gęstym białym płynem, podniosłem się do pozycji siedzącej, by mój odwdzięczyć się tym samym, Ragnar jednak niespodziewanie popchnął mnie tak, że upadłem na materac, gwałtownie rozchylił moje uda i bez zastanowienia wepchnął się we mnie boleśnie, wywołując spomiędzy moich warg głośny krzyk. Nie przeszkodziło mu to jednak w żaden sposób - kontynuował zupełnie niewzruszony, zadając mi coraz więcej bólu.
— Ragnar! — wrzasnąłem przeraźliwie. 
Wtedy wyszedł ze mnie powoli i przytulił mnie mocno do siebie.
— Boże, Ake, przepraszam — stęknął, ledwie zipiąc. — Wybacz mi, po prostu twój widok działa na mnie tak... Zamieniam się w zwierzę. 
— Przynajmniej zrobiło się cieplej. — Zaśmiałem się. 
— Zaczekajmy, aż ból minie, co? — zaproponował, kładąc się u mojego boku i tuląc mnie do siebie. — I tak będziemy kochać się całą noc. Teraz chcę sobie na ciebie popatrzeć. Jeśli pozwolisz...








15.4.17

Na drugi brzeg

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Co to za świat, w którym psy są bardziej ludzkie od ludzi, a ludzie zachowują się jak psy?

               Mój cynizm zepchnął mnie na margines. Byłem świadom tego, że stałem się outsiderem, choć działo się to jakoś mimowolnie. Świat nadal dzielił się na grupy, posiadał swoją hierarchię, te wszystkie wojny o równość miały zupełnie inny powód, ale o tym powodzie nie można było mówić, więc przykrywką była równość. Moje rozciągnięte spodnie dodawały mi sławy podobnie jak wiecznie wkurzone spojrzenie i brak ochoty do rozmowy z rówieśnikami. Normalnie z dnia na dzień straciłem przyjaciół. Ale zyskałem twardszy grunt pod nogami.
              Miałem wówczas tylko małe mieszkanie na przedmieściach, zdychającego z depresji gekona Borisa i jednego kumpla w klasie do pogadania. Nie miałem pojęcia, co się dzieje na świecie, jaki ustrój panuje w kraju, jaki pub jest teraz modny ani gdzie są zniżki na piwo. Siedziałem w chacie i wypijałem tony kawy, grając z Borisem w GTA.
                 Pech chciał, że się zakochałem.


               To przyszło dość niespodziewanie, nie było poprzedzone motylami w brzuchu ani nogami jak z waty - zwaliło się na mnie niczym Grey, prosto na ryj i raz a dobrze. Problemem nie był fakt, że był to chłopak, w końcu nie miałem kodeksu moralnego i raczej gówno mnie to wszystko obchodziło, jednak pojawił się inny kłopot.
                 To był Felix, mój jedyny kumpel. Utrudnienia polegały na tym, że koleś miał cholernie wielu przyjaciół i nie byli to ludzie, z którymi potrafiłem się dogadać. Czasem ich obserwowałem i widziałem wtedy tylko wrażliwe dziewczęta ze skromnym makijażem i długimi prostymi włosami, które każdą kwestię wypowiadają z mimiką twarzy tak bogatą, jakby miały tajfun w kroczu bądź kupę w gaciach. Dobra, były też laski z atencją stojącą na najwyższym szczeblu w hierarchii, były nadpobudliwe, wyrywały sobie z rąk różne rzeczy i kladły na głowach ozdoby choinkowe. A kolesie, z którymi Felix się trzymał, byli miłymi dżentelmenami umawiającymi się ze słodkimi niemymi dziewczynami, którzy nienawidzili chamstwa, kłamstwa, nieuczciwości, zła, krzywdy i gejów.
              Aura Felixa przyciągała do niego masy ludzi i zaczęła też mocno przyciągać mnie. Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl, że a może się zmienię, jego ekipa polubi mnie z wzajemnością, będę bliżej niego, będę miał szanse. Ale potem jebnąłem się w łeb. Musiałbym przecież łazić z nimi na imprezy, zmienić styl, śmiać się z ludzi w związkach i sprawić, żeby gekon ewoluował w kota. Nie, nie ma chuja, nie zrobiłbym tego Borisowi. 
              Felix był po drugiej stronie rzeki, na piaszczystym wybrzeżu ogrzanym promieniami słońca, gdzie rosły wysokie palmy i można było jebać mleko kokosowe jak wodę. Na moim brzegu było ciemno i zimno, walały sie niedopałki i puste butelki, brud, smród, ubóstwo. Nikt by nie chciał tu przypływać, a szczególnie on. Poza tym miał przyjaciół ze szczęśliwych rodzin, gdyby się dowiedział o mojej traumatycznej przeszłości, wystraszyłby się i uciekł.
               Że też musiałem się, kurwa, zakochać w kimś tak nieosiągalnym. Skręcało mnie na myśl, że owinie go sobie wokół palca jakaś lafirynda nieznająca takich słów jak podwozie, felga i totalitaryzm. Będą siedzieć na ławce w parku i rozmawiać o tym, jak bardzo się kochają. Przez jebane sto lat. I zrobią sobie dzieciaki zdeformowane jak ona i Felix będzie zmuszony zerwać ze mną kontakt. I nigdy nawet nie złapie mnie za tyłek.
               Postanowiłem. Podjąłem decyzję. Zdecydowałem się o niego walczyć i go zdobyć. Cholera, w życiu nie prowadziłem trudniejszej wojny ze samym sobą. Co wieczór przychodziły na kolację myśli typu:

Chcesz, żeby był szczęśliwy, nie? To może daj mu spokój. Wiesz, Lucas, jak on się dowie o tym wszystkim... to wcale nie będzie tak, że powie "pomogę ci, zrobię co w mojej mocy, razem się z tym uporamy", bo go to najzwyczajniej w świecie przerośnie. On nie zna takiego życia i nie przyzwyczai się do tego. W domu pewnie ma idealny porządek, a ty zostawiasz skarpety przy łóżku przed snem i bierzesz prysznic tylko rano. I masz włosy na brzuchu. Widziałeś tych zajebistych kolesi i laski, którzy się wokół niego kręcą? Odpuść, Lucas, znajdziesz kogoś lepszego. Kogoś z tego samego świata. Nie angażuj się, bo zostaniesz bez kumpla. Bo wiesz, jak to jest. Nawet, jeśli Felix da ci tę szansę, szybko się tobą zawiedzie. Bo widzisz, teraz jest między wami dobrze, ponieważ on po prostu gówno o tobie wie.

                Każdej nocy biłem te myśli po mordzie, wyobrażając sobie, że Felix leży obok mnie. Zacząłem zdrowo jeść, dbać o cerę, robić pompki, dokładniej prasować ubrania, częściej robić pranie, używać perfum codziennie i nie wstydzić się uśmiechać. Ale to nadal nie wystarczało. Felix wciąż był odległy jak gwiazda sto galaktyk dalej. Pomyślałem wówczas, że nie wybaczę sobie, jeśli ktoś mi sprzątnie takiego kolesia sprzed nosa. Musiałem ryzykować, przejąć inicjatywę i wykonać pierwszy krok. 
- Za piętnaście minut jedzie... Czekamy czy idziemy na inny? - spytał, sprawdzając rozkład jazdy.
- Czekamy - odparłem od niechcenia, wyciągając z paczki połowę papierosa, której nie zdążyłem dopalić rano. Felix spojrzał na mnie z obrzydzeniem. - Co robisz w sobotę?
- Chris coś robi u siebie - odpowiedział. - Średnio mi się chce tam iść, ale trochę nie mam wyjścia.
- Czemu nie chcesz iść? - pytałem.
- Aaa, bo wiesz, jak to jest - mówił. - Ostatnio cały czas śmieją się z Grace, bo spotykała się z jakimś młodszym facetem. Wkurzają mnie. Grace to bardzo ładna i fajna dziewczyna.
                 Przegryzłem wargę. Nie chciał iść do kumpli i powiedział mi o tym, to dobrze. Wkurzają go, więc może będzie miał więcej czasu dla mnie, to dobrze. Wyraża się w taki sposób o Grace, źle w chuj. Poza tym ona kiedyś wrzuciła kilka zdjęć z nim, siedzieli w jakimś pokoju, za oknem było ciemno, pewnie się spotykali. Chwila, Lucas, kurwa, to było rok temu! Ty też miałeś różne ekscesy miłosne rok temu. Dopalaj kiepa i walcz!
- A inny dzień? - zapytałem znowu.
- Piątek - odparł. - Ty, czekaj, piątek jest dzisiaj, nie?
               Z łap mi ciekło jak z krowy, kiedy tak w milczeniu szliśmy przez park nad rzeką. Niezręczna cisza wcale nie pomagała. To raczej nie była randka, ale nigdy wcześniej nie wychodziliśmy nigdzie razem. Gekon musiał być zdziwiony, że nie wracam do domu. 
- O czym chciałeś pogadać, Lucas? - zadał pytanie.
                Zagiął mnie. Tak, ja naprawdę myślałem, że poszliśmy po prostu na spacer bez powodu.
- O niczym, chciałem spędzić z tobą trochę czasu - powiedziałem. - Kurwa, sorry, stary, to zabrzmiało tragicznie.
- To nic takiego - zaśmiał się. - W sumie to miłe. 
              Siedzieliśmy nad rzeką, dopóki się nie ściemniło. Rozmowa się kleiła i szybko przestałem się martwić. Coś w środku nakazywało mi jednak nie cieszyć się przedwcześnie. Musiałem trzymać emocje na wodzy, a... tamtego dnia naprawdę miałem ochotę uśmiechać się cały czas.
- Pada? 
- O kurwa...
              Na nic było chowanie się pod koronami drzew, więc gnaliśmy jak pojebani przed siebie. Zostawałem w tyle, chyba nawet tego nie zauważał. Biegł kilka metrów przede mną. Zatrzymał się dopiero wtedy, kiedy znalazł jakiś stary kiosk, pod którego dachem mogliśmy się schować. 
- Wybacz, płuca palacza - wyzipiałem ledwie.
- Luz. Jezu, ale wieje. Chyba burza będzie - powiedział, patrząc na niebo.
- W sumie mieszkam niedaleko - zacząłem. - W sumie moglibyśmy...
              I co teraz zrobisz, Lucas? Już stoicie pod drzwiami twojej chaty, a w środku czeka na was smród brudnych skarpet, niewytarty kurz, nieumyte naczynia i niewynoszone od miesiąca śmieci. Wiesz, co sobie o tobie pomyśli?
- Sorry za syf - powiedziałem na wejściu. - Zabiegany byłem ostatnio.
- Nie przejmuj się. O, GTA, Ty... - wyjąkał, po czym zabrał się za przeglądanie płyt.
- Zaraz dam ci ręcznik, najpierw muszę umyć Borisa - odparłem.
- Nazwałeś tak swojego fiuta czy... - zaczął, po czym zauważył gekona na moich rękach i zaczerwienił się momentalnie. - Ach, to jest Boris. Czym go karmisz?
- Ludźmi. 
               Chwilę później wręczyłem Felixowi ręcznik, a ten ku mojemu zdziwieniu rozebrał się tuż przede mną prawie do naga i zaczął się wycierać. Obmyślałem już strategię, jak ukryć wzwód, ale na szczęście do niczego takiego nie doszło. Do czasu. Wyciągnęliśmy z barku wino, a potem kolejne trzy i o ukrywaniu czegokolwiek można było pomarzyć.
               Siedzieliśmy na kanapie w salonie i graliśmy w GTA na zmianę. Próbowałem akurat prowadzić auto, kiedy nagle poczułem się bardzo niezręcznie. Spojrzałem kątem oka na Felixa i nogę dałbym sobie uciąć, że gapił się na mój nagi tors. Kurwa, to pewnie włosy na brzuchu! Szybko zmieniłem pozycję tak, żeby nie były dostrzegalne. Jednak wtedy chłopak niespodziewanie zbliżył się do mnie i... zaczął łaskotać. To był mój słaby punkt. Już po chwili Felix zdominował mnie i unieruchomił, siadając okrakiem na moich biodrach.
- Przestań - wyjąkałem. Nie podobało mi się to.
- Lucas, czemu boisz się, kiedy ktoś cię dotyka? Albo siada za blisko? - zapytał nagle.
- O co ci chodzi, zejdź ze mnie, pojebie - odparłem.
- Ale ja chcę wiedzieć. Jesteś moim dobrym kumplem, a nie mogę cię nawet czasem przytulić, bo się odsuwasz, zanim w ogóle zachce mi się to zrobić - mówił dalej. 
- Bo to dziwne - odpowiedziałem, czując ucisk w klatce piersiowej.
- To homofobia? - spytał. Przeraziłem się.
- Homofobia? Dlaczego, przecież...
               I wtedy zauważył. Zauważył mój wzwód, bo zachciało mu się triumfalnie na mnie zasiąść. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Obróciłem głowę w bok, a na mojej twarzy pojawił się grymas.
- Przepraszam, Felix - wymamrotałem. - Przepraszam cię.
               Powoli zszedł ze mnie i usiadł obok. Podniosłem się do pozycji siedzącej.
- Nie odsuwaj się - powiedział, gdy przez chwilę znajdowaliśmy się bardzo blisko siebie.
               Spojrzałem na niego, lecz po chwili przerażony małym dystansem spuściłem wzrok.
- Patrz mi w oczy, dobra?
               Wykonałem jego polecenie. Drżałem mimowolnie się uśmiechając. Kiedy jednak jego nos delikatnie otarł się o mój, odjechałem. Zatopiłem się w jego oczach i wszystkie obawy zniknęły. Objął mnie w pasie i musnął moje usta, a potem wpił się w nie zaborczo i zastygliśmy w tej pozycji na pół nocy.
                Rano gekon przestał mieć depresję, a ja szybko posprzątałem pokój, otworzyłem okna, wypiłem kawę i podałem Felixowi śniadanie do łóżka lub raczej na kanapę. Przetarł powieki i uśmiechnął się szeroko. Nie powstrzymałem się od pocałowania go.
- Weź mnie nie całuj tak od rana, bo smakujesz kawą, a ja fiutem.
                I faktycznie zostaliśmy parą. Prawie nie miałem na co narzekać. Dostawałem tony słodyczy, chodziliśmy do kina, nie spieszyliśmy się za mocno w życiu erotycznym, ale... byłem nieszczęśliwy. Wydawało mi się, że jestem zazdrosny, choć ufałem mu bezgranicznie. Felix doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż coś jest nie tak. A jego przyjaciele jeszcze bardziej. Podobno często prowadzili rozmowy na mój temat - że nie doceniam starań Felixa i jestem pieprzonym gburem. Że na niego nie zasługuję. Co gorsza, ja sam też tak myślałem.
- Powiedziałem im, żeby się pierdolili - mówił. - Bo chodzisz ze mną, a nie z nimi.
- Jesteś najlepszy na świecie - odparłem. - Chyba jestem zazdrosny po prostu.
- To nie tak, Lucas - zaśmiał się. - Przejrzałem cię już.
- W sensie? 
- Ufasz mi, tego jestem pewien. Ale jest jedna rzecz, w którą mi nie uwierzysz, mimo że nie jest to żaden absurd.
- Co? - dopytywałem.
- Jesteś najprzystojniejszy na świecie.
               Rzuciłem mu zaniepokojone spojrzenie. Uniosłem jedną brew i zacząłem się śmiać. A on mówił dalej.
- Masz ładne włosy, dobrze mi się z tobą gada, lubię z tobą spędzać czas, jesteś dla mnie ważny. Uwierzysz?
- Dobre sobie. Wiesz, ilu jest ludzi na świecie?
- Nieważne, wiesz, że to wszystko to kwestia gustu, nie? - pytał.
- No ta - potaknąłem.
- Więc czemu nie możesz uwierzyć, że tak dobrze wpasowujesz się w mój gust?
               Spuściłem głowę. Nie potrafiłem mu na to odpowiedzieć.
- Mógłbyś stanąć przed lustrem i powiedzieć "jestem zajebisty"? - zadał pytanie.
- Czułbym się tak, jakby ktoś próbował mi wmówić, że dwa razy dwa to pięć - odparłem. - Pierwsza myśl w reakcji to "chyba jakiś pojeb...".
- Nie pokochasz mnie w pełni, dopóki nie pokochasz siebie - mówił.
- Czuję się jak na coachingu.
- Przestań - śmiał się. - Masz mnie kochać, czaisz? Od dzisiaj mówię ci codziennie, że masz zajebisty tyłek i nie mogę oderwać od ciebie wzroku, kiedy się uśmiechasz. 
             Ale dni mijały, a w mojej głowie wciąż słyszałem: Lucas, weź go już nie męcz. On chce być kochany, a ty nawet tego nie potrafisz zrobić.
               Dlatego w końcu odpuściłem i powiedziałem mu:
- To koniec, Felix. Nie potrafię uwierzyć. Nie wiem, jak to zrobić. Jestem bezradny.
               Możliwe, że spodziewałem się pomocy, rady, wsparcia i miłych słów z jego strony. Ale on był już wyraźnie zmęczony moim zachowaniem, więc odpowiedział mi:
- Dobrze.

               Ryczałem całą noc jak bóbr, kiedy zdechł mi gekon. Znów siedziałem sam na swoim brudnym brzegu i obserwowałem jak dobrze bawią się ludzie po przeciwnej stronie. Ale wtedy postanowiłem posprzątać ten syf i sprawić, że będzie tam najładniej na świecie.
- Lucas! To moja dziewczyna, Maddie - mówił Felix, kiedy laska podawała mi nieśmiało rękę. - To mój najlepszy kumpel, Lucas.
- Mam nadzieję, że wiesz, że bycie w związku z Felixem oznacza bycie w związku ze mną - odparłem chorym tonem.
               Ale Felix tylko się śmiał. A kiedy on się śmiał, ja też się śmiałem. Uznałem bowiem, że nadzieja nie jest niczyją matką. Ale faktycznie umiera ostatnia. Postanowiłem wyczyścić te wszystkie jebane brudy.  




4.3.17

Romeo & Tybalt: Zbroczony krwią

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi




               Słońce schowało się za horyzontem, rzucając jeszcze ostatni promień nadziei w stronę naburmuszonego gderliwego młodzieńca. Z drżących dłoni spływał mu pot, a na czole pojawiły się zmarszczki. Zdawać się mogło, że zbliża się erupcja wulkanu wściekłości, jaką dusił w sobie. Pozwalał jej rosnąć, rozwijać się i odnawiać, w zamian dawała mu nieskończone pokłady siły i satysfakcji. Potrzebował tylko celu, na którym mógłby skupić swoją uwagę. Widok dwudziestoletniego Montekiego stał się katalizatorem do rozbudzenia w sobie agresji. Oczy zabłyszczały mu niebezpiecznie, a oddech przyspieszył. Zacisnął pięści. Pragnął rzucić mu na powitanie uśmiech pełen pogardy, gdy tylko raczy na niego spojrzeć. Ale Tybalt nie potrafił czynić tak nieludzkich rzeczy. Uśmiech go bolał.

               Tymczasem Romeo lawirował między gośćmi, starając się nie wpadać pod nogi Capuletim, gdyż po dziurki w nosie miał już sprzeczek między zwaśnionymi rodami. Chciał świętego spokoju. Udał się na bal wyłącznie po to, by choć na chwilę zatrzeć w swej pamięci Rozalinę i dać upust emocjom w alkoholu.

               Tybalt uważnie obserwował, jak Monteki dryfuje pośród stołów bez wyraźnego powodu. Szukał kogoś? A może uciekał? Ciemnowłosy odnosił wrażenie, że każda droga doprowadzi go do niego i będzie im dane nareszcie stoczyć pojedynek. Dzierżył za pasem ostry sztylet i niecierpliwie czekał, aż będzie mógł po niego sięgnąć.

               W głównej sali panował zgiełk. Rozmowy dostojnie ubranych mężczyzn, piskliwy chichot kobiet i brzęk kieliszków zagłuszały myśli Tybalta. Zmrużył powieki. Jego nozdrzy doszedł zapach pieczonego dzika. Przełknął ślinę czując, jak ssie go żołądek. Raził go jasny blask świateł żyrandoli, denerwował przepych melizmatów w muzyce, nie podobały mu się kwiaty w wazach, a barwa obrusów gryzła się z wyblakłymi ze starości ścianami. Lecz w końcu się doczekał. Przyciągnął wzrok Montekiego. Rzucił mu wówczas znaczące spojrzenie i wyszedł na balkon.

- Może cygaro? - zaproponował Romeo, pewnym krokiem wchodząc na taras.
               
               Tybalt stał do niego tyłem. Wpatrywał się w bezkres, w pustkowie otaczające posiadłość Capuletich. Nastał zmrok i ciężko było dojrzeć choćby żywopłot znajdujący się przy bramie.

- A może chciałbyś zasmakować mojego ostrza? - spytał, zniżając ton do aktorskiego diapazonu.
- Skąd taka intymna propozycja? - zapytał z ciekawością.


               Kiedy Romeo znajdował się tuż za nim, brunet obrócił się gwałtownie i wycelował nóż w jego pierś. Zatrzymał się jednak. Nieuczciwa walka byłaby plamą na jego honorze.

- Skoro już poczułeś się jak u siebie w domu... - zaczął cicho Capulet.
- Nic z tych rzeczy - odparł, nie urywając kontaktu wzrokowego. - Możesz mi wierzyć, że nie mam złych zamiarów.
- Miałbym wierzyć twoim słowom? - zdziwił się sztucznie. 
- Chyba że masz zamiar do śmierci mnie nienawidzić - odpowiedział, uśmiechając się kącikiem ust.


               Chłodny wiatr uniósł lekko jasne włosy Montekiego. Romeo stał nieruchomo, jak gdyby nie straszne było mu ostrze przystawione do jego serca.


- Żyję po swojemu.


               Tybalt wrócił do środka, przeklinając się w duchu za słabość.
               Mogłem go tam zabić, wyciąć mu wątrobę i rzucić na pożarcie ptakom, myślał.

               Nie wiedział, co go powstrzymało. Nie znał również genezy swojego wiecznie depresyjnego nastroju i silnej nienawiści, którą darzył wszystko, co go otaczało. Tybalt żył w zupełnej dysharmonii ze sobą samym. I nawet to próbował w sobie dusić.

               Montekiemu zaś spodobało się robienie Tybaltowi na złość. Wydało mu się to w jakiś sposób zabawne. Spojrzał na dymiące cygaro i uśmiechnął się pod nosem.

- Czas więc, żebyś zaczął żyć wedle moich zasad - powiedział sam do siebie, po czym udał się z powrotem na bal.


               Chwycił jeden z kieliszków wina stojących na stole i upił łyk. Rozglądał się wokół za dziewczyną, na której mógłby zawiesić oko. Dojrzał kilka interesujących panien, lecz nie było wśród nich Julii. Rozmowa z panną Capulet lub, w porywach, dotyk jej ust, byłby płachtą na byka dla Tybalta. Romeo nic nie skłaniało do nadmiernej przemocy. Wolał ugodzić swojego przeciwnika w jego najczulszy punkt - dumę.

               Szukał więc niecierpliwie, dopytywał i podsłuchiwał, by odnaleźć jej trop. Męczyło go to coraz bardziej i gotów był już zrezygnować, kiedy poczuł na sobie czyjś wzrok. Pewna dama rzucała mu figlarne spojrzenie i lubieżnie trzepotała rzęsami. Odrodziła się w nim nadzieja. Nie czekając chwili dłużej majestatycznym krokiem ruszył w jej kierunku.


- Niewiarygodne, ile można uczynić jednym uśmiechem - powiedziała.


               Romeo milczał. Zdawać się mogło, że porozumiewają się telepatycznie. Położył dłoń na jej policzku. Nie trzeba było nic więcej.


               Tybalt obserwował wszystko z przejęciem. Ruch warg i zaloty Romeo doprowadzały go do szału. Kiedy zaś jego usta zbliżyły się do kuzynki, zacisnął pięści tak mocno, że spod wbitych pod skórę paznokci potoczyły się wąskie strugi krwi. Splunął na ziemię, po czym wrócił do swojej izby i postanowił spędzić w niej całą noc.

               Julia położyła się tuż przed północą - razem z Montekim, który wspiął się na jej balkon i obiecał czuwać, gdy zaśnie. Naiwnie słuchała jego obietnic i wpadała w objęcia Orfeusza, podczas gdy Romeo rozluźnił uścisk i pod osłoną nocy udał się na zwiedzanie uśpionej części posiadłości Capuletich. We wschodnim skrzydle zabawa dopiero się rozpoczynała, kiedy blondyn po omacku szukał wejścia do najwyższej wieży, w której rezydował Tybalt. Błądził w ciemnych korytarzach, potykając się o meble.

               Młody Capulet zapijał się gorzkim winem, siedząc półnago na parapecie okna. Znów dopadło go to cholerne uczucie silnego ucisku w klatce piersiowej. Modlił się, by alkohol choć trochę pozwolił mu się rozluźnić. Wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Czuł, jak drżą jego wargi, a twarz wykrzywia się w grymasie. W ostatniej chwili zacisnął zęby i powstrzymał się od płaczu. Jego uszu dobiegło nagle skrzypienie drzwi.

- Kto tu jest? - spytał, nerwowo zaskakując z parapetu i stawiając na nim kieliszek, który dotychczas dzierżył w dłoni. 
- Nie zdradzę, bo jeszcze zejdziesz na drugi świat ze szczęścia na mój widok - odpowiedział Romeo.


               Tybalt drgnął i gwałtownie sięgnął po nóż, gdy uzmysłowił sobie, że ma na sobie tylko bieliznę. Nie miał więc do obrony nic poza własnymi rękami.

- Zabiję cię - ostrzegł, kiedy Romeo zbliżał się do niego. Światło księżyca rozświetliło pokój.
- Nie przyszedłem tu po to, żebyś mnie zabijał - odpowiedział cicho.
- Nie pytałem, po co tu przyszedłeś. Powiedziałem, że cię zabiję - wycedził przez zęby.
- Doprawdy? W takim razie pozwól mi spełnić moje ostatnie życzenie.


               Jednym ruchem przycisnął Tybalta do parapetu i unieruchomił go. Położył dłoń na jego chłodnym delikatnym policzku i zachwycił się jego gładkością. Uniósł jego podbródek i delikatnie musnął jego wargi swoimi.

- Kurwa - wyjąkał Capulet, nie mogąc wyrwać się z objęć blondyna.

               Nogi mu drżały, a lęk paraliżował i uniemożliwiał uwolnienie się z okowów działającego pod wpływem emocji i alkoholu Romeo.

               Monteki przesunął ręką po jego torsie, zatrzymując się na lewej brodawce i poszczypując ją lekko. Tybalt nie mógł znieść tego, jak reagowało jego ciało. Czuł się obco i bał się tego, co miało nadejść. Ostatkami sił odepchnął od siebie Romeo, ale tamten nie dał za wygraną i mocno objął bruneta, chowając twarz w jego karku.


- Zawsze tak robisz - powiedział cicho. - Patrzysz na mnie tym wzrokiem, szukasz mnie w tłumie, obserwujesz, czekasz, a potem odpychasz i mówisz, że nienawidzisz. Nie jestem tym, którego powinieneś się bać.
- Jesteś wrogiem - syknął Tybalt, próbując opanować drżenie kończyn.
- Wrogami są ci, którzy ci to zrobili - szepnął mu do ucha. - Ci, którzy nauczyli cię, że nie można mieć emocji. To dlatego teraz cierpisz. Chcę, żebyś mówił, co czujesz. Tylko mi. Dlatego zanim mnie zabijesz, spełnij moje ostatnie życzenie.
- Czego chcesz? - warknął.
- Prześpij się ze mną.


               Serce Tybalta prawie wyskoczyło z piersi na te słowa. Gdyby nie alkohol, który uderzył mu do głowy, na pewno odepchnąłby go i wyrzucił przez okno. A teraz...? 

- Przestań się opierać - mówił Monteki. - To tylko jeden raz. Będzie ci jak w siódmym niebie. Obiecuję.


               Capulet stracił wówczas wszelkie siły do walki z samym sobą. Poczuł, jak rozluźniają się jego mięśnie, a ciało ogarnia przyjemne ciepło. Starał się nie myśleć o tym, że wyrzuty sumienia zabiją go następnego ranka.

               Romeo otarł się o nos Tybalta swoim i uśmiechnął się lekko. Położył dłonie na biodrach bruneta, po czym wsunął je pod jego bieliznę i ścisnął mocno pośladki. Delikatnie ugryzł dolną wargę Capuletiego. Nie czekając dłużej, namiętnie wpił się w jego usta. Ostrożnie badał obce tereny, błądząc językiem po jego podniebieniu. Tybalt jęknął cicho. Stracił kontrolę i przylgnął do blondyna, oddając mu się w całości. Objął go w pasie i skierował w stronę łóżka.

               Romeo zrzucił z siebie ubrania, podczas gdy brunet zapalał stojącą na stoliku świeczkę. 

- Krew z mlekiem - powiedział cicho Monteki, całując tamtego w policzek i delikatnie masując jego nagie udo. - Tyle bym dał, żeby wyglądać jak ty...


               Tybalt rzucił mu zirytowane spojrzenie. Romeo roześmiał się. Położył dłoń na jego członku i zaczął go dotykać.

- Mów - nakazał.
Capulet przełknął głośno ślinę. 
- Mów - powtórzył.
Z ust bruneta wydobył się tylko cichy jęk.
- Mów, chcę wiedzieć.
- Jest... - zaczął niepewnie.
Zniecierpliwiony Monteki pochylił się nad jego kroczem. Wysunął język i delikatnie przesunął nim po główce jego penisa.
- Jak jest? - dopytywał, ale znów nie otrzymał odpowiedzi.


               Wsunął więc sobie jego członka do ust i stopniowo wkładał go głębiej. Tybalt oddychał ciężko. Położył dłoń na głowie Romeo i wplótł palce w jego płowe włosy. Pojękiwał z przyjemności. Monteki poruszał głową w górę i w dół tak długo, dopóki gęsta biała strużka nie spłynęła po jego podbródku.

- Jak? - zapytał znowu, widząc, jak Capulet odchyla głowę do tyłu.
- Dobrze - odpowiedział w końcu.
- Dobrze ci? Tylko tyle? - zadał pytanie.
- Jest... cudownie. Nie chcę przestawać - odparł, na co zniecierpliwiony Monteki uśmiechnął się szeroko.


               Romeo zaczął obsypywać pocałunkami kark bruneta, po czym postanowił zejść do niższych partii. Jego usta zatrzymały się na prawym sutku Tybalta. Capulet nadgryzał go delikatnie, robiąc to stopniowo coraz mocniej. Jego ręka błądziła po gładkich plecach bruneta.

- Już? - spytał cicho, odrywając się od jego torsu.
- Najpierw mnie pocałuj - nakazał.
- Przed chwilą spijałem twoje nasienie - powiedział.
- Nie obchodzi mnie to - prychnął. - Całuj.
- Jak mam cię całować? - zapytał, opierając się o jego czoło swoim.
- Zaborczo - szepnął. - Żebym stracił oddech.
- Tybalt - przerwał mu nagle. - Uśmiechnąłeś się.
               Capulet spoważniał momentalnie.
- Nie - dodał Romeo. - Podoba mi się to. Rób to częściej.
- Nie mogę tego robić na zawołanie - westchnął. - Muszę być szczęśliwy.
- A czy teraz nie jesteś?


               Kiedy uraczył go znów uśmiechem, wpił się w jego usta tak namiętnie, jak gdyby był to ich ostatni pocałunek. Tybalt objął go mocno i wbił paznokcie w jego plecy.
- Dobrze mi, naprawdę dobrze - szepnął.


               Po chwili Capulet odepchnął go lekko, ułożył się wygodnie i rozłożył kolana. Monteki nie posiadał się z radości. Przesunął dłonią po linii dzielącej pośladki bruneta i wsunął między nie jeden palec.

- Ile razy to sobie wyobrażałeś? - zapytał, patrząc, jak brunet zamyka oczy i jęczy z rozkoszy.
- Ani razu - wyjąkał.
- Podziwiam.


               Dołączył drugi palec. Wsunął go głęboko i potarł lekko o ściankę. Kiedy dołączył trzeci, oczy Tybalta zaszkliły się łzami.
- Śliczny - szepnął Monteki.


               Wyjął palce i zabrał się do roboty. Położył ręce na jego biodrach i wszedł w niego. Strugi słonej cieczy potoczyły się po rumianych policzkach Tybalta. Z każdym pchnięciem z ust Capuletiego wydobywał się głośny jęk pełen satysfakcji i zadowolenia. Nieśmiało prosił o więcej, co tylko podjudzało blondyna do brutalniejszych działań.


- Romeo - jęczał Tybalt. - Nienawidzę cię...


               Już prawie szczytował. Z rozkoszą patrzył na rozpłakanego z bolesnej przyjemności Tybalta. Pragnął go jak nikogo innego, lecz nigdy nie wierzył, że będzie się z nim kochał, choć marzył o tym często. Nareszcie mógł go dotknąć, posmakować, brutalnie go pieprzyć i słyszeć, jak mówi "jest mi z tobą cudownie".


- Romeo - szlochał.
- Z każdą chwilą chcę cię coraz bardziej.


               Poruszał biodrami szybciej i szybciej, aż znalazł się tak głęboko, jak nawet nie sądził, iż dotrze. Zostawił we wnętrzu Tybalta cząstkę siebie i wyszedł z niego bardzo delikatnie, po czym spoczął na jego torsie.


- Z nikim nie było mi tak dobrze - powiedział, kiedy Capulet jeszcze łapał oddech.

               A potem ku zdziwieniu Tybalta wstał i zaczął się ubierać. Przeczesał rozwichrzone włosy i położył już dłoń na klamce, gdy nagle dostrzegł zaskoczony wzrok bruneta.

- Idę, bo mnie zabijesz, jak zasnę - odparł, pożegnał uśmiechem kochanka i opuścił izbę.
- Kretyn - syknął Tybalt i zgasił świecę.


               Capulet przebudził się przed wschodem słońca, a ból rozrywał jego głowę. Ledwie zdążył przetrzeć powieki, jego uszu dobiegł kobiecy wrzask.


- Musisz mi pomóc! - wrzeszczała Julia, skacząc nad jego łóżkiem z kartką w dłoni. - To list do Romeo. Chcemy wziąć ślub. 
- Aha - odparł Tybalt. - I ja mam go wam udzielić?
- Daj spokój, kuzynie... - westchnęła, zmęczona jego sarkastycznymi docinkami. - Proszę cię tylko o pomoc. Dostarcz mu ten list jak najszybciej.


               Z dziwnych przyczyn brunet wymazał z pamięci wszystkie wspomnienia z zeszłej nocy. Dlatego też bez skrupułów udał się do posiadłości Montekich w samo południe. Gdzieś na dnie jego podświadomości kryła się ogromna chęć spotkania Romeo i zasmakowania jego ust po raz kolejny. Nie brał na poważnie słów Julii, która była święcie przekonana, że jeszcze tego dnia wyjdzie za mąż.

               Na spotkanie wyszedł mu jednak Merkucjo, najlepszy przyjaciel Montekiego i przeciwieństwo Tybalta. Nic dziwnego, że go nie znosił. Byłby w stanie zabić go gołymi rękami. Wbrew swojej naturze próbował ignorować mężczyznę, jednak tamten poczuł nagłą chęć na rozmowę z Capuletim, dlatego zbliżył się i kilkoma słowami wykopał swój grób.


- Któż to nas odwiedził? - zapytał z uśmiechem. - Król kotów we własnej osobie.


               Wiele można było zarzucić Tybaltowi, lecz jego szermierka nie miała słabych punktów - w przeciwieństwie do cierpliwości. Capulet sam nie do końca zdawał sobie sprawę ze swoich poczynań. Zdrowy rozsądek wrócił do niego dopiero wtedy, gdy ujrzał przed sobą zakrwawionego Merkucjo, który ostatkami sił próbował coś powiedzieć, jednak w rezultacie opadł na ziemię bez słowa i skonał. Brunet stał nieruchomo i przyglądał się zwłokom, dopóki na miejsce nie przybył Romeo.


               Monteki był przerażony. Tybalt doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka.

- Muszę pomścić śmierć przyjaciela - powiedział Romeo.
- Daruj sobie - zaśmiał się Capulet i spojrzał na ubrudzony krwią nóż. - Żyję jak chcę, umrę jak chcę.


               Szybkim nerwowym ruchem rozciął skórę pod nadgarstkiem i podciął sobie żyły. Monteki wytrzeszczył oczy.


- Dlaczego nie walczysz?! - wrzasnął przeraźliwie.


               Tybalt uśmiechnął się do niego dokładnie w ten sposób, w jaki robił to podczas ostatniej upojnej nocy.


               Bo nie byłbym w stanie zabić Romeo, pomyślał, po czym bezwładnie osunął się na kamienną posadzkę.




30.12.16

Out of the blue

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi




                    Przede wszystkim nie możesz mieć niebieskich włosów. Znasz ludzi, wiesz, jak reagują. Zaraz rzucają dziwnymi sloganami, których sami nie rozumieją i wytykają Ci bycie ofiarą KRYZYSU MĘSKOŚCI, a Ty sobie uświadamiasz, że większych pizd od nich jeszcze nie spotkałeś. Ale da się z tym żyć, społeczeństwo jednak jakoś się rozwija, subkultury się rozrastają i rozpowszechniają, lesbijki wychodzą na ulice, a czterdziestolatkowie zakładają szpilki i damskie kardigany i idą na miasto. Mam teraz dziewczynę, która pofarbowała swoje włosy na niebiesko. Kiedy znajomi widzą nas razem, zawsze powtarzają, że to słodkie. Nie wiem, czy to słodkie, ale na pewno jest to komfortowe, bo w jakiś sposób Cię tłumaczy - Ciebie i kolor Twoich włosów, bo Ty jako chłopak jednak rzucasz się w oczy, jeśli się farbujesz. Wiem, przed chwilą pisałem, że już w zasadzie takich dużych problemów z tolerancją nie ma, ale wiesz, że ja tylko tak gadam. Mówię, że pierdolę to wszystko, ale niczego nie pierdolę i wszystkim się przejmuję. I szukam drugiego dna, ale to Ty mnie tego nauczyłeś. Pamiętam tamten dzień jakby to było dziś - wtedy jeszcze byłeś tutaj, tata powiedział, że jestem niebieskim ptakiem. Nie rozumiałem, ale mamy w tych czasach łatwy dostęp do informacji, więc sprawdziłem i zrozumiałem, że ma mnie za lekkomyślnego, niemającego żadnego określonego zajęcia bezwartościowego gówniarza. Całą noc płakałem jak bóbr, siedzieliśmy w tym zimnie w domku na drzewie, w którym ledwo się mieściliśmy. Chyba miałeś już dość tego niekończącego się szlochania, bo po godzinie milczenia wzięło Cię na monolog. Zdjąłeś kurtkę i rzuciłeś ją na moje ramiona, po czym powiedziałeś, że mam błękitną krew. Jak arystokrata. Że kiedyś tylko bogacze jadali ze srebrnej zastawy i wraz z jedzeniem połykali cząsteczki srebra, czego objawem był niebieski kolor skóry. A rok później przywiozłeś mi z Madagaskaru broszkę z adularowym kamieniem księżycowym i powiedziałeś, że nawet on nie jest tak błękitny jak ja, bo ja jestem taki out of the blue, spoza rzeczywistości. 



Nawet nie jest tak źle, odkąd wyjechałeś. Jakoś to znoszę, wolę napisać, żebyś nie miał powodów do zmartwień. Nie śmieję się już tak z innych i nie izoluję się, tylko staram akceptować ich poglądy i po prostu nie zawsze mówić to, co myślę. Pytałeś, co u mnie, nie wiem, co powiedzieć, nic się nie zmieniło. Mam dziewczynę, ale o tym już pisałem. Jest całkiem ładna, wrzuca dużo zdjęć do sieci i czasem nie podoba mi się to, co tam umieszcza, ale niczym ją to nie wyróżnia z tłumu, więc się nie czepiam. W sumie wkurza mnie to, że nie liczy się z moją opinią, ale to nie zazdrość, tylko bardziej coś typu... Po prostu robię coś, bo wydaje mi się, że jest to zgodne z przyjętymi normami. Tak naprawdę nawet nie jestem pewien, czy ją kocham, ale chyba nawet nie muszę jej kochać, żeby z nią być, nie uważasz? Podoba mi się i miło razem spędzamy czas, pomagamy sobie w kłopotach, ufamy sobie, to podstawa. A jak do mnie przychodzi, to robię jej mrożoną białą kawę i odgrzewamy pizzę sprzed trzech dni, a potem oglądamy jakiś stary film, leżąc pod stertą poduszek. A potem ona paraduje po moim pokoju w majtkach i mojej koszulce, która sięga jej do połowy uda i zaczyna tańczyć. W końcu idziemy spać, ona wtula się w moje ramiona i szybko zasypia. I zaraz po tym budzimy się, robię jej na śniadanie naleśniki z syropem klonowym i podaję do łóżka, a ona całuje mnie w policzek i uśmiecha się promiennie. A potem idziemy na miasto, jemy obiad w drogiej restauracji. Wieczorem spotykamy się z jej znajomymi, idziemy na piwo do pubu, zamawiamy nachos i oglądamy mecz. Ludzie mówią, że nam zazdroszczą, bo wyglądamy na taką szczęśliwą i dopasowaną parę. Kiedyś przeczytałem gdzieś, że długo noszona maska staje się w końcu twarzą, co o tym myślisz? Bo ja czuję się cholernie nieszczęśliwy, I feel blue, mam ochotę zamknąć się w domu i zostawić ich wszystkich w cholerę. Przepraszam Cię za mokre plamy na kartce. Chciałem, żebyś się nie martwił, więc nie powinienem pisać takich głupot, ale nie mogę już wytrzymać. Cały czas pamiętam i nie zapomnę, bo nie chcę zapominać tamtych dni. Pamiętam, jak się poznaliśmy, jak przez przypadek wpadła Ci piłka na moje podwórko, przeskoczyłeś przez płot i pogryzł Cię mój pies. Od tamtego czasu widywaliśmy się codziennie. Mijały dni, miesiące, lata. I było źle. Zawsze było źle, coś się w życiu waliło i nic się nie udawało, ale kiedy przychodziłeś, siadałeś obok mnie na podłodze i mierzwiłeś moje włosy, te wszystkie problemy bezpowrotnie znikały. Nawet nie wiesz, jak głęboko gdzieś mam te wszystkie zachowania elity, z którą się trzymam. Nie chcę pić mrożonej kawy, spać w stercie poduszek i oglądać starych filmów, żeby potem móc jeść śniadanie w łóżku. Chcę, żeby było tak, jak kiedyś. Jak uciekaliśmy razem z domów i jedynym, co mogliśmy pić, była brudna deszczówka spływająca z rynny. Jak spaliśmy w stodołach w sianie i rano budził nas wkurzony właściciel, który potem gonił nas z widłami w rękach. Jak siedzieliśmy całymi dniami nad jeziorem i gapiliśmy się w taflę wody nawet w milczeniu. A po przebudzeniu zamiast podawania śniadania podawałeś mi rękę, która zaraz zaczynała gdzieś niekontrolowanie błądzić i wędrować w tereny, które dobrze już znałeś, a mimo to każdego poranka zdawałeś się poznawać na nowo. Mówiłeś, że lubisz moje kościste biodra i obojczyki, i gęste włosy, i delikatną w dotyku skórę. Potem obsypywałeś pocałunkami mój kark, obejmowałeś mnie w pasie i przytulałeś mocno do siebie. I robiliśmy te wszystkie brudne rzeczy. W ostatnim liście pisałem Ci, że robiłem to wiele razy po Twoim wyjeździe. Kłamałem. Nie potrafię tego robić z nikim innym. To chyba właśnie Ty nie pozwalasz mi się zakochać, zupełnie jak gdyby w moim sercu było tylko jedno miejsce. Nadal mam to zdjęcie, na którym całujesz mnie w czoło, a na włosach masz wianek z chabrów. Pamiętam, jak się upierałeś, że to muszą być chabry, bo tylko ich kolor tak bardzo Ci się podoba. A potem powiedziałeś, że mam włosy w kolorze chabrów. Zawsze byłeś najważniejszy. Ale jest jedna rzecz, której nigdy Ci nie wybaczę. Nie wybaczę Ci tego, że wyjechałeś. Co Cię w ogóle do tego skłoniło? Nie musiałeś tego robić. Zostawiłeś mnie tutaj na pastwę losu, żegnając słowami "jestem pewien, że ułożysz sobie życie", do dzisiaj ich nie rozumiem i nie chcę rozumieć. Nadal czekam aż wrócisz, aż przyjedziesz, zabierzesz mnie nad jezioro i będziemy spać w świetle księżyca wtuleni w siebie, drżąc z zimna. Wierzę w to. Jestem coraz bardziej niebieski, ale wiem, że zdążysz na czas. Po prostu będę czekał. Będę pił koniak, chadzał na dystyngowane prywatki, ubierał się w garnitury i rozmawiał z przyjaciółmi o książkach, a wieczorem będę wracał do domu, gdzie oczekiwać mnie będzie moja piękna dziewczyna w wełnianym szlafroku z dwoma kubkami gorącej czekolady i wanną napełnioną gorącą wodą. Zaczekam. 



Mokrą kartkę papieru wsunąłem do koperty i zakleiłem. Starannie napisałem adres, po czym wrzuciłem list do pozostałych. Niemal wysypywały się już z szuflady dokładnie tak jak myśli, których nadmiaru nie mogłem już utrzymać w głowie. 

24.12.16

2min: Malinowy sorbet

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi



Nadszedł czas na post świąteczny. O taki, a nie inny pairing poprosiła mnie Maknae, życzenie spełniam, żeby chociaż w święta (których de facto nie obchodzę) poczuć się dobrym człowiekiem. Mokrego jajka!

_______________________________________________________


               Malinowy sorbet roztapiał się wskutek promieni upalnego słońca tak jak rozpływał się wówczas Taemin pogrążony w błogich rozmyślaniach. Bezwładnie spoczywał na leżaku i mrużył piekące od światła powieki. Zewsząd otulało go ciepło, przysypiał w nim niczym w dziecinnej kolebce pozwalającej mu na wieczną beztroską sielankę. Zdawało się, że osiągnął już wszystko, spełnił swoje najskrytsze marzenia i nie pozostało mu nic, o co mógłby walczyć lub starać się zdobyć. Taemin jednak tylko stwarzał pozory, gdyż do szczęścia nadal czegoś mu brakowało. W jego sercu widniała pustka nie do zapełnienia i rudowłosy zdawał sobie sprawę z jej istnienia, lecz nie miał pomysłu na załatanie dziury. A ja owszem.







                     Nie miałem ochoty wchodzić z butami w jego życie i deptać wszystkiego, na co przez całe życie sobie zapracował. Coś w głębi duszy podpowiadało mi jednak, że rozumiem problemu Taemina. Wyglądał jak samotny wilk w samym sercu stada, żył w watasze, lecz do niej nie należał. Łączyły go z nią pewne więzy, ale od dawien dawna zatarte. Potrzebował kogoś bliskiego, a ja z pocałowaniem ręki gotów byłem ofiarować siebie. 
                        Postanowiłem wyjść z ukrycia. Wziąłem głęboki oddech i postawiłem pierwszy krok w jego stronę, wiedząc, że później będzie już łatwo. Zająłem miejsce na leżaku obok niego i uśmiechnąłem się szeroko, kiedy promienie delikatnie pogłaskały moją twarz. 
— Ciepło — szepnąłem, zamykając oczy i delektując się gorącem.
— Minho — jęknął Taemin, przeciągając ostatnią samogłoskę. — Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy ostatnio?
— Tak — odpowiedziałem konkretnie. — O tym, czy łatwiej żyć bez czekolady, czy bez lodów. I doszliśmy do konkluzji, że życie bez czekoladowych lodów byłoby strasznie puste.
— Minho — powtórzył, przedłużając to jeszcze bardziej niż poprzednio. — Nie o tym mówię. Mówię o tym dziwnym kamieniu.
— Na pewno ze mną o tym rozmawiałeś? — spytałem ze śmiechem. 
— Nigdy mnie nie słuchasz — wycedził przez zęby, ale po chwili roześmiał się. Nie miał w stylu gniewać się na przyjaciół. — Czuję kamień na swoim sercu. Ale wiesz, taki dosłowny, jakby naprawdę tam był. Myślałem, że to wyrzuty sumienia, ale nie robię niczego złego ani na przekór sobie. Nie mogę się z tym uporać. Jestem przez to mniej szczęśliwy, niż byłbym, gdyby go nie było. 
— Brakuje ci czegoś? — zadałem pytanie. Otworzyłem oczy i rzuciłem mu spojrzenie. On jednak nadal leżał ze zmrużonymi powiekami. 
— Może — odparł cicho. — A może sam siebie okłamuję. 
                    Widok leżącego niewinnie Taemina w ciasnych jeansowych spodenkach i przykrótkiej koszulce przerósł mnie i nie pozwolił dłużej kontrolować moich czynów. Zbliżyłem się do niego i powoli pochyliłem nad jego nieskazitelną jasną twarzą.
— Minho! — Usłyszałem nagle za sobą. 
                     Poderwałem się gwałtownie do pozycji stojącej. Rudowłosy nadal spokojnie leżał, zupełnie niezaskoczony głośnym wrzaskiem Jonghyuna, który wydzierał się w zasadzie zawsze, kiedy tylko czegoś nie przeżuwał. Często zastanawiałem się, jak zareagowałyby jego fanki uważające go za przystojnego i kulturalnego dżentelmena, gdyby zobaczyły jak wciąga ośmiornicę niczym dzika świnia i wszystko wychodzi mu nosem. 
— Minho! — darł się wniebogłosy. — Chodź, zagramy w kosza!
                    Westchnąłem głęboko i zostawiłem Taemina samego z jego przemyśleniami. Udałem się prosto za Jonghyunem, który akurat zdjął koszulkę i rzucił ją gdzieś za siebie, po czym niespodziewanie cisnął we mnie piłką.
— Refleks! — krzyknął triumfalnie. 
                    Biegaliśmy po małym boisku skąpani w słońcu i własnym pocie. Dołączył do nas Onew, na czym skorzystałem, gdyż nie musiałem być już w pełni skoncentrowany na ruchach i odgłosach godowych Jonga. Nareszcie mogłem pozwolić sobie raz na jakiś czas na krótkie spojrzenie na Taemina. Zdawał się nas obserwować. Czyżby odwzajemniał to, co do niego czułem? Łudziłem się nadzieją, że mam rację. 
— Gdzie Key? — spytał Jonghyun zaraz po tym, kiedy pojawił się Onew.
— Myślisz, ze wyjdzie w taką pogodę? — zapytał z ironią. — Leży u siebie, zakopany w wentylatorach i z trzema warstwami kremu na całym ciele. Powiedział, że ma zmarszczkofobię. 
— Poważna sprawa — odpowiedział Jong. 
                    Po kilku kwartach postanowiliśmy zrobić przerwę, żeby się napić. Udaliśmy się więc do stolika, przy którym siedział Taemin, gdyż w jego pobliżu znajdowała się przenośna lodówka z wodą. Wzięliśmy po butelce i przysiedliśmy się do rudowłosego. Miałem zamiar zająć miejsce najbliżej niego, ale Jonghyun był szybszy. Oblał go wodą, na co tamten podskoczył ze strachu. Dopiero wtedy zauważyłem, jak na siebie patrzą. Nigdy wcześniej nie było to dla mnie takie oczywiste. 
— Noski! — krzyczał Jong, ocierając się o nos Taemina swoim, na co tamten reagował jak najszczęśliwsze dziecko na świecie. 
                    Spuściłem wzrok i wziąłem łyk wody. Spojrzałem ku boisku, kiedy Jonghyun łaskotał mojego wybranka. Nie chciałem na to patrzeć ani o tym wiedzieć. Tym razem wolałem niewiedzę i nieświadomość od bolesnej prawdy. Mogłem łudzić się nadzieją, że tylko się wygłupiali, tylko po co? Nie byłem już w stanie oszukiwać samego siebie. Doskonale znałem genezę problemu Taemina. On najzwyczajniej w świecie nie był pewien uczuć Jonga, który wystarczająco często robił sobie z nas jaja. Ponadto wszyscy traktowaliśmy Taemina jak naszą osobistą maskotkę. Mimo to oddałbym wszystko, żeby należał tylko do mnie. Nie mogłem nawet walczyć. Byłem kompletnie zrezygnowany. Nie chciałem do niczego zmuszać Taemina, tym bardziej, że w grę wchodził mój przyjaciel, Jong. Nienawidziłem tego uczucia. Nienawidziłem uczucia, jakim obdarzyłem Taemina. Pragnąłem, by umarło i nie pozostawiło po sobie żadnego śladu. Bałem się kolejnej dawki cierpienia, jaką miałem na siebie przyjąć. Spoglądałem na malinowy sorbet, który roztapiał się wskutek promieni upalnego słońca tak jak rozpływał się wówczas Taemin pogrążony w głębokich uczuciach, jakimi darzył kogoś, kim nie byłem ja.