Showing posts with label shot. Show all posts
Showing posts with label shot. Show all posts

30.12.16

Out of the blue

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi




                    Przede wszystkim nie możesz mieć niebieskich włosów. Znasz ludzi, wiesz, jak reagują. Zaraz rzucają dziwnymi sloganami, których sami nie rozumieją i wytykają Ci bycie ofiarą KRYZYSU MĘSKOŚCI, a Ty sobie uświadamiasz, że większych pizd od nich jeszcze nie spotkałeś. Ale da się z tym żyć, społeczeństwo jednak jakoś się rozwija, subkultury się rozrastają i rozpowszechniają, lesbijki wychodzą na ulice, a czterdziestolatkowie zakładają szpilki i damskie kardigany i idą na miasto. Mam teraz dziewczynę, która pofarbowała swoje włosy na niebiesko. Kiedy znajomi widzą nas razem, zawsze powtarzają, że to słodkie. Nie wiem, czy to słodkie, ale na pewno jest to komfortowe, bo w jakiś sposób Cię tłumaczy - Ciebie i kolor Twoich włosów, bo Ty jako chłopak jednak rzucasz się w oczy, jeśli się farbujesz. Wiem, przed chwilą pisałem, że już w zasadzie takich dużych problemów z tolerancją nie ma, ale wiesz, że ja tylko tak gadam. Mówię, że pierdolę to wszystko, ale niczego nie pierdolę i wszystkim się przejmuję. I szukam drugiego dna, ale to Ty mnie tego nauczyłeś. Pamiętam tamten dzień jakby to było dziś - wtedy jeszcze byłeś tutaj, tata powiedział, że jestem niebieskim ptakiem. Nie rozumiałem, ale mamy w tych czasach łatwy dostęp do informacji, więc sprawdziłem i zrozumiałem, że ma mnie za lekkomyślnego, niemającego żadnego określonego zajęcia bezwartościowego gówniarza. Całą noc płakałem jak bóbr, siedzieliśmy w tym zimnie w domku na drzewie, w którym ledwo się mieściliśmy. Chyba miałeś już dość tego niekończącego się szlochania, bo po godzinie milczenia wzięło Cię na monolog. Zdjąłeś kurtkę i rzuciłeś ją na moje ramiona, po czym powiedziałeś, że mam błękitną krew. Jak arystokrata. Że kiedyś tylko bogacze jadali ze srebrnej zastawy i wraz z jedzeniem połykali cząsteczki srebra, czego objawem był niebieski kolor skóry. A rok później przywiozłeś mi z Madagaskaru broszkę z adularowym kamieniem księżycowym i powiedziałeś, że nawet on nie jest tak błękitny jak ja, bo ja jestem taki out of the blue, spoza rzeczywistości. 



Nawet nie jest tak źle, odkąd wyjechałeś. Jakoś to znoszę, wolę napisać, żebyś nie miał powodów do zmartwień. Nie śmieję się już tak z innych i nie izoluję się, tylko staram akceptować ich poglądy i po prostu nie zawsze mówić to, co myślę. Pytałeś, co u mnie, nie wiem, co powiedzieć, nic się nie zmieniło. Mam dziewczynę, ale o tym już pisałem. Jest całkiem ładna, wrzuca dużo zdjęć do sieci i czasem nie podoba mi się to, co tam umieszcza, ale niczym ją to nie wyróżnia z tłumu, więc się nie czepiam. W sumie wkurza mnie to, że nie liczy się z moją opinią, ale to nie zazdrość, tylko bardziej coś typu... Po prostu robię coś, bo wydaje mi się, że jest to zgodne z przyjętymi normami. Tak naprawdę nawet nie jestem pewien, czy ją kocham, ale chyba nawet nie muszę jej kochać, żeby z nią być, nie uważasz? Podoba mi się i miło razem spędzamy czas, pomagamy sobie w kłopotach, ufamy sobie, to podstawa. A jak do mnie przychodzi, to robię jej mrożoną białą kawę i odgrzewamy pizzę sprzed trzech dni, a potem oglądamy jakiś stary film, leżąc pod stertą poduszek. A potem ona paraduje po moim pokoju w majtkach i mojej koszulce, która sięga jej do połowy uda i zaczyna tańczyć. W końcu idziemy spać, ona wtula się w moje ramiona i szybko zasypia. I zaraz po tym budzimy się, robię jej na śniadanie naleśniki z syropem klonowym i podaję do łóżka, a ona całuje mnie w policzek i uśmiecha się promiennie. A potem idziemy na miasto, jemy obiad w drogiej restauracji. Wieczorem spotykamy się z jej znajomymi, idziemy na piwo do pubu, zamawiamy nachos i oglądamy mecz. Ludzie mówią, że nam zazdroszczą, bo wyglądamy na taką szczęśliwą i dopasowaną parę. Kiedyś przeczytałem gdzieś, że długo noszona maska staje się w końcu twarzą, co o tym myślisz? Bo ja czuję się cholernie nieszczęśliwy, I feel blue, mam ochotę zamknąć się w domu i zostawić ich wszystkich w cholerę. Przepraszam Cię za mokre plamy na kartce. Chciałem, żebyś się nie martwił, więc nie powinienem pisać takich głupot, ale nie mogę już wytrzymać. Cały czas pamiętam i nie zapomnę, bo nie chcę zapominać tamtych dni. Pamiętam, jak się poznaliśmy, jak przez przypadek wpadła Ci piłka na moje podwórko, przeskoczyłeś przez płot i pogryzł Cię mój pies. Od tamtego czasu widywaliśmy się codziennie. Mijały dni, miesiące, lata. I było źle. Zawsze było źle, coś się w życiu waliło i nic się nie udawało, ale kiedy przychodziłeś, siadałeś obok mnie na podłodze i mierzwiłeś moje włosy, te wszystkie problemy bezpowrotnie znikały. Nawet nie wiesz, jak głęboko gdzieś mam te wszystkie zachowania elity, z którą się trzymam. Nie chcę pić mrożonej kawy, spać w stercie poduszek i oglądać starych filmów, żeby potem móc jeść śniadanie w łóżku. Chcę, żeby było tak, jak kiedyś. Jak uciekaliśmy razem z domów i jedynym, co mogliśmy pić, była brudna deszczówka spływająca z rynny. Jak spaliśmy w stodołach w sianie i rano budził nas wkurzony właściciel, który potem gonił nas z widłami w rękach. Jak siedzieliśmy całymi dniami nad jeziorem i gapiliśmy się w taflę wody nawet w milczeniu. A po przebudzeniu zamiast podawania śniadania podawałeś mi rękę, która zaraz zaczynała gdzieś niekontrolowanie błądzić i wędrować w tereny, które dobrze już znałeś, a mimo to każdego poranka zdawałeś się poznawać na nowo. Mówiłeś, że lubisz moje kościste biodra i obojczyki, i gęste włosy, i delikatną w dotyku skórę. Potem obsypywałeś pocałunkami mój kark, obejmowałeś mnie w pasie i przytulałeś mocno do siebie. I robiliśmy te wszystkie brudne rzeczy. W ostatnim liście pisałem Ci, że robiłem to wiele razy po Twoim wyjeździe. Kłamałem. Nie potrafię tego robić z nikim innym. To chyba właśnie Ty nie pozwalasz mi się zakochać, zupełnie jak gdyby w moim sercu było tylko jedno miejsce. Nadal mam to zdjęcie, na którym całujesz mnie w czoło, a na włosach masz wianek z chabrów. Pamiętam, jak się upierałeś, że to muszą być chabry, bo tylko ich kolor tak bardzo Ci się podoba. A potem powiedziałeś, że mam włosy w kolorze chabrów. Zawsze byłeś najważniejszy. Ale jest jedna rzecz, której nigdy Ci nie wybaczę. Nie wybaczę Ci tego, że wyjechałeś. Co Cię w ogóle do tego skłoniło? Nie musiałeś tego robić. Zostawiłeś mnie tutaj na pastwę losu, żegnając słowami "jestem pewien, że ułożysz sobie życie", do dzisiaj ich nie rozumiem i nie chcę rozumieć. Nadal czekam aż wrócisz, aż przyjedziesz, zabierzesz mnie nad jezioro i będziemy spać w świetle księżyca wtuleni w siebie, drżąc z zimna. Wierzę w to. Jestem coraz bardziej niebieski, ale wiem, że zdążysz na czas. Po prostu będę czekał. Będę pił koniak, chadzał na dystyngowane prywatki, ubierał się w garnitury i rozmawiał z przyjaciółmi o książkach, a wieczorem będę wracał do domu, gdzie oczekiwać mnie będzie moja piękna dziewczyna w wełnianym szlafroku z dwoma kubkami gorącej czekolady i wanną napełnioną gorącą wodą. Zaczekam. 



Mokrą kartkę papieru wsunąłem do koperty i zakleiłem. Starannie napisałem adres, po czym wrzuciłem list do pozostałych. Niemal wysypywały się już z szuflady dokładnie tak jak myśli, których nadmiaru nie mogłem już utrzymać w głowie. 

1.12.15

Brak zimna

Dział: One shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Thriller.



Nadal brak neta, znowu pisanie na fonie, sory za błędy
_____________________

                    Ostatnio miewam wrażenie, że rozkładam się żywcem. To przychodzi wbrew pozorom nie w sytuacjach zaawansowanego stanu desperacji, przeciwnie - pojawia się podczas wykonywania czynności codziennych, przy myciu dłoni czy spoglądaniu w okno. To poniekąd wizja ulotności. W głowie mam wtedy pustkę, a jednak jednocześnie myśli są tak głośne, że słyszę, jak krzyczy moja własna podświadomość. Odwadniam się wówczas i coraz bardziej mizernieję powoli przygotowując się do wiecznego zimowego snu.
                    I wtedy zawsze nastaje grudzień. Obsypuje mnie płatkami śniegu, które są w zasadzie jedynym moim dobytkiem. Z jednej strony czegoś mi brak, z drugiej zaś - wystarczają mi w zupełności i czuję, że nie potrzebuję już niczego więcej. Ale pojawia się wówczas myśl. Ta myśl uświadamia mi, jak wielkie jest podobieństwo płatka śniegu do mnie samego. Śnieg kończy swój żywot zaraz po spadku na ziemię. Topi się pod wpływem ciepła. Zupełnie jak człowiek, który pozwolił drugiemu człowiekowi przekroczyć pewne bariery i granice. Za każdym razem, gdy otwieram przed kimś bramy mojej prywatności, topię się niczym ta mała śnieżynka, zauważam po fakcie błędy i wtedy wiem już, że od ludzi nie należy przyjmować ciepła. Bo ciepło jest iluzją. W rzeczywistości to tylko brak zimna. A to właśnie chłód pozwala nam przyjść na świat i przetrwać. Płatki śniegu spadają z nieba i topią się pod wpływem ciepła, ja zaś uczę się tego, że jedynie chłód w relacjach z ludzi pozwoli mi przeżyć. 
                    Ale na chwilę obecną się topię, bo znów zapomniałem o tym, że przecież nie mogę ufać ludziom. Myślę teraz, że powinienem liczyć tylko na siebie, bo to oczywiste, że samego siebie nigdy nie zawiodę. Muszę mieć jednak ludzi, którym za wszelką cenę będę udowadniać to, że zupełnie ich nie potrzebuję. Tylko co, jeśli trafi się idiota, który zupełnie przypadkowo mnie ogrzeje? Spłonę? Spalę się doszczętnie? Nie chcę dłużej łudzić się nadzieją, że bliski kontakt cokolwiek ułatwi. Wsparcie, ciepło, jedynie mogę się tym sparzyć niczym marcową pokrzywą. Nikt nie może mieć wstępu do czeluści mojego umysłu, bo poza tym nic mi już nie zostało. Stałem się emocjonalnym bankrutem, bo taki wymóg postawiło mi otoczenie. Dlatego bałem się oddać więcej. Wizja kontrolowania mnie zdawała się być co najmniej przerażająca. Nie chciałem tego. Musiałem uciec. Ludzie jednak zajęli cały świat, nie pozostawiając nigdzie skrawka wolnego miejsca dla kogoś takiego jak ja. I zacząłem się rozkładać. W tempie tak szybkim, że żadne prawa fizyczne nie mogłyby tego opisać. Patrzyłem w okno na spadające płatki śniegu i stopniowo zmieniałem się w martwy wrak.
                     Powiedziano mi, że kłamię. Że przecież bliskie relacje z rodzina, przyjaciółmi i kobietami stanowią priorytet. Znów ustalano normy poprzez pryzmat większości, a wyjątki stały się poszkodowane nietolerancją społeczeństwa. Oni wszyscy wciąż przeczyli samym sobie. Szczególnie wtedy, kiedy mówili, jak bardzo pragną mi pomóc, a w rezultacie zajmowali się swoimi sprawami, odsuwając mnie na bok. Ale to mnie nazwano egoistą. Choć nigdy nie prosiłem o żaden rodzaj pomocy, chciałem zwyczajnie uciec. Oni zaś oferowali najrozmaitsze sposoby, lecz żaden z nich nie działał. I nigdy nie rozumieli najprostszych rzeczy. Denerwowało ich to, że tak najzwyczajniej w świecie mam zamiar wstać i wyjść. Bo dla nich było to coś odległego i nieosiagalnego. Topiłem się i naprawdę nie chciałem już nigdy więcej czuć się tak cholernie źle. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że to właśnie ludzie wywołali u mnie nagły rozkład. Oni jednak sądzili, że to wszystko moja wina. Te fałszywe kurwy odwróciły się ode mnie gwałtownie dopiero co oferując mi swoje życie. I wtedy uznałem, że rozłożenie się jest moim najwyższym celem. Że to właśnie to pozwoli mi się wydostać. Odetchnąłem z ulgą i pozwoliłem światu płynąć własnym tempem.


11.11.15

Napijemy się herbaty

Dział: One shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Hentai.



Z dedykacją dla Julie-chan, dzięki za pomoc w rozgłaszaniu ludziom wieści o Snays, w takim tempie będzie można założyć wspólną sektę, kupię może nawet mojżeszowe sandałki.
Akai, czekam na info od Ciebie w związku z filmami w poprzednim poście. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale wygrałaś karę, która przejdzie na kogoś innego w postaci klątwy, jeśli jej nie wykorzystasz :v 
______________________________________________

                         Po świecie stąpało czternaście miliardów ludzkich stóp, nie sposób było postawić kilka czy kilkanaście diagnoz, które wpasowałyby się w każdy możliwy przypadek. Można było zaś robić to bardziej intuicyjnie, na zasadzie efektu horoskopowego bądź często zdarzających się połączeń cech, które udowodnione były naukowo. Tak czy inaczej testy psychologicznie najzupełniej nie miały sensu, gdyż maksymalnie połowa zawartego rozwiązania zgadzała się z wnętrzem człowieka, który je wykonywał. Lecz nikogo już nie dziwiło, że jeden jest ekstrawertykiem, a drugi introwertykiem. Że jeden jest pewny siebie, a drugi wykazuje problemy podczas sytuacji, w których jest mu dane skonfrontować swoje poglądy z odmiennymi przekonaniami innego człowieka. Że jeden lubi naleśniki, a drugi gówno. Dlaczego więc tępiono potencjalnych samobójców?
                         Życie wedle wielu kultur oraz religii uważane było za najwyższą lub chociaż jedną z najwyższych wartości. Stan po śmierci rozumiany był różnie, mogłeś trafić do piekła, mogłeś zreinkarnować się w delfina, a mogłeś najzwyczajniej zniknąć. Ale jako że nie było to ściślej określone, ludzie uznali, że muszą wypełnić swoje aspiracje za życia. I nie było tu kompletnie nic nielogicznego. Jednak kodeks moralny stawiający żywot na pierwszym miejscu wykształcił u ludzi dość skrajny pogląd. Nie przyjmował bowiem opinii, która zamiast wykorzystać życie, pragnęła się go pozbyć. 
                         Mawiano wtedy, że samobójca jest egoistą, gdyż nie przejmuje się stanem, w jaki popadną jego przyjaciele i rodzina. Słyszano się także, iż samobójcy są tchórzami, skoro nie dają sobie rady z przeszkodami, jakie stawia na ich drodze życie. Uznawano ich za ludzi słabych i doradzano, by odnaleźli cele w życiu, które pomogą im wytrwać w chaosie, jaki zgotował się dookoła nich. Lecz nikt nigdy nie spróbował ich normalnie, po ludzku zrozumieć. Dorosłych pchano do psychologów i wyśmiewano, a wśród dzieci uznawano ów przypadek za jeden z efektów ubocznych burzliwego okresu dojrzewania. Nikt nie potrafił zaakceptować faktu chęci śmierci, a tym bardziej - faktu chęci i fascynacji śmiercią. 
                         Mieszkałam wtedy w Bostonie. Było to miasto położone w północno-wschodniej części USA. Przeprowadziłam się tam z położonego całkiem blisko Everett, które nie dawało mi wystarczających możliwości rozwoju. Zmieniłam miejsce zamieszkania, kiedy tylko skończyłam dwadzieścia lat. W Bostonie wynajęłam małe mieszkanie, którego cena i tak przekraczała moje wyobrażenia. To miasto było zbyt pożądaną lokalizacją, bym mogła spodziewać się niskich kosztów najmu. Niedługo po tym znalazłam pracę, której płaca miała wystarczyć mi na opłaty oraz zapewnić jako takie żywienie. 
                             Wszyscy znajomi z Everett, którzy odwiedzali mnie po przeprowadzce, byli zachwyceni Bostonem. Chwalili przede wszystkim to, jak tętnił życiem nocą. Po przypadkowej rozmowie z jegomościem na ulicy uznali, że Bostończycy są najmilszymi ludźmi na świecie. Wszystko to śmierdziało mi cholerną naiwnością, ale dzięki temu przynajmniej byli szczęśliwi. Osobiście nie potrafiłam oszukiwać samej siebie, nie miałam ochoty nawet próbować. Realizm był przytłaczający, a widzenie świata w takich barwach, jakie posiadał, zdecydowanie nie motywowało do brania życia garściami.
                         Jeszcze mieszkając w Everett zauważyłam, że nieco różnię się od ludzi, jeśli chodzi o sposób wyrażania emocji. Kiedy byłam dzieckiem, mówiłam ludziom wszystko, o co pytali. Potem kompletnie się to zmieniło, choć nie pamiętałam tego tak dobrze, by stwierdzić, czy działo się to stopniowo, czy może stało się nagle pod wpływem jakiegoś bodźca. Po prostu przestałam okazywać emocje czując, że ktoś będzie chciał wykorzystać moje słabości przeciwko mnie. Drugą sprawą było to, iż ludzie zwyczajnie nie słuchali tego, co się do nich mówiło. Oni jedynie czekali na swoją kolej do gadania. 
                         I wtedy nagle postanowiłam umrzeć. Było to dla mnie tak naturalne podejście, że nawet nie byłam zaskoczona. Wręcz zaśmiałam się cicho zastanawiając się, w jakim szoku byliby znajomi. Wysłaliby mnie do psychiatryka! Tak czy inaczej nie miałam zamiaru o niczym ich informować. W końcu każdy w inny sposób cierpiał, i tak by mnie nie zrozumieli. Może nie to, że czułam się nieszczęśliwa. Po prostu nie odczuwałam szczęścia. Negatywne odczucia jak smutek czy lęk pojawiały się zaś raz na jakiś czas ze wzmożoną siłą. Odechciało mi się rozmawiać z ludźmi. W wolne od pracy weekendy leżałam na łóżku, bezustannie się kręcąc. Chciałam coś ze sobą zrobić, jakoś wykorzystać ten czas, jednak nie byłam w stanie nawet podnieść się do pozycji siedzącej. Ogarniało mnie wtedy tak okropne uczucie nudy, że nie mogłam tego znieść. Ten stan się nie zmieniał. Odechciało mi się siedzieć w robocie. Straciłam wszelkie zainteresowanie wszystkim. Zdarzało mi się pochłaniać nocami książki, żeby na siłę przenieść się do innego świata, gdyż ten, w którym żyłam, cholernie mnie niepokoił. Może byłam zbyt świadoma? 
                           Wyjrzałam przez okno i spojrzałam w dół. Na ulicy panował zgiełk, gdyż tej niedzieli wszyscy wracali do miasta po weekendzie spędzonym na jakiejś cichej wsi. Wsunęłam się jednym kolanem na parapet i obliczyłam na oko odległość dzielącą mnie od ziemi. Poczułam wtedy lekką adrenalinę, której nie spodziewałam się poczuć. Pomyślałam wówczas, że już za chwilę w końcu dowiem się, jakim uczuciem jest prawdziwe szczęście.
                         Pojawiła się jednak myśl, która chwilowo odwiodła mnie od moich zamiarów. Skoro miałam już chęci na czynienie rzeczy tak niemoralnych, dlaczego miałabym na tym poprzestać? Nie musiałam przecież umierać jako dziewica. W momencie zbliżającej się śmierci jakoś niespecjalnie obchodziło mnie to, z kim to zrobię, gdzie i w jakich okolicznościach. I wpadłam na genialną myśl. Mogłabym przecież upozorować coś takiego, by moja śmierć miała wymyślone motywy. Łącząc to z chęcią utraty dziewictwa przed śmiercią, przyszedł mi na myśl gwałt. Jednak mimo wszystko nie chciałam wrabiać niewinnego faceta w coś takiego. Musiałam więc znaleźć bandytę poszukiwanego za gwałty. A w Bostonie była to bułka z masłem. 
                         Założyłam ubrania odsłaniające dużo ciała, wykonałam dość wyzywający makijaż i postanowiłam przejść się najniebezpieczniejszą ulicą Bostonu o pierwszej w nocy. Asekuracyjnie wzięłam też wolne na poniedziałek, gdyby moje plany nieco się przedłużyły. Dodatkowo przybrałam twarz niewinnej dziewczyny, która zgubiła się w nieznanym mieście. W czerwonych szpilkach i świecącą białą torebką w dłoni chodziłam wte i wewte długą uliczką, czekając na nadejście zbawiciela. 
                         Wokół nie było jednak żywej duszy. Ludzie raczej nie pojawiali się w tych rejonach, gdyż każdej nocy działo się tu coś złego. Bójki, morderstwa, gwałty czy porwania. Nie pojawiała się tu nawet policja, bowiem kręciły się tutaj naprawdę dziwne typy.
— Zgubiła się pani? — Usłyszałam nagle głos tuż za sobą. Wystraszyłam się nie na żarty, byłam pewna, że nikogo poza mną tam nie było. Odwróciłam się na pięcie.
— T-tak, w zasadzie... tak — wyjąkałam wysokim głosem. Przez chwilę czułam się uratowana, jednak ulga odeszła, gdy zobaczyłam osobę, która przede mną stała. Był to dość wysoki młody mężczyzna, może nawet w moim wieku. Ubrany był w skórzaną, pokrytą ćwiekami kurtkę, a jego czarne włosy postawione były na żel. Jego cera była trupio blada. 
— Chodźmy więc — powiedział z uśmiechem, objął mnie ramieniem i wprowadził w uliczkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. 
— Chwila, dokąd mnie pan prowadzi? — zapytałam z lekkim strachem, choć sama nie wiedziałam, czego się obawiam. W sumie gdyby chciał mnie zabić, tylko pomógłby mi spełnić moje marzenie, więc...?
— Napijemy się herbaty, masz coś przeciwko?
                         Uznałam, że trafiłam na nieodpowiedniego człowieka, który tylko zmarnuje mój czas. Usiłowałam dać mu jakoś do zrozumienia, iż nie jestem zainteresowana, lecz umiejętnie zmieniał temat. W dodatku był cholernie spokojny, co jeszcze bardziej mnie dziwiło. Zachowywał się tak, jak gdyby wiedział, że się pojawię i czekał tam na mnie. Niedługo potem wprowadził mnie do swojego mieszkania. Atmosfera gęstniała. Kiedy weszliśmy do środka, zaparzył wodę na herbatę, cierpliwie zaczekał, a potem zalał ją. Nie zapytał, czy słodzę. Z niepokojem siedziałam na sofie w głównym pomieszczeniu. Po chwili przyszedł do mnie i postawił kubki na dzielącym nas stole. Sięgnęłam dłonią po filiżankę, lecz w tym samym momencie trzepnął mnie po rękach i zadał naprawdę dziwne pytanie.
— Co robisz? Miałaś zamiar to wypić? 
                         Rzuciłam mu wyjątkowo zaskoczone spojrzenie. Jego twarz spochmurniała, moje zachowanie musiało go zdenerwować, choć nie miałam pojęcia dlaczego. Wtedy nakazał mi się rozebrać. Powiedział to ze stoickim spokojem, wpatrując mi się prosto w oczy. Moje serce zabiło szybciej. Pomyślałam sobie jednak, że przecież i tak niedługo umrę, dlatego nie powinnam się obawiać. Trochę mnie to uspokoiło. Położyłam ubrania na sofce obok mnie, a on rozłożył się na fotelu i wsunął dłoń w spodnie, obserwując mnie z uśmiechem. 
— Wylej to na siebie — nakazał, wskazując palcem na wrzącą herbatę. 
                         Uznałam, że chyba jednak trafiłam dobrze. Powoli sięgnęłam po kubek. Moje dłonie drżały. Trzymałam go na wysokości brzucha, jednak wtedy krzyknął:
— Wyżej!
                         Po chwili wrzątek zaczął boleśnie parzyć mój biust, a ręka mężczyzny zaczęła poruszać się szybciej. Kiedy skończył, odetchnął głęboko. Podniósł się do pozycji stojącej, obszedł stół i rzucił się na sofę obok mnie. Objął mnie ramieniem i spojrzał głęboko w oczy.
— Kochanie, musimy budować swój związek na fundamencie przyjaźni — mówił. — Nie możesz się tak od razu rozbierać. Dlaczego to zrobiłaś?
— Kazałeś mi — odparłam, lecz wtedy na jego twarzy znów pojawiła się złość. Uderzył mnie boleśnie. Po chwili uśmiechnął się znowu.
— Dlaczego to zrobiłaś? — powtórzył pytanie.
— Chciałam ci sprawić przyjemność... — wyjąkałam. Zdałam sobie sprawę, że przebywam z psychopatą. — Patrzyłeś na mnie z taką fascynacją i nie chciałam, żebyś przestał. 
— Hailey, przecież wiesz, że cię kocham — odpowiedział, uśmiechając się niewinnie. Pocałował mnie głęboko, a ruchy jego języka były chaotyczne i nerwowe. — Sid zawsze będzie cię kochał. 
— Przepraszam, Sid — powiedziałam cicho, spuszczając wzrok. Zaczynałam cierpieć na syndrom sztokholmski. Sama ta sytuacja wywoływała we mnie dziwne podniecenie. 
— Zaczekaj na mnie chwilę — zaproponował, głaszcząc mnie po policzku. 
                         Nie wracał przez dłuższą chwilę, więc postanowiłam rozejrzeć się po mieszkaniu. Było w nim naprawdę czysto. Zaskoczyła mnie jednak jego sypialnia. Nie, "zaskoczyła" to mało powiedziane. Moje serce na moment przestało bić. Ten człowiek, Sid... Zrozumiałam, że trafiłam na psychopatę i gwałciciela. Jednak taki był mój cel, dlaczego więc tak bardzo się bałam? 
                         Na ścianach rozwieszone były dziwne zdjęcia, nie chciałam na nie patrzeć. Podeszłam do łóżka, nad którym przyklejone były wycinki z gazet. Był na nich Sid. Ponadto nie było to jego prawdziwe imię. Używał go przez swoją fascynację Sidem Viciousem, basistą grupy punkowej Sex Pistols. Upodobnił się do niego, jednak tylko pod względem wyglądu. Nie chcąc trafić na kolejne okropieństwa, wróciłam do salonu. Sid przyszedł tam zaraz po mnie, obładowany dziwnymi przedmiotami, które rozsypał na stole. 
— Bądź grzeczna i się nie ruszaj — nakazał z uśmiechem. 
                               Bacznie obserwowałam każdy jego ruch. Płomieniem zapalniczki zapalił woskową świecę, by po chwili przyłożyć ją do mojego prawego sutka. Krzyknęłam z bólu i odsunęłam się od niego, zasłaniając biust rękoma. 
— Bądź grzeczna i się nie ruszaj — wycedził przez zęby. 
                         Powoli odsłoniłam przed nim swoje ciało. Powiedział, że zrobi to bardziej stopniowo, bym mogła poczuć się bezpieczniej. Przyłożył wtedy znów ogień do mojej brodawki jednak nie dotykał jej bezpośrednio, tylko parzył gorącem tak, że było to w miarę znośne. Jego druga dłoń rozsunęła moje kolana, po czym powędrowała nieco głębiej. Nie sądziłam, że Sid może dotykać mnie tak delikatnie. Wzdychałam z rozkoszy. Po chwili przysunął ogień do mojego sutka, lecz tym razem nie krzyczałam. Wygięłam głowę do tyłu i skupiłam się na przyjemności, jaką mi dawał. 
— Jesteś dziewicą, Emily — powiedział cicho ciepłym tonem głosu. 
— Czy chciałbyś to zmienić, Sid? — zapytałam, dusząc się brakiem powietrza. 
— Dopiero się poznaliśmy... — westchnął.
— Ale czuję, że to ty jesteś mi przeznaczony — wysapałam. — Nie pragnę nikogo innego. 
— Naprawdę? — zdziwił się. Odsunął wtedy ode mnie płomień i przestał sprawiać mi przyjemność drugą dłonią. Na jego twarzy malowało się wielkie zaskoczenie. — Naprawdę?
— Oczywiście, że tak — powiedziałam z uśmiechem, głaszcząc go po policzku. Rozpięłam wtedy jego spodnie i usiadłam okrakiem na jego kolanach. — Zróbmy to. 
                         Odchylił głowę do tyłu i jęknął, kiedy zaczęłam nabijać się na jego twardego członka. Było to cholernie bolesne, choć nie tak jak podpalanie mnie żywcem. Nie miałam na tyle wprawy, by zrobić to dość szybko, a Sid chyba się niecierpliwił. Położył nagle dłonie na moich udach i nacisnął je z całej siły tak, że momentalnie wszedł we mnie do końca. W pomieszczeniu rozległ się długi przeraźliwy krzyk, a spodnie Sida pokryły się krwią. Z trudem łapałam oddech, wyznając jednocześnie Sidowi miłość. Objął mnie, wtulając się w moje piersi. Słyszałam jednak, że po omacku szuka rękoma czegoś na stole. Poczułam po chwili coś twardego między swoimi pośladkami, choć nie miałam zielonego pojęcia, co to może być. Wsunęło się we mnie z niewiarygodną siłą i szybkością, cały czas napierając coraz głębiej. Krzyczałam raz po raz, nie mogąc wytrzymać z bólu. Nie wyciągnął tego ze mnie. Sam również ze mnie nie wyszedł. Zaczął boleśnie gryźć moje sutki, aż zaczęły się z nich toczyć strugi krwi. Kręciło mi się w głowie. Sid położył dłonie na moich biodrach i wbił w nie paznokcie. Drapał i gryzł moje ciało w różnych miejscach. Po chwili wyszedł ze mnie i popchnął mnie prosto na szklany stół, którego odłamki pokrwawiły moje ciało jeszcze bardziej. Bez ruchu leżałam na podłodze, a Sid chodził wokół mnie. Kazał mi wstać i stanąć w innej części pokoju. Powoli się podniosłam i wykonałam jego polecenie. Podszedł wtedy do mnie i uderzył mnie siarczyście. Znów wylądowałam na podłodze. Rozchyliłam kolana błagając, by wszedł we mnie raz jeszcze. Uśmiechnął się złośliwie i pochylił się nade mną, spełniając moje życzenie. Zamknęłam oczy i znów oddałam się rozkoszy. Spuścił się w mnie, wyszedł, po czym znów wstał. Wrócił do rozbitego stołu i podniósł coś z ziemi, po czym wrócił do mnie. Spostrzegłam wtedy, że ma w ręce nożyczki. Bałam się myśleć, co ma zamiar z nimi zrobić. 
                         Leżałam w rozkroku, a on usiadł między moimi nogami. Znów zrobiło mi się biało przed oczami. Straciłam już trochę krwi i byłam naprawdę obolała. Poczułam wtedy zimny metal w swojej pochwie. Masturbował mnie nożyczkami, wiedziałam jednak, że zrobi zaraz coś, co będzie o wiele bardziej bolesne. Nie musiałam długo czekać. Sid uśmiechnął się szeroko i powiedział, że muszę być operowana. Zacisnął wtedy nożyczki na jednej z moich warg sromowych, rozcinając ją. Tym razem nie byłam już w stanie krzyczeć.
— Sid, jesteś dla mnie zbyt dobry... — wyjąkałam. 
                         Pochylił się wtedy nade mną i zaczął ssać mój poparzony sutek. Uznał po chwili, że poparzony sutek do niczego nie będzie mi już potrzebny. Lecz tego bólu nie udało mi się już wytrzymać. W ostatnich chwilach świadomości objęłam go i wpiłam się z rozkoszą w jego zimne, wątłe usta. 
                         Obudziłam się, kiedy świtało. Spałam w jego łóżku, lecz na prześcieradle nie było krwi. Prawdopodobnie umył mnie, gdy byłam nieprzytomna. Na ścianie pełnej odrażających zdjęć zauważyłam nowe. Poczułam się wyjątkowa, gdyż uwiecznił moją twarz. W przypadku pozostałych kobiet nie była ona widoczna. Uśmiechnęłam się, oglądając zdjęcia mojego nagiego zakrwawionego ciała. Było w tym coś podniecającego. Zakochałam się w Sidzie, choć miałam pewną świadomość jego choroby. Kochałam tego wariata. I postanowiłam zaczekać na niego w piekle. Rozsunęłam zasłony w jego sypialni i otworzyłam okno. Siódme piętro. Zastanawiałam się, czy Sid znajdzie moje nagie zwłoki pod swoim oknem. Wiedziałam, że uzna je za dowód mojej miłości. Nie analizując sytuacji zbyt długo, rzuciłam się z okna mieszkania mojego kochanka, chcąc zniknąć na zawsze. 


Będę na Ciebie czekać, Sid. 


16.10.15

Oddajcie mi marzenia

Dział: One shot.
Numer rozdziału: - 
Gatunek: Thriller.



                         Potrzebowałem eutanazji w czystej postaci. Z jednej strony pragnąłem już być tylko ze sobą szczery, ale z drugiej coś mnie powstrzymywało. Nie chciałem przyznać, że mam słabości. Dotychczas opiewałem wszem i wobec moją siłę psychiki i charakteru. Ktoś taki jak ja nie mógł się czymś za bardzo zamartwiać. Musiał być obojętny, bo tego wymagało społeczeństwo. 
                          Takiemu też żyło się o wiele prościej. Długo noszona maska staje się twoją twarzą, więc gdy minął określony czas, wtopiłem się w swoją wymyśloną osobowość. Stałem się postacią, którą sam wcześniej wykreowałem. Brzmiało ponuro, ale tylko to mogło mnie wtedy uratować. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że mój charakter posiada dwie płaszczyzny. Tę na wierzchu i tę położoną nieco głębiej, mniej świadomą. Dlatego bez problemu przyjmowałem całe zło tego świata na klatę, podczas gdy wszystko, co działo się wokół mnie, skutecznie i nieuleczalnie kaleczyło, raniło i łamało drugą płaszczyznę. Działało stopniowo i przemyślanie, wyglądało to na jakąś pieprzoną strategię psychopaty. To nie był wystrzał z broni palnej, który zabija w kilka sekund. To były kilkunastoletnie tortury, z których nie było opcji uwolnienia. Jedynie przygotowywały do ostatecznego wyjścia, jakim była śmierć. 
                         "Koleś, samobójstwo to tchórzostwo" - myślałem. "Chcesz być modny? Zwrócić tym na siebie uwagę?". Zauważyłem, że nie spotkałem jeszcze osoby inteligentnej, która faktycznie świadomie dążyła do śmierci. Dlatego nie mogłem się początkowo pogodzić z tą myślą, choć czułem, że wypływa z głębi mnie. Jest szczera. 
                           Wkurzało mnie to jak jasna cholera. Człowiek o niewyobrażalnej sile psychicznej. Człowiek, który dotychczas pomagał innym ludziom przy problemach psychicznych, nagle stał się wrakiem i zdolny był tylko do rzucenia się bezwładnie na łóżko i spoczęcia w bezruchu. Notorycznie okłamywałem innych ludzi. Podawałem im recepty na życie, w które kompletnie nie wierzyłem. Co prawda działały w ich przypadku, jednak nadal było to chore kłamstwo, które uknułem sobie w głowie na podstawie swojej wiedzy psychologicznej, której nie posiadałem. I teraz jak tu przyznać się przed samym sobą do tej dziwnej ciągoty do śmierci?
                          Nie sądziłem, że kiedykolwiek się to stanie, ale zrozumiałem nagle motywy wszystkich prawdziwych samobójców. Tych, którzy się z tym nie ogłaszali, tylko robili to w ciszy i bez niczyjej wiedzy. Wbrew pozorom uświadomienie sobie tego wszystkiego nie było proste. Co gorsza - kompletnie sprzeczało się z ogólnie przyjętymi normami, z kodeksem moralnym. Tylko, cholera, po świecie stąpa czternaście miliardów ludzkich stóp, dlaczego nie mam prawa myśleć inaczej? Co, jeśli myśl, że życie jest piękne, była tylko pieprzonym stwierdzeniem jakiegoś schizofrenika i została kultywowana w późniejszych czasach? A może szczęście zaczynało się po skończeniu tego cholernego marnego żywota? 
                         Gdy myślałem o swojej przyszłości, ogarniał mnie stres i panika. Kiedy zaś wyobrażałem sobie śmierć, odczuwałem zajebistą ulgę, przyjemność, to było właśnie to, czego mi brakowało. Wiedziałem, że wedle założeń przeciętnego człowieka, śmierć jest zła, śmierć jest słabością. Z perspektywy tych wszystkich zbuntowanych dzieciaków, śmierć była głównym tematem rozmów, gloryfikowano ją, wręcz stawiano na najwyższym szczeblu drabiny priorytetów. 
                            Nie potrafiłem sobie wyobrazić innego wyjścia. Nie byłbym w stanie uwierzyć w jakąkolwiek pomoc. Ludzie pragnęli mi odebrać wszystko. Czułem, że są przeciw mnie. Byłem przekonany, że myślę racjonalnie. Wszystko było atakiem. Byłem winny i otrzymywałem karę. Cały czas, bez ustanku. Pomyślałem o popełnieniu zbrodni i wylądowaniu w pudle. Rozbawiło mnie to. Nie miałem nic przeciwko, przecież kompletnie nie obchodziło mnie to, co się ze mną stanie. Stałem się emocjonalnym wrakiem, którego jedynym celem jest szybka i bezbolesna śmierć. 
                           W którymś momencie ten stan nasilił się do stopnia zaawansowanego. Wysłano mnie do lekarza, choć potrafili powiedzieć mi w twarz, że histeryzuję i nieudolnie usiłuję zwrócić na siebie uwagę. Wielokrotnie słyszałem, jak mówiono to niedoszłym samobójcom. Dopiero teraz rozumiałem. Ludzie nie potrafili pojąć, iż ta niewyobrażalna chęć do śmierci może być prawdziwa. Czułem, że moja depresja jest moim jedynym i najbliższym przyjacielem. 
                          Z jednej strony wiedziałem, że lekarz jest mi potrzebny. Z drugiej odbierałem to jako tworzenie z ludzi marionetek. Chcieli mnie napchać prochami i wmówić, że świat jest piękny, a jednocześnie podciąć skrzydła i odebrać marzenia. Jednak uczynić to w tak przemyślany sposób, bym nawet się nie zorientował, bym nie przejrzał ich prawdziwych celów. 
                          Utraciłem wszelkie zainteresowanie kontaktami z ludźmi. Nie miałem ochoty już wychodzić na piwo z kumplami, tym bliższym mówiłem, że mam coś do załatwienia i wracałem wcześniej do domu. Nie miałem apetytu. Byłem wiecznie zmęczony. W głowie przewijały mi się wszystkie te pieprzone sentencje, które słyszałem od rodziny za dzieciaka i miałem okazję słyszeć nadal. "Jesteś bezwartościowy", "jesteś nikim", "masz dwie lewe ręce". Puszczałem to zawsze mimo uszu, nie przypuszczając nawet, jak bardzo zakorzeni się to w drugiej płaszczyźnie mojego umysłu. Zniszczyło mnie i pozbawiło wszelkich chęci do życia. Nazwałbym głupcem człowieka, który słuchał takich bredni i brał je do siebie. Ale nie miałem nad tym panowania. Odczułem to dopiero po fakcie. Nie musiałem wierzyć, że jestem nikim. Wiedziałem to. I nikt inny nie był tu winien, tylko ja. 
                         Postanowiłem nigdy więcej nie śmiać się z samobójców. Na pierwszy rzut oka można było rozróżnić tych z prawdziwymi zamiarami od tych nieszanujących wagi tematu. Wiedziałem, jak ciężko jest się postawić na miejscu tego człowieka, więc doskonale rozumiałem to, że czasem ludzie nie do końca wiedzieli, w jaki sposób zareagować. Jednak oni nawet nie próbowali. Czułem się osaczony. Siedziałem w gronie ludzi, którzy podobno tak bardzo pragnęli mi pomóc, a spotykałem się z krzywymi spojrzeniami. Mówiłem prosto z serca, a ich niewiarygodnie to szokowało. "Potrzebujesz psychiatry" - mówili. "Odstajesz od reszty, nie zrozumiemy cię, bo nawet nie spróbujemy, trzeba cię zmienić, żebyś myślał jak my" - słyszałem. 
                          Nie odczuwałem czegoś takiego jak pozytywne emocje, nie znałem ich nawet z definicji. Szczęście zdawało się dla mnie być zupełnie obcym terminem. Nie byłem w stanie tego zrozumieć, choć poprzez obserwację ludzi wiedziałem, w jakich momentach powinienem to poczuć. Nic z tego. Miłość kompletnie mnie przerastała. Nie wierzyłem w Boga, moje relacje z rodziną były totalnie chujowe, a w przypadku spotkania dziewczyny nie z tej ziemi, kompletnie wpasowującej się w moje ideały, słyszałem w głowie: "Nie zasługujesz na nią", "I tak szybko się to wszystko rozpadnie", "Tylko będziesz ją ranić", po czym grzecznie wycofywałem się z gry wiedząc, że w relacjach z ludźmi będę dokładnie taki sam, jak moi rodzice, którzy ofiarowali mi te pieprzone geny i wychowanie. Nie chciałem, by kolejny człowiek cierpiał. Często myślałem, że świetnie byłoby w ogóle się nie urodzić. 
                          Sam dziwiłem się prawdziwości moich uczuć. Mimo wszystko byłem w stanie mówić o tym otwarcie. Rozmowy z lekarzem ogólnym wyglądały dość zabawnie, szczególnie dla laików czarnego humoru. 

— Chcesz odebrać sobie życie?
— Jasne, że tak.
— Powiedz coś więcej. 
— Może pani doktor zadać bardziej konkretne pytanie?
— Jak chcesz to zrobić?
— Sam nie wiem. Tabletki brzmią nieźle. Albo skok z wysokiego piętra. Z tym, że początkowo chciałem wziąć te prochy przeciwpadaczkowe, którymi się kiedyś leczyłem, ale większe jest ryzyko na hipotermię, zwiotczenie mięśni czy śpiączkę. A w przypadku wysokiego piętra należy obstawiać co najmniej jedenaste, bo bycie kaleką i niemożność późniejszego odebrania sobie życia to lekki pic na wodę. Trzeba raz a dobrze. Rzut pod pociąg jest chyba najbezpieczniejszy, bo stuprocentowy. 

                          I naprawdę w jakiś sposób mnie to bawiło. Podejrzewałem, że gdybym był zdrowy, byłby to dla mnie kompletny szok, nie byłoby powodu do śmiechu. Ale z niewiadomych przyczyn miałem to głęboko gdzieś. Nie interesowało mnie zupełnie nic. Zapłakałem jedynie głęboko, gdy dowiedziałem się, że jednak nie mam raka, choć były takie podejrzenia. 
                          Chciałem się wyleczyć. Ale nie chciałem stracić nieodłącznej części mnie. Ten stan towarzyszył mi, odkąd pamiętam, jedynie pogłębiał się coraz bardziej i bardziej. Bałem się zdrowego siebie. Nie wiedziałem, jak to jest czuć szczęście, nie drżeć niepohamowanie, cieszyć się życiem, okazywać uczucia, mieć bliskich ludzi. Nie chciałem znaleźć się wśród tych wszystkich pieprzonych ludzi, wesoło biegających po łące z gromadką dzieci i cieszących się słoneczną pogodą. 
                         Rodzice przejęli się moim stanem. Nagle zaczęli okazywać chęć rozmowy ze mną, choć wcześniej zawsze tego unikali. Wiedziałem, że nie na takim fundamencie powinna być budowana rodzina, lecz przywykłem do tego. W momencie, gdy postanowili to zmienić, byłem z nimi szczery.

— Dokąd idziesz? Siedź tu z nami.
— Czuję się dziwnie, kiedy jesteście tu wszyscy. 

— Chodź, ugotujemy razem obiad.
— Nie. Ja ugotuję i wy ugotujecie. Nie jesteśmy wspólnotą ani niczym takim.

                         Dotychczas starałem się nie mówić rodzicom tego, co myślę. Ale odebrali mi wszystko, co miałem. Marzenia. Tylko to trzymało mnie przy życiu. A oni skutecznie uniemożliwili mi ich realizację. Dlatego postanowiłem poczekać na odpowiedni moment i wyjść, obarczając ich problemem pogrzebu kosztującego dużo siana, żeby nawet po mojej śmierci mogli jęczeć i narzekać, ile pieniędzy na mnie wydają. Nie wiedzieli, że utrzymywanie dzieciaka jest zasranym obowiązkiem rodzica. Nie potrafili przyznać się do błędu i mój charakter zwalali na złe towarzystwo. Nie umieli zrozumieć, że czasem lepiej mieć jedno dziecko mniej. 

24.8.15

Jedyna słodycz, jaką lubię

Dział: One shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yuri.



Na początek. Gdyby ktoś był zniesmaczony bądź zniechęcony, bo pisałam do niego na fejsie po pijaku, powinien coś wiedzieć. 

Nie pierwszy raz, nie ostatni.

Poniższy post NIE na faktach (mam nadzieję, że już niedługo :>)
Nie będę się zastanawiać, czy się przerazicie treścią, jako że na Snays było już chyba wszystko, więc chuja

Nie, nie jest to komedia, nawet, jeśli tak uważacie. To dramat i thriller psychologiczny. 
Jeśli i tak będziecie się śmiać z treści, nie będzie to dziwne. 
Będzie to niepokojące.

______________________________________________

— Pamiętaj. Nigdy nie ufaj czemuś, co nosi spodnie w czarno-białe pionowe pasy — odparłam arogancko, biorąc kolejny łyk wytrawnego wina, które przed chwilą mi nalała.
               Jakiś czas temu uznałyśmy, że lepiej się nie przyjaźnić. Wróciłyśmy więc na relacje nieco mniej zaawansowane, ale tylko w teorii. Wbrew wszystkiemu nadal traktowałyśmy się nawzajem tak, jak robiłyśmy to dotychczas. Nic nie uległo zmianie. Nic poza słowem "przyjaźń", które nieudolnie antyewoluowało w "znajomość". Jednak nikomu to nie przeszkadzało. Przychodziła do mnie co jakiś czas, traktując moją chatę niczym jeden wielki stół szwedzki. Obsługiwała się jedzeniem moich współlokatorów oraz moim łóżkiem i winem. Przynajmniej nie narzekała, iż piję tylko wytrawne. Nie cierpiałam słodkich rzeczy. 
— Więc mówisz, że zerżniesz ją jak świnię — powiedziała, częstując się bez pytania papierosem z mojej paczki. 
— Nie brzmi to dobrze, tym bardziej w twoich ustach — syknęłam, kończąc lampkę. — Niby tak, niby nie. Ubrałabym to inaczej w słowa, bo brzmi chujowo. Ale szczerze do bólu mówiąc... Tak, zerżnęłabym ją jak świnię.
— Życie ci niemiłe, że napalasz się na jakieś nieletnie? — spytała z wyraźnie odczuwalną pogardą.
— To tak jak z kurtkami, wiesz — odpowiedziałam. — W przyrodzie musi być równowaga. Jako że zimą chodzę w cienkiej ramonesce, to przynajmniej laski wolę NIELETNIE.
               Nie rozumiała do końca moich poglądów, bo była w pełni hetero. Ja również nie zmuszałam jej do tego, by myślała na mój sposób. Akceptowała to, niczego więcej mi nie było trzeba. Ale musiałam osiągnąć swój cel i sprowadzić go nieco bliżej siebie. 
               Pech chciał, że któregoś dnia zaczęłam publikować swoje prace. Nikt się nie spodziewał, że w ciągu dwóch lat dorobię się czegoś całkiem niezłego. Hasłem przewodnim było Sandaczem Na Asfalcie Yeti Srał, z czego powstał blog o nazwie Snays. Nie było to może szczególnie odkrywcze, inspirujące czy też pasjonujące, ale można to było tłumaczyć wiecznym stanem upojenia alkoholowego, co czytelnikom ani trochę nie przeszkadzało. Przez dłuższy czas wszystko było w należytym porządku. Jako autor pizgałam absurdami po pijaku czy też bardziej niż po pijaku, a czytelniczki w wieku, jak mówiły statystki, 13-17, fapały do chuj wie czego dosłownie. Wszyscy stali się szczęśliwi i nikt nie robił niepotrzebnych problemów. Do czasu, kiedy postanowiłam brutalnie zerżnąć jedną ze swoich czytelniczek. 
               Miałam akurat rzadko spotykany fetysz na nosy. U drugiej połówki szukałam nosa nieskazitelnie pięknego, bo tak, nosy były drugim najlepszym narządem w ciele ludzkim, dlatego właśnie szukałam nosa, który przypadnie mi do gustu. Maltretowałam się niesamowicie, oglądając pokrzywione przez samą matkę naturę nosy przechodniów przypadkowo spotkanych przeze mnie na ulicy. Zdawało się, że nic już nie poradzę i muszę przywyknąć. I wtedy nagle odnalazłam wzór na życie. Aby znaleźć, wystarczyło po prostu przestać szukać. Rozwiązanie przychodziło samo. Tak jak ładne nosy. 
                Nie wierzyłam w przeznaczenie, w końcu nie byłam Carterem, a piękny nos nie należał do potomka Bennettów, aczkolwiek jakimś cudem stało się. Odnalazłam to, czego pragnęłam, jednak właścicielka owego nosa mieszkała zbyt daleko. Nie chciałam, by odległość uczyniła ją nieosiągalną, a pociągi były zbyt drogie, jeśli było się nałogowym palaczem. Więc postanowiłam stać się magnesem na nosy. To była długa i wyczerpująca droga, jednak w końcu, głównie dzięki kwiatom wysłanym do jej matki, udało mi się sprowadzić właścicielkę pięknego nosa do miejsca mojego zamieszkania. Odebrałam ją z peronu i wtedy wszystko się zaczęło. 
               Jako autor otrzymywałam wiele rzeczy od czytelników. Od portretów, przez komiksy, po wiersze traktujące mnie jak bóstwo. Jednak czy nie lepiej było otrzymać cnotę szesnastoletniej dziewicy? Na tym zależało mi fucktycznie najbardziej. Kiedy po raz pierwszy ujrzałam ją na peronie, pomyślałam, że ma najpiękniejszy nos, jaki kiedykolwiek widziałam. Jednak choć nie był on Bennettem, ja w dalszym ciągu byłam Carterem. Nie mogłam okazywać emocji, szczególnie w takich sytuacjach. Spojrzałam nań bez zainteresowania i zaciągnęłam się papierosem, zupełnie nie zważając na zakazy. W końcu policja na tym terenie dobrze mnie znała. Nie miałam się czego obawiać.
               Ona jednak nie hamowała emocji, które wyraźnie malowały się na jej twarzy. Wyglądała na szczęśliwą, co przyprawiło mnie o lik brudnych w cholerę myśli. Zastanawiałam się, ile rzeczy można robić takim nosem, jednak po chwili stwierdziłam, iż moje fantazje chyba zaszły nieco za daleko. Przywitałam się więc nie okazując nadal krzty zainteresowania, po czym zadziornie uśmiechnęłam się kącikiem ust i chwyciłam ją za rękę, prowadząc w kierunku swojego mieszkania. Zamilkła wtedy, prawdopodobnie onieśmielona moją gwałtownością. Jako dusza towarzystwa poczułam, że muszę przejąć inicjatywę. 
— Czego oczekujesz więc? — zapytałam, przegrzebując nerwowo kieszenie. Osiem fajek dziennie to o szesnaście za mało. 
— Seksów — odpowiedziała bez zastanowienia. 
               Uniosłam ze zdziwieniem jedną brew i pomyślałam, że może nawet tak opornie nie będzie. Uśmiechnęłam się sama do siebie z uznaniem, bo gdyby nie moja rażąca po oczach zajebistość, zapewne by tak z górki nie było. 
               Przez długą drogę do domu rozmawiałyśmy na tematy typowo egzystencjalne. Mówiłyśmy o pogodzie, o rodzajach kwaśnych deszczów i śniegu. Te tematy wciągały mnie niczym moja gruba ciotka warzywa, dlatego łudziłam się, że coś nagle teleportuje nas do mieszkania, by mieć to w końcu za sobą. Niestety. Musiałam przebrnąć przez tę konwersację, ale dzięki temu zdobyłam nowy bagaż doświadczenia oraz +100 do many. I nie było w tym kompletnie nic śmiesznego. 
                Pierwszy raz od dwóch lat wysprzątałam kuchnię. Starłam kurz, umyłam okna i podłogi, a pająki wyniosłam do pokoju obok ze względu na swoje antysemickie poglądy. Zbigniew i Eustachy karmione były po to, by w razie mojego złego samopoczucia mogły pozjadać Żydów. Uznałam też, że ugotuję swojemu gościowi ryż, który podam z warzywami. Nie miałam pojęcia, co lubi jeść, a przez żołądek do serca, jednakże była przedstawicielem gatunku otaku, ryż więc musiała wpierdalać dla samego faktu. Siedziała więc na dupie fascynując się moim talentem kulinarnym, który symulowałam równie dobrze, co ten pisarski. To, co wówczas do mnie mówiła, niezwykle mnie zaskakiwało, bo kto spodziewałby się po szesnastolatce nieśmiałych próśb typu "zgwałć mnie", "zwiąż mnie" czy "klep mnie jak świnię, wiesz, że to lubię"?
               Z kolei po zeżarciu posiłku, kiedy zapytałam, czy śpi ze mną, czy w wolnym pokoju z balkonem, nieśmiało odpowiedziała, że nie wie. Nigdy nie rozumiałam zachowań otaku, ale strzelałam, iż tak ma być, to wszystko było zamierzone, a ja miałam siłą zagnać ją do wyra. No to tak zrobiłam. Jednak potem pojawił się inny problem. Obróciła się do mnie plecami i poszła spać.
— Kacu, co robimy? — spytałam półgłosem. 
               Poruszyła się lekko i powoli przewróciła się na drugi bok, kierując się do mnie przodem. Wiele mi to ułatwiło. Przysunęłam się do niej lekko i przeczesałam jej włosy palcami, bacznie obserwując malujące się na jej twarzy reakcje. Wpatrywała się we mnie z dziwną błogością. Nie zwlekając przysunęłam się więc jeszcze bliżej i delikatnie musnęłam jej usta swoimi. Poczułam, że się uśmiecha. Powtórzyłam interakcję raz, drugi i kolejny, by w końcu głęboko i namiętnie zatopić się w jej wargach. Wydawało mi się, że to jej pierwszy pocałunek, kompletnie nie miała pojęcia, co zrobić z językiem. Usiłowałam niewerbalnie ją instruować, powoli i zmysłowo tańcząc swoim językiem wokół jej i prowadząc ją, jednak niezbyt się do tego fachu nadawała. Jednak nie spoczęłam na laurach. Spróbowałam jeszcze raz i jeszcze raz. Nie odrywałam się od niej przez kilka dobrych minut, aż w końcu załapała, na czym to polega. Całowanie jej stawało się coraz przyjemniejsze. Im bardziej się ośmielała, tym łamała dalsze granice i pozwalała sobie na więcej. Delikatnie muskała językiem moje podniebienie, jednocześnie pieszcząc moje wargi swoimi. Uznałam, że już czas na to, co w całowaniu najbardziej lubiłam. 
               Nadgryzłam jej dolną wargę tak lekko, że chyba nawet nie zauważyła. Nadal była pogrążona w namiętnym pocałunku. Dlatego silnie ukąsiłam jej język, a tego zapewne się nie spodziewała.
— Shiro... — jęknęła. 
               Słysząc tak uległy ton, wpiłam się w jej usta jeszcze mocniej. Odpuściłam sobie chwilowo gryzienie, by zostawić więcej na później. Objęłam ją w pasie i zacisnęłam dłonie na jej pośladkach. Miała cholernie wąskie biodra. Zastanawiałam się tylko, jak bardzo jest ciasna. 
               Leżała pode mną w figach ze snoopym i cienkiej koszulce na szerokich ramiączkach. Jej kolana były mocno zaciśnięte, więc uznałam, że musi się nieco wyluzować. Zaprzestałam na moment namiętnych pocałunków i zaczęłam delikatnie dotykać jej piersi. Z jej ust wydobył się cichy jęk. Pieściłam ją najsubtelniej jak tylko mogłam, starając się nie wywołać zbyt wielu emocji naraz. Leżała nieruchomo na plecach z głową obróconą w bok i oddychała ciężko. Przez cienką tkaninę jej koszulki wyczułam lekko stwardniały sutek. Potarłam go delikatnie palcami, jednocześnie nadal pieszcząc i masując jej jędrne piersi. Znów usłyszałam jęk. Tylko czekałam na moment nieuwagi. Kiedy tylko opuściła gardę, gwałtownie podciągnęłam jej koszulkę i zaczęłam dotykać ją śmielej i mocniej, zaciskając dłonie na jej nagich piersiach. Przestała hamować swoje jęki. Zdawało się, że tej nocy pozwoli mi na wszystko. Pochyliłam się nad jej klatką piersiową i finezyjnie polizałam jej twardy sutek. Wygięła się w łuk i westchnęła głęboko, wplatając palce w moje włosy. 
— N-nie przestawaj, Shiro... — wymamrotała.
               Zaczęłam coraz to mocniej nadgryzać jej sutki, które twardniały coraz bardziej. Katsumi powtarzała coraz głośniej moje imię, stękając z podniecenia. Odchyliła głowę do tylu i oddychała coraz ciężej, podczas gdy ja muskałam językiem jej sutek, jednocześnie pocierając palcami drugi. 
               Nie pozwalała mi kończyć, jednak od dłuższego czasu miałam ochotę na coś innego. Pozbyłam ją koszulki i rzuciłam ją na ziemię, wpatrując się w jej oświetlone światłem księżyca ciało. Była słodka. Dotychczas nie lubiłam tego słowa, jednak do niej pasowało idealnie. Potarłam lekko jej krocze, a ona jęknęła jeszcze głośniej, jednak nie zaciskała już kolan. Wręcz przeciwnie. Pozwoliła mi zdjąć swoją bieliznę i rozchylić swoje kolana. Dotknęłam delikatnie jej łechtaczki i powoli zanurzyłam palce między wargami sromowymi. Z ust Katsumi wydobył się krzyk. Gwałtownie ścisnęła nogi, jednak zablokowałam ją swoimi, nie przerywając. Głaskałam ją łagodnie, dopóki się nie uspokoiła. Każdy jej oddech wywoływał jęk. Czułam, jak bardzo jest mokra. Moje palce powędrowały nieco dalej, pieszcząc cały obszar dookoła pochwy. Im bliżej się znajdowałam, tym jej jęki były bardziej namiętne, podniecone i zmysłowe. 
— Kochanie... — wyszeptałam, pochylając się nad jej szyją.
              Nie przerywając pieszczenia jej okolic intymnych, złożyłam krwisty pocałunek na jej karku. Nie potrafiłam tego powstrzymać. Ugryzłam ją silnie i niespodziewanie tak, że zawyła z bólu. Blokowałam jej ciało swoim jednak zbyt skutecznie, by mogła się poruszyć. Gdy tylko poczułam smak krwi, ukąsiłam ją raz jeszcze, nieco mocniej, jednak w miejscu krwawiącej rany. Krzyknęła, acz nie poruszyła się. Zlizałam z jej chłodnego karku ciemną ciecz i wróciłam do pieszczenia jej najczulszych punktów. 
— Nie pozwól sobie samej się we mnie zakochać — szepnęłam. 
— A tobie... we mnie? — spytała cicho.
— Jeszcze bardziej? 
              Gwałtownie wsunęłam palec do wnętrza jej pochwy. Z każdym jego najmniejszych ruchem z jej ust wydobywał się jęk. Badałam nowe, coraz głębsze obszary czując jej kolejne z rzędu orgazmy. Dołączyłam drugi palec, a jej jęki stały się jeszcze głośniejsze. Pochyliłam się nad nią i zaczęłam znowu pieścić językiem jej twarde sutki, zupełnie już nie zważając na jej krzyki. Robiłam wszystko, na co tylko miałam ochotę. A moja słodycz mi na to pozwalała. 



— I jak? Co robiłyście? — zapytała mnie kilka dni później, kiedy przyszła, by skończyć moje ostatnie wino wytrawne. 
— Wiesz co... — wymamrotałam. — Zorganizowałyśmy bitwę na poduszki, zrobiłyśmy sushi i całą noc oglądałyśmy łzawe komedie romantyczne.
— Czyli było ostre walenie? — spytała znów. Chyba jednak znała mnie za dobrze. 
— Wiesz, to chyba trochę uzależnia — odparłam. — Nie mogę znieść myśli, że nasz pierwszy raz był ostatnim. 
— Serio? — zdziwiła się. — Tak z laską?
— Smakowała jak brzoskwinia — powiedziałam. — Może nie do końca dojrzała, ale jednak.



2.7.15

Kiedy patrzysz z innej perspektywy.

Dział: One shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi.               



               Doszedłem do wniosku, że każdy miał w swoim życiu sytuację, podczas której dziwił się swoim poglądom. Niby wiedział, skąd wynikały, potrafił je uzasadnić i poprzeć przykładem, ale mimo to w pewien sposób go zaskakiwały. Znajdowałem się wówczas w punkcie, z którego nie mogłem ani postawić kroku naprzód, ani się cofnąć. Bez ustanku szukałem wyjścia, lecz nie wiedziałem nawet, gdzie powinienem go szukać. 
                Leżałem z zamkniętymi oczyma wśród wysychających od słońca zbóż i wdychałem zapach polnych rumianków. Poczuwszy mrówki włażące mi pod nogawki spodni przesunąłem się nieco, podniosłem nogę do góry i szybko opuściłem z powrotem. Nie otwierając oczu westchnąłem głęboko i nagle poczułem pocałunek na swoich ustach.
               Moja matka, Ellen, odkąd pamiętam, była kobietą przepracowaną i przemęczoną. Nie chodziło tu wbrew pozorom o problemy finansowe czy utrzymywanie rodziny, nie. Ona zwyczajnie była pracoholiczką i nie potrafiła poczuć krzty satysfakcji nawet wtedy, kiedy przesiadywała w biurze dzień i noc, dostając kolejne podwyżki i awanse, otrzymując pochwały od szefa i współpracowników. Zawsze pragnęła więcej i więcej, w rezultacie wciąż tkwiąc w sferze nieświadomego nieszczęścia, wypalenia zawodowego i utraty chęci do życia. Być może w głębi duszy łudziła się, iż nadejdzie w końcu dzień, w którym powie: "Ellen, zrobiłaś więcej, niż mogłaś. Zasłużyłaś na odpoczynek"? Obawiałem się, że nie pomyśli o sobie w ten sposób nawet na łożu śmierci.
               Ojca miałem dokładnie takiego samego. Psychicznie. Fizycznie niestety nie, przepracował się i zszedł na zawał, kiedy byłem bardzo mały. Matka nie uczyła się na cudzych błędach i katowała swój organizm dalej, podczas gdy jej jedynego syna wychowywała niania. Czułem z nią wyjątkowo bliski kontakt, uważałem za najlepszą przyjaciółkę, wręcz - drugą matkę. Ale kiedy skończyłem trzynaście lat i matka uznała, iż nie potrzebuję już wzmożonej uwagi i opieki, przestała opłacać nianię. Dzwoniłem do niej i wypisywałem, chciałem się spotkać, ale ignorowała moje zaangażowanie. Wtedy nauczyłem się nie ufać ludziom, nawet tym, którzy spełniali wszystkie moje kryteria potrzebne do bycia przyjacielem. Za ojcem nie tęskniłem, nie zdążyłem go nawet poznać. W szkole czułem się raz jak na wozie, raz jak pod wozem. Oceny miałem wystarczające, matka nie krzyczała, bowiem nigdy ją to nie zainteresowało. Cieszyłem się, naprawdę się cieszyłem. Poza tym, że szybciej nauczyłem się samodzielności, nikt nie mówił mi jak żyć i mogłem robić, co mi się żywnie podobało. Nie oznacza to, iż byłem buntownikiem, bo zdecydowanie nie chciałem iść taką drogą. Moje życie było nudną obyczajówką niezawierającą morału. Był to czas, kiedy wszystko toczyło się spokojnie i bezproblemowo. Ale przeminęło z wiatrem. 
               Kiedy miałem szesnaście lat, Ellen znalazła sobie faceta. Nie miałem pojęcia, skąd go wzięła prowadząc taki tryb życia. Tak czy siak po niecałych dwóch latach się pobrali, Jake stał się moim ojczymem i bardzo się polubiliśmy. Ten mężczyzna był najnormalniejszym człowiekiem, na jakiego kiedykolwiek trafiłem. Jedynym uszczerbkiem było to, iż nie byliśmy ani trochę podobni. To samo miałem z matką, bo typem urody poszedłem tylko i wyłącznie po ojcu. Po prostu nie lubiłem, kiedy podczas spotkań ze znajomymi, wścibscy ludzie zalewali nas likiem pytań, czy jestem adoptowany i gdzie są moi rodzice. Miałem bowiem ciemne jak heban śmiejące się oczy i postawione do góry czarne włosy, podczas gdy Ellen i Jake byli blondynami o jasnych tęczówkach. Jakby tego było mało, matka posiadała urodę nieco męską - miała duży nos, który przykuwał uwagę już z daleka, szerokie ramiona i tęgie uda. Mój ojczym był niski i wysportowany. W moim przypadku natomiast pojawiały się często podejrzenia, jakobym miał tasiemca bądź sam nim był. 
               Nadeszły akurat wakacje, kilka tygodni po tym jak skończyłem dziewiętnaście lat. Załatwiłem wszystkie sprawy papierkowe związane z uczelnią i już na początku lipca wiedziałem dokładnie, na czym stoję. Trochę tego żałowałem, wolałem się trochę czymś postresować, coś jeszcze pozałatwiać, a zamiast tego zacząłem najzwyczajniej w świecie się nudzić. Nie miałem ochoty wychodzić ze znajomymi, bo nasze wspólne wyjścia na miasto zawsze wyglądały tak samo. Lody, kino, knajpa, alkohol, impreza. Nie byłem jakimś romantykiem, żeby marzyć o spacerach po plaży przy blasku księżyca. Chyba po prostu wolałem posiedzieć sam. 
               Nikogo nie zdziwił fakt, że Ellen postanowiła pracować całe lato. Postanowiła nawet udać się na kilkudniowe spotkanie biznesowe - odbywało się przeszło tysiąc mil od miejsca naszego zamieszkania, a jakiś czas temu zaczęły ją brać problemy sercowe, więc postanowiła przespać się na miejscu, nim uda się na zjazd. Wyjazd przewidywał między innymi spa, dlatego tym bardziej namawialiśmy ją, by tam pojechała. I w końcu się zgodziła. 
               Nienawidziłem tego ukropu, tego rażącego słońca. Tak jak robactwo pchające się drzwiami i oknami do domu nie stanowiło dla mnie problemu, tak za pogodę mógłbym zabić, ale nie wiedziałem kogo. Zważywszy na fakt, że w moim życiorysie znajdowały się dwa lata nauki gry na pianinie, usiadłem do niestrojonego przez długi czas instrumentu i usiłowałem zignorować panujący wszędzie gorąc na rzecz zagrania ulubionego kawałka Black Sabbath. Cholera, jak bardzo źle to brzmiało na takim instrumencie.
— Dan, idziesz wieczorem obejrzeć mecz w knajpie? — spytał Jake, wchodząc do mojego pokoju. Oparł się o framugę drzwi i pił kawę. On zawsze pił kawę po siedemnastej, a mnie zawsze to dziwiło. 
— Nie chce mi się — odparłem, przerywając i obracając się w jego stronę. — A ty masz wolny wieczór? 
— Tak wyszło — powiedział z uśmiechem. 
— Jak to tak wyszło — syknąłem. — Mówiłeś, że teraz nie możesz brać wolnego, bo grożą ci wylaniem, a teraz sobie nie idziesz do roboty.
— Pic na wodę — zaśmiał się. — Szef mi groził, żeby mnie zmotywować do cięższej pracy. Dał mi awans, do końca tygodnia mam wolne. 
— Poważnie! — krzyknąłem, klaszcząc w ręce i ciesząc się jak małe dziecko. — To trzeba jakoś uczcić. Tylko daj mi skończyć kawałek, ok?
               Obróciłem się z powrotem do pianina i grałem dalej. Skupiłem się najbardziej, jak mogłem, ale głos Jake'a nagle wyrwał mnie ze skupienia. Byłem pewien, że wyszedł. Tak czy siak odpowiadałem mu półsłówkami, nie przerywając gry.
— Dan, jesteś świadomy tego, jak bardzo Ellen jest ode mnie zależna? — spytał nagle.
— Ta — odparłem. Nie widziałem sensu w oszukiwaniu siebie samego. Praca, fakt faktem, była dla niej najważniejsza, ale kiedy Jake o coś prosił, mogłaby mu gwiazdkę z nieba dać. 
— Że gdybyśmy kiedyś stanęli po dwóch różnych stronach konfliktu, to wzięłaby moją stronę? — pytał dalej. 
— Mhm — potaknąłem. Nieco się zdziwiłem i nie miałem zielonego pojęcia, do czego on dąży.  
— Więc mogę być spokojny wiedząc, że nic głupiego nie zrobisz? — zapytał znowu.
— W sumie nie wiem, co masz na myśli, ale raczej tak — odpowiedziałem bez skrupułów. 
               Spokojnie grałem dalej, kompletnie nieświadomy tego, co miało się za moment stać. I nadeszło - strzeliło we mnie jak piorun, sparaliżowało i nie pozwoliło grać dalej. Przez chwilę poczułem się jak element chorej układanki, która powinna być zakazana na całym świecie. A ten "Iron man" nie brzmiał, cholera, nie brzmiał na pianinie ani trochę. Dlaczego, kurwa, mój ojczym i jedyny przyjaciel obsypywał nagle mój kark pocałunkami? 
                To nie było normalne. Ja to wiedziałem i on też doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Dodatkowo się przyjaźniliśmy, więc niszczył to doszczętnie. Nie rozumiałem jego zapędów, a tym bardziej nie rozumiałem, czemu nie próbował ich powstrzymać. Chociaż, kurwa, czy przez krótką chwilę przeszłoby mu coś takiego przez myśl, skoro ja robiłem wszystko, co mi kazał? 
               W moim sercu prawdopodobnie też tlił się wtedy promyk nadziei. Czułem to, jednak nie potrafiłem jeszcze sprecyzować, czego dotyczy. Wszystko było nowe. Dziwne. Nienormalne. Siedziałem przed nim zupełnie nagi i spoglądałem w dół, cały czas milcząc. W zasadzie chciałem zapytać, miałem ochotę krzyczeć "dlaczego?", ale żadne słowo nie mogło mi przejść przez gardło. Na tyle chyba mnie jednak znał, że odpowiedział, nie słysząc mojego pytania.
— Dan, to nie musi być coś odstającego od normy, wiesz? — spytał, głaszcząc mnie po policzku. — Wszystko zależy od tego, jak ty na to spojrzysz. Ty sam, obiektywnie, nie przez pryzmat panujących poglądów czy czegokolwiek. Nie umiem tego wytłumaczyć inaczej. Ale to przypadek, że stało się jak się stało. Rozumiesz?
                Nie rozumiałem, ale potaknąłem głową, bo co niby innego miałem zrobić? Czułem się dziwnie. Jake twierdził, iż początkowo musiał mnie zastraszyć, by bezpiecznie móc mówić o swoich uczuciach. A potem gderał o tym, że nie ma w tym nic dziwnego i po prostu się zakochał. Fakt faktem, uwierzyłem mu, bo podał dobre uzasadnienie. Szukał drugiej połówki, która go wysłucha i wesprze. Ellen wspierała go swoim ciałem, ode mnie miał wsparcie duchowe. Zakochał się, zbyt długo zachowywał to dla siebie, w końcu jego uczucia wybuchły i nie był w stanie już ich kontrolować ani opanować. Całował mnie, a ja odwzajemniałem jego pocałunki. Dotykał mnie, pozwalałem mu na to. Dotykałem go, kiedy mi kazał. Jednak przesadziłem, gdy Jake wchodził we mnie coraz głębiej, a ja jęknąłem przeraźliwie "więcej". 
               Z perspektywy normalnego człowieka byłby to gwałt. Molestowanie. Cokolwiek. Nie rozumiałem swoich poglądów. Zakochałem się w swoim ojczymie, który usiłował zrobić mi krzywdę. Nie miałem pojęcia, dlaczego było to tak rozkoszne i przyjemne. Siedziałem mu okrakiem na kolanach i opuszczałem się na jego członku, jednocześnie przytulając go do siebie i mierzwiąc palcami jego włosy. Jake całował moje sutki, gryząc je lekko i chichocząc. Mówił mi najsłodsze rzeczy, jakie kiedykolwiek słyszałem. Nie wiedziałem, jak spojrzę w oczy matce. Całowałem go namiętnie nawet wtedy, kiedy mówił, że już dość. Koniec końców uległ mi i zrobiliśmy to jeszcze raz. Marzyłem o tym, by każda nasza noc tak wyglądała. Jake był czterdziestoletnim facetem niemającym ze mną nic wspólnego, nagle stał się moim ojczymem i chciał mnie zgwałcić, a ja przystałem, wołając o więcej. Nie miałem pojęcia, czy faktycznie mnie kocha, czy to tanie kłamstwo. 
— Jake, kocham cię — wysapałem, przerywając na chwilę pocałunek. — Ja nie wiem, co z Ellen, ale nie będę w stanie patrzeć na was razem. 
— Myślisz, że nasz związek byłby w stanie przetrwać? — spytał, sprawiając, że poczułem się nieco gorzej. — Nie możemy się teraz wyprowadzić. Musimy być z Ellen.
                Po tym, co powiedział, wszystko stało się jasne. Był po prostu niewyżyty seksualnie, kiedy moja matka wyjechała z miasta. Wybór padł na mnie. Jake był zszokowany moimi uczuciami, próbował to ukryć, ale dostrzegłem prawdę. Prawdopodobnie nigdy nie przeszło mu przez myśl, że mógłby pokochać mężczyznę.
— Jake, mogę cię o coś poprosić?
— Jasne.
— Jeśli kiedykolwiek będziesz miał na to ochotę, przyjdź do mnie. Zrobię dla ciebie wszystko. Jeżeli widzisz mnie jedynie jako pojemnik na swoją spermę, stanę się nim. Możesz mnie traktować jak śmiecia, bylebym tylko mógł ci w ten sposób sprawić radość. Naprawdę nie mam zamiaru liczyć się z tym, jak się poczuję i jak powinienem się poczuć. Twoje marzenia to moje marzenia.
               Dopóki matka nie wróciła, robiliśmy to codziennie. W zasadzie zaspokajałem go cały czas, nie wychodziliśmy z łóżka. W życiu nie pomyślałbym, że ktokolwiek ma w głowie tak brudne rzeczy. Było mi z nim przyjemnie jak nigdy. Wraz z powrotem Ellen wszystko wróciło do normy. Tylko czasem, kiedy wychodziła do pracy, Jake wchodził mi znienacka do pokoju, pchał na łóżko i zaczynał szybko rozbierać, podczas gdy mnie ogarniała fala rozkoszy. Chyba na tym polegała miłość.
               

10.1.15

Było mi wszystko jedno

Dział: One shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yuri.



— Ty tam — powiedziałam dość donośnie.
               Lydie należała do tej części osób, których nie lubiłam nazywać po imieniu. Kim dla mnie była? Cóż... Mieszkała piętro pode mną w obskurnej, taniej kamienicy i też była studentką. Przychodziła do mnie prawie codziennie, mając mnie prawdopodobnie za jakieś medium, wujka dobrą radę czy cokolwiek innego. Zwierzała mi się godzinami nawet wtedy, kiedy zamiast jej słuchać czytałam książkę, zaparzałam kawę czy nawet brałam kąpiel. W przypadku tej ostatniej czynności zwyczajnie siadała pod drzwiami łazienki i mówiła, co jej ślina na język przynosiła. Czasem zakładałam słuchawki, siedząc w wannie, czasem miałam nawet w miarę dobry nastrój, więc odpalałam papierosa i słuchałam, co ma do powiedzenia. Niezależnie od tego, czy słuchałam, czy nie, zawsze byłam w stanie coś tam jej doradzić. Pech chciał, że zawsze trafiałam w tę najlepszą opcję. A przynajmniej ona tak sądziła. 
— Czemu pakujesz tu samo zdrowe żarcie? — zapytałam z pogardą, gdy zauważyłam, że w koszyku sklepowym jest ryż, warzywa na patelnię i dwie duże siatki owoców. — Zobacz, to są chipsy. Przeczytaj tę nazwę dokładnie i zakoduj ją sobie w tej blond łepetynie, okej?
— Ale są takie słone... — westchnęła.
— TĘPA DZIDO, ŻRYJ I ZOBACZ SAMA, ŻE SĄ DZIEŁEM SAMEGO SZATANA! — wrzasnęłam na cały sklep, otwierając paczkę i wsypując jej prosto do gardła połowę zawartości. 
               Kiedy już wytłumaczyłam ochronie, że mam zamiar za to zapłacić i ogólnie przyjaźnię się z tą dziewczyną, co do końca prawdą nie było, dali mi spokój. Nie ufali mi i obserwowali, póki nie opuściłam sklepu. Sądziłam, że to wygląd. Z tego samego względu ludzie podbiegali do Lydie i pytali, czy wszystko w porządku. Zawsze była uśmiechnięta, miała jasne włosy do ramion i wyglądała właściwie jak większość pochodzących z tego świata kobiet. A ja byłam półdupkiem zza krzaka z poprawczaka. A w zasadzie tak sądziłam. Miałam długie, roztrzepane brązowe włosy i wyraz twarzy zimnej suki. Przy czym koszulka nie zakrywała mi w pełni ramion i moje tatuaże ujrzały światło dzienne. Cholibka. Jak bardzo z tego powodu było mi wszystko jedno. 
— Judi, hamuj się trochę w miejscach publicznych... — zaczęła, kiedy wyszłyśmy na zewnątrz. — Mam wrażenie, że kiedyś trafisz do paki za nic. 
— Całkiem możliwe — odparłam, odpalając papierosa. — Ale moje stadium wyjebania na wszystko jest tak wysokie, że za wysokie, stanowczo za wysokie. 
— I co z tym zrobisz? — spytała.
— Nic, na to też mam wyjebane. 
               Podobno brakowało mi subtelności. Mężczyźni myśleli, że mam ochotę im wpierdolić, bo tak wyglądałam. Zarzucali mi brak subtelności i nagabywali, żebym była bardziej kobieca. Więc postanowiłam zostać lesbijką. Pierwszą osobą na moim celowniku była właśnie Lydie. A przynajmniej tak wszyscy wokół mieli myśleć.
               Ta dziewczyna była jedną z największych idiotek, jakie znałam. Poza tym sama za mną łaziła, a mnie powoli to już zaczynało wkurzać. Postanowiłam więc zabawić się jej emocjami, by w rezultacie zyskać dwie rzeczy: Lydie miała się odpierdolić ode mnie ogólnie, a znajomi od mojego braku subtelności. Tłumaczyłam im przecież wiele razy, że nie mam zamiaru się zmieniać. Stwierdziłam, iż po takiej sytuacji będą mnie błagać na kolanach, żebym została przy byciu hetero, a niepasujące im moje cechy odejdą w ich oczach w zapomnienie. Może i powinnam była iść jakąś bardziej okrężną drogą, aby nie ranić przy tym ludzi, ale urodziłam się skurwielem i to egoistycznym. Dlatego chciałam mieć tę sytuację szybko za sobą i miałam zamiar dążyć do celu po trupach. Kto mi zabroni. Grzecznymi wszyscy pomiatają, złośliwych szanują.
               Zabierałam Lydie do knajp, do barów, do pubów, na imprezy, wymuszałam na niej stawianie mi jedzenia czy też piwa. Moje życie towarzyskie przez pewien czas ograniczało się tylko i wyłącznie do niej. Co gorsza - sprawiało mi to jakiś rodzaj frajdy. Zaczynałam się obawiać, że faktycznie mi się spodoba i wpadnę w niezłe bagno. Umawianie się z dziewczynami zdecydowanie do mnie nie pasowało.
— Żeby mięso mogło zachować dobry smak i odpowiednią kruchość, powinno się do niego dodawać resztki niedopitego wina — powiedziała, kiedy któregoś dnia ją odwiedziłam. Gotowała akurat obiad. Mieszkała sama, postanowiłam skorzystać z okazji.
— Co to są, kurna, resztki niedopitego wina? — zaskrzeczałam. Obróciła głowę w moim kierunku i uśmiechnęła się szeroko. A jej uroda utrudniała mi wykonanie zadania.
— Judi, myślisz tylko o seksie i chlaniu... — westchnęła po dłuższym zastanowieniu się.
— Co ty powiesz — odparłam sarkastycznie. — Bardzo dużo myślę o kulturze i sztuce.
— Niby jakiej? — zapytała, unosząc jedną brew.
— No... kulturze picia i sztuce kochania.
               Wydawało mi się, że moje "męskie" cechy charakteru wyjątkowo ułatwiają mi zadanie. Już po kilku tygodniach zauważyłam, jak zaczyna iskrzyć. Kiedy zupełnie przypadkowo nasze dłonie otarły się o siebie, gdy, dajmy na to, szłyśmy razem ulicą, od razu wzdrygała się nerwowo i chowała ręce do kieszeni płaszcza. To był wystarczający znak. Potem zaczęłam wpadać do niej na noc tłumacząc się, że mam problemy ze współlokatorami. Czasem też mówiłam, że nie idzie mi na uczelni i prosiłam ją o pomoc. Wymówek było dużo. Później wystarczało udawać lunatykowanie, by nagle rano obudzić się z nią w swoich ramionach. Tak czy inaczej poszło gładko. Nigdy nie robiła żadnych zbędnych problemów przez naszą płeć, w zasadzie w ogóle o nic się nie kłóciłyśmy. Sprawiłam, że poza mną świata nie widziała. A mi było wszystko jedno.
               Po tygodniu bycia w oficjalnym związku moi kochani przyjaciele zaczęli się nieźle wkurwiać. Pytali, co ja, do cholery robię, wyrzucali mi rzeczy z przeszłości, mówili nawet, że się staczam.
— Jak myślicie, czyja to wina? — pytałam wtedy. — Tak byliście przekonani, że macie do czynienia z facetem, nie kobietą, że aż mi się przypadkowo orientacja zmieniła.
               Wtedy zorientowali się, iż cała ta sytuacja była jednym wielkim przypałem. Nawet przeprosili! I mogłam w końcu totalnie zlać tę laskę. Naprawdę miałam jej dość. Bez zbędnych ogródek udałam się do jej mieszkania, by oznajmić jej, że z nią zrywam. Kiedy stanęłam już przed drzwiami, zapukałam do nich. Zero stresu, adrenaliny. Była to dla mnie zwyczajna rzecz i choć wiedziałam, że może źle zareagować, było mi wszystko jedno.
— Judi? — zdziwiła się na mój widok, jednak po chwili wyszczerzyła się w pięknym uśmiechu. — Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj, wejdź.
— Nie ma sensu, bo... — zaczęłam.
— Mam twoje ulubione masło orzechowe — przerwała mi. — Miałam ci je dać ostatnio, ale wypadło mi z głowy. Pamiętam, że miałaś na nie ochotę, ale nie mogłyśmy nigdzie go znaleźć.
— A...? Aha... Faktycznie, dzięki — wybełkotałam w totalnym szoku.
— Poza tym mam coś jeszcze, spójrz — kontynuowała. — Bilety na koncert kinowy. Całonocny seans, koncert Queen. Widziałam u ciebie kilka płyt, więc stwierdziłam, że pójdziemy razem.
— Queen? Poważnie...? — zdziwiłam się jeszcze bardziej.
— A zaraz obok otworzyli jakiś nowy klub, możemy zajrzeć nad ranem — zakończyła. 


               Jednej rzeczy u siebie nie lubię - często załapuję coś po fakcie i jest za późno. Tym razem mało brakowało, ale... Myślę, że znajomi będą musieli stać się bardziej tolerancyjni, jeśli będą chcieli nadal się ze mną trzymać. Ciao, Lydie.

28.10.14

Hej, Joe, jak leci?

Dział: One shot
Numer rozdziału: -
Gatunek: Yaoi. 



To co, gotowi na oklepanego jaojca, jakich już pełno czytaliście w sieci? Powodzenia!
A tak generalnie to udało mi się wpaść na pewien pomysł co do nowego działu, aczkolwiek... czy jesteście otwarci (damn, złe słowo xD) na inne gatunki poza yaoi? Bo mam taką jedną ideę, tzn. chcę spróbować czegoś nowego (znowu źle to ubieram w słowa xD), wesprzecie mnie w tym projekcie? 
Oczywiście nadal czekam na Wasze pomysły w adekwatnej do tego zakładce. I nie chodzi tu o komentarze, równie dobrze mogę podać Wam gg/fejsa/telefon/cokolwiek. Po prostu od tygodnia wnerwiam znajomych, by pomogli mi z fabułą, bohaterami czy też pojedynczym wydarzeniem, szukam po internetach, czytam książki, wszystko po to, by znaleźć pomysł, inspirację do nowego działu. Jeśli czytacie mnie wystarczająco długo, to zapewne zauważyliście, że NIE CIERPIĘ oklepanych schematów i staram się ich unikać (co nie zawsze się w pełni udaje). Na Snays jest już około dwustu opowiadań i naprawdę ciężko jest wpaść na coś nowego, oryginalnego, jedynego w swoim rodzaju. Dlatego jeśli siedzi Wam coś w głowach, piszcie. Będziecie mieć kolejny spełniony dobry uczynek na ten dzień. Nienawidzę swoich zaników weny, a na chwilę obecną jestem w jeszcze dziwniejszym stanie: fchuj dużo we(ł)ny, a pomysłów null. HELP I need somebody('s ideas). 
~lisu
_________________________________________________________




14:42 poniedziałek, od: Dennis 
"Hej, Joe, jak leci? Mam nadzieję, że masz chwilę po zajęciach, mamy coś do załatwienia. Razem."



               Nie pamiętam, jak to wszystko się zaczęło. Wszystkie wspomnienia, sytuacje, wydarzenia widziałem niczym przez mgłę. Kiedy przyszedłem do nowej szkoły, liceum, wszystko wydawało się fantastyczne. Łamaliśmy przepisy, zasady, paliliśmy po kątach papierosy, sporadycznie też marihuanę. Chadzaliśmy na wagary i litrami wlewaliśmy w siebie ciemne piwo. Problem stanowiła jednak moja sława, niekoniecznie dobra. Należałem do grona osób, które albo się wielbi, albo się nienawidzi. Byłem znany, lecz nie w każdym kręgu popularny. Znałem całą szkołę i cała szkoła znała mnie. Raz byłem obiektem plotek, raz wychwalano moje zalety. Wszyscy wiedzieli, kim jest TEN Joe. Ale, jak wiadomo - nie ma życia bez hejterów.
               Jednym z nich był Dennis. Dennis Penis. Koleś był ode mnie rok starszy - miał skończone siedemnaście. Bił rekordy w dziennym spalaniu tytoniu, przychodził pijany na lekcje... Można powiedzieć, że w kwestii popularności nieco ze mną konkurował. A przynajmniej on tak uważał. Najwyraźniej. Właśnie dlatego wysłał mi takiego esemesa. I nie chodziło tu o wspólny obiad, kawkę, papieroska czy dziwki. Po prostu użył eufemizmu zamiast mówić wprost "dawaj na solo". Nie umiałem się bić, aczkolwiek nie w moim stylu było uciekanie. Niezależnie od tego, czy byłyby tam tłumy ludzi, czy spotkałbym się z nim na osobności, chciałem to załatwić jak facet. 
               Nie mam pojęcia, czy Dennis był złym człowiekiem. Nie wyróżniał się jakoś specjalnie wyglądem, poza hipsterską bródką i tunelami w uszach. Był wyższy ode mnie i nosił spodnie tak nisko, że codziennie byłem w stanie już z daleka dostrzec jego kolorowe gatki. 
               Moich uszu niejednokrotnie doszły plotki, w jak dziwne sposoby lubi zabawiać się z dziewczynami. Płakały po kątach, kiedy zostawiał je po jednej nocy. Pokazywały koleżankom siniaki na ramionach. Dennis należał do wyjątkowo agresywnych ludzi. Jednak coś w głębi duszy podpowiadało mi, że musiał mieć jakiś, choćby najmniejszy powód do przemocy. 
— No cześć, kotek, jak tam? — zapytał na powitanie, kiedy tylko dotarłem za garaże. Toczyliśmy tam wszelkie szkolne bójki i wiedzieliśmy, że nikt tamtędy nie chadza. Miejsce było wręcz idealne. — Masz jeszcze podbite oko po wczoraj, nie ma sensu nawet tam celować...
               Z całej siły kopnął mnie w krocze, po czym zaczął targać mnie po ziemi za włosy, podczas gdy ja kurczowo trzymałem się między nogami. Nie walczyłem, obrona w zupełności mi wystarczała. Po co miałbym się męczyć? Dennis popchnął mnie na ścianę i wycelował pięścią w brzuch. Wytrzeszczyłem oczy i wstrzymałem oddech. Poczułem rozrywający ból w okolicach żołądka i byłem wręcz przekonany, że chłopak mnie uszkodził. Sam zaśmiał się szyderczo na widok mojej miny. Zamachnął się z całej siły i już chciał uderzyć w to samo miejsce po raz drugi, gdy nagle...
— Co się tutaj dzieje? — Usłyszeliśmy nerwowy ton głosu. Mężczyzna szybkim krokiem zbliżał się w naszą stronę. Wiedzieliśmy już, co się stanie.


               Chwilę później siedzieliśmy już na dywaniku dyrektora. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, kto nas wsypał, ale nigdy w życiu nie spodziewalibyśmy się, że przyłapie nas osobiście. Co gorsza uczęszczaliśmy do wyjątkowo prestiżowej szkoły i nie chcieliśmy stracić trudu włożonego w naukę do egzaminów wstępnych. Byłem naprawdę przerażony konsekwencjami, które mogliśmy ponieść.
— Wedle statutu powinienem teraz wysłać listy do waszych rodziców i być może skierować pewne pismo do sądu rodzinnego — zaczął poważnym tonem. — Obydwaj. Jeden za notoryczne wszczynanie bójek, drugi za niezgłoszenie powtarzającej się sytuacji. Ponadto obydwoje posiadacie substancje, za które wyrzucamy ze szkoły.
               Wzdrygnąłem się na samą myśl. Dennis zauważył moją reakcję. Spuścił wzrok i starał się nie patrzeć w oczy dyrektorowi. Wiedziałem, że już po nas. Wszystko było stracone. Jednak po chwili...
— Naprawdę nie da się nic zrobić? — zapytał chłopak spokojnym tonem. — Jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Zapłacimy mandat za posiadanie papierosów, zaangażujemy się w jakieś prace społeczne na rzecz charytatywną, wysprzątamy cały budynek szkoły...
— Naprawdę tak bardzo zależy wam na tej szkole? — spytał z lekkim uśmiechem. 
— Tak! — odpowiedzieliśmy obydwoje. 
— Skoro tak mówicie... może coś uda się zrobić — odparł. — Ale to musi pozostać między nami, inaczej wylecicie stąd z hukiem i już nic wam nie pomoże.
               Potaknęliśmy głowami. Szczęście rozpromieniało moją twarz. W końcu pojawiła się jakaś nadzieja! Naprawdę byłem w stanie zrobić wszystko. 
               Była punkt siedemnasta. Poza nami nikt nie kręcił się już w szkole. Zajęcia kończyły się średnio o piętnastej i wszyscy opuszczali mury budynków, pędząc na obiad, autobus czy też do domu. Nikt nie mógł nam wtedy przeszko... pomóc?
— Zdejmij spodnie — nakazał, wskazując na mnie palcem. Twarz Dennisa przyćmiło przerażenie. Nigdy by nam do głów nie przyszło, że on mógłby... 
               Poluzowałem pasek i powoli odpiąłem guzik, następnie rozporek. Zsunąłem spodnie i spoglądałem w dół, bojąc się nawiązać kontakt wzrokowy z dyrektorem. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat i w moich oczach stał się jeszcze bardziej ohydny niż kiedykolwiek. Wstał z miejsca, obszedł nas dookoła, po czym przystanął tuż za moimi plecami. Czułem jego oddech na swoim karku. Dennis spoglądał na mnie, przepraszając spojrzeniem. Jednak było już za późno. Dyrektor powoli zdjął moją bieliznę, po raz kolejny obchodząc mnie dookoła i przyglądając się mojemu ciału. Popchnął wtedy lekko Dennisa i szepnął mu coś na ucho. Sam zasiadł na biurku kilka metrów przede mną i obserwował, wolno wsuwając dłoń do swoich spodni. Po chwili...
— Ahh... — jęknąłem cicho. Poczułem w swoim odbycie coś zimnego i wilgotnego. Gwałtownie przekręciłem głowę w bok. Dennis klęczał tuż za mną i delikatnie muskał mnie językiem. Zakryłem twarz dłońmi i próbowałem się uspokoić. 
               Chwilę później poczułem jego palec. Z moich ust wydobywały się głośne jęki. Obawiałem się tego, co jeszcze może się stać. Mężczyzna nakazał nam obydwojgu rozebrać się kompletnie. Nie dyskutowaliśmy. Za bardzo baliśmy się konsekwencji. 
               Robiliśmy wszystko, co nam kazał. Masturbował się gwałtownie, kiedy Dennis powoli przesuwał językiem po moich sutkach, a ja odchylałem głowę do tyłu. Śmiał się, gdy brałem do ust członka chłopaka. Żądał, byśmy obmacywali się w różnych miejscach, gryźli się nawzajem i drapali. Kiedy się zaspokoił, zrobił nam kilka zdjęć i z diabelskim chichotem opuścił szkołę, każąc nam poumywać spermę z podłogi. Nie wiedziałem, co się dzieje. Ponadto...
               Wszystko poruszało się w zwolnionym tempie. Jedynie moje serce coraz bardziej przyspieszało puls. Odnosiłem wrażenie, iż jestem bardzo pijany. I tracę wzrok. I słuch. Jedyne, co byłem w stanie dostrzec, to te pełne nienawiści błękitne, wpatrujące się we mnie oczy. Zbliżył twarz do mojej, byłem przekonany, iż usłyszę zaraz, jak bardzo pragnie mnie zabić. Mimo to wpił się w moje wargi, gryząc je namiętnie. I wiedziałem, że zwyczajnie potraktuje mnie jako kolejną ze swoich zabawek. Mimo to... pragnąłem tego, kurwa, najbardziej w świecie. Mój strach i przerażenie, w jakie wprawił mnie dyrektor, spotęgowały wszystkie moje uczucia. Wystarczył dotyk nagiego ciała Dennisa. Jego penis ocierający się o mojego. Odwzajemniłem pocałunek tak mocno, jak tylko mogłem, po czym rozszerzyłem kolana. Przez chwilę był lekko zdezorientowany. Uszczypnął boleśnie mój sutek i gwałtownie zaczął poruszać biodrami do przodu i tyłu, wchodząc we mnie coraz głębiej. Tego potrzebowałem. Próbowałem nachodzić na niego jeszcze bardziej, by poczuć go szybko w sobie. Wzdychałem głęboko przy każdym oddechu, a moje krzyki roznosiły się echem na korytarzu. Dennis uśmiechał się szeroko widząc, jak wiele przyjemności mi dostarcza. Kiedy tylko poczułem w sobie jego orgazm, westchnąłem ciężko, a moje ciało wygięło się w łuk. Zarzuciłem mu dłonie na kark i pocałowałem po raz kolejny, cierpliwie czekając na kuksańca w twarz i jego odejście. Byłem lalką. Nic nieznaczącą marionetką. Nie zasłużyłem na litość z jego strony, dlatego... uderzył mnie po chwili w twarz, ubrał się i... wyszedł.