Showing posts with label thriller. Show all posts
Showing posts with label thriller. Show all posts

20.7.18

Jazz

Dział: Leucocyte
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Thriller






Morfeusza śmierć.

               A gdybyś nagle przestał spać? Jakby twoje powieki odmawiały posłuszeństwa i potrafiły trzepać tylko zalotnie rzęsami zamiast na dobre się zamknąć. Pomyślałbyś wtedy, że, jak to bywa z oczami, znów cię przejrzały i wiedzą doskonale, jaki masz plan? Czy byłyby zdolne wyczuć tę obrzydliwie okrutną strategię, wedle której postanowiłbyś zatrzasnąć je niczym ostatnie drzwi i nie otworzyć ich nigdy więcej?
               Pewnie uznałbyś to za męczące, tak się wybudzać nie ze snu, a z dziwnej medytacji każdego ranka, a śpiew rannych ptaków przestałby się kojarzyć z preludium słonecznego dnia, a zacząłby przyprawiać o ból głowy. Zimny prysznic już by nie odświeżał, a uświadamiał o boleściach w krzyżu i pomarszczonej skórze pod oczami. Kawa nie smakowałaby kawą ani papieros nie smakowałby papierosem, gdyż język zakuty by został przez umysł w okowy zmęczenia tak kolosalnego, że zmysły nie mogłyby działać. 
               I trwałoby to tygodniami, bez wyraźnej przyczyny, a zatem i bez rozwiązania. Chodziłbyś niczym amoku wśród tłumów spieszących się ludzi i spieszyłbyś się z nimi, choćby donikąd, byleby tylko z celownika twoich myśli zniknął ten stan, w którym się znajdujesz. Obserwowałbyś siebie z perspektywy obserwatora, prowadził w głowie milczącą narrację i stałbyś się płaski i papierowy jak pozostali bohaterowie tej kiepsko napisanej powieści. 
                Tylko wczesnymi porankami głosy zakłócałyby ciszę i nie dawały spokoju nurtującymi pytaniami. Pytałyby, jak to możliwe, że człowiek istotą stadną, ale zapomni o przyjacielu, zdradzi partnera, upora się ze śmiercią matki dzień po pogrzebie, przecież to niezdrowe! Lecz wszyscy to robią, odpowiedziałby głos drugi. Więc skąd ta powszechność? Logiczniejszą rzeczą zapewne byłoby uznać ludzkość za wytwór wyobraźni, to zdecydowanie byłby jedyny argument przemawiający za zachowaniem społeczeństwa ludzkiego. 
               Powieki byś miał spuchnięte, policzki i usta suche jak pieprz, apetyt nieposkromiony na zmianę z jego brakiem. Świat by na głowie stawał. Tylko ty byś plackiem leżał. Nie śpiący, rzecz jasna, raczej leżący po upadku na pysk, skatowany przez los, pobity przez przypadek, zmasakrowany przez przeznaczenie i połamany przez życie. Tylko Bóg byłby po twojej stronie. 
               I co byś wówczas zrobił? Ruszyłbyś się z tego łoża, więzienia umysłu, magnesu dziwnych myśli? Wstałbyś, zapalił światło i nastawił wodę na małą czarną, by zakłócić czymkolwiek ten ostry jazgot w swojej głowie? Wziąłbyś tabletki na sen i zaćpał się nimi na śmierć? Powiedz, co byś zrobił o tej zimnej zlodowaciałej piątej nad ranem po raz czterdziesty pierwszy kładąc dłoń na rozbolałym czole, wzdychając ciężko i zastanawiając się, którędy na najbliższe siódme piętro?


18.1.18

Premonition: II. Contorted

Dział: Leucocyte
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Thriller




               Zamykam się w swoich czterech ścianach i nie opuszczam ich. Są zimne niczym krucha skuta lodem skandynawska ziemia podczas ostrej zimy. Oczyszczam się z toksyn. Nie jem, nie używam, czytam i rozwijam się. Kiedy zdarza mi się wyjść, nudzę się. Ulegam tej ludzkiej rutynie, do której nie chcę należeć. Jestem obok tego wszystkiego. Widzę tylko wielkie jezioro położone w pobliżu Sztokholmu — lodowate, szaro-niebieskie, głębokie i pełne czegoś, czego brakuje w innych rejonach świata. Zupełnie jak gdyby pożarło to, czego poszukuję i teraz woła mnie do siebie. Może mnie też chce pożreć. A może już to zrobiło.
               W głowie mam dziwne dźwięki. Szumy, fale, rzężenie, ale to wszystko układa się w piękną muzykę, której nie potrafię przenieść na pięciolinię. Nie jestem jeszcze w stanie przekazać tego, co rodzi się w moim umyśle i powoli dojrzewa. Jeszcze. Kiedy już mi się uda, to będzie początek nowej epoki. Cudowny opis czeluści zimnego jak skurwysyn piekła. Brudne, choć dalekie od pyłu i kurzu, erotyczne, mimo że wspólnego z seksem nie ma nic a nic. Brud i erotyka, lecz tak subtelne, że ktokolwiek zapytany o interpretację onieśmieliłby się i powiedział cicho, iż to zbyt odważne określenia. Bo czy delikatne muśnięcie czyjejś dłoni własną można by nazwać stosunkiem?
               Mówią o śpiewie słowików, o szeleście liści, o dźwięku łamanych patyków pod ciężarem stóp. O szumie morza, o trzaskających piorunach, o wyjących wilkach, rozbijanym szkle, dudniącym pociągu. A czy słyszał któryś z nich "d" na "Abmaj7"?

#11 właśnie wyjmuje z kieszeni klucz do drzwi. Tych ukrytych.


3.8.17

Premonition: I. Earth

Dział: Leucocyte
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Thriller







          Wdrapujemy się na drugie czy trzecie piętro stłamszeni dużą ilością alkoholu i fajek i już nawet nie wiem, dokąd on mnie prowadzi, ale w oczach ma iskry (entuzjazmu?). Na prawe ucho nadal nie słyszę, bo całonocne jam session i bębniarz po moim boku skradli mi połowicznie zmysł słuchu. Przede mną idzie czterdziestodwuletni mężczyzna i podobno nie wiem kim jest, a jednak rozumiem bardzo dobrze o czym mówi, kiedy siada do piana i zaczyna grać free jazz. Znamy się przecież setki lat.
          Adaś otwiera drzwi i mknie w mroku przed siebie, a ja podążam za nim potykając się o leżące na ziemi artefakty. Zapala świece i oświadcza, że prądu nie ma. Po podłodze wala się sterta rupieci pokryta grubą warstwą pyłu i kurzu. Ze ścian schodzi płatami farba, wszędzie walają się pety i resztki narkotyków. Ale jedyne, co widzę, to płyty. Masa pieprzonych płyt. Prince, Jackson, Pastorius, Jamiroquai, Zappa. Nawet "Head Hunters" Hancocka na kasecie. Adaś chyba nieśmiało próbuje przeprosić za warunki, ale jestem zbyt zajęta analizowaniem okładek. I faktu, że David Bowie śpiewał: "Spójrz w górę, jestem w niebie" trzy dni przed swoją śmiercią.
           Adaś kruszy tabletki i rozmawiamy. O królowej Elżbiecie, chipach, szyfrach, odnalezieniu prawdy, symbolice, wieczności, homo capensis, płaskiej ziemi, mapach, jazzie. Wyciąga swoje rysunki, które tylko na pozór wydają się być symetryczne. Mówi, że to barwy dźwięku. Albo frazy. I wręcza mi książkę, w której piszą o leczeniu raka witaminą C. 
          Jeśli chcesz poznać człowieka, zagraj z nim w bandzie, mówię do niego, a on do mnie, że bardzo ładnie mówię. A dwójka na okładce "3121" nie może być wężem, jeśli trójka i jedynki nie symbolizują niczego. 
          Adaś kruszy ekstazę, a ja przeglądam jego zeszyt z krajami. Jest kolekcjonerem map. Wycina z nich kraje i rysuje je od nowa. W innym kształcie, kolorze, sensie i zapachu. Współczynnik artyzmu przekracza normę. Zaczyna brakować papierosów. 
          I w końcu biorę cztery płyty Prince'a i wychodzę. Z myślą, że to kwestia czasu, kiedy mnie zamordują i upozorują moją śmierć. I to tylko dlatego, że nie dam sobą sterować. I znajdę się zbyt blisko czegoś, co nie powinno zostać odkryte. 


15.7.17

Decade

Dział: Leucocyte
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Thriller







Niebo jest wielkim zwierciadłem, które obnaża naszą prawdziwą naturę, kiedy w nie spojrzymy. Dlatego przestajemy patrzeć. Istnieją wnioski zbyt trudne do wyciągnięcia, szczególnie, jeśli pragniemy zachować dystans do pewnych rzeczy. Co noc moim oczom ukazuje się sklepienie żółte i tak jasne, że blask przebijający się przez sypialniane okiennice nie pozwala mi spać. Brud i pył skrywają ciemność pod szorstką szafranową pościelą i ślad po gwiazdach znika. Czasem zastanawiam się, czy jestem w stanie odnaleźć ukryty za nią wszechbyt, ale zdaję sobie wówczas sprawę z ogromnej odległości, jaka dzieli mnie i niebo. Nadal znajduję się w okowach wyrastających z ziemi i leżę przywalona stertą kamieni, nie pomyślawszy o sposobie uwolnienia się, szukam sposobu na zdobycie skrzydeł.



Właśnie podczas jednej z podobnych bezsennych nocy przyszło do mnie uczucie, jakiego się nie spodziewałam nigdy poczuć. Dziwne przekonanie, chora pewność, że umieram. W tym momencie czy ogólnie - nie wiem. Było wyjątkowo prawdziwe i nie byłam w stanie uwierzyć, iż może być inaczej. To nie była intuicja, chwilowe przeświadczenie ani widzimisię. To była pewność. Wiedza. Fakt


Niektórzy nazywali to depresją, ale przyczyna leżała gdzie indziej i dziwnym trafem była także powodem mojego bytu. Zabijała, jednocześnie trzymając przy życiu. Wywoływała szalone myśli, ale też zaciekawiała do tego stopnia, żeby wbić się stopami mocno w ziemię. Paradoks. 


W taki sposób minęła cała dekada. Nie, dwie. Dwie dekady upłynęły, zanim udało mi się otworzyć pewne bramy mojego umysłu. Pojawiła się większa świadomość, rozeznanie, kontrola, dostęp do zamkniętych lub wręcz martwych dotychczas emocji. Zniknęły bariery, zahamowania, wymówki. Pojawiła się nowa moralność. Przez chwilę zgubiłam się na własnej drodze i nie wiedziałam skąd idę i dokąd zmierzam, lecz po dwóch dekadach przyszło do mnie uczucie stabilizacji. Poczułam wówczas, że warto było czekać.


Wcześniej często wydawało mi się, że widzę więcej niż inni ludzie. Teraz zrozumiałam - było i jest zupełnie odwrotnie. Nie ma we mnie nic wyjątkowego, nic odmiennego, nic specjalnego. Jestem szarą masą jak cała reszta. Ale mam tu coś do zrobienia. 


To nie schizofrenia ani paranoja. Chciano mnie zabić. Próbowano mnie zamordować. I mogłoby to trwać nadal, ale uciekłam. I wywołało to masę kolejnych problemów, ale zaczynam odczuwać spokój. Po raz pierwszy po dwóch dekadach.


Wewnętrzną ciszę zakłócają tylko powtarzające się myśli: co, jeśli Ziemia jest płaska? Może faktycznie od dziecka wpajają nam mity, w które wierzymy tylko dlatego, że słyszymy je od zawsze. Co, jeśli Clinton nie jest człowiekiem? A fale mikrofalowe manipulują naszym zachowaniem, ilością snu i stanami emocjonalnymi? Może każda nasza myśl to nie nasza myśl. Może jesteśmy maszynami, do których ktoś przesyła dane. Może jesteśmy programowani. 


Może wcale nie tworzymy sztuki, tylko ktoś przekazuje nam ją i działamy tylko niczym medium łączące dwa wymiary. Może jesteśmy tylko niewypełnionymi konturami, które dziwnym trafem są przekonane co do swojej wyjątkowości i oryginalności. 


W takich momentach czuję się, jak gdybym była zawieszona gdzieś między Ziemią a Księżycem - bliżej Księżyca. I jest tam cholernie zimno, ale panuje przy tym cisza tak cudowna i pusta, że nie sposób chcieć stamtąd odejść. Tylko gdzie się podziewa moje bezbronne fizyczne ciało?


1.12.15

Brak zimna

Dział: One shot.
Numer rozdziału: -
Gatunek: Thriller.



Nadal brak neta, znowu pisanie na fonie, sory za błędy
_____________________

                    Ostatnio miewam wrażenie, że rozkładam się żywcem. To przychodzi wbrew pozorom nie w sytuacjach zaawansowanego stanu desperacji, przeciwnie - pojawia się podczas wykonywania czynności codziennych, przy myciu dłoni czy spoglądaniu w okno. To poniekąd wizja ulotności. W głowie mam wtedy pustkę, a jednak jednocześnie myśli są tak głośne, że słyszę, jak krzyczy moja własna podświadomość. Odwadniam się wówczas i coraz bardziej mizernieję powoli przygotowując się do wiecznego zimowego snu.
                    I wtedy zawsze nastaje grudzień. Obsypuje mnie płatkami śniegu, które są w zasadzie jedynym moim dobytkiem. Z jednej strony czegoś mi brak, z drugiej zaś - wystarczają mi w zupełności i czuję, że nie potrzebuję już niczego więcej. Ale pojawia się wówczas myśl. Ta myśl uświadamia mi, jak wielkie jest podobieństwo płatka śniegu do mnie samego. Śnieg kończy swój żywot zaraz po spadku na ziemię. Topi się pod wpływem ciepła. Zupełnie jak człowiek, który pozwolił drugiemu człowiekowi przekroczyć pewne bariery i granice. Za każdym razem, gdy otwieram przed kimś bramy mojej prywatności, topię się niczym ta mała śnieżynka, zauważam po fakcie błędy i wtedy wiem już, że od ludzi nie należy przyjmować ciepła. Bo ciepło jest iluzją. W rzeczywistości to tylko brak zimna. A to właśnie chłód pozwala nam przyjść na świat i przetrwać. Płatki śniegu spadają z nieba i topią się pod wpływem ciepła, ja zaś uczę się tego, że jedynie chłód w relacjach z ludzi pozwoli mi przeżyć. 
                    Ale na chwilę obecną się topię, bo znów zapomniałem o tym, że przecież nie mogę ufać ludziom. Myślę teraz, że powinienem liczyć tylko na siebie, bo to oczywiste, że samego siebie nigdy nie zawiodę. Muszę mieć jednak ludzi, którym za wszelką cenę będę udowadniać to, że zupełnie ich nie potrzebuję. Tylko co, jeśli trafi się idiota, który zupełnie przypadkowo mnie ogrzeje? Spłonę? Spalę się doszczętnie? Nie chcę dłużej łudzić się nadzieją, że bliski kontakt cokolwiek ułatwi. Wsparcie, ciepło, jedynie mogę się tym sparzyć niczym marcową pokrzywą. Nikt nie może mieć wstępu do czeluści mojego umysłu, bo poza tym nic mi już nie zostało. Stałem się emocjonalnym bankrutem, bo taki wymóg postawiło mi otoczenie. Dlatego bałem się oddać więcej. Wizja kontrolowania mnie zdawała się być co najmniej przerażająca. Nie chciałem tego. Musiałem uciec. Ludzie jednak zajęli cały świat, nie pozostawiając nigdzie skrawka wolnego miejsca dla kogoś takiego jak ja. I zacząłem się rozkładać. W tempie tak szybkim, że żadne prawa fizyczne nie mogłyby tego opisać. Patrzyłem w okno na spadające płatki śniegu i stopniowo zmieniałem się w martwy wrak.
                     Powiedziano mi, że kłamię. Że przecież bliskie relacje z rodzina, przyjaciółmi i kobietami stanowią priorytet. Znów ustalano normy poprzez pryzmat większości, a wyjątki stały się poszkodowane nietolerancją społeczeństwa. Oni wszyscy wciąż przeczyli samym sobie. Szczególnie wtedy, kiedy mówili, jak bardzo pragną mi pomóc, a w rezultacie zajmowali się swoimi sprawami, odsuwając mnie na bok. Ale to mnie nazwano egoistą. Choć nigdy nie prosiłem o żaden rodzaj pomocy, chciałem zwyczajnie uciec. Oni zaś oferowali najrozmaitsze sposoby, lecz żaden z nich nie działał. I nigdy nie rozumieli najprostszych rzeczy. Denerwowało ich to, że tak najzwyczajniej w świecie mam zamiar wstać i wyjść. Bo dla nich było to coś odległego i nieosiagalnego. Topiłem się i naprawdę nie chciałem już nigdy więcej czuć się tak cholernie źle. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że to właśnie ludzie wywołali u mnie nagły rozkład. Oni jednak sądzili, że to wszystko moja wina. Te fałszywe kurwy odwróciły się ode mnie gwałtownie dopiero co oferując mi swoje życie. I wtedy uznałem, że rozłożenie się jest moim najwyższym celem. Że to właśnie to pozwoli mi się wydostać. Odetchnąłem z ulgą i pozwoliłem światu płynąć własnym tempem.


16.10.15

Oddajcie mi marzenia

Dział: One shot.
Numer rozdziału: - 
Gatunek: Thriller.



                         Potrzebowałem eutanazji w czystej postaci. Z jednej strony pragnąłem już być tylko ze sobą szczery, ale z drugiej coś mnie powstrzymywało. Nie chciałem przyznać, że mam słabości. Dotychczas opiewałem wszem i wobec moją siłę psychiki i charakteru. Ktoś taki jak ja nie mógł się czymś za bardzo zamartwiać. Musiał być obojętny, bo tego wymagało społeczeństwo. 
                          Takiemu też żyło się o wiele prościej. Długo noszona maska staje się twoją twarzą, więc gdy minął określony czas, wtopiłem się w swoją wymyśloną osobowość. Stałem się postacią, którą sam wcześniej wykreowałem. Brzmiało ponuro, ale tylko to mogło mnie wtedy uratować. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że mój charakter posiada dwie płaszczyzny. Tę na wierzchu i tę położoną nieco głębiej, mniej świadomą. Dlatego bez problemu przyjmowałem całe zło tego świata na klatę, podczas gdy wszystko, co działo się wokół mnie, skutecznie i nieuleczalnie kaleczyło, raniło i łamało drugą płaszczyznę. Działało stopniowo i przemyślanie, wyglądało to na jakąś pieprzoną strategię psychopaty. To nie był wystrzał z broni palnej, który zabija w kilka sekund. To były kilkunastoletnie tortury, z których nie było opcji uwolnienia. Jedynie przygotowywały do ostatecznego wyjścia, jakim była śmierć. 
                         "Koleś, samobójstwo to tchórzostwo" - myślałem. "Chcesz być modny? Zwrócić tym na siebie uwagę?". Zauważyłem, że nie spotkałem jeszcze osoby inteligentnej, która faktycznie świadomie dążyła do śmierci. Dlatego nie mogłem się początkowo pogodzić z tą myślą, choć czułem, że wypływa z głębi mnie. Jest szczera. 
                           Wkurzało mnie to jak jasna cholera. Człowiek o niewyobrażalnej sile psychicznej. Człowiek, który dotychczas pomagał innym ludziom przy problemach psychicznych, nagle stał się wrakiem i zdolny był tylko do rzucenia się bezwładnie na łóżko i spoczęcia w bezruchu. Notorycznie okłamywałem innych ludzi. Podawałem im recepty na życie, w które kompletnie nie wierzyłem. Co prawda działały w ich przypadku, jednak nadal było to chore kłamstwo, które uknułem sobie w głowie na podstawie swojej wiedzy psychologicznej, której nie posiadałem. I teraz jak tu przyznać się przed samym sobą do tej dziwnej ciągoty do śmierci?
                          Nie sądziłem, że kiedykolwiek się to stanie, ale zrozumiałem nagle motywy wszystkich prawdziwych samobójców. Tych, którzy się z tym nie ogłaszali, tylko robili to w ciszy i bez niczyjej wiedzy. Wbrew pozorom uświadomienie sobie tego wszystkiego nie było proste. Co gorsza - kompletnie sprzeczało się z ogólnie przyjętymi normami, z kodeksem moralnym. Tylko, cholera, po świecie stąpa czternaście miliardów ludzkich stóp, dlaczego nie mam prawa myśleć inaczej? Co, jeśli myśl, że życie jest piękne, była tylko pieprzonym stwierdzeniem jakiegoś schizofrenika i została kultywowana w późniejszych czasach? A może szczęście zaczynało się po skończeniu tego cholernego marnego żywota? 
                         Gdy myślałem o swojej przyszłości, ogarniał mnie stres i panika. Kiedy zaś wyobrażałem sobie śmierć, odczuwałem zajebistą ulgę, przyjemność, to było właśnie to, czego mi brakowało. Wiedziałem, że wedle założeń przeciętnego człowieka, śmierć jest zła, śmierć jest słabością. Z perspektywy tych wszystkich zbuntowanych dzieciaków, śmierć była głównym tematem rozmów, gloryfikowano ją, wręcz stawiano na najwyższym szczeblu drabiny priorytetów. 
                            Nie potrafiłem sobie wyobrazić innego wyjścia. Nie byłbym w stanie uwierzyć w jakąkolwiek pomoc. Ludzie pragnęli mi odebrać wszystko. Czułem, że są przeciw mnie. Byłem przekonany, że myślę racjonalnie. Wszystko było atakiem. Byłem winny i otrzymywałem karę. Cały czas, bez ustanku. Pomyślałem o popełnieniu zbrodni i wylądowaniu w pudle. Rozbawiło mnie to. Nie miałem nic przeciwko, przecież kompletnie nie obchodziło mnie to, co się ze mną stanie. Stałem się emocjonalnym wrakiem, którego jedynym celem jest szybka i bezbolesna śmierć. 
                           W którymś momencie ten stan nasilił się do stopnia zaawansowanego. Wysłano mnie do lekarza, choć potrafili powiedzieć mi w twarz, że histeryzuję i nieudolnie usiłuję zwrócić na siebie uwagę. Wielokrotnie słyszałem, jak mówiono to niedoszłym samobójcom. Dopiero teraz rozumiałem. Ludzie nie potrafili pojąć, iż ta niewyobrażalna chęć do śmierci może być prawdziwa. Czułem, że moja depresja jest moim jedynym i najbliższym przyjacielem. 
                          Z jednej strony wiedziałem, że lekarz jest mi potrzebny. Z drugiej odbierałem to jako tworzenie z ludzi marionetek. Chcieli mnie napchać prochami i wmówić, że świat jest piękny, a jednocześnie podciąć skrzydła i odebrać marzenia. Jednak uczynić to w tak przemyślany sposób, bym nawet się nie zorientował, bym nie przejrzał ich prawdziwych celów. 
                          Utraciłem wszelkie zainteresowanie kontaktami z ludźmi. Nie miałem ochoty już wychodzić na piwo z kumplami, tym bliższym mówiłem, że mam coś do załatwienia i wracałem wcześniej do domu. Nie miałem apetytu. Byłem wiecznie zmęczony. W głowie przewijały mi się wszystkie te pieprzone sentencje, które słyszałem od rodziny za dzieciaka i miałem okazję słyszeć nadal. "Jesteś bezwartościowy", "jesteś nikim", "masz dwie lewe ręce". Puszczałem to zawsze mimo uszu, nie przypuszczając nawet, jak bardzo zakorzeni się to w drugiej płaszczyźnie mojego umysłu. Zniszczyło mnie i pozbawiło wszelkich chęci do życia. Nazwałbym głupcem człowieka, który słuchał takich bredni i brał je do siebie. Ale nie miałem nad tym panowania. Odczułem to dopiero po fakcie. Nie musiałem wierzyć, że jestem nikim. Wiedziałem to. I nikt inny nie był tu winien, tylko ja. 
                         Postanowiłem nigdy więcej nie śmiać się z samobójców. Na pierwszy rzut oka można było rozróżnić tych z prawdziwymi zamiarami od tych nieszanujących wagi tematu. Wiedziałem, jak ciężko jest się postawić na miejscu tego człowieka, więc doskonale rozumiałem to, że czasem ludzie nie do końca wiedzieli, w jaki sposób zareagować. Jednak oni nawet nie próbowali. Czułem się osaczony. Siedziałem w gronie ludzi, którzy podobno tak bardzo pragnęli mi pomóc, a spotykałem się z krzywymi spojrzeniami. Mówiłem prosto z serca, a ich niewiarygodnie to szokowało. "Potrzebujesz psychiatry" - mówili. "Odstajesz od reszty, nie zrozumiemy cię, bo nawet nie spróbujemy, trzeba cię zmienić, żebyś myślał jak my" - słyszałem. 
                          Nie odczuwałem czegoś takiego jak pozytywne emocje, nie znałem ich nawet z definicji. Szczęście zdawało się dla mnie być zupełnie obcym terminem. Nie byłem w stanie tego zrozumieć, choć poprzez obserwację ludzi wiedziałem, w jakich momentach powinienem to poczuć. Nic z tego. Miłość kompletnie mnie przerastała. Nie wierzyłem w Boga, moje relacje z rodziną były totalnie chujowe, a w przypadku spotkania dziewczyny nie z tej ziemi, kompletnie wpasowującej się w moje ideały, słyszałem w głowie: "Nie zasługujesz na nią", "I tak szybko się to wszystko rozpadnie", "Tylko będziesz ją ranić", po czym grzecznie wycofywałem się z gry wiedząc, że w relacjach z ludźmi będę dokładnie taki sam, jak moi rodzice, którzy ofiarowali mi te pieprzone geny i wychowanie. Nie chciałem, by kolejny człowiek cierpiał. Często myślałem, że świetnie byłoby w ogóle się nie urodzić. 
                          Sam dziwiłem się prawdziwości moich uczuć. Mimo wszystko byłem w stanie mówić o tym otwarcie. Rozmowy z lekarzem ogólnym wyglądały dość zabawnie, szczególnie dla laików czarnego humoru. 

— Chcesz odebrać sobie życie?
— Jasne, że tak.
— Powiedz coś więcej. 
— Może pani doktor zadać bardziej konkretne pytanie?
— Jak chcesz to zrobić?
— Sam nie wiem. Tabletki brzmią nieźle. Albo skok z wysokiego piętra. Z tym, że początkowo chciałem wziąć te prochy przeciwpadaczkowe, którymi się kiedyś leczyłem, ale większe jest ryzyko na hipotermię, zwiotczenie mięśni czy śpiączkę. A w przypadku wysokiego piętra należy obstawiać co najmniej jedenaste, bo bycie kaleką i niemożność późniejszego odebrania sobie życia to lekki pic na wodę. Trzeba raz a dobrze. Rzut pod pociąg jest chyba najbezpieczniejszy, bo stuprocentowy. 

                          I naprawdę w jakiś sposób mnie to bawiło. Podejrzewałem, że gdybym był zdrowy, byłby to dla mnie kompletny szok, nie byłoby powodu do śmiechu. Ale z niewiadomych przyczyn miałem to głęboko gdzieś. Nie interesowało mnie zupełnie nic. Zapłakałem jedynie głęboko, gdy dowiedziałem się, że jednak nie mam raka, choć były takie podejrzenia. 
                          Chciałem się wyleczyć. Ale nie chciałem stracić nieodłącznej części mnie. Ten stan towarzyszył mi, odkąd pamiętam, jedynie pogłębiał się coraz bardziej i bardziej. Bałem się zdrowego siebie. Nie wiedziałem, jak to jest czuć szczęście, nie drżeć niepohamowanie, cieszyć się życiem, okazywać uczucia, mieć bliskich ludzi. Nie chciałem znaleźć się wśród tych wszystkich pieprzonych ludzi, wesoło biegających po łące z gromadką dzieci i cieszących się słoneczną pogodą. 
                         Rodzice przejęli się moim stanem. Nagle zaczęli okazywać chęć rozmowy ze mną, choć wcześniej zawsze tego unikali. Wiedziałem, że nie na takim fundamencie powinna być budowana rodzina, lecz przywykłem do tego. W momencie, gdy postanowili to zmienić, byłem z nimi szczery.

— Dokąd idziesz? Siedź tu z nami.
— Czuję się dziwnie, kiedy jesteście tu wszyscy. 

— Chodź, ugotujemy razem obiad.
— Nie. Ja ugotuję i wy ugotujecie. Nie jesteśmy wspólnotą ani niczym takim.

                         Dotychczas starałem się nie mówić rodzicom tego, co myślę. Ale odebrali mi wszystko, co miałem. Marzenia. Tylko to trzymało mnie przy życiu. A oni skutecznie uniemożliwili mi ich realizację. Dlatego postanowiłem poczekać na odpowiedni moment i wyjść, obarczając ich problemem pogrzebu kosztującego dużo siana, żeby nawet po mojej śmierci mogli jęczeć i narzekać, ile pieniędzy na mnie wydają. Nie wiedzieli, że utrzymywanie dzieciaka jest zasranym obowiązkiem rodzica. Nie potrafili przyznać się do błędu i mój charakter zwalali na złe towarzystwo. Nie umieli zrozumieć, że czasem lepiej mieć jedno dziecko mniej. 

25.7.15

Cheza z domu dziecka

Dział: Czarne owce
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Thriller



Przystaję przed budynkiem miejscowego domu dziecka, na który wskazuje podany mi przez Rafaela adres. Zastanawiam się chwilę. Manipulująca ludźmi sierota – to zestawienie nie sugeruje kogoś bezproblemowego.
 I co?  Słyszę pytanie Luki. Odwracam głowę w jej stronę nieco zdezorientowana. Nie patrzy na mnie. Bezmyślnie wpatruje się w drzwi sierocińca.
— Co co?  odpowiadam pytaniem.
 Chciałaś coś zrobić, a stoisz.
— Nie przykładasz zbyt dużej wagi do tego w jaki sposób mówisz, prawda?
                Wzrusza ramionami.
— Mnie to nie obchodzi, nie czuję potrzeby kontaktu z innymi. Wystarczy mi to co mam w głowie.
                Gdy próbuję ułożyć to chaotyczne zdanie w coś zrozumiałego, otwierają się drzwi budynku. Wychodzi zza nich starsza kobieta wyglądająca na dozorczynię.
— Pani Emme? — pyta.
— Tak, to ja. Dzień dobry — odpowiadam i idę w jej stronę.
— Zostaliśmy powiadomieni, że pani przyjdzie. Proszę wejść. — Otwiera szerzej drzwi i gestem zaprasza mnie do środka. Przekraczając próg spoglądam jeszcze na Lukę. Dziewczyna nie patrzy na mnie, głowę ma obróconą w bok i widzę pierwszą zmianę mimiczną – zmarszczone czoło. Podążam za jej wzrokiem, jednak widzę tylko drzewa w parku przylegającym do budynku.
— Pani koleżanka nie wchodzi? — pyta mnie dozorczyni.
— Nie — odpowiadam powoli. — Chętniej zostanie na dworze — dodaję i wchodzę do środka placówki.
                Kobieta prowadzi mnie wąskim korytarzem. W budynku rozbrzmiewa śmiech i piszczenie bawiących się dzieci.
— Nie wiemy, czy cieszyć się, że Cheza ma możliwość wyjścia w świat, czy smucić się jej odejściem — mówi starsza pani. — To taka dobra dziewczyna. Miła i grzeczna. Z prawdziwą ręką do dzieci.
                Słucham i próbuję powstrzymać się z analizą aż nie spotkam tej dziewczyny. Zestawienie dobrej opinii pochodzącej od tej kobiety a sugestią akt, że jest znakomitym manipulatorem, nie nastawia mnie pozytywnie. Manipulatorzy to co prawda bardzo wartościowi pracownicy, ale równocześnie są wyjątkowo niebezpieczni dla swoich zwierzchników.
                Wchodzimy do pomieszczenia najwyraźniej stanowiącego pokój zabaw. Dzieciaki bawią się różnego rodzaju zabawkami – najmniejsze klockami, starsze pochylają się nad kolorowankami, grupka układa tory, po których wkrótce będzie jeździł pociąg z dwoma wagonami. Są w różnym wieku, w większości od trzech do ośmiu lat, gdzieniegdzie jednak widać także nastolatków nadzorujących maluchy.
                Rozglądam się próbując odgadnąć które z nich to Cheza.
                Nagle mój wzrok natrafia na spojrzenie wielkich, błękitnych oczu. Jedyna osoba, która odwróciła głowę w stronę drzwi, kiedy weszłam, nadzorowała budowę torów. Blondynka przeciętnego wzrostu, drobna, wyglądająca na siedemnaście, osiemnaście lat.
                Dozorczyni pokazuje jej gestem, że ma podejść. Posłusznie spełnia polecenie. Kiedy odchodzi, dzieci patrzą za nią, a jedno z nich wyciąga do niej rączki. Odwraca się do niego i czule się uśmiechając obiecuje, że zaraz wróci.
— Cheza, to jest ta pani — mówi prosto kobieta.
— Dzień dobry. — Dziewczyna wita się ze mną, a ja odpowiadam jej tym samym. Wymieniamy się uściskiem dłoni.
                Siedząc w gabinecie młodszej kobiety, wychowawczyni Chezy, słucham jak ją zachwala. Obserwuję uważnie dziewczynę, która siedzi obok mnie. Przez większość czasu patrzy w dół na swoje dłonie. Dochodzę do wniosku, że istotnie jest z natury miła i grzeczna. Ani cienia chociażby próby manipulacji. Musiałaby być wybitną aktorką i zdawać sobie sprawę z zadania jakie mam do wykonania. Nikomu by się nie chciało zachowywać się w taki sposób praktycznie bez powodu.
— Chciałabym chwilę porozmawiać z Chezą na osobności — mówię po jakiejś godzinie. Kobieta wydaje się być zdziwiona i nieco urażona; typ o wysokim ego, lubiący kontrolę. Opuszcza jednak pokój, a ja po raz pierwszy nie dostrzegam na jej twarzy tej drażniącej sztuczności, która towarzyszyła całemu monologowi na temat Chezy. Spoglądając na podopieczną rzuciła jej nieprzyjemne, ostrzegawcze spojrzenie. Zimna, stereotypowa pracownica domu dziecka.
                Zostajemy same.
— Czy wiesz, czym zajmuje się firma, której przedstawicielem jestem? — pytam.
                Spogląda na mnie.
— Firma zajmuje się wykonywaniem zleceń — odpowiada.
— Owszem. Jak myślisz, dlaczego tu jestem?
                Zastanawia się chwilę, cały czas na mnie patrząc.
— Nie wiem, szczerze mówiąc. Ktoś z firmy do nas zadzwonił i powiedział, że jest zainteresowany moimi zdolnościami i powiadomił nas, że pani przyjdzie.
— O jakie zdolności może chodzić?
                Uśmiecha się przepraszająco.
— No właśnie nie wiem. Szczerze mówiąc ta sytuacja bardzo mnie dziwi.
                Czeka na następne pytanie.
— Podobno manipulujesz ludźmi — wypowiadam to z naganą, żeby zobaczyć, jak na to zareaguje.
                Przez jej twarz przebiega wyraz obrzydzenia, który momentalnie zostaje zastąpiony przez rozgniewanie. Odwraca głowę w stronę biurka. W złości zaciska pięści. Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, jednak szybko je zamyka.
— Uważasz, że to określenie cię obraża? — pytam.
                Chwilę milczy. Wzrok kieruje z powrotem na swoje ręce.
— Manipulacja jest zła. — mówi cicho. — Ja nie robię złych rzeczy.
                Wygląda na dotkniętą do żywego, a ja zaczynam się zastanawiać.
                Ciszę przerywa dzwonek mojej komórki. Odbieram.
— Halo?
— Emm, kochanie, miałem cię powiadomić, jeśli Jean zrobi coś dziwnego.
                Z trudem ignorując pieszczotliwe zdrabnianie mojego imienia i określenie „kochanie”, przeżywam chwilę słabości, zastanawiając się, co mógł zrobić Jean, czy na pewno chcę wykonywać moje obowiązki i czy może jednak preferuję rozłączyć się i pojechać na urlop. Z westchnieniem rezygnuje z rozmyślań o świętym spokoju.
 — Co zrobił? — pytam z rezygnacją, wiedząc, że mogę się spodziewać wszystkiego.
— Generalnie to siedzi w bokserkach przed ścianą opery i coś na niej maluje, ale nie powiem ci co to jest. — Chwila ciszy. – Chyba podchodzi pod abstrakcjonizm…
                Rozłączam się i walczę przez chwilę z załamaniem nerwowym.
— Coś się stało? — Słyszę i podnoszę wzrok. Cheza patrzy na mnie z troską. — Wyglądasz na zdenerwowaną, przynieść ci wody?
— Nie, dziękuję. — Uśmiecham się do niej przepraszająco. – Muszę już iść – dodaję po chwili i wstaję. Ona również podnosi się z krzesła i odprowadza mnie do drzwi.
— Rozumiem, że nie mam się spodziewać kolejnego spotkania? — pyta, gdy już jestem za progiem. Patrzę na nią z lekkim zdziwieniem. Mimo, że uśmiecha się łagodnie, w jej oczach widzę smutek.
— Nasza firma często wykorzystuje niekonwencjonalne metody, między innymi manipulacje. Wydawało mi się, że nie podoba ci się wizja takiego typu pracy.
— Nie potrafię manipulować ludźmi — mówi, jakby nieco zamyślona. — Ale podobno wzbudzam duże zaufanie. I często ci, którzy zazwyczaj nie są dla nikogo mili, dla mnie są. Zresztą… — urywa, po czym mówi dalej. — Nie wiem czy mam jakieś specjalne zdolności, ale chcę pomagać ludziom, chcę być częścią czegoś większego, a nie tylko tkwić w tym miejscu i opiekować się dziećmi. — zaczyna coraz szybciej mówić, a jej oczy szklą się. — Nikt tutaj nie wierzy, że mogę coś osiągnąć w życiu. Niedługo będę pełnoletnia, a nie mam absolutnie żadnych perspektyw, a czuję, że stać mnie na więcej, chcę się rozwijać!
                Patrząc na nią zaczynam się łagodnie uśmiechać. Zawsze uważałam chęć do działania i do zmian po długim przebywaniu w stagnacji za piękną rzecz. Przypomina mi się kwestia Jeana i myślę sobie, że może warto dać jej szansę wykazania się.
— Cheza, powiedz mi, jaka jest siła twojej perswazji?
                Przez chwilę patrzy na mnie zdezorientowana.
— Nie rozumiem…
— Jeśli na przykład jakieś dziecko jest niegrzeczne, to czy potrafisz przekonać je do odpowiedniego zachowania?
— Tak — odpowiada. — Na początku wymaga to cierpliwości, no ale potem…
 — Świetnie! — przerywam jej, bo zależy mi na czasie. — Powiadom szybko kogo trzeba, że ze mną wychodzisz.
                Patrzy na mnie przez chwilę otępiała, jednak po chwili odwraca się i znika w korytarzu. Przypominam sobie w tym czasie o Luce. Rozglądam się, jednak nie dostrzegam nigdzie rudowłosej dziewczyny.
                Kiedy wraca Cheza, wydaje się być nieco zaskoczona, że na nią czekam, tak jakby spodziewała się, że zaproszenie do wyjścia jest tylko żartem. Zamykając drzwi uśmiecha się łagodnie.
— Dokąd idziemy?

18.7.15

"Primavera", praca weryfikatora i ruda do towarzystwa


Dział: Czarne owce
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Thriller



Trzymając kubek z kawą w jednej ręce, a plik kartek do przejrzenia w drugiej siadam za biurkiem, rozpoczynając tym samym kolejny dzień w firmie „Primavera”, która zajmuje się wykonywaniem różnego rodzaju zleceń. Zadania wykonują utalentowani ludzie, którzy w większości wypadków mieliby problemy ze znalezieniem pracy gdzie indziej z racji swojej odmienności. Polega ona nie tyle na posiadaniu talentu, co pragnieniu wykorzystywania go. Czarne owce, ci którzy nie chcą poddawać się schematom, tylko korzystać ze swoich zdolności na rzecz społeczeństwa, co zazwyczaj nie spotyka się z jego aprobatą.
Nas nikt nie pyta o metody, ponieważ na widok wystawiamy tylko efekty pracy naszych ludzi. Społeczeństwo nie dopytuje, a utalentowani czerpią satysfakcję z wykorzystywania swoich umiejętności. Obie strony są zadowolone. Wymaga to oczywiście sprawnej organizacji, czym zajmują się weryfikatorzy, czyli między innymi ja.
 Naczynie stawiam na podkładkę, papiery układam przed sobą. Zaczynam czytać pierwszy raport, gdy obok mojego stanowiska przystaje wysoki chłopak o jasnych blond włosach.
- Cześć Emme. - Wita mnie z uśmiechem. Nazywa się Rafael i jest prawą ręką właściciela firmy oraz jego najstarszym synem. Stanowi główny łącznik między starszym panem a pracownikami przebywającymi w biurze, pilnując, by oddawali na czas raporty oraz przekazując najpilniejsze zlecenia od szefa.
- Mam dla ciebie sprawę. – Podaje mi chudą teczkę. Otwieram ją.
- Cheza Corragio?
- Tak. Trzeba ją zweryfikować. Szef mówi, że potrafi bardzo łatwo wzbudzić zaufanie w niemal każdym. Podobno nawet gangsterzy uśmiechają się na sam jej widok i spełniają małe prośby. Jeśli to prawda, może nam się bardzo przydać.
              Patrzę na stojące na moim biurku grube aktówki. Znajdują się w nich akta podległych mi osób.
-Mam już jedenastu podwładnych…
Weryfikator dostaje chudą teczkę z informacjami o potencjalnym pracowniku, sprawdza czy rzeczywiście się nadaje i staje się jego przełożonym. Dostaje zlecenie, wybiera do zadania jednego lub kilku utalentowanych i opracowuje plan działania. Organizuje również inną stałą pracę dla swoich podwładnych, ponieważ nie wszyscy zawsze są potrzebni. Jest za nich całkowicie odpowiedzialny. Praca wymaga sporych zdolności organizacyjnych. Czasami ciężko upilnować jedną osobę. Średnio na jednego weryfikatora przypada ośmioro utalentowanych, niektórzy mają ich mniej, bardziej doświadczeni więcej. Ja mam ich całkiem sporo, z czego niektórzy są naprawdę problematyczni, jednak mając odpowiednie do nich podejście i metody udaje mi się ich upilnować.
-Jeśli ta nowa osoba okaże się zbyt problematyczna, mogę stracić panowanie nad całą grupą – mówię. – Może powinieneś ją przekazać komuś innemu.
                Rafael uśmiecha się do mnie.
-Rozumiem, że cię to martwi. Jednak szef polecił mi przekazać ją tobie. Powiedział, że jeśli ta dziewczyna rzeczywiście jest tak dobra w manipulowaniu, to niebezpiecznie byłoby ją dawać żółtodziobom, a z drugiej strony w tej chwili nikt nie radzi sobie tak dobrze z pilnowaniem grupy niż ty. Dawanie Corragio komuś innemu byłoby nierozważne, a co do ciebie szef ma pewność że sobie poradzisz.
                Przez jego czoło przemyka ledwo dostrzegalny grymas. Widziałam u niego tą subtelną oznakę niepokoju wcześniej.
-Kłopoty z Davidem? – pytam. Patrzy na mnie, tylko chwilę jest zaskoczony. Uśmiecha się.
-Twoja przenikliwość nie powinna mnie już dziwić, prawda?
                Uśmiecham się do niego przepraszająco. Zawsze dokładnie przypatruję się twarzom. Moja umiejętność polega na dostrzeganiu zmian w mimice, nawet tych najmniejszych. Oczywiście im lepiej znam twarz, tym jest mi łatwiej dostrzec nawet najmniejsze drgnięcia mięśni. Rafaela znam już jakieś pięć lat więc mało co mi umyka. Zresztą, gdybyśmy nie byli przyjaciółmi, nie zapytałabym powód jego zmartwień.
                Rafael opiera się bokiem o moje biurko splatając ramiona na piersi. Teraz na twarzy wyraźnie maluje mu się troska. Wzdycha.
-Schrzanili sprawę – mówi. Palcami ściska nasadę nosa i zamyka oczy. – Zginęło kilka osób z jego grupy, do tego kompletnie nie potrzebnie, bo zlecenia i tak nie wykonali. - Spogląda na mnie. Nie wiem co mu powiedzieć, jestem zszokowana. Uśmiecha się do mnie przepraszająco.
-Przepraszam, że to na ciebie zrzucam.
                Kręcę przecząco głową.
-Przestań – mówię. – Sama spytałam. Zresztą, od czego są przyjaciele, prawda?
                Uśmiecha się do mnie z wdzięcznością.
-Dzięki Emme. – Odrywa się od biurka. – No nic. Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia zanim przyjedzie David, żeby złożyć mi raport.
                Patrzę jak odchodzi, lekko otępiona. Naprawdę mnie zaskoczył. David, o którym mówił, to jego młodszy brat, weryfikator tak samo jak ja. Przełożony „elitarnej grupy”, oddziałem owianym największą tajemnicą w firmie. Nikt, oprócz Rafaela i szefa, nie wie ile posiada członków ani kim są ci ludzie, pomijając kilka osób, które co jakiś czas pojawiają się w firmie lub jej pobliżu. Plotki głoszą, że w większości są to narkomani, mafiosi lub psychopaci, nie mający nic do stracenia. Większość pracowników firmy krzywi się na wzmiankę o nich. Starsi pracownicy brzydzą się grupą, a Davida omijają szerokim łukiem. Większość z nich jest zdania, że młodszy syn szefa jest w firmie tylko z powodu więzów krwi i wykorzystuje stanowisko do korzystania z wątpliwych uroków ciemnych uliczek: narkotyków, prostytutek, brudnych pieniędzy. Młodsi słuchają plotek i zwyczajnie się boją. Razi mnie to.
            Zlecenia odznaczają się różnymi poziomami trudności. Od najbardziej błahych, szukania zaginionych zwierząt czy organizowania przyjęć, do tych poważniejszych – tropienia zabójców, zbierania dowodów przeciw mafii czy, rzadko ale również, pomocy przy operacjach wojskowych na terenach objętych konfliktami. Przy trudniejszych zadaniach zwykli ludzie nie mieliby szans przeżycia. Tutaj liczy się talent, wytrzymałość psychiczna i fizyczna, umiejętność współpracy, jednak najwięcej zależy od weryfikatora. To on decyduje kto weźmie udział w zleceniu, opracowuje strategię, dba o szczegóły. Jeśli nawali w jednej rzeczy, ryzykuje życiem wszystkich.
                Mimo przyjaźni z Rafaelem, nie znam za bardzo jego brata. Ponieważ wszyscy omijali go szerokim łukiem od samego początku, on przestał szukać kontaktu z kimkolwiek. Jednak nie uważam go za rozpuszczonego dzieciaka, szukającego rozrywek i wykorzystującego do tego pracę. Gdyby tak rzeczywiście było, nie wróciłby z pierwszej poważniejszej misji. Nie dałby rady jej zorganizować ani wybrać odpowiednich ludzi. To samo dotyczy jego podwładnych: gdyby byli tylko typami spod ciemnej gwiazdy, odpadkami społecznymi, przede wszystkim nie zgodziliby się na misje zagrażające ich życiu, a jeśli szukaliby w tym tylko zabawy, nie przeżyliby do tej pory.
                Wiadomość o tym, że „elitarna grupa” nie wykonała zlecenia, dodatkowo ponosząc straty w ludziach jest doprawdy szokująca. Ma na koncie wykonanych ponad pięćdziesiąt misji o wyższych poziomach trudności. Coś naprawdę musiało się stać.
                Postanawiam się nad tym dłużej nie zastanawiać i zająć się moją nową sprawą.
               Dopijając kawę przeglądam zawartość teczki. Nie zajmuje to długo, ponieważ znajdują się tam tylko szczątkowe informacje: nazwisko, płeć, adres, potencjalne umiejętności do manipulowania ludźmi. Mało.
            Wstaję zza biurka i kieruje się w stronę wyjścia. W progu nieomal zderzam się z rudowłosą postacią, ubraną w motocyklowy kombinezon zapinany pod brodą, więc całkowicie zakrywający każdy skrawek jej ciała oprócz głowy. Zastanawiające z racji panującej pory roku, czyli upalnego lata. Strój dopełniają motocyklowe rękawiczki i czarne glany.
- Dokąd idziesz? – pyta. Zwracam uwagę na brak jakichkolwiek emocji w jej głosie.
                Kobieta w czerni to Luka, podwładna Davida. Najwyraźniej nie brała udziału w feralnym zadaniu. Może przyszła spytać jak im poszło?
- Dostałam pilne zlecenie – odpowiadam, uśmiecham się i wymijam ją w drzwiach.
- A mogę iść z tobą? – Słyszę pytanie za plecami. Odwracam się zaskoczona. Nie jest zainteresowana jak poszło jej grupie? Zresztą nie mam z Luką specjalnie dużo wspólnego, znam ją tylko z widzenia, a jeszcze nie słyszałam, żeby ktokolwiek z elitarnych interesował się sprawami innych. Zastanawiam się jaki mogłaby mieć cel w towarzyszeniu mi. W tym czasie dziewczyna mija mnie i zaczyna schodzić po schodach.
- Nie miałaś czegoś do załatwienia w biurze? – pytam, nadal stojąc pod drzwiami, pamiętając cały czas o jej kolegach którzy zginęli. Luka odwraca się do mnie a jej wzrok jest całkowicie obojętny. Wzrusza ramionami.
-Nie. A co?
                Marszczę brwi ze zdziwieniem i wskazuje na drzwi. Przeszkadza mi brak jakichkolwiek zmian mimicznych na jej twarzy.
- Chciałaś wejść do środka…
                Spogląda na drzwi i z powrotem na mnie.
- Bo ja wiem? Ty gdzieś idziesz.
- Dokądś. Co to ma do rzeczy?
- Ale co?
                Patrzę na nią przez chwilę z otwartą buzią. Chcę coś powiedzieć, jednak rezygnuję. Stwierdzam, że łatwiej będzie nie ciągnąć rozmowy dalej, czuję się przez nią dziwnie zmęczona. Razem schodzimy po schodach.
                Wychodząc z budynku sprawdzam jeszcze raz adres pod który mam się udać. Ulica znajduje się niecałe trzy przecznice stąd. Ruszam w tamtym kierunku. Luka idzie obok mnie. Spoglądam na nią co jakiś czas. Patrzy w jeden punkt nie poświęcając uwagi niczemu wokół. Na jej twarzy nie dostrzegam absolutnie żadnych emocji, ani jednej zmiany w mimice. Wygląda wyjątkowo bezmyślnie. Kompletnie nienaturalnie. Staram się nie zwracać na nią uwagi, jednak czuję się coraz bardziej nieswojo, zwłaszcza, że nie wiem o co jej chodzi.
                Nie wiem czy o cokolwiek jej chodzi.
                 

16.7.15

Prolog


Dział: Czarne owce
Numer rozdziału: 0
Gatunek: Thriller

                No i witam, tu Saga. Tak na początek - Czarne owce będą wpisane jako thriller (chyba), ale generalnie będzie to mieszanka obyczajowo-przygodowo-sensacyjno-komediowa (zależy jak mi to wyjdzie). W zamyśle jest tasiemcem (tak jak Primavera), ale postaram się, żeby tutaj fabuła szybciej się rozwinęła i miała więcej, hm, treści. Piszę dla własnej przyjemności, dlatego jeśli zaczniecie się nudzić to po prostu nie czytajcie. 1 rozdział pojawi się wkrótce, dzisiaj go skończyłam ale musi przejść jeszcze przez edycję.

~~


                Zawsze fascynowały mnie płatki śniegu. Delikatne, niepowtarzalne. Krystalicznie czyste.
    Kiedy zimą spadał pierwszy śnieg biegłam do okna i obserwując  go wyobrażałam sobie, że stanowi bilans dzieci które przyszły na świat od poprzedniej zimy. Każdy płatek jest inny, nawet jeśli różnice są subtelne i na pierwszy rzut oka niewidoczne. Tak samo jak ludzie. Pierwsze płatki, które rozpuszczały się od razu na ziemi to hołd dla tych, którzy odeszli przedwcześnie. Jednak następne zaczynały tworzyć coraz grubszą warstwę śniegu. To byli ci, którym los dał szanse zaistnieć dłużej. Przemijali z przybyciem wiosny. Ale po roku pojawiał się kolejny bilans. Cykl trwał, trwa i trwać będzie. Tak jak ludzie, płatki śniegu są unikatowe, tworzą się, istnieją przez chwilę w świecie i przemijają.
                Obserwując płatki śniegu nauczyłam się je odróżniać. Zaczęłam dostrzegać subtelne różnice między nimi. W kilkanaście sekund, w kilka sekund, potem w ułamku sekundy. Potrafiłam dostrzec co jest wyjątkowego w poszczególnym płatku.
                Nauczyłam się robić to samo z ludźmi.
                Różnice między nimi są dużo subtelniejsze, często są przez nich skrywane. I nie chodzi mi o wygląd – tylko o to co ich tak naprawdę wyróżnia, czyli talenty. Jednak przez złożoność ludzi zajmuje mi to więcej czasu. Wymagają dłuższej obserwacji, przynajmniej w większości przypadków.
                Jest także inny problem. Często ludzie po prostu nie chcą być wyjątkowi. Wolą utożsamiać się z szarą masą, być jedną ze zwykłych owieczek w stadzie. Nie wyróżniać się niczym. Mają wtedy poczucie bezpieczeństwa. Nikt ich nie wykpi. Nie będzie pokazywał palcem. Nie nazwie „odmieńcem”. Dają się zaszufladkować bo wolą być szarymi obywatelami.
                Ludzie potrafią rozczarowywać.
                Nie potrafiłam rozpoznać na pierwszy rzut oka talentu, za to nauczyłam się dostrzegać coś bardziej obiecującego – czarne owce. Te które chcą coś znaczyć, bo wiedzą, że są niezwykłe i się tego nie boją.