Showing posts with label poszukiwaniach. Show all posts
Showing posts with label poszukiwaniach. Show all posts

11.4.19

Carter uważa się za złego człowieka

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi 



               Towarzyszyło mi wówczas wyjątkowo dziwne uczucie. Zupełnie tak, jakby moje ciało opętane zostało przez demona i od tego czasu egoistycznie prowadziło ten żywot, niszcząc ze skutkami co najmniej katastrofalnymi wszelkie pojawiające się na horyzoncie potencjalne relacje. Jak gdyby zły byt przejął kontrolę nad wszelkimi moimi wyborami i decyzjami, nie pozwalając mi uczestniczyć w moim życiu, aż tu nagle nadeszła chwila słabości i, chcąc nie chcąc, pozwolił się odezwać zgniecionej niewinnej duszyczce, która wykrzykiwała takie farmazony, iż chciałoby się uciszyć ją ciosem prosto w serce. Bo tym demonem byłem ja. W pełni świadom swojej siły i potęgi. Lecz za każdym razem, choć zdarzało się to niewątpliwie rzadko, gdy resztka mojej dziecięcej naiwności jeszcze niewykorzeniona przez brutalny świat postanawiała się odezwać, uderzała we mnie fala gniewu tak nieposkromiona i nieopanowana, że zaczynałem się obawiać sam siebie. Głos wydobywający się z czeluści mojej podświadomości twierdził, iż stracę Oscara, jeśli mu nie pomogę, a podobno wcale tracić go nie chcę. 
               Mimo wszystko zdecydowałem się sprawdzić, co się stanie. Nie potrafiłem przewidzieć przebiegu tego spotkania nawet w najmniejszym stopniu, ale ten rodzaj adrenaliny był do zniesienia. Rzeczywiście skorzystałem z rady Guy'a, nadal utrzymując, że robię to z ciekawości. Gdy jednak pozwalałem sobie zajrzeć w głębiny swoich myśli, tonąłem w morzu strachu przed utratą kogoś ważnego. Dlatego postanowiłem więcej tam nie włazić.
               Spotkałem się z niejaką Rose w starej knajpie na rogu Avenue i Kepler Street. Rudowłosa uznała lokal za świetne miejsce na rozmowę i po chwili przekonałem się, skąd wysnuła taki wniosek. Brzydko, tanio, niewygodnie. Cały bar mieliśmy dla siebie. Zamówiliśmy coś na odczepne i zajęliśmy miejsca przy oknie, nie wdając się w zbędne rozmowy z barmanem. 
— Guy powiedział, że masz problem miłosny. — Zaczęła. — Jest dla mnie namiastką przyjaciela, chciałam ci to powiedzieć, żebyś nie był zdziwiony albo zniesmaczony faktem, że przyszłam tu z chęcią pomocy zupełnie obcemu człowiekowi. Jestem Rose.
— Valentine — odparłem, ściskając jej dłoń. — Dzięki za fatygę. Guy nalegał, żebym z tobą pogadał, a ja nie bardzo wiem, w czym możesz mi pomóc.
— Do sedna.
               Wysranie jej wszystkich tych niepokojących znaków i opisanie sytuacji, do której nawet nie miałem czasu przywyknąć, okazały się być trudniejsze, niż się spodziewałem. Na tyle, żeby zamówić kilka drinków w tej obskurnej dziurze. Bałem się spytać o skład. 
               Po czwartej lub może piątej literatce zakończyłem swój dotychczasowy wywód wieńcząc monolog opowieścią o sytuacji, jaka miała miejsce w moim mieszkaniu. Kwestia, że musi mnie rzucić, bo mnie skrzywdzi. 
— Wybacz, coś cię rozbawiło? — zapytałem, spoglądając jak ta kretynka chichocze pod nosem, mając ubaw z nurtującego mnie problemu.
— Nie bądź na niego zły, Valentine — odparła, poważniejąc nieco. Wzięła głęboki oddech i westchnęła nim rozpoczęła dalszą wypowiedź. — Czytaj między wierszami. On uważa się za złego człowieka.
— Oscar? — zdziwiłem się.
— Na to wygląda — odpowiedziała. — I w jakiś sposób napędza ten mechanizm, który powtarza mu takie złe rzeczy.
— Chwila, moment. — Przerwałem jej. — Więc mówisz, że on słyszy głosy? Twierdził, że nie tak to działa.
— Bo nie tak to działa. — Sprostowała. — Musiało stać się w jego życiu coś, czemu był winny. Albo ktoś go za to obwinił. Albo sam się za to obwinił. 
               Mówiła powoli, a ja łączyłem fakty w głowie. Wszystko zaczynało się układać w logiczną całość. Nie mogłem jednak uwierzyć. Nigdy bym nie pomyślał, że tamto wydarzenie tak bardzo zapadło mu w pamięć. Owszem, było całkiem... traumatyczne i... długo się po nim zbierał do kupy, ale, kurwa, jak dawno temu to było?
— I od tamtego czasu — kontynuowała — nikt nie zdołał go przekonać, że nie jest niczemu winny. Prawdopodobnie to właśnie to niezdrowe uczucie wrosło w niego lata temu, puściło pędy, a teraz jest na etapie zbierania soczystych plonów. Jak mniemam, jest to dopiero pierwszy problem na tej drodze.
— Żenada — wycedziłem przez zęby. — Więc nigdy nie będzie dobrze? Zawsze coś z nim będzie nie tak?
— Jesteś jeszcze ty — powiedziała nagle.
— Co, kurwa, niby sugerujesz? — Wkurzyłem się. — Widzisz mnie pierwszy raz.
— A jego jeszcze nie spotkałam. 
               Opanowałem się w ostatnim momencie. Skrzyżowałem ręce na piersiach i spojrzałem na nią wrogo.
— A ze mną co jest nie tak? — spytałem naburmuszony.
— Twoje uczucia są zagrzebane tak daleko i głęboko, że nie jestem w stanie ich dostrzec.


9.4.19

Jakaś tam gejowa klątwa

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi 



               Po dziwnej rozmowie z Carterem pół dnia spędziliśmy w niekomfortowej, duszącej atmosferze. Nieudolnie próbował poprawić mi nastrój, proponując różne rzeczy, poczynając od wyjścia na lody, a na wspólnej gorącej kąpieli kończąc. Ja zaś kompletnie nie wiedziałem jak powinienem się wówczas zachować, lecz szybko doszedłem do wniosku, iż nie ma co udawać. W rezultacie byłem więc totalnie wkurwiony i odnosiłem wrażenie, że jestem niczym więcej jak tylko kolejna zabawka w rękach Oscara. Ewentualnie komar, któremu lepiej najpierw powyrywać skrzydełka, poprzyglądać się jego męczarniom, a dopiero później zabić.
               W końcu dał sobie spokój z mieszaniem mi we łbie i wrócił do domu. A ja zostałem w mieszkaniu zupełnie sam - w towarzystwie najbardziej zaufanej osoby, czyli siebie samego. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Jak większość gatunku ludzkiego w stanie kompletnej furii odczuwałem potrzebę wygadania się komuś, poradzenia się, usłyszenia głupiego "masz rację, stary". Zwykle to Carter pełnił rolę mojego worka treningowego, był bowiem tak cholernie obrośnięty tkanką mięśniową, że jego nerwy nie bardzo mogły odczuć jakikolwiek ból. Więc okładałem go zawsze pięściami ze złości, a on chyba po dziś dzień się nie zorientował, że robię to za każdym razem. 
               Gdy byliśmy jeszcze w szkole średniej, kumplowałem się z niejakim Guy'em, człowiekiem o dziurawej pamięci - nigdy nie potrafił zapamiętać imion znajomych, więc uprzejmie zwracał się do wszystkich per "koleś". Nawet do kobiet. Nawet do starszych kobiet. Nawet do mojej babki mówił "koleś". Stąd wzięła się jego przedziwna ksywa. Carter z nim nie gadał, bo rzekomo nie miał o czym, Guy natomiast mimo dresiarskiego wyglądu z usposobienia przypominał hipisa i rzadko wyrażał swoje poglądy na dany temat, a tym bardziej na czyjś temat. Dlatego mogłem bez uprzedzeń powiedzieć mu o specyficznej relacji, w jaką ja i Oscar przypadkowo się wdaliśmy. Zadzwoniłem do niego i jak tylko powiedziałem, że siedzę w chacie sam i mam problem, postanowił wpaść na kawkę i papierosa. Zawsze tak mówił, ale nigdy nie pił kawy. 
                    Przylazł, rozsiadł się wygodnie i zaczął skręcać peta, a ja czułem się niczym na kozetce u terapeuty. 
— Kurde, koleś, strasznie dużo informacji — odparł po moim monologu i zaciągnął się petem. Zdawał się w ogóle nie być zaskoczony ani tym bardziej obrzydzony moją historią. — Zbierzmy to do kupy, dobra? Jakiś typ powiedział Carterowi, że spoczywa na nim jakaś tam gejowa klątwa, a on uwierzył i postanowił sobie znaleźć ukochanego. Ale akurat miał podnietę, a ty czytałeś yaoi, więc się ciekawie zbiegło w czasie. I nagle bęc, bo Oscar wyjebał z dziwnym tekstem.
— No, ta, mniej więcej — westchnąłem. — Chyba powinniśmy wrócić do przyjaźni. Ledwo co zaczęliśmy, a już się sypie.
— Mnie się tam wydaje, że masz gdzieś w środku trochę nadziei, koleś — powiedział nagle.
— Niby na co? — spytałem z ironią. — Że nagle się okaże, że jednak wszystko jest super piękne? Nie mam dwunastu lat jakby co.
— Na to, że dam ci argument na jego niewinność — odpowiedział. 
                    Zamilkłem. Możliwe. Całkiem możliwe, że na to liczyłem. Ale mógł mi, skubaniec, nie mówić tego aż tak wprost. 
— Mam pewną solucję, koleś — mówił dalej — ale to może wymagać od ciebie pewnego przełamania się. Znamy się trochę i... No nie chcę być tak bezpośredni, może mi się wydaje, może nie, nie czuj się urażony ani nic, ale... czasem myślę, że ty wolisz obwiniać innych zamiast poszukać winy u siebie.
               Przełknąłem ślinę i zacisnąłem pięści, żeby tylko nie rzucić się na niego ani nie zacząć wrzeszczeć. 
— Sądzisz, że to moja wina, że mu odpierdala, tak? — spytałem, usiłując za wszelką cenę stłumić w sobie agresję.
— Nie, myślę raczej, że każdy z was ma sam ze sobą niedokończone sprawy — odparł. — I dlatego jest jak jest.
— Myślisz, że co powinienem teraz zrobić? — spytałem, uspokajając się nieco.
— Moja matka pracuje w biurze, nie wiem, czy pamiętasz — powiedział. — Ma taką psiapsiółę, co ma jakoś koło trzydziestki. Laska umie w relacje. Serio, czai i ogarnia na poziomie totalnie zatrważającym. Wielokrotnie ratowała związki swoich kumpli.
— Czy ty mnie wysyłasz na terapię małżeńską? — zapytałem drwiąco. 
— Nie-e. — Zaśmiał się. — Ona widzi rzeczy, których nie widzi się na pierwszy rzut oka. Więc wiesz. Możesz się męczyć dalej, a możesz spróbować. Tonący brzytwy się chwyta. Albo tonie. 
               Wziąłem kontakt na wszelki wypadek, ale nie uśmiechało mi się z niego korzystać. Był wczesny wieczór, Guy zwinął się do siebie i nalegał, żebym spróbował umówić się z nią jeszcze tego samego dnia. Znał mnie trochę, wiedział, że nie zasnę.

5.4.19

Z przyjaciółmi nie robi się takich rzeczy

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi 



               Tamtego popołudnia umówiliśmy się na wspólne spędzanie leniwego wieczora. Babcia już wyjechała i Oscar nawet pofatygował się o zawiezienie jej na lotnisko, żeby wkupić się w jej łaski, sądził bowiem, że przez te wszystkie żarty, jakimi raczył naszą klientelę, niezbyt zanim przepadała. A ja nie miałem najmniejszego zamiaru wyprowadzać go z tego błędu. Nie miałem nawet argumentów, babcia skrycie go uwielbiała, lecz sam nie miałem pojęcia dlaczego. 
               Nieszczęsne problemy egzystowania w związku pojawiły się już tego samego dnia. Może powinienem był się tego spodziewać, może nie. Kiedy byliśmy młodsi, z ignorancją i przysłowiowym machnięciem ręki reagowałem na jego wieczne wyjebanie. Delikatniej się tego powiedzieć nie dało, bo delikatne to nie było ani w jednym calu. Myślałem wówczas, że bawi się nowo zdobytą kobietą, udaje niedostępnego, spotkał inną albo się pokłócili. Jego relacje nigdy nie trwały długo, ponadto Carter mało o nich mówił i zdawał się być kompletnie niezainteresowany swoimi "drugimi połówkami". Jako jego najlepszy przyjaciel nigdy nie śmiałem się wtrącić w te sprawy, gdzieżbym mógł - ja, z zerowym doświadczeniem w związkach? A wszystkie ostatnie wyobrażenia sprowokowane zapewne wyłącznie przez zboczone japońskie mangi traktowałem sceptycznie, myśląc raczej o przygodach łóżkowych aniżeli o wdawaniu się w poważne relacje. 
               Tak czy siak zupełnie zlałem temat, kiedy Oscar z łaski napisał mi krótkiego SMS'a, że się nie pojawi. Żadnych wytłumaczeń, nic, ale jakoś spłynęło to po mnie jak po kaczce. Zająłem się swoimi sprawami, napisałem bzdurny wiersz o wiośnie, podpisałem "Valentine Sykes" i wrzuciłem do szuflady, w której leżała takowych sterta. Nie odważyłbym się ich publikować. W końcu się położyłem, zasnąłem i tyle było ze mnie pożytku.
               Z samego rana obudził mnie dotyk mojego domniemanego kochanka. W normalnym stanie zerwałbym się na równe nogi i zaczął wrzeszczeć, że co on tu w ogóle robi i jakim prawem znowu dorobił sobie klucze do mieszkania mojej babki, ale sposób, w jaki mnie dotykał i aura słodkiego przedwiośnia... Jeszcze śniłem i śniłem właśnie o tym, żeby zaczął mnie rozpieszczać. Leżał przy mnie, wtulony w mój kark i głaskał delikatnie poranny wzwód. W tej porannej półprzytomności naprawdę nie mógłbym wymarzyć sobie niczego przyjemniejszego niż jego ciepłe dłonie pieszczące moją męskość - z kobiecą wręcz subtelnością i hamowaną namiętnością. Składał pocałunki pod moim uchem, co miło łaskotało i przywoływało dreszcz i falę gorąca oblewającą ciało od stóp do głów. 
— Jesteś zły, że nie przyszedłem? — spytał szeptem.
— Ee — wymamrotałem, nie chcąc się jeszcze przebudzać.
— Masz ochotę na śniadanie do łóżka? — zapytał ciepło.
— Yhy.
               Myślałem wówczas, że po prostu nie chce mnie budzić, stąd ten drżący ton głosu. Jednak, gdy wrócił do pokoju z tacą, sponad której unosił się zapach gorących gofrów z owocami i herbaty z konfiturą, zauważyłem troskę malującą się na jego twarzy i ta rozpaczliwa aura w ułamku sekundy przygniotła mnie tak mocno, że omal nie zacząłem się dusić. Usiadł obok mnie i zapalił papierosa. Podniosłem się powoli do pozycji siedzącej. Jego stan tak mnie wystraszył, iż na chwilę zapomniałem o wszystkich dziwnych wydarzeniach dnia poprzedniego.
— Co ci jest? — spytałem z trwogą.
— Cieszę się, że cię widzę — odparł, uśmiechając się lekko.
— Nie wątpię — westchnąłem. — Ale ślepy nie jestem. Coś cię trapi.
— Jakoś się nie wyspałem — dodał.
— Skąd ja wiedziałem, że to powiesz... — wymamrotałem. — Nie próbuj mnie oszukać, bo wiesz, że w tych sprawach się nie mylę. Jak będziesz gotów, to mi powiedz.
               Ale Carter upierał się przy swoim, że nic mu nie jest. Ja natomiast byłem w posiadaniu nadludzkich umiejętności czytania z ludzi jak z otwartych książek - zawsze wiedziałem, jak się czują i czy coś im dolega. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób to nabyłem, ale jednego byłem pewien: nienawidziłem tej zdolności i dopłaciłbym, gdyby ktoś zgodził się zabrać ode mnie tę klątwę. 
               Tak czy inaczej nie powiedział ani słowa, a ja nie nalegałem. Cały dzień był nieobecny i jak już raczył na mnie spojrzeć, to wzrok miał tak oziębły i pusty, jakbym stał się nagle jego wrogiem. 
— Oscar, — powiedziałem w końcu — może to jednak nie był dobry pomysł, co? Może powinniśmy się kumplować? 
               Poczułem lekki ścisk w klatce piersiowej, wiedziałem jednak, że jego aprobata uwolni mnie z tych sideł i przyniesie ulgę. 
— Nie — odpowiedział stanowczo i zwrócił się ku mnie. — Potrzebuję cię, Tiny. 
— Przecież widzę, że coś nie gra — syknąłem. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. — Potrzebujesz mnie jako przyjaciela.
— Z przyjaciółmi nie robi się takich rzeczy — odparł, po czym pocałował mnie beznamiętnie. 
— Z kochankami też nie. Przez tę chwilę miałem wrażenie, że ktoś ci zapłacił milion milionów, żebyś to zrobił.
               Ku mojemu zaskoczeniu Carter pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Milczał przez dłuższą chwilę, a ja nie odważyłem się przerywać tej dziwnej ciszy.
— Nie wyobrażasz sobie, jak się teraz biję z myślami — powiedział w końcu.
— Ta? A jakie to myśli? — spytałem z udawaną ciekawością.
— Że powinienem cię zostawić — odpowiedział.
— To miejmy to za sobą, kurwa! — wrzasnąłem. — Debila ze mnie robisz czy co?
— Czekaj! — krzyknął i złapał mnie za nadgarstki, żeby mnie uspokoić.
               Jego wzrok się zmienił. Teraz był zupełnie inny. Zmęczony, pozbawiony energii i siły. Twarz miał bladą i smutną. Wystraszyłem się. Wyglądał jakby był na coś poważnie chory.
— Ciężko mi o tym mówić — wyjąkał. — To się może wydawać absurdalne, ale... to nie są moje myśli. Nie, że słyszę głosy czy coś... To jak wewnętrzny krytyk, tylko taki, co gada o wiele więcej, o wiele częściej.
— Czemu chce, żebyś mnie rzucił? — spytałem, próbując się uspokoić.
— Mówi, że cię skrzywdzę.


21.3.19

Zapragnij mnie tak bardzo, jak ja pragnę ciebie

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi




               Moje ciało w ułamku sekundy oblał zimny pot, zakręciło mi się w głowie, a przed oczyma pojawiły się mroczki sygnalizując, że lada chwila padnę jak mucha na posadzkę, stracę przytomność i ewentualnie skonam. W tym amoku zdołałem dostrzec, iż Oscar jest równie skołowany, odchrząka znacząco, nerwowo poprawia kołnierzyk koszuli i spogląda w dół, bacznie przyglądając się białej cieczy zastygającej na starych kafelkach. Zdawać się mogło, że jest zszokowany moim pocałunkiem, choć dopiero co robił mi rzeczy, jakich nie robi się najlepszym przyjaciołom. Nawet takim na śmierć i życie. 
— To pewnie przez to yaoi — wymamrotałem grając na zwłokę. — Zapomnij o tym, każdemu się zdarza chwila słabości. Mógłbyś?
               Carter wykrzywił usta w lekkim grymasie i powoli podniósł wzrok. Zauważył chyba, że nie czuję się najlepiej, podszedł bliżej i złapał lekko za ramiona, żebym się ocknął.
— Valentine, znasz mnie, wiesz, że nie zwykłem mówić o tym, co czuję — powiedział. — Ale mnie ruszyło to, co się właśnie stało i nie wiem, co mam o tym myśleć. 
— Obydwaj jesteśmy zdezorientowani — wyjąkałem, bojąc się kontaktu wzrokowego.
— Nie, nie mam na myśli dezorientacji — odparł. — Serce mi wali jak szalone, ale to nie przez to, że się nie spodziewałem twojego pocałunku. To znaczy... owszem, w najśmielszych marzeniach bym nie przypuszczał, że aż do tego stopnia postanowisz zaangażować się w bycie moim królikiem doświadczalnym, ale... Chodzi o to...
               Spuścił głowę. Zacząłem się denerwować, zupełnie nie wiedziałem, co takiego próbuje mi właśnie powiedzieć. Uwielbiał psuć atmosferę głupimi żartami, ale nie wyglądało na to, że pofatyguje się o to w tak niejednoznacznej sytuacji. 
— Podobało mi się. — Wyrzucił z siebie w końcu.
               Odchyliłem głowę do tyłu, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. 
— Chyba nie chcesz powiedzieć, że... — zacząłem niemrawo.
— Chyba chcę — odpowiedział po chwili zastanowienia. — Chyba chcę spróbować się z tobą umawiać.
— Oscar, nigdy nie randkowałeś z facetami, a może o czymś nie wiem? — spytałem cicho. — Taka nagła zmiana orientacji nie bardzo jest możliwa. Nawet jeśli rzeczywiście w skryciu zawsze lubiłeś też kolesi i właśnie to odkryłeś... Skąd takie pogodzenie się ze stanem rzeczy? Przyjaźnimy się od tylu lat...
— ...I dlatego wiem, jaki jesteś, co lubisz i czego mogę się po tobie spodziewać — przerwał mi. — To mi chyba... całkiem odpowiada.
— To nie do końca tak — westchnąłem, spuszczając wzrok. — Możesz mnie znać na wylot, a i tak będę innym kochankiem niż przyjacielem. Każda relacja porusza inne rejony... wiesz...
— Możesz to zrobić jeszcze raz? — zapytał nagle. — Albo przynajmniej pozwolić mi zrobić to za ciebie?
               Zaniemówiłem. Zaniemówiłem, a on prawdopodobnie milczenie uznał za znak aprobaty. Przełknąłem ślinę i nieomal się nią zakrztusiłem. Cały drżałem. Spojrzał na moje usta, przybliżył się, po czym... musnął je lekko i finezyjnie oblizał. Rozchyliłem wargi, tym samym pozwalając mu na francuski pocałunek, a on skorzystał z okazji. Tańczył językiem wokół mojego, wplatając palce w moje włosy. Nie poprzestał na jednym. Odsunął się na krótką chwilę, by złapać oddech i raz jeszcze poczuć smak moich ust, w sposób jeszcze bardziej delikatny i subtelny. 
— Oscar — szepnąłem, gdy skończył. 
               Jednak nie skończył. Drugą ręką objął mnie w pasie i znów przylgnął swoimi wargami do moich, rozpływając się w ulotnej chwili. Całował mnie wówczas nieco bardziej namiętnie, z pewnym pożądaniem i, jakby, pewnością, że nie ma w tym absolutnie nic złego. A może nie? A może właśnie to był zakazany owoc, którego pragnął posmakować, póki ma okazję?
— Mmm... — jęknął cicho, wtulając się w mój kark. — Valentine, działasz na mnie i nie wiem dlaczego. 
               Odpowiedziałem milczeniem. Oddychałem ciężko i usilnie próbowałem poukładać sobie to wszystko w głowie. 
— Chcę cię dotykać — powiedział nagle, czego wynikiem był gorący dreszcz przebiegający całe moje ciało. — Tak, żebyś płonął i rozpływał się pod opuszkami moich palców. 
— Czułbym się wykorzystany — wydobyłem z siebie.
— Skąd przekonanie, że bym cię zostawił? — spytał. 
— W końcu znajdziesz człowieka, którego szukasz — odparłem cicho. 
— Może znajdę — odpowiedział. — Ale czy to o czymś świadczy? Może byłoby nam dobrze... razem. 
               Po tych słowach pocałował mnie raz jeszcze, a ja, w stanie słabej świadomości, oplotłem jego kark rękoma, w odpowiedzi na co objął mnie w pasie i zaczął delikatnie masować moje plecy. 
— Przecież też tego chcesz, Valentine — szepnął, całując mnie znów. — Zapragnij mnie tak bardzo, jak ja pragnę ciebie.


18.6.18

A gdybym tak oszalał na twoim punkcie?

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi



                Wszystko można było Carterowi zarzucić, naprawdę wszystko; to, że był śmierdzącym leniem, nie opanował nawet podstawowych zasad kultury osobistej, że nie wiedział, czego chce od życia, niczym kot nie trafiał do kuwety... Ale takiej propozycji z jego strony się nie spodziewałem. A gdybym chociaż był w stanie założyć, iż zada mi pytanie tak dziwnej natury, natychmiast zerwałbym kontakt i uciekł na drugi koniec świata. Lecz na to było już za późno. Pytanie padło z jego ust i gdybym tylko potrafił umierać na zawołanie, nawet bym się nie zastanawiał. 
— Musisz mi pomóc — zaczął niewinnie. Kto by przypuszczał, że może mieć na myśli rzecz tak niehumanitarną i nieludzką.
               Opisał dokładnie cały swój tok myślenia oraz sytuację, podczas której wpadł mu do głowy ten złowieszczy plan, podczas gdy ja słuchałem go z rozdziawionym pyskiem, nie mając zielonego pojęcia, jak powinienem zareagować. A on mówił o tym tak, jak gdyby decyzja została już podjęta.
— Oscar... — zacząłem w końcu, gdy odzyskałem głos. — Ja wiem, że jesteśmy przyjaciółmi...
— Najlepszymi przyjaciółmi — przerwał mi.
— Najlepszymi przyjaciółmi... — poprawiłem się.
— Na śmierć i życie — dodał.
— Na śmierć i... Kurwa, pojebało cię?! — wrzasnąłem nagle. — No popierdoliło cię normalnie! Jak w ogóle możesz prosić mnie o coś takiego?!
— A czego ty tutaj, przepraszam bardzo, nie rozumiesz? — Zdziwił się. — To wyjątkowo oczywiste, że to ty musisz mi w tym pomóc.
— Oscar, sam fakt, że ma ci w tym pomagać ktoś, kto nie jest kolesiem, którego szukasz, jest, kurwa, dziwny! I dlaczego ja, weź zwerbuj jakąś laskę, nigdy nie masz z tym żadnych problemów... — Wkurzałem się. — Co to jest za propozycja?! Przyłazisz mi do chaty i mówisz, że mam się rozebrać, bo musisz nabyć trochę doświadczenia z kolesiami, no ja pierdolę, czy ty nie słyszysz, jak absurdalnie to brzmi?! Gdybym chociaż był gejem. Musiałbym być gejem. Gejem który jest w tobie zakochany. I ty też musiałbyś być gejem zakochanym we mnie. W przeciwnym razie to w ogóle nie ma sensu, przecież...
— A gdybym tak oszalał na twoim punkcie?
               Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i dostrzegłem iskierki tańczące w jego oczach. Zupełnie jak gdyby chciał mnie przejrzeć na wylot. Chwila, czy on próbował mnie poderwać?
— Ja już znam te twoje tanie sztuczki, Carter — odparłem tonem pełnym satysfakcji. — Pogadasz te swoje głupoty rodem z francuskich komedii romantycznych i pomyślisz, że to wystarczy, że zerżniesz mnie, a rano po wszystkim podam ci śniadanko do łóżka. Dobre sobie.
               Oscar znał mnie jednak całe życie i doskonale znał moje słabe punkty. Chociażby to, w jaki sposób i w jak dużym stopniu działała na mnie poezja erotyczna.
 —  Przesunę opuszką palca po twojej spragnionej skórze... — wyszeptał, pochylając się nad moim uchem. — Uniesiemy się do nieba i opadniemy razem w zachwycie. Będę błądził wzrokiem po twoim ciele. Będziesz drapał, wciągał mnie głębiej, pragnął, krzyczał, a ja ulegnę tej szalonej fali. Spełnię te pragnienia najskrytsze, nieokiełznane, senne fantazje zapisane w kropli potu na drżącym, rozpalonym ciele, ustami obudzę wszystkie dreszcze. Umrzemy w uścisku ciał. 
— Ale chyba jestem motylem z innej łąki, zapisanym w płatkach przeznaczenia dla innej, dzikszej od ciebie róży — wyjąkałem, powoli tracąc kontrolę nad sytuacją. Poczułem, jak Oscar oplata dłońmi moje biodra.
— Kiedyś zwiążę twoje dłonie tasiemką i nasycę się dotykaniem do woli — mówił, wsuwając ręce pod moją koszulkę. — I nie odbierzesz moim palcom pieszczot. Nie przyciągniesz mnie zbyt szybko do siebie przerywając opuszkom radość. Otworzysz się przede mną subtelnie jak kwiat zroszony niebem. To będzie słodkie zniewolenie.
               Przymknąłem powieki, kiedy przesuwał językiem po płatku mojego ucha. Przegryzłem wargę. Przylgnął swoją twarzą do mojej i zaczął wpatrywać się w moje oczy. Jego dłonie niespodziewanie powędrowały na moje pośladki. Wydałem z siebie cichy jęk, a policzki oblały mi się rumieńcem. Nasze usta były coraz bliżej i bliżej, gdy nagle...
— Siema, Valentine, co tam? — Usłyszałem, a zaraz po tym moich uszu dobiegł trzask zamykających się drzwi kawiarni. — Znowu czytasz to swoje yaoi? Ile jeszcze będziesz mi wmawiać, że jesteś aseksualny, zanim się przyznasz do pedalstwa?
— Z naszej dwójki to ty postanowiłeś zostać gejem — wymamrotałem, odkładając mangę na bok. — Co chcesz?
— Ciasto bym zjadł. Co macie dzisiaj dobrego? — spytał, włażąc za ladę.
— Specjał na dziś to ciasto z truskawkami pod kruszonką. Dobre na potencję — powiedziałem, nakładając mu kawałek na talerzyk.
— Nie narzekam... — odpowiedział, rzucając mi dziwne spojrzenie.
— Ej. Oscar, a w sumie.... — wyjąkałem.
— No? — wymamrotał z ciastem w paszczy.
— A jakbym faktycznie był gejem, to byś mnie pieprzył? — spytałem spokojnie.
               Ku mojemu zaskoczeniu na twarzy Cartera nie wymalowało się zdziwienie. Zmierzył mnie wzrokiem, przeżuł do końca jedzenie, odstawił na moment na ladę, po czym obszedł mnie kilka razy, dokładnie mi się przyglądając.
— Biodra chyba dwa na dziesięć, włosy w porządku, twarz słabo, ale po ciemku nie widać. Nie ma konkretów, dopóki się przede mną nie rozbierzesz — odpowiedział.
— A chcesz, żebym to zrobił? — zapytałem, zalotnie trzepocząc rzęsami.
— Zawsze dziwnie się zachowujesz jak czytasz to swoje yaoi — wycedził przez zęby.
— Mam to traktować jako wyzwanie czy nie? — Drążyłem temat.
               Spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym "zaraz ci wybiję głupoty z głowy, pedale". Podszedł do mnie na wyjątkowo niekomfortową odległość, nasze nosy prawie się zetknęły. Nagle poczułem jego dłoń gwałtownie i mocno chwytającą mnie za krocze. Odskoczyłem, ale nie puścił mnie. Gapił się na mnie i zdawać się mogło, że czeka na mój ruch. Zrobiło się gorąco jak w piekle. Spuściłem wzrok, gdyż nie mogłem uwierzyć, iż naprawdę mnie tam złapał. Ale przekonałem się o tym na własne oczy. Znów nawiązałem kontakt wzrokowy.
— Co ja mam teraz zrobić? — zapytałem.
— Nie wiem, to ty czytasz yaoi — odpowiedział.
               Babcia zawsze mawiała, że wroga czasem dobrze zaatakować jego własną bronią. Cóż mogłem począć? Też go złapałem. 
— Dziwna sytuacja — podsumował, kiedy tak w ciszy trzymaliśmy się wzajemnie za jaja.
— Teraz twoja kolej — powiedziałem.
               Szlag mnie trafił, kiedy zobaczyłem, że Carter drugą dłonią sięga po łyżeczkę i kontynuuje wpierdalanie ciasta. Chciałem go puścić i wyrzucić za drzwi, a on nagle spytał:
— Ty, a ty wiesz, jak się robi loda?
— Skąd mam wiedzieć, ty to powinieneś wiedzieć, cały czas sypiasz z jakimiś babami — powiedziałem ze zdenerwowaniem.
— Nie o to mi chodzi — mówił dalej. — Wiem jak to jest, kiedy ktoś mi robi loda. Ja się zastanawiam, jak się robi loda komuś.
— A na chuj ci to? — spytałem z niedowierzaniem.
— No bo jak mam być z kolesiem, to wiesz... Czekaj.
               Puścił mnie, szybkim krokiem udał się do drzwi wejściowych, zamknął je na klucz i obrócił kartkę na napis "zamknięte" po czym wrócił do mnie, złapał za ramię i zaciągnął na zaplecze.
— Mogę spróbować? — zapytał ze śmiertelnie poważną miną.
— Co spróbować? — zadałem pytanie, marszcząc czoło.
— Zrobić ci loda — odpowiedział jak gdyby nigdy nic.
— Pojebało cię? — spytałem.
— No weź, będzie fajnie, zobaczysz.
               Nim się zorientowałem, gacie miałem na wysokości kolan, a ten idiota pytał mnie, czy mam mikroskop, bo on to tutaj nic nie widzi. Już chciałem się odszczeknąć, gdy nagle bez ostrzeżenia wziął całego do ust. Oblała mnie fala gorąca.
— Oscar... — wymamrotałem, szarpiąc go za włosy. — Co ty robisz...
               Uniósł wzrok i spojrzał na mnie, nie poprzestając. Jego dłonie przeniosły się z moich ud na pośladki i zacisnęły się na nich mocno. Kolana zaczęły mi drżeć jak cholera.
— Mm, nie bój się — wyjąkał, odsuwając się na krótki moment tylko po to, by kontynuować ze zdwojoną siłą.
                Nie minęło wiele czasu, a biała ciecz rozlała się po podłodze. Nie wiedziałem, co robię. W akcie desperacji rzuciłem się na kolana, objąłem rękoma Oscara i wpiłem się głęboko w jego usta. Odwzajemnił pocałunek, lecz po chwili położył dłonie na moich ramionach i odepchnął mnie delikatnie.
— Valentine? — Uniósł brwi. — Co ty robisz?
               Spojrzałem na niego, po czym rozejrzałem się wokół i znów popatrzyłem mu w oczy.
— Nie wiem.


3.4.18

Tort w kształcie pentagramu

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi



                    Siedziałem na skraju łóżka, kontemplując nad swoim życiem. Ledwie świtało. Było tak wcześnie, że nawet babcia jeszcze smacznie spała i, jak co ranka, wydawała z siebie odgłosy zmęczonego życiem niedźwiedzia.
                    Pomagałem jej prowadzić rodzinny interes, jeśli można było nazwać tak małą cukiernię znajdującą się piętro pod naszym mieszkaniem. To w zasadzie nawet nie było mieszkanie, tylko całkiem nieźle urządzone poddasze. Ciasne, ale własne. Nawet miałem swój pokój. Babcia zajmowała salon połączony z małą kuchnią. Wyjeżdżała na każde krótsze czy dłuższe święta do swojej rodziny, której nie znałem i wtedy chatę miałem dla siebie. Często też opuszczała Liverpool w weekendy, wtedy knajpkę prowadziłem sam. Babcia była zupełnie nieszkodliwa. Niczego ode mnie nie wymagała, nie denerwowała się, że nie poszedłem na studia, dawała mi totalnie wolną rękę. Chociaż może to ze względu na ojca.
                    To był jeden z tych dni, który obfitował we wkurzających klientów. Nagle im się przypomniało, że Wielkanoc jest jutro i trzeba kupić jakieś ciasto. Mnie to święto kojarzyło się wyłącznie z wyjazdami babci do ciepłych krajów i nachodzącym mnie Oscarem proszącym o czekoladowe jajka. On też nigdy nie miał z kim spędzać świąt. Zawsze przyłaził, kładł się na moim łóżku i odpowiadał ciętym sarkazmem na wszystko, co do niego mówiłem. Taki już był z niego skurwiały gość. Nie miałem pojęcia, co mu tym razem odbiło, ale koniecznie chciał się spotkać. I okazało się to tak pilne, że przyszedł do cukierni w połowie mojej zmiany, zaraz po tym jak napisałem mu o wkurwiąjacej klienteli. Poinformował mnie, iż on mi pokaże, co to znaczy wkurwiać ludzi.
Sprawdzałem akurat, czy tort na zamówienie się nie pali tak jak miało to miejsce ostatnim razem, gdy nagle do kuchni weszła babcia z przerażoną miną.
— Valentine, czy to ty wydawałeś zamówienie pana Cross? — spytała ze śmiertelną powaga.
— Nie, pewnie Oscar, a czemu? — zapytałem, krzątając się przy piecach.
— Tak, to ja — przyznał się Carter, wchodząc na zaplecze.
— Pokroiłeś go... — wyjąkała.
— Owszem, pokroiłem — odparł.
— Pokroiłeś go na kształt pentagramu...? — zadała pytanie z niedowierzaniem.
— No. Jeszcze powiedziałem, że od dychy w górę darmowy lodzik. 
                    Rzuciłem Carterowi spojrzenie pełne konsternacji. Zawsze wydawało mi się, że ten człowiek niczym nie jest w stanie mnie już zaskoczyć, a jednak robił to każdego dnia. A jego żarty przechodziły z poziomu przerażającego na poziom absolutnie zatrważający.
— Co odpowiedział? — Babcia jedną nogą zdawała się być już na drugim świecie.
— Zapytał, czy tak nisko się cenię — powiedział. — Rzuciłem krótko na odchodne, że nie chodzi o cenę, tylko o wiek jego córki.
                    Kiedy już znaleźliśmy chwilę wytchnienia od klientów, babcia poszła na górę spakować się przed wyjazdem, ja zaś podałem do stolika dwie czarne kawy i ciasto i razem z Oscarem zajęliśmy miejsca, wzdychając z ulgą. Bałem się myśleć, o czym tak bardzo chciał ze mną porozmawiać. Jak się okazało, moja intuicja się nie myliła. W życiu bym nie pomyślał, iż ktokolwiek przyjdzie do mnie z taką historią. A już szczególnie Oscar Carter.
                    Wydawać by się mogło, że mój przyjaciel w dupie ma wszystkich, a rodzinę, z którą od lat nie utrzymuje kontaktu, to już w ogóle. Pech chciał, iż zupełnie przypadkowo natrafił na pewnego gościa, przyjaciela jego dziadka. I ten postanowił opowiedzieć mu historię rodu Carter. Albo raczej przed nią ostrzec. Choć Oscar odebrał to zupełnie inaczej. Nagle coś mu się w tym zakutym łbie poprzestawiało i tak, jak zawsze był samotnikiem i bawił się kobietami, tak nagle zaczęła doskwierać mu samotność.
                    Otóż na jaw wyszło, że w rodzinie Carterów od wielu, wielu pokoleń rodzili się synowie, jak śliwka w kompot wpadający w sidła synów z innego rodu. I jakimś cudem mimo to w obydwu rodzinach nadal rodziły się dzieci. Ale nie w tym tkwił sęk. Człowiek, którego spotkał Oscar, wyraźnie ostrzegał go przed wiszącą klątwą sprowadzającą wręcz śmiertelnego pecha na obydwu mężczyzn z każdego pokolenia. Pojawiło się wiele domysłów, które klątwę rzekomo zdejmowały, jednak ona zawsze w końcu do nich wracała.
— Spotkałeś jakiegoś starego dziada pieprzącego farmazony i tak po prostu uwierzyłeś mu w coś tak absurdalnego? — spytałem, unosząc jedną brew.
— Tak.
— I teraz będziesz gejem?
— Tak.
                    Carter postanowił wówczas rozpocząć poszukiwania, a ja miałem stać się jego Watsonem. Jedyną poszlaką czy wskazówką było to, że chłopak prawdopodobnie ma jasną alabastrową cerę i blond włosy. Cóż, i tak nudziło nam się w życiu, czemu mielibyśmy nie spróbować...?


2.4.18

Muszę cię znaleźć (zwiastun)

Dział: Carter w maniakalnych poszukiwaniach Bennetta
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi





Nie wiem, jak wyglądasz, kim jesteś, gdzie jesteś i jaki jesteś. Ale wiem, że jesteś i muszę cię znaleźć.






— Nie skupiaj się na zamkniętych drzwiach, bo możesz nie zauważyć drzwi, które będą dla ciebie otwarte — powiedziała na odchodne blondynka i tyle ją widzieliśmy.
                    Oscar stał nieruchomo i wyglądał przez okno. W dłoni trzymał palącego się papierosa, z którego popiół niepostrzeżenie spadał na podłogę i rozbijał się na miliony maleńkich drobinek. Mój najlepszy przyjaciel na moich oczach popadał w paranoję, ja zaś nie miałem zielonego pojęcia, jak temu zaradzić. Powoli odpływał i zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością. Zaczął grzebać w przeszłości swoich przodków, znalazł coś i w rezultacie ubzdurał sobie głupotę wyssaną z palca. I z niewiadomych nikomu przyczyn wyjątkowo ufnie wierzył swojej wizji. 
                    W życiu Oscara Cartera rozpoczął się czas burzliwych zmian. Przez dwadzieścia sześć lat swojego życia nie kochał nikogo poza nim samym, sam siebie nazywał samotnym wilkiem i spotykał się z kobietami wyłącznie dla zabawy. I wtedy nagle, zupełnie znikąd i znienacka, zaatakowała go z ukrycia obrzydliwa samotność tak ciężka i nieznośna, iż dusił się powietrzem.
— Powiedz, Valentine — zaczął nagle, nie odwracając się od okna. — Jak to jest? Jak to jest, że oni wszyscy uciekali przed tym pieprzonym przeznaczeniem, a ja nie mogę go znaleźć?




OSCAR




LIAM




GUY 




VALENTINE




TANIA




ROSE