Showing posts with label osobowość. Show all posts
Showing posts with label osobowość. Show all posts

22.4.14

XI: Epilog.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi


Jestem Akihiko Aoi. Przeżyłem 23 lata i 7 miesięcy.
Pewnego razu zapomniałem, co to znaczy być szczęśliwym.
Błądziłem tak wśród innych ludzi, poszukując czegoś mi obcego.
Nawet sam dokładnie nie wiedziałem czego.
Chodziłem po świecie niewidzącymi oczami.
Obecny tylko ciałem.
Moje myśli wciąż kłębiły się gdzieś wewnątrz mnie, roztrzaskując moją duszę na tysiące kawałeczków.
To dlatego kzywdziłem wszystkich wokół.
Nie zdawając sobie nawet z tego sprawy.
Byłem zbyt głupi.
Dopiero gdzieś na końcu limitu mojego czasu życia na Ziemi uświadomiłem sobie, że, to co samo powstało w mojej głowie, rozwaliło mi szczęście.
Rozwaliło mi duszę.
A potem otoczyła mnie czarna aura, która nie odstępywała ani na krok.
Zostawało jedynie pogodzić się z moim groteskowym losem.
Moje życie było już dawno przesądzone.
Dlatego postąpiłem jak skończony egoista i strzeliłem sobie w łeb.
Świadomy, że w późniejszym etapie istnienia czeka mnie dużo gorsza kara.
Tysiąckroć brutalniejsza.
Dlaczego zdecydowałem się na taką decyzję, skoro dobrze wiedziałem, że niczego tym nie wskóram?
Pamiętam jak nigdy emocje, jakie towarzyszyły mi przy śmierci:
Strach.
Intryga.
Podniecenie.
Sam siebie przerażam.
...Ale dobiegając do końca tego niekończącego się wywodu...
Powiem tak: Mam nadzieję, że nigdy nie stałem się dla kogokolwiek jakimś autorytetem, bo chyba wtedy zadałbym sobie długą, bezlitosną śmierć. Błagam Was. Nie wzorujcie się na takim zagmatwanym psychopacie, który ma nierówno pod sufitem. Najlepiej zapomnijcie o mnie...albo nie; zapamiętajcie, żeby nigdy nie skończyć w taki sposób jak ja. Żeby nigdy nie pozwolić nieczystym sumieniom i szatańskim myślą, które w każdym z nas tkwią (tak, nawet w tych najbardziej niewinnych i bezbronnych, ponoć szatan najczęściej takich opętuje...), aby przejęły nie tylko umysł, ale stopniowo całe ciało, doprowadzając Was do licznych obsesji. Obsesji, kończących na grobowej ciszy przed burzą. Przed autodestrukcją.
Jakby Bóg dał mi drugą szansę, polazłbym z powrotem na Ziemię tylko na te kilka miesięcy, żeby napisać poradnik i przestrzec przed samozagładą każdego niestabilnego psychicznie skazańca.
Ale Bóg już za wiele dla mnie zrobił.
Nie potrzebuję litości przed sądem ostatecznym, na który właśnie czekam.
Nie obawiam się niczego.
Nawet najbardziej przerażającego piekła, jakie mogłoby istnieć w całym Wszechświecie.
Zdecydowanie jedyną karą godną moich przewinień jestem drugi ja sam.
To by było gorsze od posmaku przegranej gry, samozniszczenia, zadania sobie śmiertelnego ciosu w łeb.
Jesteście jeszcze ze mną....?
Muszę się pożegnać.
Słyszę głosy, oznaczające koniec narady.
Za chwilę stanie przede mną drugi taki jak ja demon i przez nieskończoność będziemy śmiali się sobie w twarz.
PAMIĘTAJCIE,NIGDY nie dopuszczajcie do siebie z początku nieświadomych myśli, bo SKOŃCZYCIE JAK JA.
Otoczeni w piekle swoimi sobowtórami.
Życzę szczęścia i wyrozumienia.
Bywajcie,
A.A



~~*~~



IX: Strach.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi


Kiedy wysiadłem na tej opuszczonej stacji jako jedyny pasażer, odetchnąłem z ulgą. A już dwukrotnie kamień spadł mi z serca, kiedy pociąg ze świstem ruszył w dalszą podróż. Teraz mogę się napajać do woli samotnością. Wokół mnie jest tylko ławka, zapuszczona kasa z wybita szybą i przewrócony kosz na śmieci. Gdy przeszedłem spróchniałą alejkę, raz na zawsze opuszczając zapomniany peron, przede mną pojawił się las. Wszedłem na główną ścieżkę leśną i kierowałem się w stronę, skąd dochodził szum oceanu. Już niedługo...jeszcze kilkadziesiąt metrów...
Puszyste chmury, częściowo zasłaniające zachodzące słońce. Lekki wiatr wiejący na południowy-wschód. Wilgotność powietrza. I szmer fal, podmywających brzegi. Wszystkie niepożądane emocje, które towarzyszyły przez całą przebytą podróż, zniknęły. Samotność upajała, a kiedy las zrzedł i na horyzoncie pojawiła się tafla przejrzystego oceanu, całe moje ciało wypełniła błogość. Ten krajobraz mnie pochłaniał. Nie musiałem nad niczym myśleć, nogi same szły. Powróciłem na ziemię, dopiero wtedy, kiedy dotarłem do skał, za którymi szerzyło się piaszczyste wybrzeże.
Przez długie minuty, może nawet godziny, siedziałem na miękkim, jasnym piachu i wsłuchiwałem się w to, co skrywa w sobie natura. Świst wiatru, który non stop zmienia kierunek i porusza korony drzew. Szept oceanu...
Słońce zaszło i niebo zmieniło swą barwę na ciemny granat. Chwilę później dostrzegłem błyszczące światełko, a z sekundy na sekundę pojawiało się ich coraz więcej. Położyłem się na plecach i obserwowałem zapierającą dech w piersiach  Drogę Mleczną. Kiedy byłem dzieckiem, pragnąłem kiedyś ujrzeć tyle gwiazd na własne oczy. Nie z fotografii, ani filmu. Doświadczyć tego naprawdę. I marzenie się spełniło. Z kącików moich oczu spłynęło kilka łez. Sam widok czegoś takiego wzruszał. Nagle coś  mignęło a gdy pojawiło się jeszcze raz, wychwyciłem spadającą gwiazdę. Gnała w dół, urzekając swoją wielkością. Na chwilę pomyślałem, że spadła zaledwie kilkanaście kilometrów stąd, jednak zaraz potem wydało mi się to nierealne...




~~*~~


- Jezu...- wychrypiałem, unosząc się do pozycji siedzącej - Gdzie ja...? - rozejrzałem się wokół i omal nie upadłem z wrażenia -Cholera! Ty kretynie, zasnąłeś! - kiedy zdałem sobie sprawę, jaką szansę straciłem z własnej głupoty, zacząłem sam siebie opierdalać -  Tu, na plaży, na tym odludziu! Tracąc taką okazję! A ty?! - tu zadarłem głowę i spojrzałem na bezchmurne niebo - Nie mogłeś mnie obudzić? Co z Ciebie za Bóg, skoro nie pomagasz, a teraz zapewne śmiejesz się z ludzkiego nieszczęścia?
Kopnąłem piach.
Wczoraj było idealnie.
Zero strachu.
Cisza.
Spokój.
A co najważniejsze- nie było w pobliżu żadnych świadków...
Jeszcze trząsłem się z gniewu, jednak zaraz potem zamarłem.
Jak?
Czy aby się nie przesłyszałem?
Z lasu dobiegły mnie czyjeś rozmowy. Przez ułamek sekundy serce przestało bić...
Nie miało tu być przecież nikogo, specjalnie odbyłem taką długą podróż, żeby...
Zresztą, nie ma to teraz większego znaczenia. Bez dłuższych zastanowień wyciągnąłem z kabury schowanej przy pasku spodni berettę 92, odbezpieczyłem ją i  przystawiłem sobie do skroni.
Mimo woli, trzęsła mi się ręka.
Mimo woli, przeszył mną dreszcz.
Mimo woli, czułem paniczny strach.
Mogłem to zrobić wczoraj... ale nie, bo kurwa musiałem zasnąć...
Szybko się otrząsnąłem.
"Czy to naprawdę ma teraz znaczenie? Ostatnia myśl przed długą, może nawet wieczną podróżą..."
"No myśl. Wypada jakoś pożegnać się ze światem... choćby dla piękna wczorajszego wieczoru..."
"Kurwa mać"
Jeszcze w ostatkach świadomości usłyszałem, jak ktoś woła...
Czyjeś kroki przyspieszały...
Kierowały się wprost w moją stronę...
Położyłem palec na spuście.
Przełknąłem ślinę.



~~*~~



VII: Panika.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi


Poczułem panikę. Nogi się pode mną załamały i upadłem na chodnik, kiedy zobaczyłem jak się odwraca i odchodzi. Z początku nie potrafiłem uwierzyć, że tak po prostu odpuszcza. Pierwszy raz w życiu daje za wygraną. Jednak potem...


Widzę, jak wchodzi na ulicę, kompletnie zamyślony. Jakby poruszał się nie w tym świecie. Całkowicie zapomniawszy o otaczającej go rzeczywistości. Widzę jak robi  krok. Ten jeden cholerny krok. Jak przekracza krawężnik i wchodzi na jezdnię... Jak nadjeżdża porsche panamera 4.... i jak...i jak on znika z mojego pola widzenia... żeby później upaść 20 metrów dalej...


Wtedy świat zatrzymuje się w miejscu, a Ty widzisz wszystko jak w zwolnionym tempie. Jesteś w stanie wychwycić każdą tysięczną część sekundy. Chciałem krzyczeć. Wołać jego imię na całe gardło. Jednak głos odmówił mi posłuszeństwa tak samo jak nogi. Kiedy próbowałem się podnieść - zupełnie jakbym był cały z gumy - bezwładnie upadałem na zimny chodnik. Wszelkie próby były zdatne. Nie panowałem nad swoim ciałem. Moje zmysły były mi obce. Chęć znalezienia się przy nim była tak silna, że wypełniała każdy skrawek mojego mózgu, ale nie umiałem się poruszyć. Nawet nie mogłem się czołgać. Wtedy spadła ulewa, a ja zacząłem się trząść. Wkrótce doszły do mnie dźwięki sygnału karetki i zobaczyłem kolorowe światła, później coraz bardziej rozmazany obraz, aż w końcu przed moimi oczami pojawiła się ciemność, która powoli ogarniała całe ciało. Umysł wypełniła czarna dziura, a serce pustka.




*



- Pan z rodziny, tak? Niestety żaden człowiek nie byłby w stanie przeżyć takiego wypadku. Dla pana dobra, nie będę wymieniać, jakich i ilu doznał obrażeń...  Na razie proszę mi wybaczyć. Hej, Mark! ... - i poszedł. Zniknął w białym korytarzu, omijając parę pielęgniarek. Kilka chwil później jacyś ratownicy medyczni zaprowadzili mnie do kostnicy i teraz stoję przed drzwiami numer AF.
- To tutaj. -  rzuca jeden z nich po czym wsiadają do windy i jadą na parter. Zostaję całkiem sam. Sam na całym poziomie. Jedyny pośród żywych z umarłą duszą. Moja dłoń przez kilka dłużących się sekund spoczywa na metalowej, lodowatej klamce, jednak zaraz potem nogi kierują się ku wyjściu. Nie zwracam uwagi, kiedy ten sam lekarz podbiega i wypytuje mnie o uroczystość pogrzebową i resztę rodziny umarłego. Nie zwracam uwagi, kiedy tamci ratownicy, których po drodze mijam, posyłają mi pełne zdziwienia i bardzo dwuznaczne spojrzenia. Po prostu wychodzę. Wychodzę ani razu nie odwracając się za siebie.

Tak oto raz na zawsze opuściłem budynek szpitalny.

Odrobina zdrowego rozsądku, która gdzieś w niewielkim stopniu głębi mnie siedziała, podpowiada mi, żeby w jakikolwiek sposób powiadomić jego rodzinę, nie wnikając w szczegóły, z czyjego powodu tak bardzo się zamyślił, że chwila nieuwagi była na tym świecie ostatnim wykonanym przez niego czynem. Jednak to racjonalne odczucie było zaledwie namiastką tego, co działo się w moim umyśle. Więc, tak jak się spodziewacie, ten rozdział ostatecznie zamknąłem, w chwili gdy wyszedłem z gmachu ambulatorium. Od tamtej pory nigdy nie pozwoliłem sobie przypomnieć o Kazue i każdej chwili, która mnie z nim łączyła.




~~*~~



V: Łzy.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi



- Nie masz prawa tak prowokująco na mnie patrzeć. - wychrypiałem, celując pięścią w jego nieskazitelną twarz. Chwieje się, ledwo utrzymując równowagę. Natomiast ja, stopniowo się stamtąd oddalam. Nigdy więcej. Nie zaciągnie mnie tam z sobą kolejny raz...  Czuję jak całe moje ciało drży z wściekłości. Jeśli tylko postanowi mnie zatrzymać, naprawdę nie będę się dłużej ograniczał. Rzucę się na niego jak zwierzę i rozszarpię na tysiące kawałeczków. A to będzie bolało. Heh... i dobrze. Ma go zaboleć. Niech wie, jakim jest dla mnie zdrajcą, trucicielem, sadystą, a nawet mordercą ludzkich uczuć...
Przyśpieszam. Trzęsącymi dłońmi, wyjmuję zapalniczkę i zapalam nowego szluga, po chwili chciwie wciągając nikotynowe spaliny. Potrzebuję czegoś mocniejszego... może warto by było przejść się do tych drani z trzydziestej piątej. Na pewno mieliby dla mnie jakiś kwitnący towar. Zioło ukoi. Taak..
Jednak gdy zamierzam skręcać w lewo, czyjaś dłoń pociąga mnie lekko do tyłu. Chwilę później staje mi na drodze ta sama przeszkoda, przez którą tyle razy nie potrafiłem wziąć się do porządku. Która wpuszczała w moje życie huragan, rozwalający wszystko dookoła. Biorę głęboki wdech, zaciągając się trucizną papierosa, jeszcze przez moment próbując zdać się na kpiący uśmieszek. Jeszcze przez chwilę się powstrzymując.
Kazue ze spokojem czeka na moją reakcję. Kiedy jestem gotowy, bezceremonialnie wydycham olbrzymie kłęby dymu wprost w jego twarz. Zakrztusił się. Idealna okazja by...
Cios po ciosie. Kopnięcie za kopnięciem. Z początku nie wiedział, o co mi biega, ale gdy zdał sobie sprawę, że robię się niebezpieczny, szybko oprzytomniał i oddawał. Może nie z taką energią jaką ja waliłem w niego, ale nie opierał się. Kątem oka dostrzegłem, że cała ta sytuacja go zainspirowała, ba! świetnie się bawił! Gdy za którymś razem znowu oberwał w łeb, a krew ciurkiem wypływała mu z obydwóch nozdrzy, wybuchnął śmiechem. Jednak nie na długo, bowiem szybko ten śmiech wypełnił cały mój umysł, na który zareagowałem natychmiastowo. Stopień mojej wściekłości sięgnął zenitu i nabrawszy resztki sił, zacząłem w niego walić, póki ten nie obronił się równie wymęczony co ja, kopniakiem wycelowanym w moje podbrzusze. W rezultacie obaj w tym samym czasie upadliśmy z łoskotem na trawę. Ledwo żywi. Wyglądający jak zombie. Cali w sińcach i ranach, z których strugami ciekła krew. Przez pierwsze kilkanaście sekund bez słowa leżeliśmy obok siebie, spazmatycznie wciągając rześkie powietrze. Kiedy zapomniałem o jego obecności i fakcie iż znajdowaliśmy się na skwerze w centrum miasta, a żadnemu przechodniowi nie uszło to uwadze, Kazue wybucha niepohamowanym śmiechem. Śmieje się, zginając wpół. W końcu jego oczy napełniają się łzami, a  wtedy ja, zapominając o wszystkim co było i najprawdopodobniej co się zdarzy, bo to przecież jest nieuniknione, widząc jego dziwny przy tym wyraz twarzy, zarażam się i mu wtóruję. Teraz obaj ledwo świadomi, gdyż całe nasze ciała pulsują przeszywającym bólem, leżymy, zginając się ze śmiechu.
Gdzieś w jakimś odległym zakamarku mojego jeszcze świadomego umysłu pojawiło się deja vu.
Odtworzyło się wspomnienie, kiedy tak jak teraz, leżeliśmy na trawie w jakimś zacisznym miejscu i nie mogliśmy pohamować śmiechu. Wtedy byliśmy mali. Żyjąc tak blisko siebie, codziennie spędzaliśmy całe dnie. Bawiliśmy się, rozrabialiśmy...zawsze przeszczęśliwi, że  możemy robić coś razem. Od dziecka nierozłączni, traktujący siebie jak rodzeni  bracia...
Po moich policzkach spłynęły łzy. Lecz te inne. Łzy zawodu, nienawiści, tęsknoty i dążenia za czymś, czego już dawno nie ma.
Pustka, jaka napłynęła do mojego serca była bezgraniczna. I Kazue to zauważył, jednak nim zdążył cokolwiek zrobić, ja już wstałem (jakby w zwolnionym tempie, ale zawsze) i uparcie szedłem przed siebie, dążąc do tego, aby dzieliła nas jak największa odległość. Bym mógł odejść. By on mógł powrócić...




~~*~~



III: Ból.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi



Chyba to był dobry gest, aby ingerować dalej. Powoli się od niego odsuwam, po czym pociągam lekko za ramię, aby poszedł w tę stronę co ja.
- Co ty na to, żebyś wpadł do mnie na chwilę? To niedaleko, a robi się coraz chłodniej.- Chłopak kiwną głową i ruszyliśmy przed siebie.
  Przeraźliwą ciszę przerywał tylko szum mroźnego wiatru. Zdecydowanie zima zbliżała się dużymi krokami. Brakuje tylko ozdób świątecznych w pobliskich sklepach i skromnie pokryte białym puchem ulice, abym czuł że jest Gwiazdka.
-No, jesteśmy. - zawiadamiam gościa, wchodząc na klatkę schodową czteropiętrowego bloku. Jeszcze kilka ułamków sekund spędzonych w szybko jadącej windzie i już mogę wrzucać na luz, gdyż dotarliśmy do mojej mrocznej pieczary. Tak właściwie to dość małe mieszkanie nie było wcale aż tak przerażające. Panował tu w miarę ogarnięty porządek, a umeblowanie było bardzo klasyczne. Nic dziwnego, sam nawet nie mógłbym niczego tu zmieniać, gdyż je wynajmuję. Nadal sam sobie się dziwię, że zdecydowałem się mieszkać sam. Jakie były przyczyny podjęcia takowej decyzji....?
- Fajnie tu.
- Nie przeczę, choć trochę pusto. - stwierdzam i otwieram szafkę z herbatami. - Mógłbyś częściej wpadać.- dodałem z aroganckim uśmieszkiem na co on poderwał się pod boki i pokazał mi język. - Jaką pijesz? Czy może chcesz kawę? Lub... coś mocniejszego?
- Truskawkową.
- Herbatę?
- Nie, skądże. A widziałeś gdziekolwiek kawę o smaku owocowym?
- Okej, okej ...- spoglądam na opakowania napoi i ku mojej olbrzymiej uldze, zauważam że jednak zostało jeszcze kilka torebek herbaty tego smaku. Boże, jaki on wybredny. Zawsze musi mieć wielkie wymagania, a gdy gospodarz się nie sprawdza jak powinien, patrzy na niego krytycznym okiem. W związku z tym można znaleźć w mojej kuchni mnóstwo przedziwnych potraw i napoi. Nie znoszę krytyki i pokazywanej niechęci, między innymi stąd traktuję jak śmieci osoby, które albo się z byle powodu obrażają albo strzelają głupie fochy. Na marginesie mówiąc, dlatego unikam płci przeciwnej. Nie spotkałem jeszcze ani jednej kobiety której zabrakłoby tych... cech, jeśli nie wad.
 Podchodzę do stołu, przy którym zasiadł i zajmuję miejsce naprzeciwko jego. Gdy postawiłem przed nim kubek z herbatą, niemalże natychmiast sięgną po nią i zaczął wąchać aromatyczną woń. Unikał mojego wzroku.
- Coś cię trapi.
- Nie wiesz, o czym mówisz.
- Choćby ta odpowiedź daje wiele do myślenia. Mi możesz powiedzieć.
- Jest jak najbardziej w porządku...
- Tak. Gdyby życie było takie proste, a świat byłby piękny.
- A nie jest?
- Dla mnie nie. Dla ciebie zresztą też. Twoje marzenia się nie spełniły. - nie zdążyłem ugryźć się w język. Bez sensu poruszyłem ten temat...a niech to. Spoglądam spod opadłej grzywki (kurna, znowu żel za krótko trzyma) na jego wyraz twarzy, czy zdradzi mi jego uczucia. Niepokojący był tylko fakt, iż lekko zadrżała mu warga. Idiota. Nie powinienem był...
- Nagle wszystko zaczęło się jebać, a kiedy naiwnie wierzyłem, że znowu będzie tak jak dawniej, cios uderzył dwa razy silniej.
- Nie musisz mówić jeśli nie chcesz.
- Nie o to chodzi, czy to boli czy nie. - pokiwał przecząco głową. Kochany niczym dziecko. Jak słodko wygląda, kiedy jest zatroskany. - Przez samotność już przestałem reagować na jakiekolwiek bodźce. Czy jest mi dobrze czy źle, chyba nie umiem już tego odróżniać.
- Może ci pomogę...? - chwila moment i teraz muskałem językiem jego zwilżone truskawkową herbatą wargi. Nie mógł się oprzeć. Przeczesał palcami moje włosy, całkiem doprowadzając je do nieładu i łaknął łapczywie coraz bardziej namiętne pocałunki.
 Szybko dotarliśmy do kanapy, która była niestety nie dość że nierozsunięta to jeszcze bardzo wąska, przeznaczona tylko i wyłącznie na cele siedzenia.
- Och... - wzdycha ociężale, unosząc biodra coraz wyżej.
- Chyba od dawna jesteś nie w formie. Dopiero się rozkręcamy- pozwoliłem sobie na małą zaczepkę. To był tylko kciuk a jęczy, jakbyśmy przechodzili już drugą fazę...
  Delikatnie chwytam go za podbrzusze, nie przestając poruszać kciukiem. Po woli nachylam się i ocierając twarz w jego miękkie, łaskoczące włosy, docieram do ucha. Gryzę. Słyszę jego cichy chichot. Kilka chwil później wsuwam się tak, aby leżał do mnie przodem. On natomiast mocno rozwiera kolana i czeka z zamkniętymi oczami na mój ruch. Chcąc troszkę z niego pokpić, nie ingeruję i próbuję powstrzymać śmiech, kiedy ten tak błagalnie unosi już drżące biodra. Jeszcze te zamknięte oczka... W końcu nie wytrzymuje i na oślep chwyta moją dłoń, prowadząc ją w stronę swojego członka. Widzę jak pali się ze wstydu i zażenowania, ale nie umie przerwać. Już dość sobie z niego pokpiłem, bowiem uwielbiałem doprowadzać go do takiego stanu. Własnymi siłami poczynam poruszać ręką raz w górę, raz w dół. Zaciska bardziej powieki i zaczyna ciężej oddychać. Nie mam pojęcia ile czasu nie doznawał spełnienia, ale starczyło kilkanaście sekund i już strugi jego spermy wylądowały na mojej koszuli i szyi. W odpowiedzi przeciągle mruknąłem, a on opadł na bok, podkurczając nogi i po chwili oplatając ręce wokół kolan.
- Co jest? Masz już dość?- spogląda na mnie niewidzącym wzrokiem i przecząco kiwa głową.
- Chcę...jeszcze. - szepcze, ale jakoś mało przekonująco. Tak właściwie nie miało to dla mnie znaczenia. Przez niego się napaliłem, a to już jego sprawa czy doszedł wcześniej, czy nie. Pewnym ruchem wpycham penisa w jego odbyt. Nic. Zero reakcji. Wpycham dalej. Po naprawę nie długim czasie jego zachowanie zaczynało się robić niepokojące. Leżał tylko na ugiętych kolanach całkiem się nie ruszając.
- Ej. To nie ma sensu...- szybko z niego wychodzę i przyglądam się jego twarzy. Wilgotne oczy.
- Ja... ja naprawdę przepraszam, po prostu ostatnio nie rusza mnie nawet seks.. ja... Nie chciałem cię zawieść i... - jąka się, ledwo powstrzymując szloch.
- Przestań. Niczego od ciebie nie wymagałem. Myślałem, że to ty chcesz.
- Jak zwykle wszystko schrzaniłem, to moja wina. Nawet nie wiem czego chcę. Po prostu widzę jak moje życie się rozpada a nie mogę nic z tym zrobić. Nawet nie umiem zapanować nad samym sobą...ja...- nie dokończył, bowiem gwałtownie chwytam i przygniatam go do piersi. Wczepia się we mnie, tak mocno jak gdyby puszczenie miałoby oznaczać czystą śmierć. Po chwili poczułem jak moknie mi koszula. Biedny Kisho, robił wszystko,żeby tylko nie popaść w atak spazmatycznego płaczu, jednak łez nie był w stanie zahamować. Nie należę do grupy osób współczujących, ale nie mogłem dopuścić, żeby się zapłakał na śmierć. Zbyt dobrze go znam. Chłopak nie umie sobie z tym poradzić. Delikatnie opieram brodę o jego głowę, a palce lewej dłoni zanurzam w miękkich włosach. Zaczynam nimi powoli poruszać. Kisho nie wytrzymuje i zanosi się tak rozpaczliwym szlochem, że ledwo łapie oddech. Nie przestaję go głaskać.



*

- Dlaczego kiedy ciebie spotykam, jesteś twardy, a gdy zostajemy sam na sam, płaczesz jak małe dziecko? -  zadaję pytanie ciszy, przyglądając się, jak mały Kisho śpi, zakopany stertą kołder.
  Pojawiam się w jego życiu raz na jakiś czas i zawsze jest to samo. Udaje twardziela, żeby udowodnić, że u niego wszystko gra, kiedy tak naprawdę jest za słaby. Samotność go zabija. Tu nawet nie chodzi o to, że ciężko jest mu nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Jest bardzo otwarty na nowe znajomości. Problem jest głębszy. Ciągle szuka kogoś kto rzeczywiście będzie dla niego istotną podporą. Kogoś, kto umie się poświęcić i jest w stanie go poprawnie naprowadzić w dobrym kierunku. Już wieki temu odkryłem, że ja tą osobą nigdy nie byłem, nie jestem i raczej nie umiałbym być. Za każdym razem kiedy go spotykam, mam nadzieję, że już sobie radzi. Nie jest sam. Jednak zawsze odczuwam zawód. Tym razem było tak samo... Ech...biedny dzieciak.


*

  
   Wśród hałaśliwych syków rozgrzanej patelni, dociera do mnie trzask rozsuwanych drzwi. Odwracam głowę i widzę ocierającego oczy Kishiego. Przez moment wyglądał jak rozkapryszone, niewyspane dziecko. To chyba nie fair,że ciągle go tak przezywam.... w końcu jest nie wiele młodszy ode mnie, a muszę przyznać, że stary ze mnie cap.
- Robię naleśniki, przyłączysz się? - pytam jak gdyby nigdy nic. Trzeba zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby zapomniał o tym, co go trapi.
- Noo...- ziewa, po czym bierze się za wałkowanie ciasta. Tak, moja receptura była najlepsza. Wszystko z dokładnością do jednego cm. Nawet takie błahe do przyrządzania danie, jak naleśniki.
  Kiedy tam wałkuje, jakby w zwolnionym tempie, ja wyrabiam ciasto. Mój wzrok dłużej zatrzymuje się pudełku z napisem "mąka". Łobuzerski uśmiech. Po chwili zawartość opakowania ląduje na głowie Kishiego, który chyba już wyczerpał swój dzienny limit ziewania.
- Hej! - odwraca się na pięcie i szybkim ruchem zgarnia kupki mąki ze stołu. po czym ciska nimi w moją stronę. I tak oto zaczęła się szałowa, acz wścibska zabawa, której etapem końcowym było wpadnięcie na siebie i zlot na podłogę. Przez chwilę się sobie przyglądaliśmy. Ja, patrząc z góry, on z dołu. Zmienił mu się wyraz twarzy. Wygląda tak, jakby przez moment bujał w obłokach, a teraz, pewny, że owe myśli się spełnią, zatapia się w moich tęczówkach. Wiem, że czeka, aż zacznę go pieścić pocałunkami. Strasznie niezręczna sytuacja, bo mimo woli, nie mogłem pójść na taki układ. Kto wie, może po wczorajszym wieczorze, zaczął sobie za dużo wyobrażać. Lepiej nie wprowadzać go w błąd. Dla jego własnego dobra wstałem i udając, że niby śpieszę się do smażonego naleśnika, podbiegłem do kuchenki. On odrętwiały moją postawą, sztywno zasiadł za stołem. I tak minęło całe przedpołudnie, aż w końcu bez słowa opuścił moje mieszkanie, obiecując kilka chwil przedtem, że się nigdy nie podda. Już widzę te niedotrzymane obietnice... Za to ja nie lepszy; przeze mnie stracił humor, znowu stał się przybity. Jedyna osoba, do której mógł zwrócić się z pomocą, musiała go zawieść. A jak.
  Z dnia na dzień moje poczucie winy wzrastało, bo jak zwykle po tym jednym dniu wznowienia kontaktu, znowu się do siebie nie odzywaliśmy w nijaki sposób. Jeszcze cholerna robota dawałą o sobie znać. Nic dziwnego, że w końcu całkiem zamknąłem się w swoim świecie i nikogo do niego nie wpuszczałem, aż ludzie sami pragnęli jak najmniej spędzać czasu z moją szanowną osobą. Błaha sprawa. Tak było, jest i raczej będzie zawsze.
  Jakiś miesiąc później z całkiem beznamiętną miną przechodzę w dzień duchów obok mrożącego krew w żyłach parku, który o tej porze dnia wyglądał wyjątkowo koszmarnie. Kątem oka dostrzegam poruszający się gdzieś z boku cień. Obracam głowę. Nikogo nie ma. Ruszam w stronę drzewa o grubym pniu. Wychylam się, aby spojrzeć czy ktoś rzeczywiście za nim stał. Z wrażenia, a może nawet z przerażenia, omal nie osunąłem się na ziemię. Kisho. We własnej osobie Kisho. Co prawda nie w stroju ducha, ani innego upiora ale z wyrazem twarzy równie budzącym grozę.
- C-co ty...- wyszeptałem, gdy wziął mnie za szmaty i przycisnął stanowczym ruchem do drzewa.
- Milcz. Jak śmiałeś mnie zostawić. Jak mogłeś w ogóle robić mi jakiekolwiek nadzieje. I to nie pierwszy raz. Ponownie zostałem upaprany ziemią. To gorsze ... od tego stanu, w jakim trwałem przez cały czas dopóki znowu mną nie pogardziłeś. - jego oczy napełniały się łzami. Nim zdążył cokolwiek jeszcze powiedzieć, wyrwałem się z jego uścisku i położyłem dłonie na jego ramionach.
- To nie tak.
- Przestań! Kochałem cię a ty potraktowałeś mnie jak skończoną szmatę! - serce załomotało szybciej. A jednak dobrze przeczuwałem, że coś do mnie czuje...
Nim się obejrzałem, Kisho, z zaciśniętymi pięściami oddala się wgłąb mrocznego parku. Biegnę, a gdy go dogodziłem, stanąłem tak, aby nie miał jak dalej przejść.
- Ty nigdy mnie nie kochałeś - układam zdania, starając ignorować skryty we mnie głos, który wrzeszczy z przerażenia "zrób coś, żeby nie odszedł, musisz go przekonać!" - Nie tak jak powinno się kochać. Byłem pierwszą lepszą osobą, która potrafiła chociaż jakoś cię wesprzeć. Równie dobrze tą osobą mógł być...ten facet. - wskazuję jakiegoś starca, szybkim krokiem oddalającego się w stronę ogrodzenia. - I to tylko przez podłość losu i twoją bezgraniczną naiwność nie spotkałeś więcej takich ludzi, którzy potrafiliby się stawić za tobą tak jak ja. Jednak taka osoba jak ja nie może stać się częścią twojego życia, mimo uczuć. Po miesiącu wspólnego obcowania, miałbyś dosyć. Przejrzałbyś, że takie typy jak ja nie dają wiecznego szczęścia. Więc po co? Po co mamy się wiązać, skoro zasługujesz na kogoś lepszego?
- Nie prawda! Wmawiasz mi te kłamstwa, żebym dał sobie spokój, bo jestem dla ciebie obojętny! - przerywa, cały się napinając.
- Jeśli byłbyś dla mnie obojętny, zostawiłbym cię w momencie, kiedy się dowiedziałem z czym się borykasz, i nie tylko wtedy.
- A ostatnim razem?!
- Czy naprawdę nie rozumiesz, że idziesz w złym kierunku? Masz to jak w banku, że kiedyś będziesz szczęśliwy, ale na razie nie umiesz wziąć się w garść, jak każdy SILNY człowiek. Dlatego ja, przypisany do grupy ludzi, podobnie jak ty teraz, która nie wie co zrobić ze swoim przejebanym żywotem i chodzi po świecie, jedną nogą w zupełnie innej rzeczywistości, nigdy nie pomogę ci osiągnąć tego, o czym zawsze marzyłeś. W przeciwieństwie do mnie, nie wszystko jeszcze stracone, więc nie zaprzątaj sobie głowy bezimiennym zauroczeniem i śmigaj po szczęście i spełnienie marzeń, choćby dla mnie. Żebyśmy spotkali się po paru latach i mógł się radować razem z tobą  twoim światem. Głupek. - dodałem jeszcze na koniec przemowy, aby trochę rozładować zaciętą atmosferę. Natomiast Kisho patrzył i chyba uwierzył. Jak nic uwierzył. W końcu musiał, bo taka była prawda. Nie zasługiwał na taki los.
- Przyjaciele? - pytam, wyjmując mały palec, aby splótł swój razem z moim, na znak obietnicy.
- Przyjaciele.



*



   Po mojej jakże zacnej przemowie, zaczęliśmy utrzymywać kontakt regularnie. Chłopak, krok po kroku wchodził w nowy, przepiękny świat (dobra, bez przesady, ale na pewno lepszej jakości niż ten nasz sprzed miesiąca), dzieląc się ze mną rewelacjami. Od czasu do czasu pytał mnie - skończonego nieudacznika - w jaki sposób tego dokonać, aż w końcu mu się udało. Też mnie to dziwi, że w końcu ja, który stworzył sobie bagno na Ziemi,  go tak naprowadziłem. Pewnego razu zaprosił mnie do swojego niezwykłego świata, na jeden krótki wieczór, przedstawiając mi wszystkich, którzy potrzebni mu byli do szczęścia, i to właśnie wtedy mogłem w końcu spojrzeć w swoje lustrzane odbicie i dumny jak paw, z ręką na sercu stwierdzić "Spisałeś się. Sumienie masz czyste".
  Koniec krótkiej historii o losach Kisho. Dzięki niemu (w niewielkim stopniu ale zawsze) stałem się lepszym człowiekiem. Przynajmniej próbowałem sobie to wmówić. 



~~*~~



I: Prolog.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi



Nazywam się Akihiko Aoi. 23 lata. Metr osiemdziesiąt siedem. Czarne, postawione na żel włosy. Zielone, powiedziałbym wręcz kocie oczy. Kolczyk w brwi. Prawe ucho całe przekłute. Czarny tatuaż na lewym ramieniu. Styl ubierania punk-rockowy. Obecnie redaktor bez powodzenia.
 Jak zwykle wieczorem wybieram się do pubu przy drugiej przecznicy. Najlepsze drinki w mieście. Właściwie piwo też niczego sobie. Bywam tam dość często ze względu na małe występy nowo utworzonych zespołów rockowych, czasem też metalowych. Jeden z nich to banda moich starych znajomych za czasów technikum. W każdym razie humor zjebany, gdy okazuje się, że właśnie dzisiaj pub został wynajęty na jakąś pieprzoną imprezkę bandy idiotów " tańczących" pod techno. Dobra, nie to nie. Wychodzę i zmierzam w stronę metro, gdy nagle czuję klepnięcie w plecy.
- Akihiko?- odwracam się i spotykam cholernego pracusia Satoshiego. Ciekawe jak go tu przywiało.
- No? - jakoś nie miałem ochoty recytować grzeczną wymianę słów na powitanie.
- Idziesz do tego nowo przeniesionego rockowego pubu?
- Tak?
- Ja też. Koleżanka mojej dziewczyny tam gra. - mało kumaty koleś, ale co ważniejsze, zaprowadzi mnie do miejsca, które zapowiada się ciekawie.
 Pierwsze kroki z zatłoczonym, nowym miejscu. Kolor ścian czarno-ciemnozielony. Dużo miejsca do siedzenia, jak na pub dość obszerna scena. Podoba mi się.
- Słuchaj, musiałbym lecieć. Tam czeka na mnie dziewczyna. - Satoshi wskazuje ręką nieokreślony punkt po przeciwnej stronie klubu.
- Spoko...- mruknąłem i teraz zbliżam się do barku, wypróbować, co preferują.
 Piwo- dobre. Drinki- większy wybór niż zwykle. Atmosfera taka, jaką lubię. Wystarczająco dużo argumentów za, aby częściej tu wpadać.
- A-O-I ! - Jezu, po raz kolejny ktoś narusza moją wszechogarniający całe ciało spokój. Odwracam głowę. Oo, zwariowany Kei. Kumpel z technikum. W sumie jeden z mniej toksycznych przyjaciół (jeśli już używam tego słowa).
- Jak leci?
- Weź, daruj sobie. Dalej, podnoś się i migiem pod scenę!
- Po co?
- Jak ? Wszyscy już są. Szczerze, nie spodziewałem się, że ciebie tu zastanę ale jeśli już rozpoznałem w tłumie te twoje potargane włosy, to głupio byłby nie podejść.
- Ale o co chodzi?
- Saya ma urodziny.
- Jaka znowu Saya?
- Ech...ty naprawdę nie masz głowy do zapamiętywania ludzi.
 Podeszliśmy, zaśpiewaliśmy sto lat, wypiliśmy za jej zdrowie ( tak naprawdę nie wiem skąd tam się wzięli chłopacy z zespołu, ale ostatecznie stwierdziłem, że lepiej dla mnie jeśli nie będę na razie zaprzątał sobie głowy pierdołami, za dużo kłopotów w pracy), posłuchaliśmy kilka utworów, jakie akurat dzisiaj grali i teraz szykowałem się w stronę wyjścia.
 Na zewnątrz było chłodno i wietrznie. Te jesienne wieczory idealnie interpretują mój codzienny nastrój. Kompletne znużenie i zero pogody ducha, na szczęście wszyscy już dawno przyzwyczaili się do mojego ogólnego nie nadążania za szybkim biegiem ich życia. Niestety, nie ma rzeczy, która sprawiałaby mi przyjemność i czystą satysfakcję. Tak to może byłbym bardziej znośny...ale właściwie to jest coś, w czym nadzwyczaj dobrze sobie radzę. Otóż uwodzenie. To jedna z niewielu spraw, w których jestem dobry. Dla przykładu. Właśnie podąża przede mną jakiś chłopak. Szybka ocena sytuacji... dobra, jestem gotowy.
- Ej, ty! Zatrzymaj się! - chłopak, nie wiem, powiedzmy dwa, trzy lata młodszy, stanął jak wryty i niepewnie się odwrócił. Chyba się przestraszył. No nic. Dwie sekundy i już go dogoniłem. Nachylam się i klęcząc, majsterkuję przy jednym z jego adidasów.
- But ci się rozwiązał. - pełen uroku, olśniewający uśmiech. Jak na zawołanie chłopczyna, zmieszany sytuacją, się rumieni.
- D-dzięki. - mruknął, drapiąc się nerwowo za głowę. 



~~*~~



X: Ciemność.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi



        Stanąłem jak wryty przyglądając się jej boskiej urodzie. Emanowała tak idealnym pięknem, że zakochanie się w niej od pierwszego wejrzenia było bułką z masłem. Szczupła, wysoka, kobieca, o idealnych kształtach i rysach twarzy. Przychodząc, nie niosła ze sobą chmur czarnej rozpaczy, lecz głęboki błękit nieba i delikatny zapach rannej rosy. Moje serce krzyczało, lecz dusza była spokojna jak ocean tego poranka. Paradoksalnie...
     

Nie miała nawet czarnego kaptura, płaszcza ani kosy w ręku.








~~*~~





           Przebudziwszy się nieokreślony moment później rozejrzałem się wokoło. Przeraziłem się momentalnie - to piekło? Niebo? Rozejrzawszy się wokół dostrzegłem wypełniony przepychem ogromny pokój. Leżałem na szerokim łożu zaścielonym czerwoną pościelą z jedwabiu i likiem poobszywanych haftem poduch. Naprzeciwko mnie znajdował się kominek z czerwonej cegły, w którym niedopałki świadczyły, że chwilę temu pokój rozświetlał jeszcze ognisty płomień. W rogu stała biblioteczka o szerokości całej ściany. W pomieszczeniu nie było okien, a jedyne światło rzucał stojący w rogu barokowy świecznik. Co u diabła...?
        Kalendarz wskazywał ten sam dzień tego samego roku, jednak kolejnego miesiąca. Godziny nie znałem, nie było nigdzie zegara, a mój telefon zniknął. W zasadzie... Razem ze spodniami i całą resztą. Na szczęście nie byłem nagi, jednakże leżące na mnie jak ulał ubrania nie należały do mnie. Były nowe. Zastanawiałem się przez chwilę, w jaki sposób ktoś trafił idealnie w mój rozmiar. Przecież nie targał potencjalnego nieboszczyka po sklepach, żeby wybrać mu dopasowane ciuchy... 
        Zastanawiało mnie również, dlaczego nie odczuwam żadnego bólu ani nie mam żadnych śladów na głowie. Pamiętałem dokładnie przeszywający moje ciało ból zadany przez kulę, która utkwiła gdzieś w moim mózgu. Uświadomiłem sobie, że jestem w miejscu, w które ludzie trafiają po śmierci. Jednak w żaden sposób nie przypominało ani piekła, ani nieba. Czyśćca też nie. Kurwa...
        Chodziłem wte i wewte po pokoju zastanawiając się, jak się stąd wydostać. W zasadzie ryzyko ucieczki było dokładnie takie samo, jak ryzyko zostania tu i czekania, aż to coś przyjdzie do mnie lub po mnie. Rozejrzawszy się po pokoju postanowiłem obmyślić plan ucieczki. W pokoju nie było drzwi. Postanowiłem odsunąć biblioteczkę, jednak była tak sprytnie ustawiona, że przesunięcie jej nawet o milimetr było niemożliwe. Szkoda, że nie noszę ze sobą siekiery... Złapałem się za głowę i oparłem się o ścianę. Nie miałem przy sobie nawet paczki fajek. Wtedy nagle... ujrzałem wyjście. Wyjście znajdowało się na suficie. Była to drewniana kładka w tym samym kolorze, co sufit. Przez kiepskie światło była ledwo dostrzegalna, jednak udało mi się. 
         Wszystko zdawało się być psychodelicznym snem pełnym schiz wytworzonych przez mój umysł. Pocieszał mnie fakt, że, gdyby to było prawdą, byłbym jedyną osobą, która potrafi poradzić sobie z wytworami mojego mózgu. 
         W pocie czoła ustawiłem łóżko na bocznym kancie. Było jedynym przedmiotem w pokoju, który był na tyle wysoki, by pomóc mi sięgnąć kładki. Jebnąłem w całej siły rękami w górę, co skończyło się lekkim krwotokiem, jednak kładka puściła od razu. Wspiąłem się na górę i znalazłem się w ciemnym wąskim korytarzyku. Było ciemno w chuj, jednak postanowiłem czołgać się do przodu, póki nie dojdę do wyjścia. Plusem było to, że korytarz nie miał rozwidleń i ciągnął się jedną, tą samą drogą. Nie musiałem się zastanawiać, w którą stronę powinienem leźć. W pewnym momencie oślepiło mnie ostre światło dochodzące z daleka. Przyspieszyłem tempa, zachowując jednak ostrożność i doczołgałem się tam. Spojrzałem przez szczelinę w dół i dosłownie mnie wciągnęło w bladą nicość.


~~*~~



VIII: Podróż.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi



Traktowałem swoje życie jak grę. Rozpoczynałem je od nowa, zamykałem poprzednie rozdziały, rodziłem się i umierałem. Obsesyjna pogoń za własnym jestestwem doprowadziła do tego, że teraz, stojąc przed lustrem, nie widzę nic poza obcym człowiekiem. Uświadomiłem sobie, że nie jestem w stanie cofnąć się w czasie i napisać nowego początku. Mogę jednak zacząć od dzisiaj i napisać inne zakończenie.
        Myśli, których się nie zdradza, ciążą nam. Zagnieżdżają się w najciemniejszych zakamarkach, paraliżują ciało, nie dopuszczają nowych i w końcu zaczynają gnić. Stałem się składem starych, śmierdzących myśli. Postanowiłem raz na zawsze pozbyć się tego, co we mnie siedziało.
       

Wsiadłem w pociąg.




~~*~~




        To, co miało się wydarzyć, nie było osobnym tomem mojego życia. Traktowałem to jako trzecią część trylogii. Dziś wszystko miało się zmienić. 
        Tego dnia nie zwracałem uwagi na pogodę, na wsiadających do przedziału mężczyzn. Tylko rozproszona uwaga była w stanie skupić się na wszystkim. 
        Uciekałem od tego tyle lat. Wołało mnie, lamentowało, wrzeszczało wniebogłosy, jednak starałem się nie słyszeć. Zagłuszałem ów głos śmiechem. Panicznym śmiechem, który zbywał wszelkie emocje. Uciekałem, mimo że nikt na mnie nie czekał. Gonitwa ze sobą samym. Nieuczciwie zacierałem swoje ślady, chowając się w echo własnych czynów. Ból narastał. Tonącego statku nie dało się już uratować. Pościg trwał bez końca. 




***




        Z kamienną twarzą utkwiłem wzrok w jednej z gorących kropel spływających po zewnętrznej stronie szyby. Zatrzymała się na moment na wysokości moich oczu, by po chwili zakręcić się w kółko i zniknąć na zawsze. Byłem taką kroplą. Zostawiłem wszystko na pastwę losu, by móc pobawić się życiem jak jakiś kompletnie niedojrzały dwunastolatek, któremu pocą się dłonie z podniecenia na widok papierosa. Chciałem spróbować wszystkiego, nie znając granic zdrowego rozsądku. To mnie zmieniło. Moje jestestwo umarło. Nie łudziłem się nawet, że zasnęło głębokim snem i oczekuje rozbudzenia. Zdałem sobie sprawę z własnych czynów. Ból narastał. 
        Poczułem bliskość. Dystans już prawie się kończył. Została jedna stacja. Dziś wszystko miało się zmienić. Serce łomotało mi w piersi, próbując się wydostać. Nie mogło już znieść tej presji. Krótki moment...
        Mimo wszystkiego, co dotąd przeżyłem, nie czułem żalu. Nie żałowałem niczego. Nauczyłem się żyć. Sposób nie był najlepszy, jednak skuteczny. Niczego już się nie obawiałem. Czekałem spokojnie na to, co nadejdzie. Dziś wszystko miało się skończyć. 





***




        Odnosiłem nieodparte wrażenie, że jedną stopą jestem już po drugiej stronie. Miałem mroczki przed oczami, lodowate dłonie i kamienną bezwyrazową twarz. Czekałem. Chciałem zakończyć tę gonitwę raz na zawsze. Załatwić sprawę, która męczyła mnie od lat. Nie byłem w stanie dłużej funkcjonować. Opuściłem przedział i spojrzałem przez okno w korytarzu. Uśmiechnąłem się nerwowo, otworzyłem drzwi i wyszedłem.



~~*~~



VI: Emocjonalnie.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi



        Dzieli nas przepaść wąska, a zarazem odległa. Ten, kto w nią spojrzy, musi się w nią rzucić. To nadzwyczajny wyraz odwagi, jednak przydałoby się mieć przy sobie parę spadochronów. Z kolei gdy usiłuję powstrzymać swoje żądze... Nęci. Kusi uwodzicielsko. Niejako wabi, pociąga za niewidzialne sznurki, czyniąc mnie bezładną marionetką nieposiadającą prawa do decydowania o własnym losie. I wtedy... To łatwe. Dziecinnie łatwe.
        Tym razem jednak użyłem techniki zaskoczenia. Mimo jego nagłego wybuchu śmiechu wiedziałem, że w głębi duszy zdezorientował się kompletnie i nie był w stanie odpowiedzieć czym innym niż ja sam. W pewnym sensie jego ciało cofało się do czasów dzieciństwa, w którym akcji odpowiada prosta reakcja: smutek - płacz, radość - śmiech, uderzenie - uderzenie. Może starzenie się oznacza, że stajesz się więźniem własnego ciała... Mimo to nadal nie miałem pojęcia, co skłoniło go do tego nagłego powrotu. 
        Czuję pustkę. Moje płuca znów potrzebują duszącego dymu. Sięgam do kieszeni i wyciągam kolejnego papierosa. Zapalam. Gdybym był Orfeuszem, zapewne odwróciłbym się teraz. Jednak nie ten los jest mi dany, nie tym razem.
        Patrząc w dalszą czy bliższą przeszłość ostatnie kilka lat spędziłem bawiąc się z ludźmi różnego pokroju i rangi bez jakichkolwiek zobowiązań. Życie dotąd było beztroską zabawą, w której nie było miejsca na dorosłość, dojrzałość i konsekwencje. Oczarowywałem, rozczarowywałem. Odniosłem w tej chwili wrażenie, że mam przed sobą całe swoje życie jak na dłoni. Cóż za kłamstwo od początku do końca! Nic już nie było warte, bo było skończone. Życie leżało przede mną zamknięte, zawiązane jak worek, a przecież wszystko, co się w nim znajdowało, było niedokończone. Przez moment zapragnąłem je osądzić. Przyznać, że to było piękne życie. Ale nie można było tego osądzić, to był zaledwie szkic życia. Przez cały czas wystawiałem tylko weksle na wieczność, niczego nie rozumiejąc. 
        Toczy się we mnie walka tego, co godne pochwały z tym, co zasługuje na pochwałę. Ta bezsilność... Zaciągam się papierosem tak, by poczuć kłębiący się dym, który rozchodzi się wewnątrz moich płuc niczym antidotum na życie. Sprawiał mi przyjemność, ale nie zaspakajał. Zupełnie niczym... 
        Pożałowałem zanim to zrobiłem. Krótki ułamek sekundy. "Tylko na moment, krótki moment" - pomyślałem. - "Ta chwila nic nie zmieni, a ja...". Poddałem się. Odchyliłem lekko głowę do tyłu i spojrzałem w jego stronę. On... To niemożliwe. On wtedy...


~~*~~



IV: Addicted.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi.



        Chcę drinka. Pięćdziesiąt drinków. Chcę butelkę najczystszego, najbardziej niszczycielskiego, najmocniejszego i najbardziej trującego alkoholu, jaki człowiek jest w stanie stworzyć. Chcę brudnego, żółtego cracku wypełnionego formaldehydem. Chcę kopę metaamfy w proszku, worek grzybków, basen benzyn tak duży, by móc się w nim utopić. Chcę czegokolwiek cokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek jakkolwiek, ile tylko się da, by zapomnieć. 
        Nihilizm, cynizm, sarkazm, orgazm. We Francji mógłbym zrobić z tego hasło wyborcze i wygrać. Nihilizm, gdyż postanowiłem zresetować życie zawieszone na pętli pop-mądrości. Cynizm, bo potrzebowałem czegoś do zgładzenia ostatnich tchnień nadziei. Sarkazm pozwala uniknąć rozmowy. Orgazm... Orgazm, bo podpieram się o lodowatą, betonową ścianę ze spuszczonym wzrokiem i papierosem w ustach i przyglądam się butom, które stanowczo zbyt wiele ze mną przeszły. Problem tkwi w tym, że nie należały ani nie należą do mnie. 
        Podnoszę powoli wzrok. Powoli, nie nieśmiało, bardziej... ostrożnie. Penetruję na wylot wszystkie najdrobniejsze detale, przetarcia na jego jeansach, kolor skórzanego paska, zagięcia na koszuli, odbicia światła na skórzanej kurtce, rozluźnione dłonie. Jedyny, który dotąd potrafił rozpalić mnie do tego stopnia. O niebo bardziej niż lik butelek alkoholu, jakikolwiek narkotyk, wszystko naraz. Jest paradoksem. Jest totalnie nieprzewidywalny, kompletnie spontaniczny. Zupełny wariat, jednak dojrzały. Męski i twardy, ale troskliwy i wrażliwy. Obojętny, ale namiętny i energiczny. Anioł w obejściu, istny szatan w łóżku. Gdy byłem młodszy zawsze usilnie doszukiwałem się w nim wad. Mówią, że to pomaga, jeżeli chcesz kogoś olać, dać sobie z nim spokój. Jednak... Ten koleś jest w stu procentach perfekcyjny.
        Odkąd pamiętam co jakiś czas pojawiał się w moim życiu, by potem niespodziewanie zniknąć. Przerwy były różne. Czasem uciekał na tydzień, czasami wracał po kilku latach. Nie sposób było przewidzieć, kiedy znowu się zjawi. Nigdy nie wiedziałem, gdzie przebywa, co robi, z kim jest, co czuje, o czym myśli, czy w ogóle pamięta o moim istnieniu. Gdy próbowałem go o to wypytać - zmieniał temat tak sprytnie, że czasem nawet tego nie zauważałem. Rozpalał moje myśli, zmysły do granic szaleństwa, ale najtrudniej było zatrzymać go przy sobie. 
        Podnoszę głowę, by była na równi z jego własną. Jednak wzrok pozostawiam wbity w zagniecenia na jego kurtce. Dziwna słabość. Nie zrobi pierwszego kroku, póki nie przejmę inicjatywy. Woli się zabawić moją psychiką i zobaczyć, co zrobię. Mogę uciec - złapie mnie i wrócimy do punktu wyjścia. Mogę stać w miejscu oczekując jego ruchu, wtedy jednak obydwaj zostaniemy tu całą ciemną noc. Gaszę papierosa na lodowatej, betonowej ścianie i, nie okazując emocji, sięgam po drugiego. Niespodziewanie chwyta mnie za podbródek, ruchem delikatnym i miękkim, a jednocześnie tak silnym, by podnieść go trochę do góry. Odruchowo spoglądam na jego twarz. Bitwa na oczy...
        I tym razem nic się nie zmienił. Ciemne włosy, coraz bardziej rozjaśniane idąc w kierunku grzywki. Ciemne oczy w kolorze czekoladowej kawy. Idealny owal twarzy. Porcelanowa cera. Wzrok... Ten wzrok. 
        Przegrałem. Boję się patrzeć w te oczy, przypominają mi stanowczo zbyt wiele zdarzeń. Zaczyna mnie boleć głowa. Sięgam po zapalniczkę, zapalić papierosa, jednak on wytrąca mi go z ręki. Spoglądam w jego oczy jeszcze raz, próbując mu pokazać, że się zmieniłem i nie dam sobą pomiatać, jednak... Czuję, że się rozpływam. Wydaje mi się, że dzisiaj nie piłem. Mimo to kręci mi się w głowie, obraz mi się rozmazuje, nogi drżą, a spodnie stają się mokre. 
        Opiera dłonie na ścianie, kilka centymetrów od moich ramion. Czuję na twarzy jego oddech. Szumi mi w uszach i pocę się na całym ciele. Serce biję mi jak nigdy dotąd. Szum w uszach jest nie do zniesienia. Nie jestem w stanie się ruszyć, nogi nawet przestały mi drżeć. Cisza. Mój strach osiąga apogeum. Serce zaraz nie wytrzyma. "Uspokój się, uspokój" - powtarzam w kółko w myślach. To wszystko nie jest przecież warte takiego stresu, adrenaliny, takich emocji. 
        Wieczór. Świat zasnuty mgłą, już powoli zasypiający, wydaje się taki niepozorny i miły. Człowiek myśli, że taki świat nie może go przecież skrzywdzić. Podobnie jak śpiące niemowlę wydaje się być na chwilę szczytem marzeń. A potem zaczyna płakać, wrzeszczeć, robi się czerwone, mokre i... ma się dość. 
        Wokół nas grobowa cisza. Tylko od czasu do czasu bokiem przemyka jakiś czarny kot. Zawsze wtedy rzucam się przed siebie, by przebiec mu drogę jako pierwszy. Bo jeżeli to jest szczęście, to naprawdę boję się, co mogłoby mi się przytrafić dzięki mocy tego czarnego pechowca. 
        "Nie myśl, nie myśl". To faktycznie pomaga. Nie mogę myśleć, jeśli chcę zapomnieć. Powinienem zapomnieć. Powinienem zapomnieć, powinienem zapomnieć, powinienem... Dlatego nerwowo patrzę w kierunku rzeki i wyobrażam sobie, że to nie jego oddech, że to tylko smugi tańczącego wiatru dotykają mojej twarzy. 
- Idziemy. - niespodziewanie przerywa kojącą ciszę. - Do piekła. Razem. 
        Gwałtownie odpycham go od siebie. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale odpycham go i przekonuję sam siebie, że znów mam koszmary. Rozglądam się kurczowo wokół siebie szukając drogi do ucieczki. Nieważne, że to bezcelowe. Może tym razem się uda, może tym razem mnie nie złapie, może tym razem będzie mi obojętny, może tym razem na dobre zapomnę, może tym razem... 
       Całuje mnie w czoło. Delikatnie, bez zbędnych namiętności. Jego dłoń spoczywa na moim ramieniu. Bez żadnego gówniarskiego obmacywania, pieszczenia i Bóg wie, czego jeszcze. Podczas gdy ja stoję bez ruchu, niemalże nieprzytomny, sztywny, on potrafi czuć się tak swobodnie. 
        Tak bezszelestnie. Przegryzam delikatnie wargę, a on spogląda na mnie z góry. Przestaję się bać tego wzroku i całkiem śmiało patrzę mu w oczy, lekko marszcząc brwi. Jego oczy działają w podobny sposób, co muzyka. Będąc małym dzieckiem często potrafiłem niespodziewanie wybuchnąć płaczem, słysząc nową, nieznaną mi wcześniej melodię. Teraz, spotykając się z nim wzrokiem, czuję, że moje powieki stają się zaszklone. Mam wrażenie, że pochłania każdy centymetr mojego ciała. To jakby... pocałunek wzrokiem. 
        Wszędzie wokół panuje cisza. On również milczy. Jednak mimo to czytam płynące słowa z jego oczu. Przeprasza i obiecuje, że tym razem zostanie. Wiem, że nie ma cienia szansy, by tak się stało, jednak to spojrzenie jest tak szczere, że grzechem byłoby przejść obojętnie i nie uwierzyć. Łagodzi mój stres promiennym uśmiechem. Uświadamiam sobie, że właśnie otrzymałem najbardziej trujący, najmocniejszy alkohol świata. Wywołałem wilka z lasu. Nieświadomy, nieprzytomny, z błogim uśmiechem duszy, niezastanawiający się nad skutkami tego, co robię... Uzależniony. Zdecydowanie uzależniony.
        Wyobraź sobie, że jesteś narkomanem. Na chwilę obecną masz pełen asortyment różnorodnych świństw, które sprawią, że poczujesz się jak w bajce. Na spożycie ich wszystkich masz dzień. Potem znikną. Skosztujesz ich? Pamiętaj, że wtedy uzależnią cię jeszcze bardziej. A nigdy więcej ich nie dostaniesz. Co powinienem zrobić?


~~*~~



II: Omamienie.

Dział: Zatracona osobowość. 
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi.



- Co wolisz, Księżyc czy Słońce? - szepczę, próbując wciągnąć go w moją chorą gierkę i omamić tym tanim flirtem. Nie przestaję się uśmiechać.
        Gdzieś w centrum miasta, które tkwi w każdym z nas, leży cmentarz starych miłości. Zadowoleni ze swego dotychczasowego życia szczęściarze zwykle nie pamiętają o tym miejscu. Nagrobki są poprzewracane, wyblakłe, pokryte zatartymi już przez wiatr napisami. Trawa od lat nieskoszona, gęstwina, zarośla, wszędzie plenią się jeżyny i dzikie kwiaty. U mnie wyglądał jednak dostojnie i schludnie niczym cmentarz wojskowy. Idealnie ułożone, podlane kwiaty, wysypane tłuczem i starannie zagrabione ścieżki. Widać ślady częstych odwiedzin.
- Powinieneś na siebie uważać... - kontynuuję. Niewinny flirt powoli przeradza się w przyjacielską grę oczu odbywającą się w strefie intymnych spojrzeń.
        Cmentarz większości ludzi wyglądem nieco przypomina szachownicę. Większość pól jest zaniedbanych lub wręcz leży odłogiem. Kto by sobie zawracał głowę nagrobkami czy też miłościami spoczywającymi pod nimi. Owszem, istnieją groby, które nadal są ważne, nawet jeśli nie mamy ochoty się do tego przyznać. Odwiedzamy je często, szczerze mówiąc, za często. Nigdy nie wiadomo, jak będziemy się czuli po wyjściu z cmentarza. Lżej, ciężej na duszy... Nie sposób przewidzieć, w jakim nastroju będziemy wracać do domu teraźniejszości.
- Dlaczego ty zawsze... - szepcze do mnie. Mój wzrok gwałtownie przeradza się z flirtującego w skupiony. - Zawsze... Kiedy chcę ci powiedzieć, jak bardzo cię nienawidzę, zjawiasz się nie wiadomo skąd, patrzysz na mnie tym wzrokiem, który wywołuje u mnie to pieprzone poczucie winy i...
        Spuszczam wzrok. Znowu to robię... To zdecydowanie moja najgorsza wada - mój cmentarz jest pełen pochowanych miłości, poczynając od krótkotrwałych, przechodząc przez gorące i namiętne, na trwałych kończąc. Trwałych, które odwiedzam zbyt często. Trwałych, na których wiatr nie potrafi zatrzeć nazwisk. Trwałych, za którymi nadal tęsknię.
- Powiedz to. Nie będę patrzył. - odpowiadam cicho i powoli opuszczam powieki. Chcę usłyszeć, co ma mi do powiedzenia. Jednak... Nie mówi. Waha się?
        Czuję, jak jego chłodne dłonie oplatają mnie w pasie i sięgają pod skórzaną kurtkę. Jego ciało zawsze jest tak lodowate... W jakimś sensie nawet mnie to podnieca. Rozpalony i oziębły jednocześnie...
        Wtula się we mnie. Nie otwierając oczu pochylam się lekko i muskam wargami jego delikatny policzek. Czuję, jak jego skóra się napina. Uśmiecha się. Gryzie mnie w ucho. Słyszę jego cichy chichot. Zastanawiam się, czy to dobry moment, aby...


~~*~~