Showing posts with label ucieczce. Show all posts
Showing posts with label ucieczce. Show all posts

16.8.14

Ciekawostki i cytaty nt. Maniakalnego.

Tak, jak obiecałam - wrzucam. Pod ostatnim postem pisałam, że ciekawostek i cytatów może być o wiele mniej, niż było w poprzednim sezonie. Wynika to z tego, że wplotłam teraz więcej dramatu, a mniej komedii, co zapewne zauważyliście. :"D Dlatego śmiesznych cytatów mniej. Ciekawostek mniej, gdyż większość istotnych faktów poznaliście w poprzednim sezonie. A w sumie, co tam, postaram się wykrzesać jak najwięcej. 




CIEKAWOSTKI

1. Martin, podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym, zaprzyjaźnił się z Lisą.
2. Martin, mimo tego, co mówił, nie nienawidzi swoich rodziców. Ma do nich równie obojętne podejście, co oni do swoich dzieci. Elise natomiast mówiła prawdę - nienawidzi ich. 
3. Pacjent, który był współlokatorem Martina, był zdrowy psychicznie. 
4. Jude faktycznie zamknął Martina w swoim domu, by ściągnąć do siebie Elise, która unikała kontaktu z nim. 
5. Rodzicom Martina zapłacono, by pozwolili przenieść go do szpitala. 
6. Dwójka ludzi, której obawiał się Martin pod sam koniec sezonu, należała do grupy ludzi w białych kitlach. Chcieli zabrać go z powrotem, czemu przeszkodziła Elise, tego jednak dowiecie się w trzecim sezonie. 
7. Jude w rzeczywistości nie wiedział, jak potoczą się losy Martina, kiedy ucieknie z jego domu. Sam zganił się za to, że pozwolił mu wyjść do łazienki. 
8. Rodzina Bennettów jest pochowana na tym samym cmentarzu, co Max Carter i Nina Carter. 
9. Keep calm, Alex nigdy nie kochał Luke'a.
10. Pojawiło się dużo różnych wersji odnośnie do Luke'a w komentarzach od Was. W rzeczywistości Luke nie był ani Martinem, ani jego klonem, ani niczym innym. :D Nie był też podstawiony tak, jak pacjent zamieszkujący z Martinem w szpitalu. Podobieństwo z wyglądu do naszego Bennetta to przypadek. Po prostu chciałam Alexowi podwójnie zszargać emocje. 
11. W którymś momencie chciałam Was podświadomie zmusić do tego, byście polubili Susan. Tylko dlatego, że będzie ona dość istotną postacią w kolejnym sezonie. Ale nie powiem Wam, czy nadal będzie czarnym charakterem, czy coś się zmieni. :D Punkt widzenia w sumie zależy od punktu siedzenia. Nie wykluczam, że jest tu jakiś czytelnik, który wolałby, żeby Alex był z Susan bądź Lukiem zamiast Martinem. W sumie gdyby napisać yaoi na podstawie tego yaoi, Alexa można pairingować z każdym - nawet z Elise, jej ojcem lub jego babką. A może Jude? ._.
12. Początkowo chciałam, by Elise zakochała się w Alexie, jednak porzuciłam ten plan. 
13. "Cisza przed burzą" jest idealnym określeniem stylu pisania Maniakalnego. :D
14. Martin w rzeczywistości dostał ten pierwszy list od Alexa. Być może też dlatego był tak wyrozumiały, kiedy się spotkali. Nie, nie dostaniecie go. Nawet nie wiem, czy byłabym w stanie napisać coś rodem z dupy rażonej miłością dziewicy. D: Chyba już wolę nagrać pornola. 
15. Alex zrezygnował ze stanowiska psychoterapeuty dla dobra Martina - bał się, że Luke nadal będzie przychodził na wizyty. 





CYTATY

Alex: Poczułem w sobie coś dziwnego i, jak przypuszczałem, nie była to wina przeterminowanych składników śniadania.



Alex: Mimo to mój mózg uporczywie wysyłał mi perwersyjne widoki z nim w roli głównej. Dlaczego podniecał mnie facet? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie odczuwałem. Przychodzi ci taki na wizytę i nagle zdajesz sobie sprawę ze swojego biseksualizmu. Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Teraz pozostawało mi tylko skupić się na pięknie kobiecego ciała. 



Rita: Zapewne czujesz się dowartościowany, podejrzewam, iż jesteś najwspanialszym kochankiem, jakiego miała. 
Alex: Bardzo dużo ćwiczę, gdy jestem sam. Widzisz coś złego w związku hetero? Rozumiem, że można być nietolerancyjnym, to całe hetero-nie-wiadomo, gwałcą swoje dzieci i w ogóle nie powinni mieć praw do adopcji, ale Rita, jestem twoim bratem, prawda?


Alex: Poczułem w sercu dziwny ucisk. Nie, to nie były wyrzuty sumienia. Sumienie mam czyste. Nieużywane.



Alex: Deszcz lał jak z cebra, więc, korzystając z okazji, wjeżdżałem samochodem we wszystkie kałuże obok chodników, śmiejąc się diabolicznie z wszystkich "oblanych". Zasłużyli. Prawdopodobnie nigdy więcej nie spotka ich już taki zaszczyt z mojej strony.



Rita: I jak się bawiłeś na randce?
Alex: Nie mam dupy z marmuru, moja droga. Panna Susan nie wróciła jeszcze z delegacji, obecnie bada życie seksualne kangurów i nie śpieszy jej się na powrót.



Ann: Panie Carter, ma pan nowego pacjenta. Zdaje się, że już go tutaj widziałam.
Alex: Ann, zwłoki mi się już w szafie nie mieszczą...



Luke: Luke.
Alex: I'm your father.
Luke: Vader fucks my mother?
Alex: Vader liegen on your mother, wanna have a brother?



Rita: Seksu ci się zachciało, a Susan jeszcze nie wróciła?
Alex: Oh no, przejrzałaś mnie. Ale z tęsknoty pisze się wiersze, a ja bardzo lubię cash n' money, jabłka i banany.



Alex: Kontynuowałem terapię, starając się sprowadzać go na inny tor za każdym razem, kiedy podejmował tematy osobiste. Wypytywał mnie o orientację seksualną, o najczęstsze zachcianki i o to, co najbardziej lubię robić w łóżku. Na koniec wizyty napisał mi swój numer telefonu na nadgarstku i wyszedł. Po tej wizycie zacząłem się zastanawiać, czy to aby na pewno nie był Martin, nie znam większego idioty od tego człowieka.



Alex: Powróciwszy do domu ucieszyłem się, że obiad jest już ugotowany, chata wysprzątana, rachunki zapłacone i w ogóle. Innymi słowy na patelni zalegały warzywa ze śniadania, wszędzie walały się łachy Rity oraz, ze względu na nasze lenistwo, wizyta komornika zbliżała się wielkimi krokami.



Alex: Rituś, kochanie. Nie zechciałabyś tu trochę posprzątać? Nie mówię, że twoja brudna bielizna nie jest seksowna, chodzi mi o to, że..



Jude: Jednak ma w swoim ciele chipa, więc znam jego lokalizację.



Bóg:  Cześć, głupi skurwysynie, jakim prawem myślisz, że twoja sytuacja się poprawi? Idiota. Dostaniesz za to w pysk podwójnie.



Alex: Nie wiem, Bogu, co ci odpierdala. Ale gorszego gnoja od ciebie to ja nie znam.
Bóg: Chcesz poznać?



Jude: Twoja mina wyraża więcej niż tysiąc słów, Carter. Dostałeś kosza czy jak?
Alex: Martin chyba wyszedł na kupę.



Martin: A-alex, ale tak w wannie, przecież Rita jest za ścianą i wszystko usłyszy.
Alex: To będziesz musiał opanować swoją rozkosz.



Rita: Chciałam wczoraj iść wcześniej spać. Mogliście się tak głośno nie pichcić.
Alex: Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.



Rita: Znowu ci się włącza to pseudo-ambitne poczucie humoru, jak widzę. Teraz będziecie z Martinem bujać się po zielonych błoniach i emanować szczęściem tak, że wszyscy naokoło będą pytać "Jak to zrobiliście, że jesteście tak szczęśliwą parą?".
Alex: A ja odpowiem im, że jesteśmy powierzchowni i nie mamy nic do powiedzenia



Alex: Jaka głupia by nie była, miała rację. Mimo że czasem jej filozoficzne wywody przypominały przemyślenia wczesnych południowoamerykańskich żyrandoli, zdarzało się jej czasem powiedzieć coś w miarę ambitnego. Liczyłem, że to nie przypadek. 




Ano, także za wiele tego to tutaj nie ma, aczkolwiek mam zamiar nadrobić komediowe wątki w następnym sezonie. :"D Tak czy siak, z tego, co planuję na chwilę obecną, nie będzie on tak zagmatwany jak drugi, jednak będzie bardziej szokujący, bo zostaną wyjaśnione kolejne sprawy, których nie wyjaśniłam w tym. Zastanawiam się jeszcze nad kreacją bohaterów, bo jedyne co mam w głowie to początek fabuły i odczucia każdego z istniejących już postaci. Także - jeśli macie jakieś sugestie, piszcie, na pewno wezmę je pod uwagę. :"D
~Lisu
PS. Pierwszy rozdzialik trzeciego sezonu dziś punkt 20.00!

15.8.14

Jude.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 18
Gatunek: Yaoi.



               Czyżby Bóg postanowił mi jednak pójść na rękę? Nie ufałem do końca jego działaniom i obawiałem się, że to tylko cisza przed burzą. Mimo to nie potrafiłem nie cieszyć się faktem, iż Martin tego samego ranka, zaraz po upojnej nocy, wrócił do domu, by zabrać stamtąd swoje rzeczy. W zasadzie został mu jakiś miesiąc do oficjalnej pełnoletności, miałem nadzieję, że jego rodzice nie będą mieli nic przeciwko. Zaraz... czy on ma zamiar im powiedzieć, że wprowadzi się do swojego o dziesięć lat starszego faceta?
               Tego samego ranka udaliśmy się z Ritą na pogrzeb ojca. Ludzie dziwili się naszą siłą psychiczną, jednak obydwoje w głębi duszy cieszyliśmy się powrotem Martina, dlatego nie potrafiliśmy jedynie smucić się i żałować. Jego śmierć była dla mnie również swego rodzaju nauczką, palił więcej niż ja. 
               Rita pytała mnie wielokrotnie, czy ze mną aby na pewno wszystko w porządku. Kiedy zwierzyłem się jej, że to Nina była moją prawdziwą matką, początkowo nie była w stanie uwierzyć. Gdy już udało mi się to udowodnić, zaczęła rzewnie płakać. W końcu straciłem obydwoje rodziców. To tylko sprawiło, iż czułem się podwójnie odpowiedzialny za Ritę, chociaż jej matka nadal dumnie stąpała po tym świecie. Nie pojawiła się na pogrzebie, jednak zadzwoniła do nas, by pocieszyć Ritę oraz zaprosić mnie do firmy tego samego dnia. Wiedziałem, że do samego końca traktowała ojca jak wroga, mimo to nie była w najlepszym nastroju tego dnia i otwarcie przyznała się do tego, iż żałuje, że nie pojednała się z nim przed jego śmiercią. Podpisałem papiery, po czym udałem się do domu pana Rooy'a.
— Alex, dobrze się składa — powitał mnie serdecznie. — Susan nie ma w domu, ale jeśli chodzi o ślub...
— Przykro mi to stwierdzić, jednak nie będzie żadnego ślubu — odpowiedziałem z uśmiechem. 
— Carter, miałem cię za odpowiedzialnego człowieka, a ty nagle... zmieniasz zdanie? — nie dowierzał.
— Nie zmieniłem zdania, panie Rooy. Wrobiono mnie. Nigdy w życiu nie oświadczyłem się pańskiej córce — dodałem.
— Sugerujesz, że ona znowu...? — spytał.
— Tak. W każdym razie jestem tu w innej sprawie — kontynuowałem. — Jeśli o to chodzi, faktycznie, zmieniłem zdanie, jednak zrobiłem to ze względu na burzenie się mojego życia prywatnego. Postanowiłem jednak rzucić pracę psychoterapeuty na rzecz swojej firmy.
— Stałeś się wypalony zawodowo, Carter, skoro nie dajesz sobie już rady z pacjentami! — zaśmiał się, klepiąc mnie po plecach. Miał w tym sporo racji. — W takim razie pozostaje mi tylko pogratulować ci! Napijmy się, skoro już jesteś. 
               Radości nie było końca. Schlaliśmy się w trzy dupy i śmialiśmy z kiepskich dowcipów szefa. Co by pomyślał ojciec, gdyby wiedział, jak postępuję po jego pogrzebie... Tak czy siak musiałem spędzić u niego trochę czasu. Nie chciałem zostawiać samochodu pod jego apartamentem, a musiałem wytrzeźwieć, by móc prowadzić auto. W takim stanie rzeczy wróciłem do domu grubo po dwudziestej. Ku mojemu zdziwieniu Martina jeszcze nie było. Zadzwoniłem do niego. Zbierał się powoli.
— Powinienem być przed dziesiątą — zawiadomił.
— Dużo masz gratów? Przyjadę po ciebie — zaproponowałem.
— Nie ma potrzeby, poradzę sobie — zaśmiał się. — Niepokoi mnie pewien fakt, do rodziców znowu przyjechali dziwni ludzie. Ale nie mają na sobie białych kitlów. 
— Chyba jednak przyjadę — odparłem stanowczym tonem.
— Spoko będzie, nie fatyguj się — zachichotał. — Tak tylko mówię, skoro mamy nie mieć przed sobą tajemnic.
               Uśmiechnąłem się, kiedy to usłyszałem. Czułem się teraz naprawdę szczęśliwy. Nie pamiętałem już wszystkich tych niemiłych zdarzeń, które miałem za sobą. W końcu wyszło dla mnie słońce. Wiedziałem, że już nigdy nie będę obawiał się deszczu. Zdawałem sobie sprawę z tego, iż nic gorszego mnie już nie spotka. Czyżbym kusił los? Nie sądzę. Miał złą strategię, wykorzystał wszelką broń, jakiej mógł na mnie użyć. Szach mat. Pokonałem go cierpliwością i wewnętrzną siłą. 
— Chciałam wczoraj iść wcześniej spać — zaczęła Rita. — Mogliście się tak głośno nie pichcić.
— Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem — odparłem. 
— Znowu ci się włącza to pseudo-ambitne poczucie humoru, jak widzę — rzuciła arogancko. — Teraz będziecie z Martinem bujać się po zielonych błoniach i emanować szczęściem tak, że wszyscy naokoło będą pytać "Jak to zrobiliście, że jesteście tak szczęśliwą parą?".
— A ja odpowiem im, że jesteśmy powierzchowni i nie mamy nic do powiedzenia — odpowiedziałem, wywołując u niej niepohamowany atak śmiechu. — Zrezygnowałem z pracy u Rooy'a.
— No w końcu, no w końcu — uśmiechnęła się, szczypiąc mnie po policzku. — W końcu wydoroślałeś. Może teraz Bóg cię pokocha. 
— Nie liczyłbym na to — westchnąłem.
— Dlaczego? Czyżbyś miał wrażenie, że to cisza przed burzą? — zapytała.
— Owszem. Uczę się na własnych błędach — odpowiedziałem. 
— Nie traktuj tak tego, całe życie zmarnujesz za zamartwianiu się i przestaniesz się nim cieszyć — powiedziała. — Co będzie, to będzie. Żyjmy teraźniejszością.
               Jaka głupia by nie była, miała rację. Mimo że czasem jej filozoficzne wywody przypominały przemyślenia wczesnych południowoamerykańskich żyrandoli, zdarzało się jej czasem powiedzieć coś w miarę ambitnego. Liczyłem, że to nie przypadek. 
— Kurwa mać, Carter! — wydarł się jegomość, wpadając nagle do naszego mieszkania, mało nie wyważając drzwi. — Dalej ze mną na dół!
               Spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem, poznając nagle jego tożsamość. Był to nikt inny, jak Jude Lisovsky. Początkowo obawiałem się, iż to jedna z jego chorych gierek, jednak, co jak co, nie był tak dobrym aktorem, by wyczarować sobie łzy i aż tak zmarnowaną twarz. Rzuciłem Ricie porozumiewawcze spojrzenie, po czym pognałem z nim na dół. Kazał mi wsiąść z nim do auta. Nie podobał mi się ten pomysł, ale bałem się, że coś się stało. W końcu Jude ani razu mnie nie oszukał. Poza tym chodziło mu jedynie o Elise, byłem w stanie zrozumieć jego desperację miłosną, gdyż sam miałem okazję ją przeżyć. 



Jednak to, co powiedział mi po drodze, naprawdę mnie zniszczyło. 



               Już po chwili byliśmy przed domem Bennettów. Stał w płomieniach. Wyniesiono z niego cztery doszczętnie spalone ciała. Z lekkim uśmiechem spojrzałem ku niebu. 
— Posunąłeś się do czegoś takiego, skurwielu? — zapytałem Boga wprost. — Zobaczymy, kto wyjdzie z tego cało. Rzucam ci wyzwanie, gnoju. Zrób wszystko, by mnie zniszczyć. Sprawdzimy, jak wiele jestem wart. 
               Jude lamentował. Nie widziałem go wcześniej w takim stanie. Sam zaś stałem w milczeniu. Nie szlochałem, nie płakałem, nie żałowałem. Byłem wściekły. 
— C-carter, może... może to nieprawda, może... cholera...
               Przewidywał miliony opcji, które karmiły go nadzieją, że Elise udało się przeżyć ten wypadek. Dopiero, kiedy zobaczył postawione zimne nagrobki na samym końcu cmentarza, dał sobie spokój. Zamknął oczy i pozwolił łzom bezkreśnie spływać.



K  O  N  I  E  C 

_____________________________________________________________
K, tym razem bez jaj co do kolejnego sezonu - tak, mam zamiar to zrobić. Może mnie zapytacie "Kurna, Lisu, pojebało cię, jak masz zamiar robić trzeci sezon, skoro uśmierciłaś głównego bohatera?!". Znajdziecie odpowiedź na to pytanie, nie martwcie się. :"D W końcu mogę się jeszcze trochę poznęcać nad Alexem, skoro jestem Bogiem, prawda? Bycie Bogiem to chyba dobry wzór. :O Oczywiście standardowo wrzucę ciekawostki i najlepsze cytaty (których w tym sezonie, jak przypuszczam, będzie o wiele mniej, ale zobaczymy). Ciekawość mnie zżera co do Waszych reakcji!

Permisywizm.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 17
Gatunek: Yaoi.



Legenda głosi, że mamcia Lisa przełożyła spontaniczny wyjazd w góry na inną, spontaniczną datę. Wracam więc, by Was trochę... a, kurde, nie, ten post jest nieco inny niż poprzednie XD" W dodatku dłuższy *i tu wszyscy mają skojarzenia*. Jeny, co ze mnie wyrośnie. Generalnie to proszę Was o wsparcie, jestem na silnych lekach co najmniej pół roku, a w internetach piszą, że jarać i pić nie można, cojapoczne! Wiele mogę z siebie dać, ale zabrać mi Marlboro Red... Chyba nie dostosuję się w 100% do zaleceń lekarskich. W razie, jakbym umarła, dam Wam znać, strasząc po nocach, czy coś tam. Miłego!
PS. Polubcie SNAYS, jeśli nie lubicie!
______________________________________________________________________



               Znasz to uczucie, kiedy, niezależnie od faktów, czujesz, że jesteś już na przegranej linii? Nie łudzisz się nadzieją, iż coś ulegnie zmianie, poddajesz się, rezygnujesz, spuszczasz głowę i jedynym obiektem, na którym się skupiasz, są twoje stopy. Nie próbujesz walczyć, za wszelką cenę wygrać, mimo że nie brak ci dobrych argumentów. Po prostu zdajesz sobie sprawę ze swojej winy. 
               Zrobiłbym teraz wszystko, by móc... może niekonieczne cofnąć czas, ale w jakiś sposób odkupić swoje winy. Znałem Martina bardzo dobrze, jednak nie miałem pojęcia, jak zareaguje na dość jednoznaczną z jego perspektywy zdradę. 
— Cześć. — Zwyczajnie się przywitał. Jakby wyplenił wszystkie goszczące w jego sercu uczucia. Wyrzucił je za drzwi?
               Nadał byłem niestabilny emocjonalnie. Podjudzała mnie dodatkowo propozycja Jude'a oraz śmierć ojca. Przestałem myśleć logicznie. Nie było mowy o słuchaniu rozumu. Nie pamiętam teraz, co dokładnie powiedziałem wtedy Luke'owi. Wydaje mi się, że dość mocno go spoliczkowałem, po czym rzuciłem agresywną wiązankę o kokietowaniu zajętych ludzi mimo ich ostrzeżeń i odmów. Chwilę później osunąłem się bezwładnie na ziemię, a czerń zajęła wszystko, co dotychczas miałem przed oczyma.
               Omdlałem? Zapewne. Widzę, że jednak myliłem się co do braku związku między psychiką ludzką a ciałem fizycznym człowieka. Cóż... Miałem teraz wystarczająco dużo czasu, by wszystko przemyśleć. Nawet, jeśli umarłem. Umarłem? To też było możliwe. Nie mam pojęcia, co się dzieje po śmierci, ale to mogło być to. 
               Nie byłem godzien błagać Martina o wybaczenie. Mogłem go jedynie przeprosić i zdać się na niego i jego decyzje. Stoczyłem się na samo dno i nie miałem siły się podnieść. Czułem, że już nigdy nie będę w stanie odetchnąć z ulgą. Ciążący nade mną kamień coraz bardziej naprężał nić, na której wisiał, jednak nadal nie spadał. 
               Do moich lekko przymrużonych powiek dostało się światło. Przekręciłem lekko głowę. Zastanawiałem się, gdzie jestem. W niebie? W piekle? Może jednak przeżyłem? Z trojga złego trzecia opcja była dla mnie najlepsza. Chyba łudziłem się, że uda mi się odkupić jeszcze swoje winy.




Zdębiałem.




               Dobrze znałem ten zapach, ale nie sądziłem, że nie jest on wytworem mojej wyobraźni. Rzeczywistość sparaliżowała moje ciało. Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia, nie mogąc się ruszyć ani wykrztusić z siebie słowa. Leżałem w łóżku, wtulony w prawe ramię Martina, który, obejmując mnie delikatnie, słodko spał. Przytulał mnie dokładnie w taki sam sposób, w jaki ja zwykłem trzymać jego. 
— Obudziłeś się. — On również otworzył oczy. Chwilę później wybuchnął śmiechem, widząc moje przerażone spojrzenie. — Czemu masz takie wielkie gały?
— Żebym cię mógł lepiej widzieć. — Jak zwykle paplałem, co mi ślina na język przyniosła. W jakimś sensie ja i Martin byliśmy do siebie podobni. Bałem się mówić cokolwiek więcej. 
— Przeczytałem karteczkę, którą zostawiła ci Rita. — Dopiero, gdy to powiedział, uświadomiłem sobie, że ten dzień nadal trwa. — Może dlatego się nad tobą zlitowałem. Nie potrafię być, kurna, zły.
— Nie mam pojęcia, jak długo cię nie było, ale... — Zdobyłem się na odwagę i wyrzuciłem coś z siebie. — Przez ten czas działo się tak wiele rzeczy... 
               Zmrużyłem oczy. I wtedy doznałem pewnego olśnienia, które postanowiłem wcielić w życie. Tak, jak chwilę wcześniej nie byłem w stanie wyciosać z siebie ni słowa, tak teraz poczułem, że spłynie ze mnie potok słów.
— Martin, ja wiem, ja nie powinienem teraz cię o nic prosić, powinienem robić ci śniadania do końca życia, ale to i tak nie wystarczy. — Zacząłem tłuc słowo po słowie, nie zważając na to, jak banalnie brzmiałby moje wypowiedzi. Brunet cicho zachichotał. — Ale... chyba obydwoje byliśmy zbyt zakłamani. Mówmy sobie od teraz wszystko, nie komplikujmy sobie życia. Jeśli tylko zapragniesz nadal ze mną być...
               Łzy po raz kolejny spłynęły po moim policzku. Martin uśmiechnął się szeroko i pogłaskał mnie troskliwie po głowie. Nie wyglądał na rozgniewanego. To tylko potęgowało moje poczucie winy i wyrzuty sumienia.
— W takim razie powiedz, co się działo, kiedy mnie nie było. 
               Trudno mi było opowiadać o tym wszystkim, dlatego od czasu do czasu robiłem krótką pauzę, by móc odetchnąć. Wizyty i zachowanie specyficznego pacjenta łudząco przypominającego Martina. Wizyta Rity w domu Bennettów. Wypadek samochodowy. Ciężki stan siostry. Rozmowa z pielęgniarką z oddziału, Evą Bennett. Moja wizyta w domu Bennettów. Zamknięcie mi drzwi przed nosem. Spotkanie z Elise. Rozmowa telefoniczna z Judem. Strategie odbicia Martina. Obiad u szefa i oznajmienie fałszywych zaręczyn. Pogarszający się stan Rity. Operacja i powrót siostry do domu. Wizyta w szpitalu psychiatrycznym. Brak Martina. Powtórzenie dwóch ostatnich sytuacji. Wizyta Lisy. Kłótnia z Ritą. Wizyta Elise i oświadczenie o przeniesieniu Martina do innego szpitala. W końcu warunki Jude'a... Śmierć ojca. Nie pominąłem żadnego szczegółu, nawet biadolenia Elise o jej stosunkach z rodzicami. Martin był wyjątkowo zaskoczony, mimo to...

Nie był zły. 

               Trafiłem na najbardziej kochanego człowieka stąpającego po tej Ziemi. Nie gniewał się nawet po tym, co zobaczył na własne oczy. 
— Niemożliwe... Alex, podziwiam cię, że udało ci się to przejść. — Tylko tyle usłyszałem z jego ust. 
— Martin... Nie wyglądasz na wściekłego. — Obawiałem się poruszać ten temat, jednak wolałem być uświadomiony. 
— Mówiłem ci, jakoś nie potrafię być zły. Tym bardziej po tym, co powiedziałeś. — Był zdecydowanie zbyt wyrozumiały. — W jakiś sposób nawet cieszę się, że na czas mojej nieobecności miałeś kogoś, kto ci mnie zastąpił. 
— Martin, nie pierdol takich głupot. — Poderwałem się do pozycji siedzącej, ganiąc go właściwie za własne grzeszki. 
— Gdybym był na twoim miejscu, zapewne byłbym na prochach, miałbym kilka panienek na boku, rzuciłbym pracę. Może nawet coś bym sobie zrobił. — Gdy wypowiadał te słowa, czułem, jak moje poczucie winy zmienia się w ogarniającą mnie radość. — Ta historia byłaby wielkim ciosem nawet dla osoby wyjątkowo silnej psychicznie.

Wydoroślał, skurwiel. 

— Jeśli chodzi o Jude'a, nie przejmuj się tym gnojkiem — zaśmiał się. — Rękę dam sobie urżnąć, że prowadził całe to śledztwo tylko po to, by mieć u swojego boku Elise. A ta gadka z moim ciałem... Zapewne chciał mnie wziąć jako zakładnika i zmusić do czegoś siorę. I jestem pewien, że zamknął mnie u siebie w chacie z dokładnie tego samego powodu. Nie martw się, chipa już usunąłem. 
— Poważnie? — zdziwiłem się. — To by wyjaśniało panujące między nimi relacje. Za każdym razem, gdy się spotykaliśmy... 
— Elise nienawidzi rodziców tak samo jak ja — odparł.
               Zdębiałem. Przy moim wychowaniu nie było takiej opcji, by skrywać jakąkolwiek urazę do rodziców. 
— Obydwoje są medykami. Strzelam, że to dlatego są tak wypaleni emocjonalnie. Nie potrafią być dumni, nie umieją nas wspierać. Nasza rodzina zbudowana jest na fundamencie... Nie, tam nie ma żadnego fundamentu. Wszystko zaczyna się i kończy na wspólnych obiadach i finansowaniu nam niezbędnych rzeczy — dodał. 
               Szokowało mnie każde jego słowo. Może i nie minęło wiele czasu, odkąd jesteśmy razem, jednak dziwiły mnie fakty, o których pojęcia zielonego nie miałem. I pomyśleć, że byłem przekonany, iż czytam z Martina jak z otwartej księgi. Okazał się wówczas być zupełnie inną osobą, niż podejrzewałem. 
— W takim razie chyba wiemy o sobie wszystko, co? — zaśmiał się. — Szczerze mówiąc jest jeszcze jedna rzecz. Zrobiłem badania i mnie wypuścili, ach wolności! 
— Martin, wprowadź się do mnie — rzuciłem krótko. 
— P-poważnie, tak już, teraz, nagle? — spytał ze zdziwieniem.
— No. I nie przyjmuję sprzeciwów — nakazałem.
— Dobra, ale najpierw wspólna kąpiel — zachichotał.
                Początkowo czułem pewien opór, coś na rodzaj wstydu. Może dlatego, że nie miałem z nim kontaktu przez jakiś czas. Mimo to wiedziałem, że w końcu będę mógł zaspokoić swoje i jego potrzeby. Jednak... widok jego nagiego ciała sprawił, że coś we mnie pękło. Usiadł w wannie naprzeciwko mnie. Było mało miejsca, wsunąłem więc swoje kolana między jego. 
— Zamiast robienia tych śniadań do końca życia, możesz mnie umyć. Nie chce mi się ruszać. Wolę rozkoszować się przyjemnością kąpieli w wannie po tych wszystkich wieczorach spędzonych pod szpitalnymi prysznicami — odparł.
— Potem — rzuciłem krótko, podnosząc się, by chwilę później przykucnąć przed nim. Położyłem jego kolana na swoich ramionach i pochyliłem się nad nim, całując delikatnie jego wargi. Tym razem nie był to typowy, zaborczy, męski pocałunek. Brakowało mi tego smaku. Zsunąłem się na jego kark. 
— A-alex, ale tak w wannie, przecież Rita jest za ścianą i wszystko usłyszy — wymamrotał szybko.
— To będziesz musiał opanować swoją rozkosz — odparłem, na co zalał się już nie dziewiczym rumieńcem. 
               Całowałem delikatnie jego obojczyki, lekko gryząc skórę. Schodziłem stopniowo do coraz niższych partii ciała. Pieściłem wargami jego lewy sutek, jednocześnie bawiąc się palcami drugim. Wzdychał z rozkoszy, ponaglając mnie do dalszego działania. Przesunąłem językiem po jego brzuchu, na co zareagował lekkim skurczem. Wziąłem jego członka do ust. Zdziwił się, w jego przypadku robiłem to po raz pierwszy. Zacisnął kolana na mojej szyi i zakrył twarz dłońmi, po czym zaczął wierzgać na prawo i lewo. Przyspieszyłem ruchy warg słysząc, jak jęczy z przyjemności. W ostatniej chwili odsunąłem się, a biała ciecz moment później spływała po mojej twarzy. Postanowiłem nie dawać mu momentu na wytchnienie i bez zbędnego rozpychania zacząłem szybko w niego wchodzić. Wanna lekko trzeszczała, jednak stwierdziłem, że Ricie nie będzie to za bardzo przeszkadzać. Balansowałem biodrami stopniowo coraz szybciej, wywołując u Martina falę niepohamowanych westchnień. Tym razem postanowiłem wejść do samego końca, mimo że nigdy wcześniej sobie na to nie pozwalałem. Zatrzymałem nieco swoje podniecenie i kazałem mu jeszcze trochę wytrzymać, nie chciałem dochodzić w marnej połowie. Przyspieszyłem. Oczy Martina zaszkliły się łzami. Zawahałem się. Jednak szeroki uśmiech, którym chwilę później mnie obdarzył, zmotywował do dalszego działania. Udało mi się dojść w jego najdalszym zakamarku. Chwilę później bezwładnie osunąłem się na jego tors. 

14.8.14

Bóg.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 16
Gatunek: Yaoi.



Yo. Dzisiaj wrzucam Wam od razu dwa pościki (ten jest drugi), jako że trzymałam je w zanadrzu, a dziś (prawdopodobnie) spontanicznie wybywam w góry. Generalnie mogłabym owy post zostawić na swój powrót, jednak wrzucenie go teraz i trzymanie Was w niepewności po tym rozdziale, a nie po poprzednim, będzie jak wyrywanie nóżek komarowi, którego jeszcze się nie przygniotło o wiele ciekawszym zabiegiem, jak sądzę. Nadal twierdzę, że coś/ktoś z nieba ześle mi pomysł na offtop. Nie, nawet w akcie desperacji nie nagram Wam pornola. ._. Bez jaj!
Czymcie sie.
~lis
______________________________________________________




               Tego dnia Mithra zdecydowała się ostatecznie oddać firmę w moje ręce, powierzając mi opiekę nad wszystkimi interesami. Mimo to lubiłem swoją starą pracę i nie zmieniłem podjętej wcześniej decyzji - nadal chciałem być psychoterapeutą. Niezależnie od czerpanych z tego dochodów. Tego dnia nie tylko przejąłem firmę, ale również zdałem sobie sprawę z tego, iż Bóg istniał. Istniał, dawał mi dowody i usiłował za wszelką cenę pomóc. Jednak poległem. Nie byłem godzien. 
— Dobrze... — Usłyszałem ciche westchnienie z rozkoszy, kiedy rozpinałem mu koszulę, całując jednocześnie wątłe obojczyki. Jego skóra była przyjemnie ciepła. Uszczypnąłem lekko jego sutek, powodując u niego kolejną falę upojenia. Przylgnąłem do niego całym ciałem, brutalnie gryząc jego chłodne wargi. Były wyjątkowo delikatne i podatne na zranienia. Lubowałem się w wolno spływających wąskich strużkach jego krwi. 



"Chcesz tego?" - usłyszałem niespodziewanie w swojej głowie. Wszystko wokół zdawało się być filmem, a ja byłem jedynie widzem siedzącym w kinie. "Pragniesz go?".



               Bezsenność zostawiła mnie w spokoju jakiś czas temu, mimo to czułem się ospały i zmęczony. Nie wiedziałem, co się dzieje wokół mnie. Ten stan przypominał moment przed utratą przytomności.




"Jesteś pewien, że to jego pragniesz?"




               Jego kark był tak przyjemnie słony, że postanowiłem skosztować go nieco głębiej. Podobało mi się brutalne traktowanie go, więc nie żałowałem sobie dalszego wgryzania się w jego skórę.





"Wybór należy do ciebie. Druga, zbędna w tym związku osoba, zostanie usunięta."





               Zobaczyłem, jak całe życie przelatuje mi przed oczami. Widziałem wszystkie momenty spędzone z Martinem - pierwszą wizytę. Moment, w którym przybiegł do mojego domu po raz pierwszy, uciekając przed policją. Widok jego słodkiego snu w mojej sypialni. Droczenie się ze mną w środku nocy. Wizyta opuszczonej chaty. Wizyta w jego domu. Piwo w pubie. Wszystko. 
— D-dlaczego... — jęknął, osuwając się na podłogę. Jego oczy zaszkliły się łzami. 
— Wybacz, Luke. Przepraszam cię z całego serca — odparłem, wywołując u niego szok. Nie spodziewał się najwyraźniej, że osoby mojego pokroju są zdolne do przepraszania. — Przepraszam, jeśli cię skrzywdziłem, ale... Nie chcę, żebyś tu więcej przychodził. 
               Zarzuciłem na siebie płaszcz i trzasnąłem drzwiami, zostawiając go samego w gabinecie. To była moja ostatnia wizyta tego dnia, a zarazem ostatnia wizyta Luke'a w jego życiu. Wróciłem do domu.
               Postanowiłem zapalić papierosa jeszcze zanim wszedłem do mieszkania. Stałem przed budynkiem i rozmyślałem. Nie czułem się usatysfakcjonowany swoim zachowaniem, mimo że wiedziałem, iż postąpiłem właściwie. Nadal coś mnie gryzło. Z transu wybudził mnie dzwonek telefonu. 
— Tak? — Odebrałem niezwłocznie. 
— Cześć, Carter. — Nie sugerując się barwą ani tonem głosu, byłem w stanie odgadnąć z kim rozmawiam. Tylko on zwracał się do mnie w taki sposób. 
— Pan Lisovsky, witam. — Przywitałem się ze sztuczną życzliwością.
— Mam pewien plan, który wyciągnie Martina z psychiatryka w jeden dzień. — Jego śmiech nie wskazywał niczego dobrego, jednak udało mu się rozpalić ogień nadziei w moim sercu. 
— Czego chcesz w zamian? — Byłem przekonany, że nie otrzymam niczego za darmo. 
— Ciało Martina na jedną noc. Nie będzie negocjacji. 
               Gwałtownie rzuciłem telefonem o ścianę budynku. Wyłączył się. Spojrzałem na swoje dłonie. Nigdy wcześniej się tak nie trzęsły. Nie panowałem nad swoim ciałem. Obawiałem się, iż nie uda mi się dotrzeć do mieszkania. Mimo to podjąłem próbę. Wczołgałem się na piętro i z trudem wycelowałem kluczem w zamek. Wlazłem powoli do środka i oparłem się o drzwi. Dusiłem się powietrzem. Oddychałem szybko i niemiarowo. Podszedłem do stolika, gdy tylko zauważyłem na nim dużą kartkę.


Alex! Wybacz, że inf. Cię w taki sposób, ale nie ma czasu
Jestem w szpitalu
Ojciec nie żyje


               Przewróciłem się na ziemię. Zalegałem tak dobre kilka minut, nie myśląc o niczym. Zupełnie niczym. Wpatrywałem się w jeden martwy punkt, nie mrugając oczami. 
— Nie pozwolę ci na to. — Usłyszałem to zdanie zaraz po tym, jak ktoś wparował do mieszkania. — Boże, co ci jest...
               Luke pochylił się nade mną i pomógł wstać. Podał mi szklankę wody i wmusił ją we mnie. Był przerażony, jednak starał się stwarzać pozory silnego charakteru. 
               



Znowu to zrobiłem. Znowu byłem zbyt roztrzęsiony, by nad sobą panować. Znowu go pocałowałem. Zwyczajnie objąłem i pocałowałem, nie myśląc o niczym. 

Nie reagowałem nawet na donośne pukanie do drzwi. Liczył się tylko on. Tylko on przyszedł tu, by mi pomóc. Nie zapomniał o mnie. Dlatego chciałem go pocałować.

Jednak drzwi otworzyły się same. Bóg postanowił uświadomić mi moją głupotę.




Stojąca w nich postać wyglądała zupełnie tak samo jak Luke. Była mojego wzrostu. Miała kruczo-czarne włosy i ciemne, przepełnione mrokiem oczy. Tylko karnację miała trochę bledszą. Nazywała się Martin Bennett.



Pragnienie i pożądanie.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 15
Gatunek: Yaoi.



               Zastanawiam się czasem, dlaczego ludzie skłonni są do dążenia do celu w zaparte, po trupach, tylko po to, by przed samym osiągnięciem szczytu - zbezcześcić brutalnie całą swoją pracę. Analizuję ludzkie zachowania nie od dziś z przekonaniem, że jako psychoterapeuta jestem w stanie widzieć więcej, a dzięki temu skuteczniej pracować nad samym sobą. Zdaję sobie sprawę z tego, iż każdemu zdarzają się momenty słabości. Los tylko czeka, by trafić maczetą w piętę Achillesa.
— Pocałowałeś mnie. — Spojrzał na mnie ze szczerym zdziwieniem, jednak dostrzegłem ten zawadiacki uśmieszek. — Nie wybrniesz, nie próbuj nawet kłamać. Zrobiłeś to. 
               Zmrużyłem powieki, chcąc zbudzić się ze złego snu. Dawno nie czułem się tak podniecony, a widok, który miałem przed oczyma, dodatkowo podsycał to, podjudzając mnie do złego. Kolana się pode mną ugięły. 
— Skoro zrobiłeś to raz, w dodatku z własnej, nieprzymuszonej woli, nie powinieneś mieć nic przeciwko kolejnemu, prawda? — On zdecydowanie był głodny moich warg.
               Poczułem się jakby oblewała mnie zewsząd magma. Topiłem się. Nie jestem w stanie nazwać tego inaczej. Krótką chwilę później spłynął na mnie lodowaty wodospad. Nie było to nieprzyjemne uczucie, wręcz przeciwnie - odnosiłem wrażenie, że zmywa ze mnie wszelkie winy, kojąc przy tym powstałe już wcześniej rany. Wpijałem się w jego usta nie poprzestając na jednym pocałunku. Wciąż pragnąłem więcej i więcej, całując go zaborczo. Wplotłem palce w jego szorstkie włosy, przeczesując je delikatnie, by po chwili szarpnąć je z całej siły. Rozkoszy nie było końca. Pustka została chwilowo wypełniona. Jednak zegar musiał w końcu zabić.
— Luke, idź już — wymamrotałem, odpychając go od siebie po desperackim akcie miłości. — Wystarczy. 
— Czy to nie ja powinienem ciebie odepchnąć? — spytał, chichocząc. 
— Wyjdź — odpowiedziałem, podchodząc do okiennicy i gwałtownie przeszukując kieszenie. Odpaliłem papierosa.
— Niekoniecznie pozwolę, byś traktował mnie jak zabawkę — odparł, poważniejąc nagle. — Daruj sobie, jeśli masz zamiar dotykać mnie tylko po to, by chwilę później odepchnąć i wyrzucić za drzwi.
— Dobrze wiesz, że kogoś mam, dlaczego mnie podjudzasz? — zapytałem, wprowadzając go jednocześnie w oszołomienie.
— Gdyby ten ktoś dawał ci szczęście, nie byłbyś tak spragniony moich warg — rzucił krótko, po czym opuścił gabinet, trzaskając drzwiami. Teraz i jego miałem na sumieniu. 
               Martina nie było zaledwie kilka dni, a chorzy adoratorzy nie dawali mi spać. Susan kręciła się koło mnie węsząc wszędzie, Luke kokietował mnie i podrywał... Byłem zszokowany faktem, że dopuściłem do czegoś takiego. Poprzednim razem pozwoliłem mu na to, by mógł mnie dotknąć. Teraz... Teraz sam przejąłem inicjatywę. Wystarczył mi widok, jak podnosi się z krzesła i idzie w moją stronę. Zawiesza ręce na mojej szyi i wpatruje się mi prosto w oczy. Nie byłem w stanie tego zahamować. Brutalnie rzuciłem się na niego i zacząłem całować. Zbluzgałem siebie w myślach. Mimo to postanowiłem nie rozmawiać o tym z Martinem. Nigdy. Uznałem to za jednorazową wpadkę, totalnie bezuczuciową grę, o której nie warto wspominać. Nie wiem, czy to było uczciwe, jednak zdawałem sobie sprawę, iż jest to najbezpieczniejsze wyjście dla każdego z naszej trójki. 
               Wypalałem stopniowo coraz więcej papierosów. Nabawiłem się kaszlu palacza. Odnosiłem wrażenie, że zwisa nade mną wielki kilkutonowy kamień zawieszony na cienkiej niteczce. To uczucie nie pozwalało mi się zrelaksować i nakazywało żyć w ciągłej rutynie. 
— Szybko dzisiaj wróciłeś. — Rita powitała mnie ciepłą kawą z mlekiem i cukrem. Znowu zapomniała, że nie słodzę.
— Tak... — Potaknąłem głową. Wyjąłem z szafy szklankę i nalałem sobie zimnej wody. Wypiłem naraz, opierając się plecami o blat kuchenny.
— Gadaj. — Rita zwykła załatwiać sprawy stanowczo i szybko, bez zbędnych ogródek. Wiedziałem, że nie da za wygraną, póki nie opowiem jej całej historii. Postanowiłem poddać się bez walki. Lepiej dla mnie. 
— Zdradziłem Martina.




To było równie bolesne fizycznie, co psychicznie.




               Leżałem na zimnych kafelkach podłogi czując, jak krew strumieniami wypływa z mojego nosa. Patrzyłem, jak krwista ciecz sączy się powoli po podłodze, zapełniając drobne szpary między płytkami.
— Co ci do tego pustego łba znowu strzeliło?! — Tak bardzo chciałem oszczędzać jej zdrowie po operacji. Wszystko poszło na marne. — Mało ci problemów?! Nie wystarcza ci już, że Susan kręci się dookoła jak smród po gaciach, że twoja siostra miała wypadek... Jak wiele potrzeba, żebyś zauważył, co się dzieje wokół ciebie?!
— Rita, zamknij się. — Złapałem ją za ramiona, nie dając dojść do głosu. Była zszokowana moją odzywką, toteż skutecznie zamilkła, zdając się na mnie i moje słowa. — Powiedz mi, co mam robić. Nie wiem, co się dzieje wokół mnie i nie panuję nad sobą. Coś zawładnęło moim ciałem. Ja...
               Mimo że mówiłem to wszystko obojętnym, niewzruszonym tonem, coś we mnie pękło. Dopiero wtedy, kiedy spojrzała na mnie wzrokiem, który przepełniał gniew, zrozumiałem, że potrzebuję pomocy. Nie dawałem sobie rady ze samym sobą. Byłem niestabilny emocjonalnie i prawdopodobnie również chwilowo niezrównoważony psychicznie. Zacząłem szlochać głośno, a ilość moich łez przekroczyła ilość krwistych rubinowych kropli. Wsparłem głowę na jej ramieniu, brudząc jej koszulkę. Objęła mnie, delikatnie przesuwając rękami po moich plecach. Wracały wspomnienia z dzieciństwa. 
               Staliśmy w milczeniu dobre kilka minut. Rita pociągała nosem sprawiając wrażenie, że zaraziłem ją nagłym wybuchem płaczu. Nie pomagało mi to. Miałem wrażenie, iż ranię kolejną osobę w moim życiu. 
               Niespodziewanie usłyszeliśmy donośne pukanie do drzwi. Gość nie fatygował się nawet o uprzejme poczekanie na zaproszenie do środka - wtargnął niczym huragan. Była to Elise. Stanęła jak wryta, kiedy tylko mnie zobaczyła. Mnie - zalanego łzami, z zapuchniętymi oczami i krwią spływającą z podbródka na szyję i obojczyki.
— Alex... — Jej szczęka drżała z przerażenia. — Rodzice chcą przenieść Martina do szpitala w innym mieście...

13.8.14

Wracaj do domu.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 14
Gatunek: Yaoi.



               Zdębiałem. Ta kobieta zstąpiła niczym anioł z niebios, ratując moją obolałą duszę samym swoim widokiem. Wytrzeszczyłem szeroko oczy ze zdziwienia, chwilę później gwałtownie przepraszając i nalegając, by weszła do środka. Bez zbędnych numerów zajęła miejsce przy stole. Usiadłem naprzeciw niej. 
— Pan Alex Carter, nie mylę się? — spytała, upewniając się co do mojej godności. — Z opowiadań wydawał się pan być bardziej rozgarniętym mężczyzną.
— Doszły mnie słuchy, że pani podopiecznemu wmówiono schizofrenię paranoidalną — odparłem. — Cieszę się, że zniwelowała pani te plotki. 
— Cofam poprzednie zdanie, panie Carter — uśmiechnęła się. — Nie mam pojęcia, w jaki sposób pan do tego doszedł, ale racja, próbowano to zrobić. 
               Zaparzyłem dwie kawy i z niecierpliwością próbowałem wyciągnąć od niej wszelkie informacje. Kazała mi się uspokoić i obiecała powiedzieć o wszystkim. 
— Szczerze powiedziawszy jego potencjalną schizofrenię wmówiono nawet mnie — zaczęła. — Nie pozwolono mi wierzyć w jego brednie i początkowo stosowałam się do tych zaleceń. Później jednak zauważyłam, że Martin miał na sobie trochę za duże ubrania, nie do końca dopasowane rozmiarem i szerokością. Ponadto w kieszeni spodni znalazłam pańską wizytówkę.
               Dopiero wtedy doznałem olśnienia. Tego dnia Martin miał zostać u mnie na noc. Wyrzuciłem go do wtedy łazienki, zmuszając do kąpieli i wręczyłem swoje ubrania. Kompletnie o tym zapomniałem, a okazało się to być istotnym faktem. 
— Nie mam pojęcia, kto za tym wszystkim stoi — kontynuowała — ale jest geniuszem. 
— Moment — przerwałem jej. — Przedwczoraj zjawiłem się tam, używając fałszywej tożsamości. Zostawiłem list do Martina w rękach jego współlokatora. Kazałem również przekazać, że przyjdę kolejnego dnia. Mimo to nie udało mi się z nim spotkać. 
— Nic dziwnego — odparła, pochmurniejąc nieco. — Strzegą go tam jak oczka w głowie. Poza tym nie jestem przekonana co do pacjenta mieszkającego z nim w pokoju. 
               Więc jednak Jude miał rację... Ta sytuacja zdecydowanie mnie przerastała. Mimo to myśl, że zbliżam się do celu, podtrzymywała mnie na duchu, motywując tym samym do dalszej walki. Czułem, że już niedługo się z nim spotkam.
— Przyszłam tutaj, by choć trochę ograniczyć pańskie zmartwienia — dodała, parząc język gorącą jak magma kawą.
— Pani wybaczy, że zadam takie pytanie, ale... — zacząłem niemrawo. — Co on czuje?
               Wydawało mi się, że drgnęła na sam wydźwięk tego pytania. Odstawiła kubek na stół, mimo że wcześniej trzymała go w dłoniach, ogrzewając je temperaturą napoju. Spuściła wzrok.
— Jest roztrzęsiony — odpowiedziała, nie ukrywając smutku. Wyglądała na wyjątkowo empatyczną kobietę. — Boli mnie to, że ktoś jest w stanie nienawidzić tego chłopca do tego stopnia, że zrobił mu coś takiego, Jeszcze bardziej boli mnie fakt jego cierpienia i tęsknoty za panem i pańską siostrą. Co noc wylewa łzy w poduszkę, chociaż zdaje sobie sprawę z tego, iż jesteśmy na bardzo dobrej drodze do zakończenia tej gehenny.
               Westchnąłem głęboko, również spuszczając wzrok. Dotąd nie zastanawiałem się, co Martin czuje. Skupiałem się jedynie na mętliku we własnej głowie. Cóż... byłem samolubny. Jak zwykle.
— Proszę napisać ten list jeszcze raz — odparła nagle. — Tym razem, mogę pana zapewnić, zostanie on dostarczony.
               Przegryzłem wargę. Adrenalina na krótki moment zawładnęła moim ciałem. Kiedy pisałem ten list do Martina, była późna noc. Mój organizm nie skupiał się wtedy na hamowaniu emocji ani zastanawianiu się, których rzeczy lepiej nie mówić. Pisałem prosto z serca - wszystko, czego pragnąłem mu przekazać.
— Spieszy się pani? — spytałem, upewniając się odnośnie do ilości mojego czasu.
— Proszę się nie krępować — odpowiedziała, uśmiechając się szczerze.
               Udałem się do sypialni i wyjąłem z szuflady biurka dokładnie taką samą kartkę papieru oraz wziąłem z blatu ten sam długopis. Jednak byłem zmuszony zmienić miejsce pisania, gdyż nie wypadało zostawiać gościa samego. Wróciłem do kuchni i zająłem miejsce, zabierając się za pisanie.



Martin, 
W życiu nie pomyślałbym, że zbiorę się na takie pseudo-filozoficzne gnioty lotów najniższych.
Jest wiele rzeczy, które chciałbym Ci powiedzieć, jednak nie mam i w najbliższym czasie nie będę miał do tego okazji, stąd ta badziewna epistoła ten list. W ciągu ostatniego tygodnia wypaliłem dokładnie trzysta czterdzieści dwa Marlboro Red i nic się nie skłania, bym to ograniczył. Wydaje mi się, że to z powodu braku osoby, która mnie od tego nałogu powstrzymuje. Mam na myśli Jamesa Blunta, jest całkiem sexy. Brak Ciebie przy mnie nie daje mi spać. Nie mam pojęcia, co tli się w Twojej głowie, wiem, nigdy nie powiedziałem wprost, co czuję, ale rękę bym sobie dał urżnąć, że zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo lubię zupę ogórkową Cię potrzebuję. Minęło zaledwie kilka dni. Przy poprzedniej rozłące nie działo się ze mną aż tak źle jak teraz, dużo chlałem wtedy musisz wrócić jak najszybciej. Jeśli chcesz usłyszeć, że Cię kocham, usłyszysz to. Jednak warunkiem jest Twój powrót. W innym przypadku te słowa przepadną na wieki jak Twoje dziewictwo. Proszę, nie myśl za dużo, dopóki Cię stamtąd nie zabiorę. A zrobię to, obiecuję. I nie tylko dlatego, że jestem bardziej niewyżyty seksualnie niż zwykle. Wiem, że w najbliższym czasie będzie nam dane się spotkać. Powiedział mi to wróżbita Maciej. Może Cię to zdziwi, bo nie należę do osób działających wedle intuicji, ale - mimo wszystko - czuję, że nasze spojrzenia spotkają się już niedługo. Czekaj cierpliwie. Wracaj już, kurwa, do domu.
Twój Alex.




                Przeszło mi przez myśl, że chyba nie do końca potrafię wyrażać swoje uczucia. Jednak szybko zniwelowałem te brednie. Uznałem, iż po prostu mam własny sposób do przekazywania informacji innym ludziom.
— Ale pan nakreślił... — westchnęła, zginając kartkę na pół i chowając do torebki. — Bądźmy w kontakcie. 
                W głębi duszy cieszyłem się faktem, że nigdy nie skreślam słów tak dokładnie, by nie dało się ich odczytać. Wracaj do domu, Martin. 

__________________________________________________________________
Oi, moje przecudowne i ultra totalnie mega super ekstra przezajebiste robaki. Szczerze powiedziawszy dziwię się, że jesteście ze mną tak długo, czyżbyście byli równie niewyżyci seksualnie, co ja Alex? Ale cieszy mnie to. I to, że ze mną jesteście, i to, że jesteście niewyżyci seksualnie. Kto yaoist(k)om zabroni. Na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, że jak już zaczynam swoje dopiski pod postem, to zaraz zaczną się jakieś posrane duperele z dupy wzięte. I wiecie co? Macie całkowitą rację. Do rzeczy. Chcę Was pomolestować po raz kolejny o temat offtopa, bo naprawdę chcę wrzucić coś, co nie jest opowiadaniem. Jeśli w dalszym ciągu łudzicie się (tak, do Waszej czwórki kieruję te słowa), że nagram pornola - jesteście w błędzie. >:D Dział "Strzelec" świeci pustkami i nie ma żadnego progressu, a ja bardzo chcę coś nowego tam wrzucić. Nie, przepisu na gofry też nie będzie. Any ideas? Liczę na Was. Serio, spędziłam już nie jedną godzinę na wertowaniu neta w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby Was zaciekawić. I, kurna, nie wiem. 

10.8.14

Cisza przed burzą.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 13
Gatunek: Yaoi.



               Zrozumiałem, że zdecydowanie za dużo czasu spędzałem na zastanawianiu się - na analizowaniu, co zrobiłem nie tak, dlaczego wszystko obraca się przeciwko mnie. Roztrząsałem wszelkie otaczające mnie zło zamiast zacząć działać. Myślałem, że wszystkiego w życiu dosięgnę własnymi rękoma. W rzeczywistości musiałem pchać się przez życie łokciami, by móc zdobyć cokolwiek. Być może nie powinienem był chodzić zawsze własnymi ścieżkami, które często biegły przez krzaki i bagna, podczas gdy obok rozciągała się czysta szosa czy autostrada. Wmawiałem sobie, że wyniosę z tego więcej doświadczeń, niż gdybym poszedł na łatwiznę. Łudziłem się, iż uczciwość jest opłacalna, a dobra karma wróci do mnie prędzej czy później. Byłem naiwny. 
               Z pełnego rozmyśleń transu obudziło mnie pukanie do drzwi. Zdziwiłem się nieco, przeważnie ostrzegał mnie wcześniej dzwonek domofonu. Ktoś musiał zostawić otwartą klatkę schodową. Otworzyłem.
— Niespodzianka — uśmiechnęła się czerwonowłosa, popychając mnie lekko i wpraszając się tym samym do środka. — Nie cieszysz się z mojej wizyty?
               Westchnąłem z ulgą, że Rita chwilę wcześniej wróciła do swojego pokoju i położyła się spać. Nie zniosłaby w takiej chwili towarzystwa Susan, mimo przyjaźni, która łączyła je jeszcze kilka lat temu. W końcu dopiero nam udało się przemówić kobiecie do rozsądku i pomóc jej uniezależnić się od chorych wymogów rodziców. Wykorzystała to przeciwko nam.
— Cześć — zacząłem niemrawo. — Dobrze, że przyszłaś. Chciałem z tobą rozmawiać. Rita niezbyt dobrze się czuje, położyła się chwilę temu. Co powiesz na spacer?
               Dziewczyna z szerokim uśmiechem potaknęła głową. Mimo jej ambicji odnosiłem wrażenie, że skoczyłaby za mną w ogień. Ta myśl wbrew pozorom nie miała nic wspólnego z moim egoizmem i narcyzmem. Być może była tak zaślepiona miłością, iż nie było opcji, by funkcjonować inaczej. Szczerze powiedziawszy było mi przykro z jej powodu. Wciąż pamiętałem czasy naszych studiów, kiedy naprawdę dobrze się dogadywaliśmy. Byliśmy parą. Pod koniec studiów oznajmiła mi, że jest w stanie błogosławionym. Jednak w tym samym czasie ojciec zmusił ją do przeprowadzki. Nie widzieliśmy się przez długi czas. Wieki wypaliły łączące nas uczucia, w dodatku Susan straciła dziecko. Był to dla mnie taki cios, że nie potrafiłem jej nawet w jakikolwiek sposób pocieszyć. Egoistycznie zamknąłem się w sobie i relacja między nami została zakończona. Mimo to Susan w dalszym ciągu walczyła o to, bym mógł pozostać u jej boku. Rozumiałem to. Jednak było już za późno. Kochałem kogoś innego. 
— Pewnie domyślasz się, o czym chcę z tobą rozmawiać — zacząłem. — Dlaczego grasz w taki sposób?
               Czerwonowłosa nagle spoważniała, pochmurniejąc jednocześnie. Przegryzła wargę i westchnęła cicho. Ciężko mi było schodzić na te tematy, jednak nie mogłem pozostawić ich ot tak. 
— Myślałam, że coś się zmieniło, zważywszy chociażby na nasze relacje — odparła cicho. — Zaczęły się nagle poprawiać w takim tempie, że...
— Rozumiem twój tok myślenia — przerwałem jej w pół zdania. — Jednak nie wiem, co cię skłoniło do ogłaszania naszych zaręczyn. Gdyby coś faktycznie szło w tę stronę, po takim wydarzeniu mogłabyś być już w moich oczach skreślona. Nie rozumiem twoich motywów. 
— Tak jak myślałam — podsumowała. — Nadal jesteś tym samym bezczelnym i bezuczuciowym gnojkiem, co kiedyś. 
               Wiatr był dość porywisty tego dnia. Chłód przytłaczał mnie z każdej strony, w dodatku ten zapach wilgoci... sprawiał, że było mi niedobrze. 
— Nie mam pojęcia, co czułeś, kiedy wyjechałam — kontynuowała — ale dla mnie był to cios poniżej pasa. Nie wiedziałam, co robić. Nie było mi dane nawet się z tobą spotkać, by móc powiedzieć ci w cztery oczy o ciąży. Poza tym nawet po jej utracie, ty...
               Rozpłakała się, zakrywając dłońmi twarz. Czułem się dokładnie tak, jak tamtego dnia, kiedy powiadomiła mnie o stracie dziecka - kompletnie bezradny, niewiedzący, co powinien uczynić. Patrzyłem na nią, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa. Podszedłem więc nieco bliżej i przysunąłem ją lekko do siebie, jednocześnie obejmując mocno ramieniem. Wtuliła się we mnie, nadal gorzko łkając. Nie miałem pojęcia, jak ją uspokoić. Przerastało mnie to. Wszystkie te problemy zaćmiewały mój umysł, nie pozwalając logicznie myśleć. 
               Odwiozłem ją do domu i wróciłem do siebie. Co więcej mogłem zrobić? Nie załatwiłem nawet do końca sprawy, którą chciałem, mimo że udało mi się zdobyć na odwagę i powiedzieć prostu z mostu, co leży mi na sercu. Nie sądziłem, że kiedyś mnie to spotka, aczkolwiek miałem ochotę zasnąć i więcej się nie budzić. Wypaliłem się zawodowo. Z takim podejściem nie nadawałem się już na psychoterapeutę. Z jednej strony wiedziałem, iż dzięki bólowi mogę poczuć życie. Zdawałem sobie sprawę, że warto jest przeczekać szare dni, by w końcu mogło wyjść słońce. Mimo to... 
               Mimo własnego stanu psychicznego kolejnego dnia i tak poszedłem do pracy. Nie sądziłem, że oczekuję od siebie zbyt wiele - wiedziałem, iż muszę podołać. Nie mogłem poddać się tak łatwo. Los zapewne już zacierał ręce widząc, jak mało siły już mi zostało. Postanowiłem walczyć do końca. Nie dla siebie. Dla Martina. 
— Mam nadzieję, że zdasz sobie w końcu sprawę, że jestem tylko i wyłącznie twoim terapeutą — wycedziłem z lekkim zdenerwowaniem. — Nie mam pojęcia, jak zdobyłeś mój numer telefonu, ale im szybciej to skończysz, tym lepiej dla ciebie. 
— Wrzuć na luz — roześmiał się szczerze, wprawiając mnie w lekkie zakłopotanie. — Dobrze wiem, jak ubóstwiasz rozmowy i wizyty ze mną.
— Chciałbym, żeby to była prawda... — westchnąłem. 
               Wizyta trwała standardowo godzinę zegarową. Na początku szło jak z płatka - Luke nie odbiegał od tematu swoich problemów, a moje rady wyraźnie mu przypasowywały. Jak się okazało, była to tylko cisza przed burzą. Modliłem się, by nie skończyło się tak, jak ostatnio, a mimo to kilkanaście minut przed końcem Luke siedział na moich kolanach i rozsiewał delikatne pocałunki na moim karku, wywołując u mnie falę westchnień z rozkoszy. 
                Nie mam pojęcia, dlaczego nie potrafiłem mu przerwać. Być może przyczyną był męski instynkt pragnący zbliżenia fizycznego. Może kwestią było jego podobieństwo do Martina. Niewykluczone też, a bardzo prawdopodobne, że traktowałem to jako ucieczkę od problemów. Chciałem, by ktoś się mną zaopiekował, przysporzył mi radości, zajął się mną nawet w taki prymitywny sposób. Nie wiem, czego oczekiwałem. 
               Na szczęście do niczego większego nie doszło. Wraz z końcem wizyty skończyły się romanse i Luke opuścił gabinet, nie opuszczając niestety moich myśli. Nie byłem w stanie o nim zapomnieć. Zaprzątał mój umysł całe przedpołudnie. Bałem się, że zacznie mnie podniecać. Jeśli jeszcze tego nie zrobił...
               Wróciłem do mieszkania. Zrobiłem sobie kawę i odpaliłem papierosa. Paliłem ostatnio zdecydowanie za dużo. Bywały dni, w których nie kończyło się na dwóch paczkach. Nie panowałem nad tym, nieświadomie wpadając w nałóg. Mimo to nie traktowałem tego jako kolejny z moich problemów. Przy pozostałych to był pikuś. 
               Około szesnastej obudziło mnie pukanie do drzwi. Leżałem na sofie przed włączonym telewizorem i nie zauważyłem, kiedy mi się zasnęło. Był to dobry znak - cieszyłem się, że moja bezsenność dobiegła końca. Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym podszedłem do drzwi, dziwiąc się, że mimo pogody znowu ktoś zostawił otwarte drzwi na klatce schodowej. 
               Ku mojemu zdziwieniu na progu zoczyłem niską, bardzo szczupłą blondynkę o włosach do ramion i śmiejących się niebieskich oczach. Nie przypominałem sobie znikąd jej twarzy.
— Dzień dobry, nazywam się Lisa Smith — zaczęła. — Jestem pielęgniarką w zakładzie psychiatrycznym.

9.8.14

Granica wytrzymałości.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 12
Gatunek: Yaoi.



               Nacisnąłem klamkę, czując ogarniający mnie zewsząd lęk i adrenalinę. Czułem pod swoją dłonią każde najmniejsze drgnienie przybliżające mnie do spotkania z osobą, za którą tęsknota zżerała mnie brutalnie od środka. Byłem głodny jego widoku, jego dotyku, jego samego. Dopiero teraz uświadamiałem sobie, jak bardzo zabija mnie brak jego obecności. Odczuwałem zabójczy ból, na który środkiem mógł być tylko on. Pragnąłem wtulić go w swoje ramiona i nigdy nie puścić. W zasadzie wiedziałem, że nic mnie od tego nie powstrzyma. Chciałem jak najszybciej go stąd zabrać i mieć tylko dla siebie. To był mój jedyny cel. Jedyny, ale najważniejszy. 
               Kiedy przekroczyłem próg, szok lekko mnie sparaliżował. Nie, niekoniecznie szok. Raczej ból uciskający klatkę piersiową. Cholera, nie udało mi się. Rozejrzałem się po brudnych, białych ścianach. Były zupełnie puste - żadnych obrazów, plakatów, nawet półek. W oknach nie było firan, "zdobiły" je jedynie grube kraty uniemożliwiające ucieczkę. Było mi przykro. Miałem wyrzuty sumienia. Jak mogłem pozwolić na to, by Martin mieszkał w takim miejscu? Obrzydliwe. Powitałem szanownego współlokatora, wyciągając do niego dłoń i przedstawiając się fałszywym nazwiskiem. 
     — Nie mieszkasz tu sam, prawda? — spytałem, rozglądając się wokół po raz kolejny. Widziałem rzeczy należące do Martina i wyraźnie czułem jego zapach. Jednak po nim samym nie było ani śladu. 
     — On wyszedł — odpowiedział mi nieznajomy. Z nim zdecydowanie było coś nie tak. Obstawiałem kilka konkretnych przypadłości, jednak postanowiłem końcowo się w to nie zagłębiać, bo i po co. 
   — Mam do ciebie prośbę... — wymamrotałem, niekoniecznie chcąc wypowiedzieć te słowa. — Mógłbyś przekazać mu ten oto list?
               Uśmiechnął się i potaknął głową, kiedy podałem mu złożoną kartkę papieru. Nie chciałem znać reakcji Martina. Nigdy wcześniej nie mówiłem mu takich rzeczy, dlatego... Właśnie dlatego. 
     — Przekaż mu, proszę — kontynuowałem — że zjawię się tu również jutro rano. Mam nadzieję, że będzie obecny. 
     — Nie ma problemu — wycedził przez zęby, uśmiechając się sztucznie. 
                Pożegnałem go uśmiechem, po czym opuściłem pokój. Kręciłem się jeszcze chwilę po korytarzach z nadzieją, że go spotkam, jednak wyraźnie nie miałem na co liczyć. Zszedłem na parter i, odebrawszy swoje dokumenty, wyszedłem z budynku, kierując się do samochodu, w którym czekali na mnie Jude i Elise. 
     — Twoja mina wyraża więcej niż tysiąc słów, Carter — zaśmiał się Lisovsky. — Dostałeś kosza czy jak?
     — Martin chyba wyszedł na kupę — odparłem obojętnie. — Dużą kupę.
     — Chcesz powiedzieć, że go nie spotkałeś? — zapytał ze zdziwieniem. — To rodzi małą obawę, że ktoś nas przejrzał. 
     — Przekazałem współlokatorowi, że wrócę tu rano — dodałem. 
     — Dobre posunięcie — spuentował. — Miejmy nadzieję, że nas nie wyda. Chociaż... szef akcji jest na tyle ambitny, że mógł podstawić zdrowego człowieka jako potencjalnego pacjenta. Myślę, że rozumiesz, co mam na myśli. 
     — Dowiemy się jutro — odparłem, zapinając pasy. 
               Myślałem, że całkowicie pozbyłem się wiszącego nade mną fatum, a jednak. Wracało jak bumerang. Bóg wywiązał się z obietnicy, ale moje zadanie było nieco trudniejsze niż jego. Ponadto odnosiłem wrażenie, że celowo mi je utrudnia. Chce mnie sprawdzić? Nieważne. Gówno mnie to obchodzi. Będę dążył do postawionego sobie celu nawet po trupach. 
                Tego samego wieczora Rita zaczęła obsypywać mnie pytaniami. Nie chciałem jej zanadto martwić, a jednocześnie nie miałem ochoty okłamywać. Postawiłem na szczerość.
     — Mówiąc bardzo ogólnie Martin jest zamknięty w psychiatryku — zacząłem. — Jego rodzice wyraźnie wyrazili na to zgodę, mimo że jest całkowicie zdrowy. Ktoś stojący na górze dał łapówkę dyrektorowi zakładu, przez co jesteśmy w dupie.
     — Brzmi jak akcja z filmu sensacyjnego... — westchnęła. — Skąd masz takie informacje?
     — Od Elise Sol Bennett, siostry Martina i od jego kumpla, Jude'a Lisovskiego — odpowiedziałem.
     — Jakie działania podjęliście? — spytała. 
   — Odnalezienie Martina nie było trudne ze względu na fakt, że Jude wszczepił mu chipa — kontynuowałem. — W jakiś sposób przewidział to, co się stanie. Jednak powiedział, że pomoże nam tylko pod warunkiem, że nie będziemy wnikać w jego prywatne powody. 
     — Szczwany gnojek... — syknęła. 
     — Wkradł się do bazy danych zakładu, po czym wyrobił mi fałszywe dokumenty. Dzisiaj udało mi się przeniknąć do środka pod fałszywym nazwiskiem, odwiedzając współlokatora Martina — dodałem.    — Jednak Bennetta nie było w środku. Kazałem przekazać drugiemu pacjentowi, że zjawię się ponownie rano. Mimo to Jude obawia się, iż cała akcja jest ustawiona i przewidzieli nasze motywy, po czym podstawili jako współlokatora zupełnie zdrową osobę, coś na kształt ochrony i zbierania informacji.
    — Jasna cholera... — westchnęła, łapiąc się za głowę. — Macie do czynienia z wyjątkowo ambitną osobą jako przeciwnikiem.  
   — ...albo po prostu Jude wbija nam do głowy głupoty wyssane z palca — odpowiedziałem, zaciągając się papierosem. 
     — Dlaczego miałby? — spytała ze zdziwieniem. 
    — By osiągnąć swoje własne cele — uśmiechnąłem się. — Rzadko zdarza się okazja, żeby mieć dwie świadome, ale niemające wyjścia, marionetki. 
     — Zaczekajmy do jutra z wszelkimi wnioskami. 
               Bezsenność wykańczała mnie fizycznie. Po raz kolejny byłem zmuszony do katowania organizmu środkami nasennymi. Mimo to moje oczy nadal były podkrążone, cera blada i sucha, ogólny stan fizyczno-psychiczny - kiepski. Wejście do krainy Morfeusza zagradzały mi widoki i wspomnienia. Tęskniłem tak bardzo, że przestawałem normalnie funkcjonować. Czułem się martwy. 
               Następnego dnia zrzuciłem się gwałtownie z łóżka. Wykonałem szybko wszystkie czynności związane z poranną toaletą i, nie fatygując się o zbędne jedzenie śniadania, zarzuciłem na siebie płaszcz i opuściłem mieszkanie. Wsiadłem do auta nie marnując czasu na odpalanie papierosa i ruszyłem w kierunku zakładu. Tym razem nic nie mogło mi przeszkodzić. Błagam, Martin, bądź tam. 
               Wręczyłem w recepcji te same, sfałszowane dokumenty, po czym pognałem na górę. Nie pukałem. Szkoda mi było czasu. Otworzyłem drzwi z zamachem i zobaczyłem... 

Pustkę.

               W pomieszczeniu nie było żywej duszy. Zostałem wrobiony? Niekoniecznie. Odnosiłem wrażenie, że... Nie chciało mi to przejść przez gardło, jednak... Może on po prostu nie życzył sobie mojego towarzystwa? Co, jeśli w rzeczywistości znał całą prawdę i nie dał sobie wmówić schizofrenii? Być może... Być może faktycznie postanowił zerwać kontakt, a zakład stworzył mu idealną do tego okazję. 
               Trzasnąłem z całej siły drzwiami samochodu. Odpaliłem papierosa. Tapicerka była już tak przesiąknięta dymem, że nie powinno było jej to robić żadnej różnicy. Zacisnąłem pięści na kierownicy. Niezależnie od tego, w jaki sposób tłumaczyłem sobie jego zachowanie, nie mogłem zrozumieć jego motywu. Cholerny Martin... W dodatku nie potrafiłem się złościć konkretnie na niego. Był zbyt dobry. 
                Rita nie była zadowolona z całej tej sytuacji. Przejmowała się moim stanem i zmuszała, bym wziął sobie wolne. Mój profesjonalizm mi na to nie pozwalał. Byłem świadomy granicy między życiem prywatnym a pracą i świadomie nie łączyłem dwóch tych rzeczywistości. 
     — Alex — przewała mi rozmyślenia. — Twój telefon. 
               Spojrzałem na ekran swojej komórki. Połączenie od nieznanego numeru. Robiło się coraz dziwniej. Niepokój unosił się w całym pomieszczeniu. 
     — Tak? — odebrałem. 
   — Hej, kochanie, tu twój przyszły facet, Luke. Co tam? — spytał, szczebiocąc wesoło. Głupi skurwiel. 
     — Pomyłka — odparłem szybko, chcąc się rozłączyć.
   — Zaczeeeekaj, mam propozycję — zachichotał cicho. — Jeśli nie masz planów na wieczór, możemy gdzieś wyjść razem. 
     — Niespecjalnie mam ochotę — odpowiedziałem. 
     — Dlaczego? — spytał.
     — Mam problem z moją drugą połówką — wycedziłem przez zęby. Zamilkł na chwilę.
    — Jak wolisz. W razie czego chyba masz mój numer — kontynuował. — Masz? Jeśli nie, mogę ci podać.
    — Nara. 

               

8.8.14

Placebo.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi.



               Nigdy nie wierzyłem w związek między ciałem fizycznym a psychiką. Niezależnie od tego, co wmawiałem swoim pacjentom, byłem szczerze przekonany, iż nasze samopoczucie nie ma wpływu na chorobliwość, a depresja na stan zdrowia. Nie ufałem placebo. Dlatego też wiedziałem, że obietnica złożona mi przez Ritę nie miała najmniejszego sensu. Teraz wszystko było zależne od przypadku, nie od niej. Nie łudziłem się zbytnio nadzieją, jednak nie potrafiłem sobie również wyobrazić bez niej dalszego życia. 
                Dlatego nie byłem zdziwiony, kiedy lekarz oznajmił mi, że trzeba ją natychmiastowo operować. Wiedziałem, iż muszę być gotowy na wszystko. Prosiłem los o jeszcze jedną szansę. Czułem, że wina spoczywa również na mnie. To było coś na rodzaj karmy. Przykre, że przez moje grzechy musiało się to odbijać na najbliższych. Czyżbym świadomie zatapiał statek, na którym wszyscy się znajdowaliśmy? 
                Wziąłem wolne na cały dzień, by móc wspierać ją na mniejszą odległość. Chciałem, żeby czuła moje wsparcie. Był piątek. Piątek, trzynastego października. Tego dnia bałem się jak nigdy. 
                  Zapomniałem o wszelkich sprawach związanych z Judem, z Elise, z Martinem, z Susan. Chwilowo mnie to nie obchodziło. Albo zwyczajnie zaprzątałem sobie głowę Ritą i tylko wyłącznie Ritą, która była w trakcie trudnej operacji. Nie zdążyłem nawet z nią porozmawiać. Nasze spojrzenia jedynie się spotkały, kiedy przenosili ją na blok operacyjny. Nie wyglądała dobrze. Wyglądała wręcz obrzydliwie. Miała podkrążone oczy i suchą, bladą cerę. Powiedziano mi, że od kilku nocy ból nie dawał jej spać. Ponadto nic nie jadła, aczkolwiek tylko dzięki temu mogli operować ją natychmiastowo. Tak czy inaczej... czy nie była zbyt osłabiona, by przeprowadzać operację? Moje wnioski coraz bardziej uświadamiały mi, w jak złym stanie była wtedy moja siostra. 
               Kiedy straciłem Ninę, utraciłem również sporą cząstkę własnego "ja". Z mojego życia zniknął przede wszystkim entuzjazm, chęć do życia i inne pochodne radości. Mój umysł przestawił się na zupełnie inne myślenie i stwierdził, że nie mam prawa się cieszyć, skoro moja mama nie żyje. Było w tym coś logicznego, jednak jak długo można zalegać w depresji, pogrążając się w ciemnej otchłani wspomnień i skupiając się jedynie na przeszłości? Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy pewien debilny dzieciak przyszedł do mojego gabinetu jako pacjent. Początkowo wydawał mi się kolejnym idiotą, który wmawia sobie stany psychodepresyjne, jednak zaskoczył mnie. Zamiast mówić o swoich potencjalnych problemach zaczął kokietować mnie tak otwarcie, jakby się za dużo pornoli naoglądał. Ale faceci to lubią. Dlatego dość szybko wylądowaliśmy w łóżku. I, tak, Rita zdecydowanie miała rację mówiąc mu, że patrzę na niego w dokładnie taki sam sposób, w jaki spoglądałem na Ninę. Kochałem ją najbardziej na świecie. A teraz to on stał się miłością mojego życia. 
     — Operacja się powiodła. — Lekarz nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo uszczęśliwił biednego psychoterapeutę. Miałem ochotę rzucić się na niego, wyściskać i wycałować. Okazało się, że podczas poprzedniego zabiegu, zaraz po wypadku, nie usunęli jednego z małych guzów - przyczyny bólu. To nie było nic poważnego, dlatego już tego samego wieczora wypisali ją do domu z nakazem odpoczywania. O to nie trzeba było się martwić.
     — Jutro zażyczę sobie śniadanie do łóżka — odparła, wyciągając się na przednim siedzeniu mojego samochodu. — Nie wymigasz się.
     — Nie zapominaj o swoim dość okrojonym jadłospisie. Nie możesz jeszcze wszystkiego jeść — powiedziałem, zwieńczając tymi słowami jej nieopanowaną euforię. 
     — Jutro widzisz się z Martinem, prawda? — zapytała z powagą. 
     — Tak — odpowiedziałem, uśmiechając się mimowolnie. 
               Widząc moją rozpromienioną twarz, potaknęła głową i nie kontynuowała tematu. Była zadowolona, że w końcu przemówiła mi do rozsądku. Nie chciałem, by się przemęczała, dlatego tuż po powrocie zrobiłem jej kolację, a po zjedzeniu kazałem się umyć i położyć. Oczekiwałem, że szybko uda jej się wrócić do zdrowia. Była dość dynamiczną kobietą, więc było to bardzo prawdopodobne. 
               Tej nocy również dręczyła mnie bezsenność. Rita wyzdrowiała, jednak Martin nadal był daleko ode mnie. Chciałem sięgnąć po tabletki nasenne, aczkolwiek nagle naszła mnie pewna myśl. Zerwałem się z łóżka i, zapaliwszy lampkę nocną, zacząłem przeszukiwać szuflady komody w celu znalezienia jakiejś kartki papieru i długopisu. Postanowiłem napisać do Martina list na wypadek, gdybym nie zdążył mu powiedzieć wszystkiego, co chciałem. 
                Była trzecia nad ranem, a ja nadal skrobałem, przelewając myśli i uczucia na papier. Odnosiłem wrażenie, że w cztery oczy nigdy w życiu nie zdobyłbym się na takie wyznania. Zacisnąłem pięść. 
— Wystarczy — rzekłem sam do siebie, po czym złożyłem kartkę i schowałem ją do kieszeni płaszcza. Chwilę później zażyłem leki nasenne i rzuciłem się bezwładnie na łóżko. 
               Około dziewiątej budzik zrzucił mnie na ziemię przypominając o tym, że obiecałem Ricie śniadanie do łóżka. W zasadzie wiedziałem, iż będzie spać do co najmniej dwunastej, jednak wolałem na wszelki wypadek wstać już teraz - nie znosiłem nie dotrzymywać danych obietnic. Zrobiłem więc posiłek, wszedłem na palcach do jej pokoju i postawiłem talerz i filiżankę na szafce nocnej, po czym najciszej jak mogłem usunąłem się z pomieszczenia. 
                Jak przeczuwałem, goście zawitali do mnie już o dziesiątej. Ledwo zdążyłem wziąć prysznic i wypić kawę, a usłyszałem dzwonek do drzwi. Podbiegłem szybko, by nie obudzili Rity.
— Zwijamy się, Carter — powitał mnie Jude kulturalnie jak zwykle. Elise stała obok niego zdenerwowana jego towarzystwem tak, jak zawsze. — Pojedziemy moim samochodem. Z powodów czysto asekuracyjnych.
                Patrząc na jego twarz odnosiłem wrażenie, że chce nas zabić. Ale cóż mogłem zrobić. Byłem zmuszony ryzykować swoje życie, by móc odnaleźć Martina. Teraz on był priorytetem. Uświadomiłem sobie, jak bardzo za nim tęsknię.
                Zarzuciłem na siebie płaszcz, upewniając się jeszcze o obecności kartki papieru w lewej kieszeni. Byłem zestresowany całą tą sytuacją. Obawiałem się, że Bennett weźmie mnie za kolejny wytwór swojej wyobraźni. Musiałem działać i być stanowczy w swoim postępowaniu. 
                Ani się nie obejrzałem, a już byliśmy przed budynkiem zakładu psychiatrycznego. Jude dał mi podrobione dokumenty i powtórzył nazwisko współlokatora Martina. Zagryzłem wargę.
— Musi się udać. Nie ma innego wyjścia — pocieszył mnie na odchodne. 
                Opuściłem samochód i skierowałem się ku drzwiom frontowym. Niebo było szare i nie wskazywało na nic dobrego. Sobota, czternasty października. Zapowiadało się na deszcz. 
                Nie doceniałem Jude'a. Ukartował wszystko w taki sposób, że plan poszedł jak z płatka. Wpuszczono mnie do środka bez zbędnych pytań i zaprowadzono na piętro, prosto do pokoju Martina. Stres był niewyobrażalny. Stałem jak kołek przed drzwiami numer sto pięćdziesiąt jeden, nie wiedząc, czy powinienem zapukać, wejść od razu, czy zwyczajnie uciec. Stuknąłem się w łeb wmawiając sobie, że doszedłem zbyt daleko, by teraz odpuścić. Nacisnąłem klamkę.
     

31.7.14

Upust emocji.

Dział: Maniakalny doktor w ucieczce przed adoratorami.
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi.



               Uczucia nasilały się intensywnie, stopniowo paraliżując moje ciało od stóp do głów. Nie do końca sobie z nimi radziłem... W zasadzie w ogóle nie potrafiłem nad nimi zapanować. Nie miałem pojęcia, jak powinienem się zachować, jak postąpić... Sytuacja, w której zalegałem, przytłaczała mnie do reszty.
— Tak jest dobrze... — szepnął, wtulając się w mój kark.
               Oplótł mnie w pasie swoimi chłodnymi dłońmi, po czym przygniótł do ściany. Obróciłem głowę w bok, ciężko oddychając. Z jednej strony chciałem jak najszybciej go odepchnąć, z drugiej jednak... coś mnie powstrzymywało. Pragnąłem więcej i więcej. Nie znałem umiaru. Granice zostały zatarte do tego stopnia, że zniknęły. 
               Nie zauważyłem, kiedy również go objąłem. Przyciągnąłem go do siebie, otaczając jego ramiona swoimi. Wplotłem mu dłoń we włosy, przeczesując je delikatnie, podczas gdy on nie żałował sobie pocałunków na moim torsie. Rozpierały mnie skrajne emocje. Bałem się go odepchnąć, jak również obawiałem się momentu, w którym sam się odsunie. Mimo to...
— Luke, wystarczy — odpowiedziałem. Chciałem, by wydźwięk tego zdania był na tyle szorstki, by momentalnie go przekonał, jednak powiedziałem to z taką namiętnością, że nie zważył na to i kontynuował.
               Przesunął delikatnie językiem po moim lewym obojczyku, wywołując u mnie lekki dreszcz podniecenia. Później obsypał pocałunkami całe ramię. Zsunął ze mnie koszulę, by zejść do przedramienia, gryząc mnie niemalże do krwi.
— Koniec... — szepnąłem, nadal zbyt mało przekonująco.
               Odepchnąłem go lekko i odpuścił. Wytarł dłonią usta i uśmiechnął się zawadiacko, patrząc mi głęboko w oczy.
— Te wizyty są zdecydowanie za krótkie — odparł, po czym poprawił kołnierz swojej koszuli i wyszedł, żegnając mnie uśmiechem.
               Zapiąłem koszulę i poprawiłem krawat. Sumienie mnie gryzło. Cholera, dlaczego mu na to pozwoliłem? W zasadzie niczego nie zrobiłem... Sam rzucił się na mnie przed końcem wizyty. Chciałem go odepchnąć. Bogu, proszę, nie miej mi za złe. A ty, Martin... tym bardziej.
               Rozłożyłem się na krześle i, uniósłszy głowę ku górze, poległem w akcie desperacji. Złamałem złożoną obietnicę i zdradziłem miłość swojego życia. Odnosiłem wrażenie, że nie los, nie przypadek ani nie Bóg był winien moich problemów. Ja zawiniłem i to ja powinienem zostać skazany. Jednak nie chciałem, by inni musieli przeze mnie cierpieć. O stokroć wolałbym, by to mnie spotkał wypadek samochodowy, aby to mnie zamknęli w zakładzie psychiatrycznym. Na chwilę obecną byłem obarczony sfałszowanymi zaręczynami, a każde moje posunięcie w tej akcji mogło źle się odbić na mojej pracy.
               A gdybym tak przestał się nad sobą użalać i zaczął działać? Nie mogę w zasadzie powiedzieć, że niczego nie zrobiłem. Starałem się czynić, co w mojej mocy, mimo to nadal byłem tylko człowiekiem. Marną, nic nieznaczącą mrówką, która żyła w przekonaniu, że jest tu, bo ma określony cel, drogę, którą musi przejść i zadanie, które musi wykonać. Jak naiwnie.
               Wsiadłem do samochodu i z wściekłością trzasnąłem drzwiami. Nie miałem nawet ochoty na papierosa, który zwykł poprawiać mi nastrój i odstresowywać. Nikotyna została odsunięta na bok, obawiałem się, że mogę popaść w narkomanię. Zdawałem sobie sprawę z tego, że w zaistniałej sytuacji powinienem wziąć urlop, w końcu nabawiłem się takich kłopotów, iż sam potrzebuję pomocy. Mimo to brnąłem w to gówno nadal, robiąc wszystko, by nie odbiło się to na moim zawodzie.
               Ruszyłem w drogę na spotkanie z Judem i Elise. Byłem niezmiernie ciekaw, co mają mi do powiedzenia, a jednocześnie miałem ochotę urwać im łby. Judowi za to cholerne podejście, ukryte własne cele i fałszywość, Elise za pozorną inteligencję i zero czegokolwiek, co mogłoby wnieść coś do sprawy. Szczerze powiedziawszy była nam zupełnie zbędna.
               Tym razem czekali na mnie na górze, tuż przed drzwiami wejściowymi do mieszkania. Nie witając się z nimi, podszedłem do drzwi, przekręciłem klucz w zamku i wszedłem do środka. Weszli za mną. Zasiedli przy stole, mimo to udałem się prosto do swojej sypialni, by się przebrać i ogarnąć. Po chwili wróciłem i, z wzrokiem mordercy, usiadłem naprzeciwko Lisovsky'ego.
— Mów, na co wpadłeś — rzuciłem krótko i stanowczo.
— Dostałem się do bazy danych tego zakładu — zaczął. — Podejrzewam, że, niezależnie od tożsamości, nie wpuszczą nas do Martina. Dlatego sprawdziłem nazwisko jego współlokatora. Asekuracyjnie użyjesz tych dokumentów, Carter.
               Rzucił na stół podrobiony dowód osobisty, na którym widniało moje zdjęcie i zupełnie z dupy wzięte dane osobowe.
— Podasz się za niniejszego Adama Rooney'a i poprosisz o wizytę u Trace'a Rasaca — kontynuował. — Wprowadzą cię do zamieszkiwanego przez nich pokoju. Wtedy ważnym elementem będzie twoje zachowanie. Najlepiej nie patrz na niego, póki twoja "ochrona" nie opuści pomieszczenia.
— Niezłe — potaknąłem głową z uznaniem. — Kiedy przeprowadzimy tę akcję?
— W sobotę. Masz więc cały dzień na przemyślenie tego, co chcesz mu powiedzieć — odparł. — I teraz najważniejszy element, bo przecież nie wasze spotkanie jest głównym celem. Kiedy już uświadomisz go o naszym istnieniu, każ mu zrobić dodatkowe badania. Jestem pewien, że nie wszyscy lekarze w zakładzie wiedzą o łapówce danej głównemu dyrektorowi. Okaże się, iż jest zdrowy i go wypuszczą.
— Gdzie jest haczyk? — wtrąciła się niespodziewanie Elise. Racja. Plan był zbyt doskonały i przewidywał zdobycie wszystkich punktów, które mieliśmy na uwadze.
— Mogę was zapewnić, że do tego momentu działam dokładnie w ten sposób, co wy — odpowiedział z powagą. — Nie macie się o co martwić. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
               Przegryzłem wargę. Miałem wielką nadzieję, że plan Jude'a jest ściśle związany z dyrektorem placówki bądź osobą, która dała mu łapówkę. Mimo to intuicja podpowiadała mi, iż to któreś z nas może być celem, a cała akcja jest tylko przykrywką. Skomplikowane, ale jakże genialne. Odnosiłem wrażenie, że nie doceniam tego chłopaka. Skrywał wiele tajemnic, ale jego ponadprzeciętna inteligencja zdecydowanie nie wskazywała na tak mizerny plan, jakim byłaby zemsta na tamtych ludziach. Musiało chodzić o Martina, ewentualnie o Elise. W zasadzie... obawiałem się, że również ta dziewczyna ma jakieś własne ukryte cele w tej misji. Nie podejrzewałem ich o współpracę, to akurat się ze sobą gryzło. Ale czego mogłaby chcieć taka naiwna i głupiutka istota? Nie, niemożliwe. Stwierdziłem, że popadam w obsesję. Była jego siostrą, prawda? Gdyby coś mi się stało, Rita również by się w to wmieszała.
— Zjawimy się tutaj w sobotę z samego rana. Pogrzebię jeszcze w aktach i spróbuję się dowiedzieć czegoś więcej — powiedział. — Bądźmy w kontakcie.
               Jude opuścił mieszkanie bez zbędnych czułości i pożegnań. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów i odpaliłem jednego z nich. Rity nie było, nikt nie będzie się czepiał, że firanki prześmierdną.
— Nie wiedziałam, że palisz — powiedziała Elise.
— A ty nie palisz? — spytałem z lekkim zażenowaniem.
— Nie — odparła.
— To najwyższa pora zacząć — rzuciłem krótko.
               Miałem déjà vu. Zorientowałem się, że ta rozmowa miała już kiedyś miejsce. Dokładnie tego samego dnia, kiedy spotkałem ją po raz pierwszy. Na dole, przed blokiem. Jednak moim rozmówcą był ktoś inny. Był nim Martin Bennett.
— Znasz dobrze Jude'a? — spytałem. Gdybym miał na niego jakiegoś haka, byłoby o wiele łatwiej. Chociaż spodziewałem się, że być może nie da się go niczym zagiąć.
— Kilka lat byłam z nim w jednej klasie, mimo to nie wiem kompletnie nic na jego temat — odpowiedziała. — Zawsze był duszą towarzystwa.
— Nie wygląda — odparłem, zaciągając się dymem tytoniowym.
— Bo ma kilka tożsamości — kontynuowała. — Jest aktorem. Zrobił sobie plan filmowy z rzeczywistości. Jest jak kameleon. Poza tym ma jakieś tajne źródła informacji. Wie wszystko o wszystkich i o wszystkim. Jeśli chcesz wyciągnąć na wierzch jakieś jego brudne sprawy... to na nic. Nie znajdziemy. Nawet, jeśli jakimś cudem nam się uda, zniweczy to. Jest zbyt dobry.
— Nam? — spytałem, mierząc ją wzrokiem. Zesztywniała, mimo że jeszcze chwilę temu była całkowicie rozluźniona.
— To nie było miłe... — szepnęła, marszcząc czoło.
— Bo nie miało być. — Zgasiłem niedopałek w stojącej na stole popielniczce i spojrzałem ku oknie. Ściemniało się. — Muszę jechać do szpitala.
— Coś się stało? — zapytała.
— Siostra miała wypadek. Ale to nie twoja sprawa — odparłem.
— Rita? — zadała pytanie.
— Martin ci o niej opowiadał? — spytałem, nie ukrywając swojego zażenowania.
— Nie, mama — odpowiedziała niezwłocznie.
— Twoja mama zdaje sobie sprawę z istnienia tajemnicy zawodowej? — rzuciłem.
— Ostatnio w domu panują różne tematy — powiedziała.
— Swoją drogą wasi rodzice muszą być wyjątkowo głupi, skoro ot tak postanowili wysłać Martina do zakładu psychiatrycznego — rzekłem, nie zważając na kulturę swojej wypowiedzi.
— Racja — potaknęła. Zaskoczyło mnie to, że nie zaprzeczyła.
— Czemu mówisz tak o swoich starszych? — zdziwiłem się.
— Mam swoje powody.
               Kolejna... Co wszystkim nagle odbiło z tymi sekretami, tajemnicami? Gdzie się podziała dobitna szczerość i prawda? Jakie kłopotliwe.
               Wsiadłem do samochodu, rozkoszując się chłodną melancholią panującą na zewnątrz. Przed chwilą przestał padać deszcz. Taką pogodę zdecydowanie najbardziej lubiłem. Odpaliłem silnik i pognałem przed siebie.
               Zapach szpitala. Rażące światło. Śmierdzące białe kitle. Cieszyłem się, że po ukończeniu medycyny postanowiłem jednak pójść w coś związanego z moim drugim kierunkiem studiów - resocjalizacją. Nie wytrzymałbym tutaj. To się gryzło z moją naturą.
— Rita. — Uśmiechnąłem się. — W sobotę zobaczę się z Martinem. Niestety nie ma go w domu.
— Gdzie jest? — szepnęła.
— Opowiem ci jak wrócisz, to dość skomplikowana historia — powiedziałem.
               Jej stan w dalszym ciągu był niestabilny. Nie wiedziałem, czego mam oczekiwać, jednak nadzieja z czasem zaczyna zanikać. Westchnąłem głęboko.
— Rita... straciłem Ninę, straciłem Martina... — zacząłem. — Susan zaczyna swoje niezdrowe gierki po raz setny... W pracy też nie jest za dobrze. Nie zostawiaj mnie.
               Jej oczy na krótki moment zaszkliły się łzami. Nie dziwiłem się. Rzadko zdobywałem się na tak emocjonalne zagrywki, jak ta.
— Obiecaj, Rita.
__________________________________________________________
A teraz, ludzie, idę na urlop, chyba mi się należy. Poza tym trzeba kuć do sierpnia z polskiego, fuck yeah! Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy wrócę, ale wrócę. Dręczyły mnie jakiś czas temu myśli o porzuceniu bloga, ale przestały. :v Także... miłych wakacji i Wam. :3