Showing posts with label odnajduje. Show all posts
Showing posts with label odnajduje. Show all posts

22.9.14

Uzmysłowienie.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: OVA
Gatunek: Yaoi. 



               Miałem pewne podejrzenia, że coś takiego prędzej czy później nastąpi. Sądziłem jednak, iż konsekwencje będą inne. Przeliczyłem się.
               Nieuświadomiony o nowych lokatorach Rity, Alex wpadł do swojego starego mieszkania pewnego dnia, kiedy byłem w nim akurat sam. Siedziałem w wannie, a drzwi wejściowe nie były zamknięte na klucz. 
— Rita? — Usłyszałem głos w kuchni. Moje ciało momentalnie zostało sparaliżowane. Tym razem nasze spotkanie nie mogło ograniczyć się do szorstkiego spojrzenia na ulicy. Musieliśmy spojrzeć sobie nawzajem w twarz.
               Bez pośpiechu umyłem się do końca. Łudziłem się, iż nie będzie miał ochoty czekać i wyjdzie. Dlatego dokładnie wycierałem każdą część ciała, powoli zakładałem na siebie części garderoby, wysuszyłem i ułożyłem włosy, stojąc przed lustrem rzuciłem sobie w myślach kilkanaście komplementów... i mój czas się skończył. Powoli podszedłem do drzwi. Przekręciłem, otworzyłem na oścież. Miałem przed sobą Alexandra Cartera w całej swojej okazałości. Siedział do mnie tyłem - rozwalony totalnie na krześle, z papierosem w ręce. 
— Pizdrzysz się jak zwykle — powiedział oschle. Głos miał dokładnie taki sam, jak wcześniej. Jednak ton różnił się od tamtego diametralnie. — Pewnie zastanawiasz się, czego mogę od ciebie chcieć, nie? W zasadzie przychodzę, by osobiście ci powiedzieć, że masz u mnie wsparcie. Zakładam, iż dziwnie to brzmi po kilku latach bez najmniejszego kontaktu... Po prostu przeżywałem coś, czego nadal do końca nie przetrawiłem. Porzuciłem wszelkie relacje towarzyskie, bo... zapewne słyszałaś. Od kogokolwiek.
               Stałem nieruchomo, obawiając się postawić krok naprzód. Nie sądziłem, że ta sytuacja odbiła się aż tak na jego życiu. Byłem świadom siły ciosu, jaki zadałem, jednak nie przypuszczałbym, iż takie będą tego konsekwencje. 
— Jesteś wściekła? — zapytał, zaciągając się papierosem. Ton jego głosu nadal był oschły, szorstki i obojętny. Jego cynizm przerastał moje najśmielsze wyobrażenia. 
               Ujrzałem tę scenę niczym kadr filmowy ukazany w zwolnionym tempie - Alex podpierający się prawym łokciem na krześle. Alex powoli odwracający głowę w moją stronę. Alex doznający szoku na mój widok. Szalona bitwa spojrzeń. 
            Przez dłuższą chwilę prowadziliśmy walkę na spojrzenia. Nie byłem do końca pewien, czy jest zaskoczony, czy bardziej pragnie rozerwać mnie na strzępy. Usłyszałem coś, czego nie powinienem, w dodatku znajdowałem się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. 
— Mieszkam tu od jakiegoś czasu — odparłem w końcu, przejmując inicjatywę. Cisza była zbyt bolesna w takiej sytuacji.
— Sam? — spytał, ponownie paraliżując moje ciało. Przegryzłem wargę.
— Nie — odpowiedziałem, łudząc się, iż w tym momencie mi przerwie. Mimo to cierpliwie czekał, aż dokończę tę myśl. — Mieszkamy w trójkę: Rita, Adrienne i ja. 
               Patrzył na mnie tak dziwnym wzrokiem, że miałem ochotę uciec jak najdalej i nigdy więcej nie wracać do tych wspomnień. Alex powoli się starzał. Na jego zmęczonej życiem twarzy widniały pierwsze zmarszczki, a jego bujna czupryna miała już siwe prześwity. Jednak jego uroda niezaprzeczalnie nie uległa zmianie. 
— Spierdoliłeś, Martin — wycedził przez zęby, spuszczając głowę w dół. Kosmyki jego włosów zasłaniały mu całą twarz, uniemożliwiając mi czytanie z jego mimiki. — Spierdoliłeś po całości...
— Ja? — zdenerwowałem się lekko. Ryzykowałem, mówiąc, co myślę, gdyż wiedziałem, iż ludzi pokroju Alexa nie powinno się prowokować. — Z naszej dwójki to nie ja dopuściłem się zdrady. W dodatku dwukrotnie. 
— Dlaczego nie potrafiłeś tego wybaczyć? — zapytał, unosząc głowę. Odnosiłem wrażenie, że zaraz zacznie płakać. 
— Wyjaśniliśmy już sobie to — odparłem obojętnie. — Jeśli kochasz dwie osoby, nie zasługujesz na żadną z nich. Kazałem ci zostać z Susan ze względu na małego Rinna. 
— Jeśli zakochujesz się w dwóch osobach... — zaczął — to powinieneś zostać z drugą, bo gdybyś naprawdę kochał tę pierwszą, nie zakochałbyś się w drugiej.
               Przełknąłem głośno ślinę. Wszystko wskazywało na to, że Alex nie poradził sobie jeszcze z uczuciami, którymi mnie darzył. Wyglądał jakby usilnie chciał do mnie wrócić. Okropnie bałem się tego, że mu ulegnę. Pragnąłem z całego serca wyjaśnić to raz na zawsze. Dlatego zająłem miejsce naprzeciwko niego.
— Powiem ci dokładnie to samo, co powiedziałem ci kiedyś — kontynuowałem. — Ponieś konsekwencje za swoje czyny. Gdyby sytuacja z Susan nie miała miejsca, w naszym życiu nic by się nie zmieniło. 
— Co byś zrobił na moim miejscu... — wycedził, po czym położył twarz na stole i zakrył się dłońmi. Szlochał. — Co byś zrobił, gdyby twoja była zaczęła obwiniać cię o stratę dziecka?
               Wryło mnie w ziemię. Nie widziałem nigdy wcześniej Cartera w takim stanie. Słowa, które wypowiedział, przyspieszyły tempo bicia mojego serca. Ze spokojnego człowieka momentalnie stałem się wściekły. 
— Co zrobiła? — spytałem, ukrywając swoje zdenerwowanie.
— Wiem, że to nadal nie jest alibi, ale chcę po prostu, żebyś mnie zrozumiał — powiedział. — Wiem dobrze, kiedy Susan manipuluje, a kiedy mówi prawdę. Jednak... to jest moja jedyna pięta Achillesa. Moje nienarodzone dziecko.
               Przegryzłem wargę. A więc jednak... Nie sądziłem, że koniec końców to faktycznie Susan zniszczy nasz związek. Nie uważałem, iż Alex nie jest winny, ale... byłem w stanie go zrozumieć. Cała ta sytuacja była dla mnie wyjątkowo bolesna. Miałem w zwyczaju przytulać i pocieszać płaczące osoby, lecz w tym przypadku obawiałem się, że wyjdzie mi to na gorsze. 
— Myślę, że całe te sześć lat przyniosło ci ukojenie, więc... — zacząłem ponownie.
— Nie pierdol, Martin — wściekł się. — Straciłem wszystko, co miałem i na czym mi zależało. Matka, dziecko, ojciec, Rita, ty... Racja, mam jeszcze Rinna, jednak w zaistniałej sytuacji tylko czekam, aż ten pierdolony skurwysyn, Bóg, mi go odbierze. Jestem tylko robakiem, któremu wyrwał nóżki i torturuje dla zabawy, zamiast zabić od razu.
               Moja głowa nie wytrzymała tego momentu. Mimowolnie podniosłem się z krzesła, pochyliłem się nad brunetem i przytuliłem go mocno. Nie ruszał się. Chyba bał się to odwzajemnić. Pogłaskałem go po głowie, mierzwiąc jego włosy. 
— Co teraz? — spytał spokojnym tonem. Byłem przerażony. Zupełnie nie wiedziałem, co mu powiedzieć, jak podtrzymać go na duchu. Ponadto czułem, że moje serce powoli się rozpala. Musiałem pozbyć się go stąd jak najszybciej. — Co teraz?
               Uniósł głowę do góry i nasze spojrzenia się spotkały. Alex. Pierwszy raz taki niewinny, bezbronny, niewiedzący, co ze sobą począć. Patrzyłem na niego z troską i zastanawiałem się, nie zważając na szybko upływający czas. Ocknąłem się dopiero podczas gorącego pocałunku, który nawet nie byłem w stanie określić, kto rozpoczął. Tak czy inaczej nie mogłem przestać. Nie potrafiłem, nie chciałem. Nawet po tylu latach pragnąłem go równie mocno. 
               Kochaliśmy się w naszym starym łóżku całą noc. Nikt nam nie przeszkodził. Dziewczyny wyjechały razem na weekend, bo tłumaczyłem się dużą ilością pracy, co poniekąd było prawdą. Tak czy inaczej... robiliśmy to do bladego świtu. Seks z nim był zupełnie innym stosunkiem niż ten z Adrienne. Poza tym zrozumiałem, że chyba jednak zawsze byłem gejem. 
               Za oknem dopiero się rozjaśniało. Alex smacznie spał, a ja leżałem wtulony w jego ramię i nie mogłem zasnąć. Moje powieki były twarde i było mi niedobrze. Do bolącej głowy wracały wspomnienia sprzed ponad dziesięciu lat. To samo łóżko, ten sam pokój, ten sam budynek, ten sam mężczyzna. W gruncie rzeczy myślałem, że uda mi się od tego uwolnić. Jednak ten facet... wywoływał we mnie falę emocji. Nigdy nie miałem pojęcia, na jakiej zasadzie działa miłość. Ale w jego przypadku... Mógł mnie torturować. Zdradzać. Bić. Kopać. Gryźć. Nienawidzić. Lecz ja wiedziałem, iż zawsze będę w nim zakochany.
               Przedyskutowaliśmy całą sytuację i doszliśmy do wniosku, że na nagłe zmiany jest stanowczo za późno. Pozornie z sytuacji nie było żadnego wyjścia. Dlatego postanowiliśmy działać nie do końca legalnie. Pozostaliśmy w swoich stałych związkach - on z Susan, ja z Adrienne. Wszystko musiało być w porządku. My... zwyczajnie utrzymywaliśmy to w tajemnicy. Staliśmy się kochankami. Ukrywaliśmy to przed całym światem. W takim wypadku Bóg nie mógł już nam przeszkodzić. 

18.9.14

Czyny i konsekwencje.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 16
Gatunek: Yaoi.



— I tak po prostu poddałeś się bez walki...? — zapytał Jude, wytrzeszczając oczy ze zdziwienia. Wprowadziłem go w potężny szok, opowiadając historię sprzed kilku dni. Mimo panującej melancholii, szeroki uśmiech nie schodził mi z twarzy. 
— Nie poddałem się niczemu — odpowiedziałem. — Sam wybrałem takie wyjście. Tak jak ty kierujesz się w życiu rozumem i sprytem, tak moim priorytetem jest dobro innych. Mimo głosu serca.
               Ta decyzja zdecydowanie nie należała do najłatwiejszych. Tym bardziej po wszystkim, co dotychczas przeszedłem. Zdawałem sobie sprawę z tego, iż odbije się to dość wyraźnie na moich dalszych losach. Jednak uznałem to wyjście za odpowiednie do sytuacji. W dodatku on... On nie był w stanie nawet powiedzieć mi tego sam, osobiście. Wszystko wskazywało na to, iż ma zamiar utrzymywać to w tajemnicy tak długo, jak się da. Zawsze byłem przekonany, że każdy powinien kiedyś ponieść konsekwencje za swoje czyny. Żałowałem jedynie, iż akurat ja byłem w to wmieszany.
— Jude, posłuchaj — kontynuowałem. — To tak jakbyś czytał dobrą książkę. Wiesz, spoufalasz się z głównym bohaterem, czcisz go i uznajesz większość jego działań za słuszne. Wciągasz się w jego historię zapominając o bożym świecie. Śmiejesz się z nim, płaczesz z nim. I kiedy docierasz do końca utworu... okazuje się, iż w rzeczywistości był czarnym charakterem. Został po prostu przedstawiony w taki sposób, byś myślał, że jest dobrą postacią. To tak jak z Tezeuszem i Minotaurem. Możesz powiedzieć, że Tezeusz był bohaterem, który wyzwolił wszystkich od potwora, jednak ja ci wtedy odpowiem, iż był on zwykłym mordercą. Minotaur był potworem czy ofiarą, jak sądzisz?
               Najlepsza kara za grzechy jest wtedy, kiedy skazuje cię na nią osoba, która darzy cię niebywałą miłością. Myślę, że to dziwne podejście, gdy nie mówisz tego, co powinieneś, bo obawiasz się utraty kogoś ważnego. W rzeczywistości to zaufanie powinno być fundamentem, nie nasze czyny. To, czego się dopuścił... wybaczyłem mu niemalże od razu. Pozostał ból. Rana przez długi czas się nie zagoi, ale takie najwyraźniej było nasze przeznaczenie. 
— Co się z tobą stało, Martin? — spytał z nieukrywanym zdziwieniem. Nadal nie mógł wyjść z szoku. — To zachowanie... To do ciebie niepodobne. 
— Każdy problem ofiaruje ci nowy bagaż doświadczeń — odparłem. — Dzięki temu dorastamy.
               Ale co innego mogłem zrobić? To już nie były te same argumenty, co wcześniej. Miałem głęboko gdzieś, co się stanie, czy ktoś znowu mnie odizoluje, czy ktoś będzie usiłował mnie zabić, upozorować moją śmierć, cokolwiek. Tym razem on zasłużył na karę. Karą było poniesienie konsekwencji i wzięcie odpowiedzialności za swoje czyny. 
— Co masz zamiar teraz zrobić, Martin? — spytał z troską. — Przecież od teraz... Od teraz twoje życie już nigdy nie będzie takie samo. 
— Racja — powiedziałem z uśmiechem. — Będę mógł odkryć wiele nowych rzeczy.
— Ale... — westchnął, chowając twarz w dłoniach. — Dlaczego... Naprawdę nie rozumiem... Powinieneś mu pomóc, a nie odchodzić, Martin...
               Kilka dni temu dowiedziałem się o ciąży Susan. Miała okazję powiedzieć mi o tym osobiście. Ponadto Alex wiedział o tym od niemalże samego początku. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, była właśnie pomoc. Pragnąłem pomóc Carterowi, wyjaśnić z nim wszystko i dostosować się do jego decyzji. Przeszlibyśmy przez to razem bez większego problemu. Jednak Susan przypadkowo powiedziała kilka zdań za dużo.
— Problem leży w tym, że... — zacząłem — ona zaszła w ciążę nie przed moim powrotem, a po nim. 
— Chyba nie chcesz powiedzieć, że Alex był na poważnie w dwóch związkach — poddenerwował się brunet. 
— Początkowo zastanawiałem się, czy Susan jest wobec mnie szczera — odparłem. — Jednak sam wiesz, że, zważywszy na fakty, które znamy, nie mogła kłamać.
— Racja — westchnął. — Ale... dlaczego Carter zrobił coś takiego? Wydawało mi się, że jest... no właśnie...
— Rozmawiałem z Ritą — dodałem. — Wniosek nasuwa się jeden. Alex nie miał ciekawej przeszłości. Być może to było powodem jego rozdarcia między mną a Susan, którą w rzeczywistości nadal bardzo kochał. Podejrzewam, że przez długi czas bił się z samym sobą. Cóż, wygląda na to, iż walka dobiegła końca. Poza tym ukrywałem przed tobą pewien fakt. Kiedy wróciłem ze szpitala okazało się, że Alex miał jeszcze kogoś. Był to chłopak łudząco podobny do mnie i, jak przypuszczam, kokietował go do tego stopnia, że Carter w końcu zapragnął się nim zająć. Jednak do niczego nie doszło.
— Ciężkie to wszystko do ogarnięcia... — westchnął, biorąc łyk kawy. 
— Tak czy inaczej... kazałem mu wziąć odpowiedzialność za własne czyny i wychować to dziecko razem z Susan — zakończyłem. 
               Uznałem takie wyjście za najlepsze. Jude pierwszy raz w życiu stwierdził, że podziwia moją dojrzałość. To tylko utwierdziło mnie w fakcie, iż prawidłowo postąpiłem. 
               Po całej tej sytuacji nie miałem się gdzie podziać. Zakończyłem umowę z właścicielem mojego starego mieszkania, gdyż byłem pewien, że zamieszkam z Alexem już na stałe. Moją wybawicielką okazała się być Rita, która od czasu wyprowadzki Cartera miała wolny jeden pokój. Na samym początku czułem się wyjątkowo dziwnie, musząc spać w łóżku swojego byłego faceta. Jednak to było sześć lat temu, zdążyłem się przyzwyczaić. Jude miał rację, od tego czasu zmieniło się totalnie wszystko. 


Na chwilę obecną nadal mieszkam z Ritą. Uświadomiłem sobie również swoją orientację - jakiś czas po zerwaniu z Alexem zaczęły pociągać mnie kobiety. Niedawno związałem się z Adrienne. Zamieszkała razem z nami. Jest dobrze, chociaż często mam wrażenie, że kobiety, z którymi mieszkam, coś na mój temat knują. Nie utrzymuję kontaktu z Alexem, jednak zdarzy mi się minąć jego, Susan i ich dziecko na ulicy. Nazwali go "Rinn". 



_____________________________________________________
Chciałam podziękować wszystkim tym, którzy towarzyszyli mi cały ten czas i dotrwali aż do teraz. Szczery podziw w Waszą stronę, mówię poważnie. :D Mam nadzieję, że moje gnioty nie były aż takie kiepskie (nawet kit z błędami, liczy się fabuła i akcja). Także teraz możecie szczerze wygłosić swoje opinie nt. Maniakalnego. :D Ogólnie jestem z siebie dumna, bo rzadko udaje mi się napisać tak długie opowiadanie, w dodatku je dokończyć! Ok, przyznaję się - to był mój pierwszy raz. Tak czy inaczej... upewnię Was, gdybyście nie mieli jeszcze tej świadomości - tak, to był ostatni sezon Maniakalnego i tym razem Was nie wkręcam. 

7.9.14

Krew Afrodyty.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 15
Gatunek: Yaoi.



               Zwaliłem leżącego na mnie Alexa na łóżko (zwaliłem Alexa!) i powoli podniosłem się do pozycji siedzącej.
— Argrgrgkurwa... — warknąłem, gwałtownie zrywając się na równe nogi. Cały tył mi pulsował. Byłem przekonany, że Carter żartuje sobie z tym całym "jutro nie będziesz mógł siedzieć". A jednak... 
               Założyłem leżące nieopodal bokserki i zszedłem na parter, do kuchni. Jeszcze kilka dni temu majestatycznie zasiadałem tutaj na jednej z sof, mając naprzeciwko panią prawnik, która usiłowała rozwiązać mój problem. Ponadto dziwnie się czułem ze względu na brak Rity. Powinna była teraz wyłonić się ze swojego bunkra i rzucić jakąś ciętą ripostę odnośnie głośnego pieprzenia się przez pół nocy. Westchnąłem głęboko. Otworzyłem lodówkę, a moje oczy zaczęły świecić się niczym lasery.
— Ile żarła! — wrzasnąłem, wykonując taniec godowy. — Stać go na utrzymanie takiej wielkiej chaty, na jakieś homaro-podobne żarcie, na złotą obrączkę... No teraz to tym bardziej muszę z nim zostać.
— Już miałeś zamiar spierdalać? — zapytał nagle, znienacka wyrastając mi za plecami. Przycisnął mnie do blatu i nadgryzł lekko moje ucho. — Wybacz, ale w najbliższym czasie będę bardziej niewyżyty niż zwykle.
— Przykro mi, nie jestem w stanie siedzieć — odparłem chamskim tonem. — Chyba, że masz gdzieś moje uczucia i odczucia, i tak czy inaczej będziesz...
               Gwałtownie obrócił mnie przodem do siebie i pocałował zaborczo. Brakowało mi tchu i niemal krztusiłem się własną śliną. Tlen się kończył, a pożądanie coraz szybciej rosło. Wplotłem palce w jego karmelowe włosy, podczas gdy on wsunął dłonie w moje bokserki, zaciskając je mocno na moich pośladkach. Jęknąłem cicho.
— Widzisz? — zachichotał cicho. — Nawet silny ból nie zmieni tego, że jesteś nimfomanem.
               Odepchnął mnie od siebie błyskawicznie, rzucił swój cyniczny uśmieszek na odchodne i udał się na górę z tekstem, że tym razem nie ma ochoty brać ze mną kąpieli. Prychnąłem ze złością. Było tak za każdym razem - nie potrafił ubrać w słowa swoich uczuć, dlatego zawsze przekręcał wszystko w taki sposób, by mnie wkurzyć. Pamiętam pierwszą noc spędzoną w jego starym mieszkaniu - w pewnym momencie przestał panować nad swoimi żądzami i usiadł mi okrakiem na biodrach, tłumacząc się po chwili, że jest lunatykiem i śnił mu się Orlando Bloom. Dałbym sobie rękę urżnąć, że i tym razem nie chciał powiedzieć czegoś na kształt "skoro jesteś obolały, powstrzymam się". Wolał o stokroć rzucić chamskie "dzisiaj się ze mną nie kąpiesz".
               Jako że Rinn odziedziczył po Martinie to, iż jest głupi nawet po szkodzie, zamiast koić ból tyłka, udał się prosto za Carterem, by poprzeszkadzać mu podczas kąpieli. Zaczekał tylko aż Alex zanurzy się w gorącej wodzie, by niespodziewanie wskoczyć do wanny i już po chwili zajmować miejsce tuż naprzeciw niego.
— Jestem oszczędny — rzuciłem krótko. — Zużyjemy mniej wody.
— Czyżbyś przyszedł sprawdzić, gdzie kończą się granice moich pohamowań? — zapytał, uśmiechając się sarkastycznie.
— Odpowiadam pięknym za nadobne — odparłem zgryźliwie. — Wyjebałeś mnie niemalże na wylot, teraz cierp.
— Odpowiadasz pięknym za nadobne, mówisz... To jak odpowiesz na to? — spytał, chwytając mnie delikatnie za dłoń i pokazując mi widniejący na moim palcu serdecznym pierścionek z czystego złota. Cholera, zapomniałem o nim... — To chyba jednak będziesz zmuszony przetrwać jeszcze kilka takich nocy jak ta.
— Kilka nocy? — wzdrygnąłem się na samą myśl o bólu, jaki mnie czeka.
— W sumie racja, pora dnia nie jest ważna — zaśmiał się. — Dlatego...
               Już po chwili nadgryzał mój prawy sutek, zamykając oczy z rozkoszy. Odnosiłem wrażenie, że odczuwa większą przyjemność niż ja sam. Mimo to silnie hamowałem się, by nie wydawać z siebie głośniejszych jęków. Z drugiej strony wiedziałem, iż zrobi wszystko, by doprowadzić mnie do totalnie błogiego stanu. Stanu, w którym całkowicie mu się poddam. Dlatego z namiętnością przesuwał językiem dookoła mojego sutka, by po chwili ukąsić go z całej siły.
— N-nie rób tego... — westchnąłem cicho, odsuwając go od siebie. Mój ton nie był zbyt przekonujący.
— W takim razie przejmij inicjatywę — wyszczerzył całe swoje uzębienie w promiennym uśmiechu.
               Zawahałem się nieco z obawy, jak to się skończy. Mimo to moje biodra same zaczynały odruchowo balansować, nie zważając na okalający mnie ból. Osunąłem się powoli na jego tors, składając krwisty pocałunek na jego piersi, po czym zanurzyłem się pod wodę i lekko zacząłem ssać czubek jego członka. Nie widziałem jego wyrazu twarzy, nie słyszałem jęków dochodzących z jego ust. Poczułem jedynie nagłe spięcie mięśni jego ud. Dlatego pieściłem go bardzo powoli, póki nie zaczął twardnieć. Dopiero wtedy, bez stopniowego przyspieszania, zacząłem wsuwać go sobie tak szybko do gardła, że faktycznie zacząłem się dławić. Mimo to nie zaprzestałem, póki nie doznał orgazmu. Wyłoniłem się wtedy z wody, a on pocałował gorąco moje wątłe usta, z których toczyły się wąskie strugi spermy. Pogłaskał mnie po głowie i nadgryzł ucho po raz kolejny.
               Odniosłem wrażenie, że zrezygnował z dalszej części. Prawdopodobnie odpuścił sobie, by nie sprawiać mi jeszcze większego bólu. Odetchnąłem z ulgą, jednak...


Nie panowałem nad tym.


               To było coś na rodzaj luki w pamięci. Alex patrzył na mnie zdziwionymi oczyma, a ja balansowałem na boki biodrami, nasuwając się na jego członka. Nie zważałem na ból, nie zważałem na nic. Kiedy poczułem, że jestem dobrze oparty, błyskawicznie zsunąłem się na dół, sprawiając sobie więcej boleści niż poprzedniej nocy. To było jak... rozrywanie skóry.
— D-dlaczego? — zdziwił się, oddychając ciężko.
— Chyba jestem masochistą... — westchnąłem, z trudem łapiąc oddech. Widziałem, jak w wodzie rozchodzi się czerwona ciecz.
— ...nimfomanem — zaśmiał się. — Już wystarczy, powinieneś...
— Nie — przerwałem mu w pół zdania. — Jeśli masz zamiar już skończyć, to trudno, bo nie mam zamiaru ci na to pozwalać.
               Jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej zaskoczone niż wcześniej. Pierwszy raz stanowczo mu się postawiłem, w dodatku w takiej sytuacji... Nie mam pojęcia, dlaczego. Po prostu czułem, że to jeszcze nie jest punkt kulminacyjny. Dlatego podniosłem się do góry, by ze mnie wyszedł, po czym zacząłem manewrować bardzo szybko w górę i w dół, za każdym razem do końca. Krew bryzgała na wszystkie strony, a z ust Alexa wydobywały się tak namiętne jęki, jakich jeszcze nigdy nie słyszałem.
                Po kilku wspólnych orgazmach musiałem zemdleć, Obudziłem się bowiem w sypialni - nagi z paczką lodu przyłożoną z tyłu. Bałem się myśleć, co może się stać, jeśli go stamtąd zabiorę. Leżałem na brzuchu, z rękoma pod głową. Oddychałem ciężko. Zastanawiałem się, dlaczego nagle poczułem tak nieopanowaną, nienasyconą chęć, gdy nagle... wróciła do mnie ze zdwojoną siłą.
— Czujesz się już lepiej? — spytał Alex, wchodząc do pomieszczenia. Prawdopodobnie chciał coś jeszcze dodać, jednak nie zdążył - już po chwili zalegaliśmy obydwoje na ziemi, pieprząc się ile sił. W którymś momencie zauważyłem, jak z oczu Alexa zaczynają toczyć się łzy. Zatrzymałem się wtedy na chwilę, a on skorzystał z okazji, zsunął pierścionek z mojego palca i rzucił go w kierunku okna. Spojrzałem na niego jak na totalnego idiotę i nagle... moje żądze totalnie minęły. Pozostał tylko ból rozrywający mój odbyt i świeże strugi krwi toczące się po jego torsie. Siedziałem okrakiem na jego brzuchu, sparaliżowany paleniem mojego tyłu i wpatrywałem się w niego spojrzeniem typu "wtf?".
— Nie powiem ci, bo mnie zajebiesz — powiedział z chamskim uśmieszkiem.
— Już cię zajebałem — odparłem, unosząc brwi. — Zajebałem, wyjebałem, najebałem i w ogóle jebałem i jebałem, i boję się, że to nie koniec.
— Nie ruszaj tej obrączki — zaśmiał się. — Trzeba ją zdezynfekować.
— Co kurwa? — spytałem, oczekując wyjaśnień.
— Wiedziałem, że sam nie wpadniesz na to, by ją zdjąć, dlatego właśnie ją dostałeś — zachichotał.
— A co z nią jest nie tak? — zadałem pytanie.
— Słyszałeś o afrodyzjakach w zapachach?
               I już po chwili pojawiły się kolejne strugi krwi, gdy zacząłem okładać Alexa pięściami. Co za skurwiel! Wiedziałem, że coś było nie tak, nigdy w życiu nie oddałbym się mu z taką łatwością. Kretyn pierdolony... I ja jestem nimfomanem, ja nimfomanem, tak? Kurwa mać!
— Oooo ja pierdolę — Usłyszałem nagle nad sobą niski kobiecy głos. — Ja nie mam nic przeciwko homoseksualizmowi, ale toż to jakieś sado-maso jest w tym momencie...
— Nie, nie, Rita, nie — zacząłem motać się na boki. — Ten pierdolony skurwiel, on, kurwa mać, on...!
               Tak czy inaczej kazała nam się zamknąć i zejść na dół, by mogła nas opatrzyć. Tak, pani prawnik miała zamiar opatrzyć dwóch lekarzy. Tak czy siak koniec końców zabandażowała tylko Alexa, bo, gdy opowiedziałem jej, które moje narządy trzeba zreperować, prawie zemdlała. Była u nas tylko przejazdem, więc szybko się zwinęła. Carter zaproponował sprawdzenie mojego stanu zdrowia, a ja niestety wiedziałem, że nie mam innego wyjścia. Dlatego już po chwili po raz kolejny leżałem przed nim goły i wesoły, a on delikatnie odchylał moje pośladki sprawdzając, czy wszystko jest w porządku.
— Alex, jak ja się wysram? — zadałem pytanie, które wyjątkowo mnie korciło. Zareagował cichym chichotem.
— Mogę ci pomóc — zaśmiał się. — Ale to niekoniecznie pomoże w taki sposób, w jaki byś chciał.
— Nie wkurwiaj mnie, jeszcze ci mało... — syknąłem. — Jesteś pierdolo...
               I znowu przerwał mi, wprowadzając mnie w błogi stan. Zrobił dokładnie to samo, co tej nocy. Kretyn znalazł mój czuły punkt i chyba postanowił zacząć go wykorzystywać. Rozchylił delikatnie moje pośladki i powoli przesunął językiem po dzielącej je linii. Jęknąłem cicho, ale szybko doprowadziłem się do normalnego stanu i wycedziłem przez zęby:
— Gównojad pierdolony.

______________________________________________
Nie mam internetów, ale daję radę! A, właśnie, mam coś, czym trzeba się pochwalić. Lis nie zdał polskiego! ._.

26.8.14

Wtorek.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 14
Gatunek: Yaoi. 



               Jednak nieupragniony wtorek musiał w końcu nadejść, przynosząc ze sobą moje dwudzieste trzecie urodziny oraz najważniejszą decyzję mojego życia, która w dodatku nie ode mnie zależała. Było sześć po pierwszej w nocy, a ja ślęczałem nad komputerem twierdząc, że przecież i tak nie zasnę, więc po co w ogóle próbować. W rzeczywistości miałem zamiar wepchnąć w siebie kilka tabletek nasennych i najzwyczajniej w świecie przespać dzień, który nie miał nadejść.
               I zrobiłem to. Połknąłem dość sporą dawkę, popijając dużą ilością wody. Po tym zabiegu sprawdziłem, czy aby na pewno drzwi są zamknięte (zamek wymieniłem), a telefon wyłączony. Upewniwszy się co do ich stanu, z lekkim niepokojem położyłem się do łóżka, przykrywając kołdrą i dwoma kocami. Październik tego roku był wyjątkowo chłodny.
               Mój organizm postanowił jednak zniweczyć moje diabelskie plany i obudził mnie chwilę przed siedemnastą. Opakowanie po lekach było puste, a ja siedziałem z wytrzeszczonymi oczyma, jakbym osiem kaw wypił. Ostrożnie włączyłem telefon, bo jakoś nie mogłem wytrzymać i... 


Szesnaście SMS'ów z życzeniami, w tym 0 od Alexa. 


               Nie mam pojęcia, czego oczekiwałem - z jednej strony odetchnąłem z ulgą, z drugiej zaś - myśl, że o mnie zapomniał, czyniła mnie smutnym, biednym i w ogóle było mi przykro. Wkurzało mnie to, byłem przekonany, iż już pogodziłem się z jego potencjalnym wyborem. W dodatku jeszcze kilka dni temu zacząłem grać tak nieczysto, że w rezultacie zabłądziłem sam w swojej własnej grze. Tak. Postanowiłem przekombinować i to zrobiłem. Żyłem nadzieją, iż Jude miał rację i Alexa faktycznie coś wzbrania przed powiedzeniem mi prawdy. Dlatego wyrypałem prosto z mostu z tekstem "wiem o wszystkim" i motałem się tak długo, póki mnie nie wyśmiał. W rzeczywistości nadal był panem swojego losu. Cholerny waginosceptyk pierdolony... 
               Założyłem buty, zarzuciłem na siebie płaszcz i owiązałem się grubym szalikiem. Opuściłem mieszkanie i pognałem w kierunku przystanku tramwajowego. Nie oglądałem się za siebie, nie rozglądałem na boki - wszystko z obawy o widok Cartera. Niby wiedziałem, co chce mi przekazać, mimo to... Nadal nie nauczyłem się, że ucieczka jest najgorszym sposobem na rozwiązywanie problemu. Nie potrafiłem spojrzeć tarapatom prosto w oczy. 
               Stojąc na przystanku i trzęsąc się z zimna poczułem się niczym pieprzony singiel z walentynkowego filmu. Wokół mnie obleśne hetero-nie-wiadomo parki obściskiwały się, dzieląc ze sobą ciepło. Ja... ja miałem szalik. I to nie był zwykły szalik. To był szalik Real Madryt. 
               Chwilę później stałem już pod mieszkaniem Jude'a i Elise, dobijając się ze wszystkich sił. Otworzyli w miarę szybko, śpiewając mi "sto lat". 
— Nawet torta ci upichciłem z tabletkami gwałtu — wyszczerzył się Lisovsky. 
               Opowiedziałem im o swoim nikczemnym planie przespania całego pechowego dnia, a oni kazali mi puknąć się w łeb. Jak zwykle nikt nie rozumiał moich uczuć. A może ja nie chciałem dojrzewać, dorastać czy tam coś tam w ten deseń? I tak spoważniałem już zanadto, wszystko przez tą pieprzoną medycynę. Byłem już w momencie kulminacyjnym swojej opowieści, gdy nagle...
— Pójdę otworzyć — oznajmił Jude, gdy tylko usłyszał dzwonek do drzwi. Elise schowała się za filarem, z ciekawością obserwując dalszy przebieg wydarzeń. Jednak...
— Aua, kurrrrwa — wycedziłem przez zęby, kiedy wepchnęła mnie gwałtownie do ich sypialni i zamknęła drzwi od zewnątrz na klucz. Początkowo chciałem zacząć się dobijać, walić pięściami i krzyczeć, że to ubezwłasnowolnienie, ale wtedy usłyszałem ten głos...
— Komedia! — zaśmiał się. — Nigdy nie pomyślałbym, że się razem urządzicie, nie po tym, jak wasze oczy ciosały w siebie nawzajem piorunami! 
— Yo, Carter — przywitał się Jude. — Co cię tu sprowadza? Wejdź do środka.
               Po cichu wczołgałem się pod łóżko łudząc się, iż tam nie usłyszę słów, które wypowiadał. Mimo to te wypowiedzi niosły się echem po całym pomieszczeniu, w którym się znajdowałem.
— Wiecie, gdzie jest Martin, prawda? — spytał. — Domyślam się, że go kryjecie, ale zapewne rozumiecie, iż nie ma innego wyjścia i muszę to z nim załatwić w cztery oczy. 
— A ja się z kolei zastanawiam, dlaczego się przed tobą ukrywa — westchnęła Elise. 
— Też zadawałem sobie to pytanie — odpowiedział — i doszedłem do wniosku, że to z powodu jego dziewczyny.
               Ugryzłem się w język. Wytrzeszczyłem szeroko oczy ze zdziwienia i, po ciszy panującej w kuchni, domyśliłem się, iż Jude oraz Elise są w podobnym stanie, co ja. Zamarłem na dłuższy moment.
— Dziewczyny? — zapytał Lisovsky, przerywając w końcu ciszę.
— Taaa... — westchnął. — Spotkałem ich razem w parku, widać było, że mają się ku sobie. Zabrałem go wtedy na weekend do Hamburga, ale postanowił mi zwiać, jak się później okazało, do niej. Co prawda nie rozumiem, dlaczego w takim razie zawiadomił mnie o swoim istnieniu, skoro miał takie zamiary. 
               Poczułem, jak łza powoli spływa mi po policzku. Starałem się patrzeć do góry, aby to zahamować, jednak moje oczy były zbyt mokre. Co gorsza sam nie wiedziałem, dlaczego płaczę. Odnosiłem wrażenie, że od tego dnia moje urodziny na zawsze staną się dniem żałoby. 
               Po tych słowach znów zapanowała cisza. Słyszałem tylko kroki, trzask szklanek, później działo się coś w korytarzu, jeszcze później ktoś wyszedł, jednak nikt nie zamknął za nim drzwi. Czekałem. Moje ciało było sparaliżowane i uniemożliwiało mi najmniejszy ruch palca u nogi. Leżałem pod łóżkiem, wpatrując się martwo w kant drzwi. Odnosiłem wrażenie, iż ktoś czai się po drugiej stronie. Miałem rację. Już chwilę później usłyszałem, jak powolnym ruchem przekręca klucz w zamku drzwi i cicho przekracza próg pokoju. Widziałem jego buty. I nie były to buty ani Jude'a, ani Elise. 
               Zrobił dwa kroki i zatrzymał się. Miałem za złe siostrze i Lisovsky'emu za postawienie mnie w takiej sytuacji. Droga ucieczki była zamknięta. Musiałem załatwić to tu i teraz. Ale... nie byłem w stanie. Nie potrafiłem się nawet ruszyć, a co dopiero wyjść, porozmawiać i zakończyć całą sytuację. Moje powieki nadal nie wyschły. Nie miałem ochoty pokazywać mu się w takim stanie. 
               Podszedł do okna i westchnął głęboko. Zastanawiałem się, czy zdaje sobie sprawę z mojej obecności, czy może właśnie uznał słowa Jude'a za kłamstwa i twierdzi, jest w tym pomieszczeniu zupełnie sam. Poczułem silny skurcz w lewej nodze. Byłem zmuszony lekko ją rozprostować. Dlatego bardzo, bardzo, naprawdę bardzo powoli przesunąłem ją do przodu, co w rezultacie doprowadziło do... zgrzytu łóżka. Moje ciało zdrętwiało. Mimo to odruchowo wysunąłem się spod łóżka i podniosłem się na nogi. Stałem tyłem do niego. Nie obracając się schowałem twarz w dłoniach, po czym przejąłem inicjatywę.
— Alex, to był mój błąd, że pokazałem ci się na oczy, wybacz mi to — zacząłem. — A teraz zakończ to szybko, nie lubię zbędnego przedłużania pożegnań. 
— Więc założyłeś, że to już koniec? — spytał szorstko, potwierdzając tonem głosu moje przypuszczenia. 
— Nie mieszaj mi w głowie — prychnąłem. — To było oczywiste.
               Usłyszałem jego kroki w moją stronę. Zbliżył się na bezpieczną odległość, poczekał dłuższą chwilę, po czym położył mi rękę na ramieniu. Strąciłem ją. 
— Wytłumacz mi swój tok myślenia — odparł sucho.
— Nie ma powodu, żebym to robił — odpowiedziałem cicho. — Po prostu powiedz to, co masz do powiedzenia.
— Kiedyś obiecaliśmy sobie, że skończymy z sekretami, które doprowadzały nasz związek do autodestrukcji — powiedział. — Nasza historia jeszcze nie dobiegła końca, dlatego wyjaśnijmy sobie wszystko. Sądzę, że to wystarczający powód. 
— Kiedy siedzieliśmy w knajpie i postawiłem ci ultimatum... Gdy kazałem ci wybrać między mną a Susan, nagle wściekłeś się i wyszedłeś niemalże bez słowa — zacząłem. — Byłem przekonany, że trzepniesz mnie w łeb, roześmiejesz się i powiesz, że nie wybierzesz tej czerwonej pindy, skoro wróciłem. To było dla mnie oczywiste. Dopiero po rozmowie z Judem zdałem sobie sprawę z tego, jak wiele od ciebie oczekiwałem, tym bardziej po tak długiej rozłące. Później... później zorganizowałeś cały ten totalnie niespodziewany wyjazd... Nie musiałeś tego robić. To sprawiło tylko, że poczułem się jak twoja osobista zabawka. Upewniłeś mnie wtedy w przekonaniu, iż masz zamiar zostać z Susan. Chciałeś zapewne nasycić się mną do końca i zostawić w kącie. W przeciwnym razie kilka dni by cię nie zbawiło. Myślę, że rozumiesz mój tok myślenia. Teraz, proszę, zakończ to, nie skazuj mnie na jeszcze większe cierpienie. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej się z tym pogodzę.
— Wypadałoby, żebym skomentował to, co powiedziałeś — powiedział ze śmiechem.
                Znowu zacząłem działać pod wpływem emocji. Nadal nie miałem ich pod kontrolą. Obróciłem się gwałtownie na pięcie, dając mu w twarz. Zacisnąłem zęby. 
— Dlaczego cię to śmieszy? — spytałem, trzęsąc się ze złości. Nie zważałem już nawet na to, jak szybko spływały z moich oczu strugi łez. Paliłem się z wściekłości. Jednak on... On zwyczajnie odgarnął moje dłuższe włosy i delikatnie pocałował w czoło.
— Dlaczego mnie to śmieszy, pytasz — rzekł, uśmiechając się szeroko. — To oznacza, że ta blondynka nic dla ciebie nie znaczy, prawda?
— Nie jestem biseksualny — odparłem cicho, spuszczając głowę.
— Kiedy siedzieliśmy w knajpie i postawiłeś mi ultimatum... Racja, wściekłem się. Nie wiem, co sobie myślałem ani czego od ciebie oczekiwałem, ale byłem przekonany, że to oczywiste, przecież nie wybrałbym Susan, kiedy mam ciebie pod ręką  — zaśmiał się. — To tak, jakbyś powiedział mi prosto z mostu, jak bardzo wątpisz w moje uczucia.
               Podniosłem lekko głowę, uważnie słuchając każdego zdania, jakie do mnie wypowiadał. Spojrzałem mu w oczy.
— Niespodziewany wyjazd... — kontynuował. — Nazywasz mnie zboczonym niewyżytym starcem, a zdziwił cię fakt, że odczekanie kilku dni zwyczajnie mnie przerosło? Jeśli faktycznie chcesz, żebyśmy się rozstali, to bardzo mi przykro, ale w zaistniałej sytuacji będę zmuszony uwięzić cię w swojej piwnicy i nigdy więcej nie ujrzysz już światła dziennego. Dlatego teraz ja postawię ci ultimatum - wolisz być ze mną w sypialni na poddaszu, czy mam do ciebie schodzić pod ziemię z jedzeniem? Innej opcji nie ma, to przykre, bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. 
— Nie załatwiłeś tego jeszcze z Susan, prawda? — spytałem cicho, bojąc się nagłego wybuchu radości.
— W zasadzie to... — westchnął, spoglądając na zegarek. — Wygląda na to, że już wyniosła swoje graty. Możesz się wprowadzać.
               Szczęka opadła mi do samej ziemi. W najśmielszych wyobrażeniach nie widziałem takiego zakończenia sytuacji. Nie mogłem uwierzyć w to, że wszystko wróci do normy, że życie moje i Elise ułoży się w taki sposób... Udało nam się uciec od rodziców, pokonać wszystkie przeszkody i odnaleźć szczęście.
— Patrzysz na mnie wzrokiem "wejdź mi w dupę", ale chyba nie chcesz tego robić w łóżku swojej siostry, co? — spytał, uśmiechając się niczym pedofil. — Nie ma co. Też mam na to ochotę. Jutro nie będziesz mógł siedzieć, mogę ci to obiecać.
               Złapał mnie za rękaw i poprowadził prosto do samochodu stojącego przed klatką. Nie martwiłem się o nic - miałem gdzieś, że zostawiliśmy otwarte mieszkanie, że Alex mógł mnie okłamać, że Susan nie da za wygraną. Byłem szczęśliwy. Właśnie, Susan...
— Jest mi przykro z jej powodu — westchnąłem cicho, kiedy jechaliśmy do jego domu.
— Nie wiem, o czym wtedy rozmawialiście — odpowiedział — ale nie powinieneś jej żałować. Jest gorszą egoistką niż ja. Traktuje związek jako relację jednoosobową. 
— Co masz na myśli? — spytałem z ciekawością.
— Ma w dupie moje uczucia — syknął. — Niezależnie od tego, co sam czuję, uważa, że tylko z nią będę szczęśliwy.
— Widzisz teraz, jak się czuję? — zapytałem sucho. 
— Nie, w twoim przypadku to co innego — odpowiedział. — Jesteś okropnym nimfomanem, a tylko ja jestem w stanie cię zaspokoić. 
               Zmrużyłem oczy z wściekłością i odwróciłem wzrok. Cholerny gnojek, wcale nie było tak, jak mówił. Wytrzymałem pięć lat w celibacie! 

Jednak gdy tylko wróciliśmy, postanowiłem to sobie szybko nadrobić.

               Jak tylko się rozebrał, rzuciłem się na niego jak wygłodniałe zwierzę. Przez chwilę usiłował mnie z siebie zrzucić, gdyż czuł się niebezpiecznie będąc na dole, lecz, widząc moje niezaspokojenie, postanowił pozwolić mi tym razem na trochę więcej. Muskałem wargami jego kark, nadgryzając co chwilę ucho. Zamknął oczy i uśmiechnął się. Nie mówił nic. Czekał. Powoli przesunąłem językiem po jego wystającym obojczyku, co zwieńczyłem dość bolesną malinką na ramieniu. Z jednej strony mi się spieszyło, z drugiej jednak - chciałem rozkoszować się każdą najmniejszą częścią jego ciała. Oblizałem usta i wsunąłem język między jego chłodne wargi, pocierając dłonią jego lewy sutek. Złapałem go za pośladek i ścisnąłem mocno, wywołując u niego szeroki uśmiech. Pogłaskałem go po głowie. Był zbyt niecierpliwy, by wytrzymać więcej. 
               Zrzucił mnie z siebie i chwilę później siedział mi okrakiem na biodrach, schylając się i całując mnie namiętnie. Jego ciepła duża dłoń wędrowała po moim torsie, masując moje rozgrzane ciało. Jego usta zeszły nieco niżej i już po chwili pieściły delikatnie moje sutki. Nadgryzał je co jakiś czas, jednak nie tak brutalnie jak ostatnim razem. Z rozkoszy robiło mi się ciemno przed oczami. Moje biodra niekontrolowanie balansowały w górę i w dół, upewniając go, że jestem gotów. Nie zwlekał. Przesunął dłonią dookoła mojej męskości i przesunął językiem z góry na dół. Wystarczyło. Zaśmiał się z mojego rozochocenia. Chwilę później powoli wsunął we mnie trzy palce naraz. Wygiąłem się w łuk i jęknąłem przeraźliwie. Rozsunął moje kolana, a ja skrzyżowałem je na jego plecach, by powiększyć jego pole do manewru. Poruszał biodrami do przodu i tyłu, a ja pomagałem mu, robiąc to samo. Zakryłem twarz dłonią i roześmiałem się, nie zaprzestając swych działań. Wchodził coraz szybciej i szybciej. Mój oddech stawał się nierówny, łapałem go z trudem. Wbijałem głowę w poduszkę i rozsuwałem nogi coraz szerzej. Doszliśmy w tym samym momencie. 
               Wysunął się ze mnie powoli i, nie pozwalając mi na złapanie oddechu, szybko wziął do ust mojego członka i zaczął pieścić go językiem i wargami. Poruszał głową w górę i w dół, nie zważając na moje częste orgazmy. Nie przeszkadzało mu to, nie przerywał. Mój członek szybko twardniał i nie dawał się zaspokoić. Dlatego Alex po chwili przerzucił mnie na plecy i wykonał jedno nieludzko mocne pchnięcie i zaraz po nim znalazł się w najdalszym moim zakamarku. Wydałem z siebie przeraźliwy jęk, a z moich oczu zaczęły toczyć się strugi łez. Wepchnął się jeszcze trochę głębiej, nawet nie sądziłem, że to możliwe. Każdy mój oddech wyrzucał z siebie zmysłowy jęk, który tylko utwierdzał Cartera w przekonaniu, jak dalekie są granice mojego podniecenia. Oparłem się na łokciach i ponownie wygiąłem swoje ciało w łuk. Wyszedł ze mnie równie szybko, co wszedł. Krzyknąłem z bólu. Alex położył dłonie na moich pośladkach, rozchylił je lekko i przesunął językiem po całej dzielącej je linii. Westchnąłem głęboko, chowając twarz w poduszkę. Całował wewnętrzną stronę moich ud, nie żałując sobie miejsca na krwiste malinki. Później przerzucił mnie z powrotem na plecy i ponownie zabrał się za pieszczenie moich sutków. Miałem wrażenie, że tracę przytomność. Nigdy w życiu nie przeżyłem tylu orgazmów w tak krótkim czasie. Nadał oddychałem głęboko, krztusząc się własną śliną. Pocałował mnie. Dość zaborczo. Potem uśmiechnął się do mnie szeroko, pogłaskał po głowie, wtulił się w mój kark i najzwyczajniej w świecie - zasnął.
               Kiedy się obudziłem, pewna rzecz przykuła moją uwagę. Alex nadal spał słodko, wtulając się w moje ramiona, podczas gdy ja wytrzeszczałem oczy spoglądając na swoją dłoń. Podniosłem ją wysoko i przyjrzałem się. "Co jest..." - pomyślałem, robiąc kwaśną minę. "Przyodział mnie w jakiś akt własności czy co...?". Na to wyglądało. Na moim palcu widniał złoty pierścionek, jednak nie przypominał pierścionka zaręczynowego, bardziej... obrączkę? Zsunąłem ją z palca i zacząłem obracać w dłoniach. Byłem prawie pewny, iż od wewnątrz będzie wygrawerowany jakiś napis, jednak pomyliłem się. Był to zwyczajny, klasyczny złoty pierścionek. 

21.8.14

SPECIAL 01 - Jude Lisovsky.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 13
Gatunek: Yaoi.



               Mówią, że nadmierna znieczulica nie pozwala na szczęśliwe życie - socjopata nie znajdzie przyjaciół, nie poradzi sobie w pracy, nie założy rodziny. Gówno prawda. Moja obojętność uratowała moją psychikę, a co za tym idzie - życie. 
               Kiedy miałem siedemnaście lat, zaczęły się moje problemy w szkole. Nie chodziło tu o moje oceny. O dobre oceny nie jest trudno, nawet, jeśli jest się kiepskim uczniem. Wystarczy mieć sposób. Generalnie nastawienie nauczycieli do mojej osoby nie pozwoliło mi zdać tego roku, mimo to nie przejąłem się tym. Belfrowie nienawidzili mnie z dwóch konkretnych powodów. 
               Pierwszym była moja szczerość i asertywność. Zawsze uważałem te cechy za jedne z moich najlepszych, jednak podczas kształcenia w szkole są to wady. Unikałem lizusostwa, bo to kłóciło się z moim kodeksem moralności. Nie mówiłem im również tego, co chcieli usłyszeć, a to, co naprawdę myślałem. Jednak nauczyciel wydziela dobre oceny i zainteresowanie twoją osobą tylko w reakcji fotosyntezy, której głównym składnikiem są fałszywe komplementy. 
              Drugą przyczyną była moja frekwencja. Od dwunastego roku życia planowałem podjąć pracę dorywczą w wieku siedemnastu lat. Dlaczego akurat wtedy? Moim celem było znalezienie jakiejś klitki i rozpoczęcie życia na własną rękę. Postanowiłem zacząć odkładać środki rok przed osiemnastką, która mogła uwolnić mnie spod skrzydeł rodziny. Nie chciałem zaczynać roboty wcześniej, gdyż zdawałem sobie sprawę z tego, jak odbije się to na szkole. Generalnie moja frekwencja tamtego roku nie przekroczyła pięćdziesięciu procent. W rezultacie musiałem opuścić klasę, w której znajdowała się dziewczyna moich marzeń i trafiłem na rok, na który uczęszczał jej brat. Elise zaczęła mną pomiatać, uznając mnie z góry za buntownika bez więzi rodzinnych, chociaż, jak się później okazało, sama należała do tej grupy. Oczywistą rzeczą był też fakt, że osoby nieklasyfikowane do klasy wyższej wydają się gorsze w oczach innych. Ale nadal pozostawałem socjopatą, więc niespecjalnie mnie to obchodziło.
               W dniu moich osiemnastych urodzin udało mi się odizolować od rodziny. Znalazłem całkiem niezłą i przestronną, tanią kawalerkę na przedmieściach i osiedliłem się tam, nie mówiąc nic rodzicom. Wiedziałem, że prawdopodobnie będę musiał zrezygnować ze studiów i podjąć stałą pracę zaraz po ukończeniu liceum, jednak nie przeszkadzało mi to. Nie czułem, iż marnuję swoje ambicje ze względu na brak jakiegoś pieprzonego papierka. 
               Dlaczego tak bardzo zależało mi na nawianiu z rodzinnego domu? To chyba oczywiste. Nikt nie lubi być nieustannie poniżany i mieszany z błotem. Nie byłem żadnym poszkodowanym dzieckiem, które urodziło się przez przypadek, czy tam miało się w ogóle nie urodzić. Miałem obydwoje rodziców, nie było problemów finansowych, utrzymywali mnie. Jednak uznawali mnie za wybryk natury. Żadne z nich nie grzeszyło ani wiedzą, ani tym bardziej inteligencją, ale lubowali się w upokarzaniu mnie i akcentowaniu moich słabości. Wtedy jeszcze motywowało mnie to do samorozwoju, lecz później uświadomiłem sobie, że to na nic. Zrozumiałem, iż nie mam potrzeby doskonalenia się w dziedzinach, których nie potrzebuję. Tak czy inaczej rodzice nadal mnie nie szanowali oraz nie respektowali tego, mimo że wiedzieli, iż robię to dla nich. Dlatego postanowiłem spierdolić stamtąd jak najdalej. Planowanie tego wszystkiego na przestrzeni lat nauczyło mnie ustalania nienagannych i bezbłędnych strategii. Zyskałem spore zdolności informatyczne, które przydały mi się później w pracy. I, wbrew pozorom, znalazłem przyjaciół, dziewczynę i robotę. 
               Nigdy nie lubiłem się nad sobą użalać. Wynikało to głównie z tego, że zdawałem sobie sprawę, iż nikt nie jest w stanie mi pomóc. Decyzja należała do mnie i wiedziałem, jak duże jest ryzyko. Miałem dwa wyjścia: uciec z domu w wieku osiemnastu lat albo kisić się w chacie do końca studiów, nie musząc się utrzymywać, nie musząc pracować, mając pieniądze na studia, ale niszcząc podświadomie swoją psychikę. Niezależnie od siły charakteru, każdy miał jakieś granice. Nie chciałem, by moje zostały przekroczone. 
               Przeżyłem niezły szok, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że zaczynam coś czuć do Elise. Mieliśmy zupełnie inne charaktery, mimo to, gdy byliśmy razem w klasie, dogadywaliśmy się jak najlepsi przyjaciele od zarania dziejów. Podobnie jak Martin, była wyjątkowo nieogarnięta, roztrzepana, niekonsekwentna, ale miała poczucie humoru i tryskała optymizmem, zarażając nim wszystkich wokół siebie. Była idealnym typem dla takiego szorstkiego kolesia jak ja. No i była niezła w łóżku, ale o tym przekonałem się o wiele później. 
               Któregoś dnia po urwaniu się kontaktu z Elise, trafiliśmy na Alexa Cartera, któremu pomagaliśmy wyciągnąć Martina z psychiatryka. Panna Bennett nie była w stanie mnie unikać, więc nasze drogi ponownie się zeszły. Koniec końców wyszło na jaw, że czuła dokładnie to, co ja, jednak nie mogła się pogodzić z faktem, iż nie będziemy już mieć kontaktu na co dzień. Nie dziwiło mnie jej zdenerwowanie. Nigdy wcześniej nie wspominałem jej o powodach opuszczenia mojego rodzinnego gniazda. Udało mi się ją przekonać i od tego czasu nasze relacje stawały się coraz lepsze. 
               Jednak któregoś dnia rozpętało się piekło. W mgnieniu oka dom Bennettów stanął w płomieniach. Ze środka wyniesiono cztery ciała. Sytuacja była jednoznaczna. To była jedyna chwila w moim życiu, kiedy całkowicie porzuciłem racjonalne, logiczne myślenie. Nie wiedziałem, co powinienem ze sobą zrobić. Roztrzęsiony wróciłem do domu i... pod drzwiami swojego mieszkania spotkałem Elise. Szok sparaliżował mnie od stóp do głów, początkowo byłem przekonany, iż przez drastyczne wydarzenia doznałem urazu mózgu, co zaskutkowało schizofrenią paranoidalną czy czymkolwiek innym tego pokroju. Ale, gdy opowiedziała mi, że zwyczajnie zachciało jej się pobawić się z prawem, wybuchnąłem śmiechem. Obydwoje z Martinem na czarno zmienili nazwiska i rozpoczęli nowe życie. Elise zamieszkała ze mną, jej brat natomiast również złapał jakąś pracę i osiedlił się niedaleko od nas. Od tego czasu ani razu nie widziałem swojej rodziny. Nie wiedziałem nawet, czy żyją. 
               Cała nasza trójka, to jest - pan Lisovsky i państwo Bennett, z pozoru wydawaliśmy się być głupimi gówniarzami, zbuntowanymi przeciwko prawu, policji, ludziom, rodzinie. Mimo to śmiem sądzić, iż każde z nas miało wystarczający powód do takiego postępowania. Osobiście nie byłbym w stanie działać tak jak oni - zabijając swoich rodziców, jednak nikt z nas nigdy nie żałował swoich wcześniejszych decyzji.




               Generalnie rodzina nauczyła mnie tego, żeby nie przejmować się opinią innych - w tym również ich. Wykształciła we mnie pogląd "miej wyjebane, a będzie ci dane". Początkowo nie czułem się z tym dobrze, ciężko było przełamać barierę idealnego, wykształconego syna, który nadal powinien wiedzieć i umieć więcej i więcej. Miałem wyrzuty sumienia i odnosiłem wrażenie, iż schodzę na złą drogę i skończę jako wyrzutek, światowej sławy menel, nikt znaczący. I, że faktycznie stracę wszelkie marzenia - nie znajdę przyjaciół, dziewczyny i pracy. Mimo to szedłem przed siebie w zaparte i udało się. Nie rozmyślałem zbyt wiele o przeszłości, nie zadręczałem się, nie popadałem w stany depresyjne. Ale też nie wybaczyłem. Przynajmniej wiedziałem, w jaki sposób nie wychowywać swoich dzieci. 

Rżnięcie w tartaku.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 12
Gatunek: Yaoi.



Dzisiaj dość krótko i zwięźle, w sumie żadna nowość (?), aczkolwiek musiałam zakończyć w tym momencie. Tym lepiej dla Was! :D Btw. w sobotę wyjeżdżam w góry, a później czeka mnie intensywna nauka do sierpni, lol. Jeszcze później z kolei (końcówka sierpnia & początek września) mogę nie wrzucać nic - będę wynajmować mieszkanie (zamiast internatu, o boże) i jeszcze nie wiem, jak wygląda sytuacja z internetem tam. Do domu za często nie wracam, a na kafejki nie chodzę, bo nie dysponuję aż taką ilością wolnego czasu. :P W najgorszym przypadku posty będą dodawane co niedzielę, tzn. laptop do McDonalda i jazda. Mam nadzieję, że to nie problem!
~lisu
___________________________________________________________

— Mam tak koszmarnego kaca, że otwierając powoli oko, pierdyknąłem się rzęsą w czoło — westchnąłem, rozsiadając się wygodnie na sofie stojącej w salonie Elise i Jude'a. Gdy tylko poczułem się na siłach, zostawiłem śpiącą Adrienne w jej domu i udałem się tutaj, by opowiedzieć im o koszmarze, jaki zgotował mi Carter. Oczekiwałem jakichś wyrazów współczucia, żalu, czegokolwiek, a z czym się spotkałem?


Dlaczego nie przywiozłeś mi czegoś od Coco Chanel? Skoro byłeś już w takiej metropolii, mogłeś coś przywieźć siostrze. Liverpool w porównaniu do Hamburga to zakisiała dziura. 


Opłacił ci pobyt za cały weekend w pięciogwiazdkowym hotelu i spierdoliłeś?! Kretynie... 



— Tak poza tym to miałeś do mnie jakąś sprawę, nie? — zapytałem, biorąc łyk wody. Suszyło mnie niewyobrażalnie. 
— Nie przypominam sobie — odparł szorstko.
— Dzwoniłeś do mnie kilka godzin temu i najwyraźniej uznałeś, że jestem zbyt wstawiony, by ze mną rozmawiać — powiedziałem, robiąc nadętą minę.
               Jude rzucił mi zdezorientowane spojrzenie. Zastanawiał się przez krótką chwilę, po czym nagle złapał się za głowę. Wiedziałem, że to zły znak.
— Martin, sprawdź rejestr połączeń, wolę nie myśleć, z kim rozmawiałeś — odrzekł, wywołując u mnie falę adrenaliny. Przypomniałem sobie kawałek wcześniejszej konwersacji. Zawisły nade mną czarne chmury.  




Topię swoje smutki w wódce niemalże codziennie, ale co ja mogę zrobić, kiedy Alex mnie tak traktuje? Przecież dobrze wiem, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Zwyczajnie stałem się jego zabawką. Jestem świadom tego, iż ja nie mam na to wpływu i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ale, cholera... Mogłem nie zdradzać swojej tożsamości i nadal normalnie żyć w swoim świecie. Z dala od niego, nie psując jemu i sobie życia.





               Jak na złość, w rejestrze połączeń mojego telefonu pojawiło się imię nikogo innego niż tego pierdzielonego zboczonego starucha. Złapały mnie ostre wyrzuty sumienia. W końcu obiecałem mu kiedyś, że odtąd nie będziemy mieć przed sobą tajemnic, skoro nieustannie doprowadzały nas do katastrofy. Mimo to zataiłem przed nim to, co myślę o naszym związku. Znowu się zjebało. I niby czułem się źle, jednak z drugiej strony paliłem się z entuzjazmu i ciekawości, czy Alex w sytuacji zaistniałej zacznie walczyć o moje względy, czy porzuci wszelkie nadzieje. Ale... jeśli ze sprawy z hotelem jednoznacznie wynikało, iż chciał mnie rzucić, gasło moje światełko w tunelu. Nie wiedziałem, dokąd powinienem zmierzać. Dotychczas moim jedynym celem życiowym było ułożenie sobie życia z Carterem. Studiowałem, bo studiowałem, wiodłem jakoś swoje samotne życie, lecz... teraz nawet u jego boku czułem pustkę. Czegoś tu brakowało. Odnosiłem wrażenie, iż on również coś przede mną ukrywa. 
               Jak postąpiłbym, gdyby Alex bez zbędnych ogródek kazał mi wypierdalać ze swojego życia? Ubzdurało mi się, że po tylu latach jednak stwierdzę, że powinienem uszanować jego wybór i zostawię go w spokoju. Nawet obiecałem to Susan. Przyrzekłem, iż poddam się bez walki. Kretyn ze mnie. 
— Jude, co zrobiłbyś na moim miejscu? — spytałem nagle. — Ale nie patrz na tę sprawę obiektywnie jak zawsze. Postaw Elise na miejscu Alexa.
               Lisovsky wytrzeszczył oczy. Chyba zdał sobie sprawę z tego, jak nieobiektywnie postępuje w życiu codziennym. A jednak nie był aż takim socjopatą, za jakiego go uważałem. 
— Przyznaję, że nie próbowałem nigdy patrzeć na twoją sytuację z tej perspektywy — westchnął. — Ale odpowiedź jest prosta. Zrobiłbym wszystko, żeby była ze mną. Nawet, jeśli tłumaczyłaby, że nie chce. Nie chodzi o nachalność, raczej starałbym się ze wszystkich sił udowodnić, iż na nią zasługuję. 
                Oczy mi się zaświeciły. Jude olśnił mnie swoim blaskiem, oślepiając mój brak ambicji. Był tak wspaniałym człowiekiem... Podziwiałem go. 
— Ale teraz zamknij japę i czekaj — przerwał nagle melancholijny nastrój. — Lepiej się w nic nie angażować, póki Carter nie podjął żadnej decyzji.
— Podjął... — odparłem cicho. — Zaprosił mnie do hotelu weekend przed wtorkiem... Zapewne rozumiesz mój tok myślenia.
— Czaję — odpowiedział, biorąc łyk piwa. — Ale tyle razy narzekałeś, jaki to on nie jest niewyżyty seksualnie, że nie jestem skłonny uwierzyć w prawdziwość twojego twierdzenia. 
— Co obstawiasz? — spytałem, chyba podświadomie pragnąc usłyszeć wersję typu "na pewno do ciebie wróci". 
— Mam jakieś nieodparte wrażenie, iż Cartera coś męczy — powiedział, krzywiąc się i drapiąc po głowie. — Po tych wszystkich skomplikowanych sprawach z waszej wspólnej przeszłości, to całkiem prawdopodobne.
— Czekaj... Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli — wzdrygnąłem się.
— Moglibyśmy założyć, że tam jest jakiś spisek, który nie pozwala Carterowi się normalnie wysłowić i załatwić sytuacji tak, jak osobiście by chciał — zaczął. — Ale zakładać możemy w nieskończoność. I nie radzę ci tego analizować, bo nie mamy żadnych szczegółów, żadnych danych, nie mamy niczego. Poza tym wiesz, że służę ci pomocą. Zaczekajmy do wtorku. Daleko już nie zostało.
               Myśl o zbliżającym się terminie wytwarzała we mnie niewyobrażalne pokłady adrenaliny. To był jeden z tych dni, który zupełnie odmienia całe przyszłe życie. Efekt motyla. 
               Mimo rad Jude'a postanowiłem trochę przekombinować. Bałem się, że namieszam za bardzo, jednak czułem, iż powinienem to zrobić. Może i opierało się trochę na manipulacji, która nie jest wskazana w związku, jednak... Nic nie stało na przeszkodzie, a mogło nas to uratować. 

20.8.14

Herzlich willkommen.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi.



                Mimo to już kilka godzin później poczułem jego ciepło. Obudziłem się w puchu cieplutkiej kołdry, w dodatku w jego ramionach. Była już noc. Nie miałem pojęcia, gdzie się znajdujemy, strzelałem, iż to hotel. Znowu. Zdziwił mnie nieco fakt, że, mimo mojej obecności, Carter po prostu zasnął. Żadnych nadmiernych chęci posuwania mnie, nic. Może faktycznie za mną tęsknił? Nie, zbyt ludzkie jak na gatunek Cartera. 
               Była trzecia nad ranem. Powoli wysunąłem się spod kołdry uważając, by go nie obudzić. Na paluszkach udałem się do okna. Wpadające przez nie światło księżyca umożliwiało mi poruszanie się po nieznanym terenie. Otworzyłem okno na oścież łudząc się, że Alexa nie obudzi trzask odpalanej zapalniczki.
               Niebo było czarne jak heban. Zaciągnąłem się dymem, jakbym dwa lata nie palił, po czym spojrzałem w dół. Nie miałem pojęcia, w jakiej dzielnicy się znajdujemy, nie widziałem jej nigdy na oczy. Czy aby na pewno byliśmy w naszym mieście rodzinnym? W Liverpoolu nigdy nie było tak ciepło o tej porze. Trzy godziny temu nadszedł mój nieupragniony piątek. Czas płynął ostatnio zbyt szybko, przybliżając mnie tym samym do wtorku. Chciałem, by nigdy nie nastał. 
               Z transu wyrwało mnie skrzypnięcie łóżka. Nie odwróciłem głowy, więc nie wiedziałem, czy Carter się obudził, czy zwyczajnie zmienił pozycję snu. Czułem się obserwowany. Nic nie przerywało dalszej ciszy. Nic, poza kolejnym trzaskiem odpalanej zapalniczki.
               Tej nocy nie kładłem się więcej spać. Ślęczałem w oknie, wypalając dwie paczki Pall Malli pod rząd, póki nie zaczęło świtać. Wtedy wziąłem szybką kąpiel. Zauważyłem, że Alex przytachał również moje ubrania, co oznaczało, iż wkradł się do mojego mieszkania. Olałem ten fakt, przebrałem się w świeże ciuchy i wyszedłem na dwór, chcąc zbadać okolicę i ewentualnie kupić coś do jedzenia. Nie miałem ochoty targać się po drogich restauracjach, po których ciągałby mnie pan burżuj. 
               Przywitałem się w recepcji. Kobieta próbowała zmusić mnie do zamówienia śniadania, odburknąłem więc, że idę zapalić. Kiedy tylko przekroczyłem progi hotelu, osłupiałem totalnie. Szczęka zaczęła mi drżeć, gdy tylko zobaczyłem, gdzie się znajduję. Byliśmy w...













Hamburgu.



               Znowu spierdoliłem z zajęć. Była siódma rano, miałem nadzieję, że tym razem zjawię się na uczelni, a tu nie. Zostałem porwany i wywieziony. Mój pieprzony telefon nawet nie pozwalał na w miarę tanie połączenie z Judem. Kurwa jego jebana mać. Mój niemiecki leżał i kwiczał, prędzej dogadałbym się po łacinie, ale kto tu do cholery mówił po łacinie? Fuck. 
               Złapałem się za głowę na samą myśl, że popołudniową herbatkę będę musiał zastąpić wurstem, Pall Malle natomiast - Stuyvesantami. Tak czy inaczej byłem głodny i miałem ochotę na ciepłe maślane bułeczki z dżemem. W supermarkecie nie miałem problemu z zakupami - wystarczyło bowiem położyć produkt na taśmie. Płatność dolarem również nie sprawiła kłopotu. Gorzej było w piekarni.
— Guten Morgen — zacząłem niemrawo sądząc, iż na tym moje zdolności się zakończą. — Vier... vier... jaaaa, bitte. 
               Targałem się na prawo i lewo, usiłując wytłumaczyć ekspedientce, czym jest bułka. Zawołała kogoś z zaplecza, ogarniał nieźle angielski, więc się dogadaliśmy. Myślałem, że mnie chuj strzeli. Wróciłem posłusznie do hotelu w celu zrobienia śniadania. Mieliśmy własną kuchnię. Szafki świeciły pustkami, mimo to udało mi się wypichcić do tego jakąś herbatkę. Carter nadal spał, a ja w dalszym ciągu zastanawiałem się, jakie prochy we mnie wsypał, że nie zauważyłem, iż lecimy (samolotem) do Niemiec. Jebany...
               Denerwowało mnie to, jak podejmował decyzje za mnie. Dlatego pożarłem posiłek, zostawiając mu kilka kanapek, zabrałem swoje rzeczy i czym prędzej ruszyłem na lotnisko, nie mówiąc Alexowi zupełnie niczego. Ponieważ... zrozumiałem jego intencje.




               To była zwyczajna próba zaspokojenia samego siebie. Podejrzewałem, że miał zamiar zostać tu cały weekend, ba, lepiej - sprawdziłem to w recepcji. Oznajmiłem kobiecie, iż wyjeżdżam i kazałem przekazać gorące pozdrowienia zza granicy panu Carterowi. Dobrze wiedziałem, co cały ten wyjazd miał na celu. Alex zapewne pragnął nasycić się mną do końca, co ułatwiłoby mu ostateczne zerwanie kontaktu, które miało nastąpić w ten wtorek. Gdyby planował z naszej dwójki wybrać mnie, kilka dni nie zrobiłoby mu różnicy. Jak na tacy... 
               Zważywszy na moje doświadczenia życiowe byłem przekonany, iż w ostatnim momencie nagle wyrośnie spod ziemi nasz pan biznesmen, weźmie mnie za szmaty, wrzuci do samochodu, a potem ukarze za złe czyny, po raz kolejny gasząc swoje niepohamowane pragnienia w moim ciele. Mimo to... samolot wystartował, a Alexa nie było ani śladu. Wyłączyłem telefon komórkowy i pogrążyłem się w śnie do samego końca lotu. 
               Wylądowałem równie bezpiecznie, co wystartowałem. Lotnisko było zupełnie czyste z tajnych służb Cartera, jeśli takowe posiadał. Tak czy siak, serce waliło mi szybko z obawy, że ktoś mnie nagle złapie. Bałem się również wracać do domu, skoro Alex mógł się tam ponownie włamać. Dlatego wpadłem tam tylko przelotem i zostawiłem swoje rzeczy. Potem włączyłem telefon i, zaskoczony brakiem wiadomości od Alexa, zadzwoniłem do Jude'a. Mimo to ani on, ani Elise, nie odbierali, a ja nie miałem zapasowych kluczy do mieszkania. Jednak udało mi się dodzwonić do Adrienne, która zaprosiła mnie do siebie, oferując mi bezpieczny azyl w swoim małym mieszkaniu. Pognałem tam, co sił w nogach.
— Kurwa... — przywitałem się, rozwalając ryj na podłodze wąskiego korytarza. Blondynka zamknęła za mną drzwi.
— Rinn, ja właściwie nie wiem, czemu uciekasz przed swoim facetem — odparła, zapraszając mnie do kuchni. — Zrobił ci coś, czy co?
— ON JEST, KURWA, SADYSTĄ — wychrypiałem, nie mogąc złapać tchu. Zdjąłem kurtkę i poszedłem za Adrienne. Po chwili zająłem miejsce przy stole. 
— Pewnie jesteś spragniony, a ja nie mam nic poza piwem — westchnęła.
— Dawaj cokolwiek, jest piątek — odpowiedziałem, konając na stole. 
               Oczywiście, jak to wśród studentów bywa, skończyło się ostrą popijawą. A w zasadzie nie skończyło się, bo nadal trwało. Zapasy alkoholowe Adrienne zdawały się być niewyczerpalne jak niewyżycie seksualne Alexa. Byliśmy tak nawaleni, że tarzaliśmy się po dywanie, śmiejąc się na cały głos. 

Potem, standardowo, straciłem pamięć.


               Ocknąłem się, kiedy usłyszałem dzwonek mojego telefonu. Nie wytrzeźwiałem prawie w ogóle, dlatego nie byłem w stanie nawet odczytać z ekranu nazwy mojego rozmówcy. Mimo to...
— Tak? — odebrałem.
— Gdzie jesteś? Nawaliłeś się — powiedział głos po drugiej stronie.
— Cześć, Jude — przywitałem się kulturalnie. Totalnie nie panowałem nad swoim głosem. — Nawaliłem, no, tak trochę, tak, jestem właśnie w mieszkaniu pięknej kobiety i sobie na niej leżę.
                Pojęcia zielonego nie miałem, jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć, jednak nie kłóciło się z prawdą. Adrienne spała skonana na sofie w salonie, a ja wylądowałem na niej, również nawalony jak autobus do Lichenia.
— Co robisz? — spytał. Jego ton był dość poważny jak na Jude'a. Sądziłem, że mnie wyśmieje lub opierdoli, w ostateczności może pochwali, gdyż nigdy specjalnie nie przepadał za Alexem, ale...
— Więcej nie piję, Jude — zacząłem nagle płakać. — Topię swoje smutki w wódce niemalże codziennie, ale co ja mogę zrobić, kiedy Alex mnie tak traktuje? Przecież dobrze wiem, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Zwyczajnie stałem się jego zabawką. Jestem świadom tego, iż ja nie mam na to wpływu i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ale, cholera... Mogłem nie zdradzać swojej tożsamości i nadal normalnie żyć w swoim świecie. Z dala od niego, nie psując jemu i sobie życia. 



________________________________________________________________
Prośba: czy każdy, komu zachce się skomentować tę wypocinę, mógłby zostawić w owym komentarzu tytuł ulubionej piosenki? Tak, kombinuję coś. Mam nadzieję, że to nie problem. 
~lisu

Zapach Adrienne.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi.



— Zawsze chciałem zostać drwalem — zaczął ckliwym tonem.
— Jeśli masz zamiar mnie zerżnąć, nie musisz tego pięknie ubierać w słowa — westchnąłem, zwracając na siebie uwagę pasażerów tramwaju.
— ...chciałem zrobić wstęp do poważnego przemówienia, zjebałeś — odparł zbulwersowany.
— Do rzeczy, spieszy mi się trochę — rzuciłem krótko, nie chcąc podjudzać oficjalnie zajętego mężczyzny.
— Spieszy? Skoro nie jesteś na zajęciach, tak, jak przypuszczałem, myślałem, że pójdziemy coś zjeść — powiedział z wyrzutem.
— Ano. Umówiłem się — odpowiedziałem. I wtedy nagle ugryzłem się w język.
— Umówiłeś się? — zapytał.
               Cholera, dlaczego muszę być taki nieostrożny... Powinienem był powiedzieć mu, że jestem na zajęciach. Albo... cokolwiek innego. Zaraz... czemu chciałem go okłamywać? Przecież nie robiłem nic złego spotykając się z Adrienne, to on sam nie mógł zdecydować, czy ze mną, czy z Susan woli spędzić resztki swojego marnego, zboczonego życia. Dlaczego czułem się winny?
— Owszem — odparłem znudzonym tonem. — Idę coś zjeść ze znajomą z ASP. Ma ostry, zadziorny charakterek, jest sarkastyczna, cyniczna i twardo stąpa po ziemi. Poza tym ma gęste, długie blond loki i piękne czekoladowe oczy.
— Gdzie jesteś? Odbiorę cię — rzucił stanowczo. W jego głosie dało się wyczuć panikę. Albo sobie wmawiałem, też może być.
— Umówiłem się — powiedziałem krótko. — Widzimy się, jak podejmiesz decyzję. Masz jeszcze kilka dni, ułóż to sobie w głowie.
               Po tych słowach zakończyłem połączenie. Znowu miałem w dupie to, czy go ranię. On pewnie też nie roztkliwiał się nad tym, jak ja się czuję. A, no tak... Przecież Carter chyba nie wie, że nie jestem biseksualny tak, jak on. A to czyni go w ciul zazdrosnym. Wybuchnąłem głośnym diabolicznym chichotem, znów zwracając na siebie uwagę. Na szczęście wysiadałem na następnym przystanku, więc nie musiałem martwić się o swoją reputację w oczach społeczeństwa. Zapewne szybko zapomnieli.
— Rinn! — krzyknęła na powitanie, rzucając mi się na szyję. "O co chodzi?" - zdezorientowałem się. Nagle stała się słodką, śliczną... tsundere? Faken cziken, tym bardziej się zakocham!
— Masz ochotę na sushi? — spytałem z uśmiechem. — Niedaleko jest dobra knajpa.
               Potaknęła głową i ruszyliśmy na miejsce. Kulturalnie postawiłem jej obiad, a raczej drugie śniadanie. Wzięliśmy jedzenie na wynos i, jako że pogoda nam sprzyjała, rozsiedliśmy się na trawie w pobliżu pobliskiej fontanny.
— Jest wyjątkowo ciepło jak na końcówkę października — westchnęła, pożerając pierwszego futomaki z wasabi.
               Tego dnia, jak to zwykle po kacu bywa, wydłużył mi się język i paplałem, co mi ślina na język przyniosła. Opowiadałem jej wszystko, o wszystkim - zacząłem od opowieści o opuszczonej chacie, skończyłem na ultimatum postawionym Alexowi. Zleciały mi na tym grubo ponad dwie godziny.
— Spotykasz się z tym burżujem, Carterem? — zdziwiła się, wytrzeszczając oczy. — Toć on jest dziany jak kurczak! Swoją drogą tę całą Susan też skądś kojarzę. A, racja. Alex ma wiele fanek na mojej uczelni.
— Ta końska spierdolina ma fanki? — spytałem. Szczena mi do ziemi opadła. — Tak myślałem, lecisz na jego sławę i pieniądze...
— Wcale nie! — zbulwersowała się. — Nie należę do żadnego z jego fanclubów.
— F-fanclubów? — Czułem, jak mi szczęka drży.
— Jesteś zacofany, jakbyś faktycznie nie żył przez te pięć lat — westchnęła. — Tak czy siak, Carter jest inteligentnym człowiekiem. Podoba mi się jego sarkastyczne podejście do życia.
— Zesrać się można — odburknąłem. — Kiedy do ciebie jechałem zadzwonił do mnie z tekstem, że zawsze chciał zostać drwalem. I rękę dałbym sobie urżnąć, nawet przez niego, że tylko mnie zerżnąć chciał. Żadnych relacji, nic, tylko... Czemu ci się tak oczy świecą?
— Rinn, posłuchaj — zaczęła, łapiąc mnie gwałtownie za ramię. — Zbijemy kokosy na tym interesie. Załatw mi jego nagie zdjęcia.
— Pojebało cię?! — wrzasnąłem wniebogłosy.
— Z tego, co się orientuję, ty też na hajsie nie śpisz — wkurzyła się. — Patrz, za każde zdjęcie zbijemy trzy dolce. Na mojej uczelni na pewno rozejdą się jak ciepłe bułeczki.
— Nie żartuj sobie, nie będę robił takich rzeczy — odparłem.
— Minimum dwieście sprzedanych kopii dziennie — wyszczerzyła się.
— Sześćset dolców dziennie! — wykrzyknąłem, a oczy zaświeciły mi się tak jak jej. — Genialne, Adrienne! Będzie na fajki!
               Po ustaleniu strategii zaczęliśmy biegać wokół fontanny i zarażać innych ludzi swoją radością. W którymś momencie popchnęła mnie do wody. "Ciekawe, czy Jude się wkurzy, skoro mam na sobie jego ciuchy... Cóż" - pomyślałem, goniąc za nią co sił w nogach. Nie było sensu chlapać jej z daleka, była bowiem zbyt zwinna, by nie móc unikać ataków. Dlatego postanowiłem ją złapać, wnieść do fontanny choćby na rękach, po czym wrzucić do lodowatej wody. Tak też uczyniłem. Już po chwili wierzgała rękami i nogami na boki, usiłując wydostać się z opresji. W rezultacie obydwoje skończyliśmy leżąc w wodzie jedno na drugim. Śmialiśmy się do rozpuku. I wtedy, kiedy przygniatające mnie do ziemi ciało Adrienne nie pozwalało wstać, zoczyłem nagle stojącego obok fontanny, machającego do mnie człowieka. Wyszczerzał do nas całe swoje uzębienie.
— Cześć, Rinn. Co tam u ciebie? — zapytał.




Carter, ty skurwielu pierdolony, jebaku leśny pospolity, niewyżyta seksualnie spierdolino!




               Moja mina musiała przypominać minę człowieka przyłapanego na zdradzie, mimo że chyba nie powinno tak być. Bałem się myśleć, jak wyglądała Adrienne. Łudziłem się resztką nadziei, iż nie doznała krwotoku z nosa na jego widok.
— Pani pozwoli — powiedział kulturalnie, pomagając dziewczynie wstać. Przyodział sztuczną maskę uprzejmości i myślał, że świeci, kretyn.
— Pan wstanie sam i pójdzie ze mną. Bez zbędnych sprzeciwów, prawda? — spytał, uśmiechając się sztucznie. Cholerny gnojek.
               Podniosłem się z lodowatej wody i wycisnąłem ciecz z rąbka bluzy. Carter zaoferował Adrienne podwózkę, a gdy tylko odmówiła z różnych swoich powodów, pożegnał ją, złapał mnie za rękaw i pociągnął za sobą, prosto do... limuzyny?!
               Wepchnął mnie do środka, usiadł obok i zamknął drzwi. Kwatera kierowcy była odgrodzona ścianką, więc nie mogłem zobaczyć nawet jego twarzy. Miał tylko dwa lusterka, to się nazywa poszkodowanie.
               Chociaż nie, wróć. Zdecydowanie bardziej poszkodowany byłem JA, kiedy Alex zaczął brutalnie zdzierać ze mnie łachy. Opierałem się, jednak tłumaczył, że dostanę zapalenia płuc. Łudziłem się, że przeciągnę szarpaninę jeszcze chwilę i ucieknę z auta, kiedy tylko się zatrzyma. Jednak ono jechało i jechało... W końcu straciłem wszelkie siły, których Carter miał niewyczerpalne źródła odnawialne. Poległem w tej bitwie i, po raz kolejny, musiałem spełniać jego zachcianki.
— Masz tyle hajsu, kup sobie dziwkę — zbulwersowałem się.
— Ile pieniędzy chcesz? — zapytał, wtulając się w mój zimny kark.
               Nienawidziłem tego. Wiedział, że mam tam czuły punkt. Zawsze, kiedy mnie tam całował, przechodziły mnie dreszcze, a moje ciało pokrywała gęsia skórka. Najwidoczniej bardzo mu się to podobało. Szkoda, że sam drżałem z zimna.
— Kim była ta dziewczyna? — spytał, przygniatając swoim ciałem moje.
— Nikim istotnym — odparłem cicho, odwracając wzrok.
               Patrzył na mnie przez chwilę, czułem to. Jednak bałem się odwzajemnić to spojrzenie, dlatego znalazłem inny obiekt zainteresowania. Tym razem nie były to stopy, a ciemne okno limuzyny znajdujące się tuż nade mną.
— Auć... — syknąłem z bólu. Carter wbijał właśnie kły w mój prawy sutek.
— Albo gadasz — zaczął. — Albo tortury.
— Pojebało cię! — wrzasnąłem z przerażenia. — Alex, to przestaje być śmieszne. Mnie coś takiego nie bawi.

Jednak Alexa bawiło.

— Gadaj — wycedził przez zęby.
— Naprawdę nie była nikim ist... Aua, cholera, nie, nie rób tak... — jęczałem, próbując wyrwać się z niewoli. Moje oczy zaszkliły się łzami.
— Więc? — zapytał, uśmiechając się chamsko.
— Powiedziałem ci przez telefon wszystko, co o niej wiem, napraw... Aua, nie, au, to boli, kurwa, daj spok, aua... — skomlałem. Po moim policzku spłynęła pierwsza łza. — Dlaczego wypytujesz mnie o rzeczy, o których nie mam pojęcia...
— Dobrze wiesz, o co pytam — odparł.
— Nie mam pojęcia, dlaczego po prostu...


               Droczył się ze mną. Nadgryzał mnie za każdym razem, kiedy chciałem powiedzieć coś, co nie było informacją na jej temat. Już po kilku minutach po moim torsie spływały wąskie strużki krwi, jednak to go nie powstrzymywało. Nie chciał zapytać wprost, przez cały ten czas był święcie przekonany, iż dobrze wiem, o co mnie pyta. Kiedy ja kompletnie nie wiedziałem... Uspokoił się trochę dopiero wtedy, gdy moje nic nieznaczące, spływające po policzku łzy zamieniły się w szloch. Odwróciłem głowę w bok, chowając ją w tapicerce. Wówczas zszedł ze mnie i podniósł do pozycji siedzącej, przytulając troskliwie. Nie miałem pojęcia, czy pożałował, czy zwyczajnie osiągnął swój cel. Dopuszczam możliwość, iż po prostu pragnął zobaczyć, jak rozpływam się w łzach i szukam u niego pocieszenia. W zasadzie to on mnie trzymał i przytulał. Mnie - zupełnie nagiego, wilgotnego od wody z fontanny, drżącego z zimna i strachu, obolałego i poranionego. O stokroć wolałbym teraz czuć zapach włosów Adrienne. 

19.8.14

Plemnik wybiera się na łowy.

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi.



               Leżałem na łóżku Jude'a i próbowałem zasnąć. Doszedłem do wniosku, że dam sobie tego dnia spokój z zajęciami. Nie miałem nawet ochoty wracać do swojego mieszkania, dlatego Lisovsky zostawił mi klucze i wyszedł do pracy. Wspomniał, iż Elise około ósmej wróci z roboty dorywczej, przygotuje się i zwinie na uczelnię. Dochodziła szósta.
               Pamięć powoli mi wracała i, mimo że wcześniej bardzo tego pragnąłem, teraz wolałbym zapomnieć o wszystkim, co tej nocy zaszło. Inni bowiem nie słyszeli tego, co ja.
               Dlaczego ja nigdy nie potrafię postawić się w sytuacji kogoś innego? Jestem takim cholernym egoistą. Nie zastanowiłem się, co czuje Carter, kiedy wyjechałem mu z takim ultimatum. Nie zapytałem nawet jego i Rity, jak się czują po stracie ojca. Oni w zasadzie też nie pytali, jak to jest być sierotą. Chociaż Alex dobrze znał to uczucie. W tym momencie nie mogłem przeboleć tego, iż nigdy nie postawiłem się na miejscu Susan.
               Jej twarz była w moich myślach rozmazana, głos też nie do końca docierał, jednak pamiętałem ten przekaz.




Zostałam wychowana w taki sposób, że generalnie powinnam ciągnąć do ludzi jak rzep - w poszukiwaniu ciepła, opieki, głupiego zainteresowania mną. Mimo to nigdy taka nie byłam. Jestem nieufna i mało towarzyska, odkąd pamiętam. Być może wygląda inaczej, ale to prawda. Rita była osobą, która jako pierwsza pomogła mi wyjść z bagna, w jakie wpadłam. Alex był drugą osobą wyciągającą w moim kierunku pomocną dłoń. Nie jest tak, że musiałam kokietować go na siłę... Jestem przekonana, że był ze mną szczęśliwy, widziałam to. Jednak któregoś dnia... Nie mam pojęcia, czy to wina mojego nagłego wyjazdu, czy dziecka, czy... utraty dziecka... ale któregoś dnia on po prostu postanowił się ode mnie odizolować. Bez słowa. Nie powiedział niczego na swoje usprawiedliwienie. Wiedział, że jestem osobą stałą uczuciowo, początkowo myślałam, iż mnie sprawdza. Jak głupia walczyłam całe dziesięć lat. Po trupach, dosłownie. Wpędziłam cię w coś takiego tylko dla własnych korzyści. Bo... największym marzeniem dziecka z rozbitej i niezbyt normalnej rodziny jest stworzenie domowego ciepła. Nie ma i nie będzie lepszego kandydata niż Alex. Jestem świadoma tego, jak postępuję i nie wyobrażasz sobie, jakie mam wyrzuty sumienia odnośnie do tego, jaką krzywdę ci wyrządziłam. W rzeczywistości nie uważam cię za wroga. Ja po prostu robię wszystko, by być u boku Alexa. Jest tak, odkąd pamiętam.




               Nie zauważyłem, kiedy moje powieki nagle osunęły się, a drzwi do krainy Morfeusza otworzyły się przede mną na oścież. Śniło mi się, że uciekam przed ogromnym, czarnym człekokształtnym. Nie miałem pojęcia, dlaczego to robi, nie wiedziałem też jak długo ma zamiar kontynuować gonitwę. Czułem się zmęczony. Po kilku kilometrach uświadomiłem sobie jednak, iż jestem środkowym ogniwem pościgu - czarny człowiek gonił mnie, natomiast ja pędziłem za białym, biegnącym przede mną. Poczułem się jak... Alex?


Gdyby tak to wyglądało...


Biały człowiek ucieka, ponieważ nie chce mnie ranić. Łudzi się, iż nagle stanę, odwrócę się i pozostanę z czarnym człowiekiem do końca swojego marnego żywota. Oszczędziłbym wtedy mu bólu. Jednak Biały już nigdy nie zaznałby szczęścia. Mimo to działał na własną odpowiedzialność.


Czarny człowiek mnie goni, gdyż nawet za cenę życia pragnie być ze mną do końca swoich dni. Nie pozwoli również, bym złapał Białego za nogi. Jeśli to zrobię, ucierpi cała nasza trójka.


Mogę starać się utrzymywać równy dystans między każdym z nas. Wtedy żadne z nas nie ucierpi, ale żadne nie będzie nigdy szczęśliwe.



               Z takiej sytuacji są trzy wyjścia. Pierwsza to wykruszenie pierwszego lub ostatniego ogniwa. Jeśli z gonitwy wypadnie czarny człowiek, czyli Susan, Alex bez wątpienia zostanie ze mną. Jeżeli jednak to ja odpadnę, Carter zostanie z przyszłą panią Carter. Sytuacja dokładnie tak by się potoczyła, gdybym faktycznie nie żył. Druga opcja nakazałaby mi zatrzymać się i popchnąć Cartera w kierunku Susan, samemu natomiast oddalając się bezpiecznie. Trzecim wyjściem było utrzymywanie równego dystansu. Do usranej śmierci. Marnując całe swoje życie.
               To nie było takie proste. Bałem się podejmować jakąkolwiek decyzję z obawy, że będzie ona pochopna. Nie chciałem tym razem konsultować niczego z Judem, Lisą, Ritą, Elise czy Adrienne. Zdawałem sobie sprawę z tego, że uświadomią mi obiektywnie całą sytuację, jednak nie tego pragnąłem. Oni może i chcieli działać na moją korzyść, jednak...

Nie chciałem, żeby Susan dłużej cierpiała.




               Był czwartek, około dziewiątej. Nie zauważyłem, kiedy Elise wróciła ani kiedy wyszła. Powoli podniosłem się z łóżka i stwierdziłem, że kac minął. Nadmierne dbanie o zdrowie szkodzi spożywaniu alkoholu. Sięgnąłem dłonią po telefon i ujrzałem nową wiadomość.
— Adrienne? — szepnąłem, dziwiąc się.


"Yo, Rinn, 
Jesteś na uczelni? Cieszę się, że nie. 11.30 koło Sefton Parku?"


               Bezpośrednia, prosta, otwarta, szczera i dosadna. Gdyby była facetem, przedstawiłbym ją Susan. Nie. Gdyby była facetem, chyba bym się nie oparł i przespał się z nią. Ale Alex nigdy się o tym nie dowie.
               Wziąłem prysznic i przebrałem się w pierwsze lepsze ubrania, jakie wytachałem z szafy Jude'a. Wyglądałem dziwnie, totalnie nie pasowały do mojego stylu. Lisovsky ubierał się jak kompilacja skate'a z gangsterem-motocyklistą. Co za człowiek...
               Popędziłem na spotkanie z Adrienne. Nie widziałem jej całe dwa dni, a odnosiłem wrażenie, że całą wieczność. Nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, że dopiero co się poznaliśmy. W zasadzie byliśmy bardzo towarzyskimi osobami, więc nie powinno mnie to dziwić. Jednak, kiedy stałem sobie jak gdyby nigdy nic w tramwaju, nagle zadzwonił do mnie Alex. 

Rita, nie bij!

Dział: Niemaniakalny biznesmen odnajduje maniakalnego doktora.
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi.



— Rozumiem — odparła, zaciągając się papierosem. — Nikt z twoich znajomych nie zna mojego brata na tyle, by móc postawić się w jego sytuacji, dlatego spróbuję sama to zrobić.
               Przez chwilę stała w milczeniu i analizowała zaistniałe okoliczności. Zamknęła oczy i sztachnęła się jeszcze raz, nieco mocniej. Moment później otworzyła powieki.
— Niezależnie od tego, co planuje — zaczęła — jest mu źle.
               Carter przejawiał wyraźne tendencje do ukrywania swoich uczuć, toteż nie można było nic stuprocentowo stwierdzić. Mimo to Rita rozumowała wedle praw logiki. Nieważne, czy chciał zostać ze mną, z Susan, czy z obydwojgiem. Postawienie go w takiej sytuacji i przymuszenie go do podjęcia decyzji obarczyło go nie lada ciężarem. Chociaż, zaraz... Jeśli byłby przekonany, iż chce całe swoje życie spędzić u boku czerwonowłosej, wystawiłby mnie wtedy. A mimo to... 
— Ale nie możemy działać pochopnie, bo nadal nie znamy jego motywów — wychrypiała. — Dlatego będziesz cierpliwie czekał na jego ruch. Dla własnego bezpieczeństwa.
— Wiesz co czuje facet mający tygodniową abstynencję od seksu? — spytałem, unosząc jedną brew.
— Przeżyłeś pięć lat, przeżyjesz ty... — zawahała się. — Zaraz, chcesz powiedzieć, że ty...
— Olałaś fakt, że twój brat sypia z Susan, a dziwisz się, iż ja kogoś miałem? — zapytałem arogancko.
— Gówno prawda, oni jeszcze razem nie spali — wycedziła. — Ale ty byłeś zawsze taki wierny, niewinny...
— What the fuck! — wrzasnąłem, łapiąc się za głowę. — Nie spałem z nikim, tępa dzido, ale jakim prawem oni jeszcze tego nie robili?!
               Rita westchnęła głęboko. Po chwili wybuchnęła niepohamowanym śmiechem i zaczęła motać się w słowach, usiłując mi coś wyjaśnić. Kazałem jej się uspokoić i, po jakichś trzydziestu minutach, była w stanie wyłożyć mi wszystko jak na tacy.
— Susan jest zdzirą — powiedziała stanowczo.
— Powiedz mi coś, o czym nie wiem — odparłem sucho.
— A, jako że jest zdzirą, wiedziała dobrze, że Alex, który jej się oświadczył — kontynuowała — w każdym momencie może przejrzeć na oczy i ją rzucić, dlatego wykonała kolejny ruch samodzielnie. 
— Co masz na myśli? — spytałem, totalnie niczego nie rozumiejąc.
— Mój drogi, oni się jeszcze nie chajtnęli — wyszczerzyła się, nalewając nam piwa. Oczy mi z orbit wyszły, jak tylko to usłyszałem.
— Cze-czekaj, czekaj, ale n-nazwisko, Rooy-Carter, czy tam na odwrót, przecież... — wyjąkałem.
— Nadal są zaręczeni — odpowiedziała. — Susan po prostu ma wszędzie ludzi, którzy z chęcią by ją posunęli. I dzięki temu robią dla niej wszystko, co sobie zażyczy. Łącznie ze zmianą nazwiska chwilę przed ślubem, który jest we wtorek. Licząc od dzisiaj, całe sześć dni. 
— Ghaaa, nie żartuj! — krzyknąłem, łapiąc się za głowę. — Wtorek, czyli dzień, w którym ma mi dać odpowiedź. No i moje urodziny... To ten sam dzień.
— Poważnie? — zdziwiła się. — No to jeśli ma zamiar ją poślubić, ewentualnie w jakiś sposób żyć z obydwojgiem, to będziesz miał trochę zjebane urodziny.
— Z czego się śmiejesz? — wycedziłem przez zęby. — Nie wiem, co zrobi. Tak czy inaczej mają w domu podwójne łóżko, nie wierzę, że ze sobą nie sypiają. 
— Prawdę mówiąc mieszkają razem od jakiegoś tygodnia — zaśmiała się. — Generalnie zaczęli się spotykać w te wakacje. Więc właściwie, tak, obstawiam, że Carter również przeżył swoje pięć lat abstynencji od seksu.
               Oczy stanęły mi dęba, a włosy wyszły z orbit, czułem się szczęśliwy jak polski rolnik. Chociaż odnosiłem wrażenie, że to nie z powodu jego celibatu, tylko dzięki faktowi, iż nie posuwał tej konkretnej osoby - Susan. Dlaczego on się jej, kurwa, oświadczył?
— Rita, idę ratować świat — odpowiedziałem z godnością, podnosząc swoje cztery litery i kierując się ku drzwiom. — Zbawię świat. Zostanę... Spermanem. 
— Chyba powinieneś trochę wytrzeźwieć, zanim stąd pójdziesz — uśmiała się. Miała niezłą głowę jak na kobietę. 
               Po tych słowach już mnie na oczy nie widziała. Byłem tak ucieszony zdobytymi informacjami, że radość emanowała z mojego wnętrza wszystkimi... otworami? Niekoniecznie otworami, ale tak. Cieszyłem się jak głupi. Dlatego już chwilę później straciłem panowanie nad swoim ciałem i umysłem, totalnie nie ogarniając, gdzie jestem, kim jestem i dokąd idę. 
               Na moją niekorzyść znalazłem się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Coś musiało mnie zatrzymać koło jednej z tutejszych elitarnych restauracji, gdyż właśnie w tamtym miejscu obudziłem się jakiś czas później. A dokładnie wtedy, kiedy dostałem w ryj. Dlaczego faceci muszą tak często obrywać?
— Miałeś się już tutaj nie pojawiać, nadal nie rozumiesz? — Usłyszałem głos, którego miałem ochotę nie słyszeć nigdy więcej.
               Miałem przed oczami wielką, rozpościerającą się na całe moje pole widzenia, czerwoną plamę. Zacząłem się zastanawiać, czy ma jakieś alegoryczne znaczenie, czy może chociaż symboliczne... Paplała coś do mnie, jednak nie byłem w stanie się skoncentrować, myślałem tylko o czerwonej plamie, czerwonej plamie, czerwonej plamie...




I wtedy ogarnąłem, że to była ta stara Alpuhara, córka starego Bakczysaraja. 




— Jak miło cię widzieć po tylu latach! — wrzasnąłem z entuzjazmem, rzucając jej się na szyję. — Nadal masz nogi jak sarenka! Nie w sensie, że chude, tylko owłosione.
               Korzystając z okazji, że jej ręce są obezwładnione podczas uścisku, złapałem za tył jej garsonki i pociągnąłem szybko, rozdzierając całą kamizelkę. Chwilę później podstawiłem jej nogę w taki sposób, iż straciła równowagę i upadła prosto w kałużę. Miała na sobie wysokie buty, więc asekuracyjnie sprawdziłem, czy niczego nie zwichnęła. Nie chciałem zrobić jej krzywdy w ten sposób. Jednak z całego serca pragnąłem przysporzyć jej poniżenia. Prawdę powiedziawszy o stokroć wolałbym jej wtedy nie spotkać. Mogła, podobnie jak większość społeczeństwa, nadal mieć mnie za Rinna - totalnie nic nieznaczącego kretyna. Mimo to spotkała mnie, a ja, jako że byłem nietrzeźwy, musiałem coś wypaplać. I tak, z jej potencjalnego klienta stałem się wrogiem. Znowu. Czym ja zawiniłem? Po prostu się zakochałem.
— Susan, nie mam zamiaru się z tobą bawić — odparłem stanowczo. — Więc weź swoje zabawki i wypierdalaj stąd.
— Skąd pewność, że Alex do ciebie wróci? — uśmiechnęła się szyderczo sprawiając, że poczułem silny ucisk w klatce piersiowej. 
— Nie wiem, co zrobi Alex — odpowiedziałem. — Ale mam zamiar uszanować jego decyzję. Zaakceptowałbym wasz związek. Jednak wiem, że ty z kolei jesteś zbyt zdzirowatą suką, by tolerować fakt, iż Carter związał się z kimś innym. 
               Nie rzucałem więcej obelg. W zasadzie nie mam pojęcia zielonego, co później zrobiłem. Byłem totalnie zdezorientowany, kiedy nad ranem obudziłem się w domu... Jude'a i Elise. Leżałem sobie jak gdyby nigdy nic na ich łóżku i gapiłem się w biały sufit. Wygrzebałem telefon z kieszeni, była piąta. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej. Na szafce nocnej dostrzegłem szklankę wody i środki przeciwbólowe. Co się wczoraj stało, do chuja? Zażyłem leki i cicho wysunąłem się z sypialni. W kuchni zastałem wiecznie beztroskiego Jude'a. Robił właśnie jajecznicę. Faceci rozumieją się bez słów, wtedy tego pożałowałem. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym hańby i różnorakich obelg, wzdrygnąłem się na sam widok. 
— Ja nic nie pamiętam, Jude, nie bij — powiedziałem jednym tchem, zasłaniając się rękoma. 
— Jak chcesz, to odpocznij jeszcze — odparł. — Zajęcia masz o dziewiątej, a zgarnąłem cię z knajpy jakąś godzinę temu. 
               Mimo to czułem się wyjątkowo wyspany. I miałem ochotę na jajecznicę Jude'a. Łudziłem się nadzieją, że nie dodał tam tabletek gwałtu. Zasiadłem więc dumnie przy stole i spojrzałem przez okno. Próbowałem uświadomić sobie cokolwiek, co miało miejsce tej nocy. Mimo to nic nie przychodziło mi do głowy. Z głębokich rozmyślań wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości.


"Masz nową wiadomość od: Alex"




               Zawahałem się... mimo to po chwili nacisnąłem przycisk, by móc ją odczytać. Przesunąłem palcem po ekranie, próbując zrozumieć cokolwiek.




"Rozjebałeś jak Rosja na mapie!"




Zdębiałem.






— Jude, Alex napisał, że rozjebałem jak Rosja na mapie — odparłem cicho. 
— Ma gość poczucie humoru — zaśmiał się, znowu patrząc na mnie tym samym wzrokiem.
— Czy ktoś mi, kurwa, powie, co się działo w nocy?! — wrzasnąłem. Nie wytrzymałem w końcu. 
— Stary, znalazłem cię w knajpie, przy pustej butelce po połówce, pocieszającego czerwonowłosą dziewczynę tekstami typu "nie martw się, w końcu do ciebie wróci". 




RITA, NIE BIJ!