Showing posts with label smakołyki. Show all posts
Showing posts with label smakołyki. Show all posts

11.9.15

Ręka ci się pali

Dział: Maniakalne smakołyki.
Numer rozdziału: 12
Gatunek: Yaoi.



                    Mijały kolejne dni, a ja chodziłem z bananem na ryju, wciąż mając w pamięci wydarzenia z tamtego weekendu. Znajomi z pracy notorycznie pytali mnie, czy wręcz z tej radości zaraz nie skonam. Gdyby nie to, że miałem dla kogo żyć, zapewne bym to uczynił. Pogrzeby zawsze mnie jarały. Było to w końcu jedyne miejsce, w którym główny bohater nie wypijał ani kielicha, a i tak go wynosili, i tak go wynosili. Poza tym, kiedy ktoś umierał, to w przeciwieństwie do seksu, nikt się nie śmiał, iż robi to sam. Życie jednak było dość bolesne. Ten cholernie niezręczny moment między narodzinami a śmiercią. 
— Nathan. — Z błogich rozmyśleń wyrwał mnie głos młodego boga seksu.
— No? — zapytałem z nieukrywanym entuzjazmem. W moim sercu rozpalił się ogień nadziei, że może zaproponuje szybki numerek na zapleczu.
 Ręka ci się pali. 
                      Jednak Carter nie wyraził ochoty, by uratować mnie robiąc mi usta-usta. W rezultacie biegałem jak oparzony, bowiem byłem w sumie oparzony, wokół kuchni, a Shane latał za mną na skrzydłach pegaza z gaśnicą w dłoni. W zasadzie to nie latał, raczej z totalną obojętnością spoglądał na mnie, jednocześnie flegmatycznie głośno zastanawiając się, gdzie ta gaśnica może być. 
                    Takie życie naprawdę mi odpowiadało. Zaczynałem jednak odczuwać coś dziwnego. Coś, co wyjątkowo dobrze tłumaczyło losy naszych przodków i uzasadniało przeznaczenie. Mianowicie odzywał się we mnie instynkt macierzyński. Jednak adopcja nie do końca była tym, czego pragnąłem. W jakiś sposób chciałem, by ród Carterów i Bennettów był przedłużony, jednak... Shane zjebałby mnie za niezdecydowanie i wahanie się. Niczym wahadło. Na prawie starość zaczynałem rozumieć rzeczy, które dotychczas mnie irytowały. Wyobrażałem sobie naszych synów... razem. Moglibyśmy udzielać im wskazówek i śmiać się z tego, że postępują dokładnie w ten sposób, co my. Cholera, zamieniałem się w swojego ojca. 
                    Tego piątkowego pochmurnego wieczora wracałem z roboty w fantastycznym humorze, mimo że musiałem spędzić go samotnie. Shane musiał pozałatwiać z ojcem sprawy papierkowe dotyczące firmy, mieli w planach zawalić nockę a może i dłużej. W sumie miałem ochotę poznać tego człowieka, byłem skłonny nawet zaprosić Cartera na rodzinny obiad, ale niekoniecznie w towarzystwie mojej matki. Sytuacja była stabilna jak nigdy. I pomyśleć, że to wszystko potoczyło się tak szybko. 
                    Glasgow jednak coś w sobie miał. Te chłodne wieczory i wiecznie zwisające na niebie gęste ciemne obłoki nadawały wyjątkowego klimatu. Szczególnie jesienią. Nie byłem zwolennikiem opalania się w kurewsko wysokiej temperaturze, nie przepadałem za rażącym oczy słońcem, ale z kolei nie lubiłem również tych cholernych chłodów, które odmrażają palce i czynią twarz sparaliżowaną w dziwnej minie. O tej porze roku było tutaj wręcz idealnie. Dopóki nie zaczęła się ta piekielna mżawka. Szedłem przez mgłę w centrum miasta. Zasłoniłem oczy, gdyż krople wody utrudniały mi wytyczanie sobie wzrokiem drogi i zaczynałem wchodzić w słupy i latarnie na chodniku. Z ręką na czole żwawo gnałem przed siebie, kiedy nagle wpadłem na jakiegoś człowieka. Spojrzałem w górę i nie dowierzałem. Z jednej strony miałem ochotę uciekać, z drugiej — nie byłem w stanie się ruszyć. Moje ciało ogarnął totalny paraliż. I nie byłem nawet pewien, czy krople na jego twarzy to faktycznie deszcz, czy po prostu łzy. Zrobiło mi się ciężko na sercu i poczułem się źle jak jasna cholera. Znów to ja byłem winny.
— Thomas, ja... — wyjąkałem.
                    Ale on nie chciał słuchać. Chwycił mój podbródek, przybliżył się do mnie i złączył nasze usta w gorącym pocałunku. Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. Nie miałem zielonego pojęcia, co się wokół mnie dzieje. Ta pogoda wcale nie pomagała.
— Co tam? — Usłyszałem nagle za sobą głos. Zbyt znajomy głos.
— Nathan... Czy to nie twój chłopak? — spytał nagle Thomas, choć ja naprawdę nie chciałem tego słyszeć.
— Masz na myśli... — zaczął znowu. — Byłego chłopaka.
                    Nie wiedziałem, co tam robił. Przeszło mi przez myśl, że przełożył robotę, by się ze mną spotkać. W zamian za to otrzymał... to. Zacząłem świrować. W jednym momencie przyłożyłem z całej siły Thomasowi prosto w brzuch tak, że chłopak zgiął się w pół i upadł na kolana. Mówiłem rzeczy, których chyba żaden z nich się nie spodziewał. Trudno. Byłem zbyt zakochany, by pozwolić temu skurwielowi na tanie gierki. Byłem pewien, iż wiedział, że sytuacja zakończy się spotkaniem całej trójki.
— Nie jestem tak rozchwiany jak myślisz — wycedziłem przez zęby. — Nie nachodź mnie więcej, nie zbliżaj się do mnie, nie masz nawet prawa na mnie patrzeć.
                    Obróciłem się na pięcie i spojrzałem na twarz Shane'a. Uzmysłowiłem sobie, że nie powinienem czuć wyrzutów sumienia. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem o wszystkim, o czym nie miałem jeszcze okazji. O dzieciach, o obiedzie rodzinnym, o moich planach na przyszłość. Każde moje słowo płynęło z głębi serca.
                     Cała ta sytuacja z Thomasem wydała mi się naprawdę dziwna. Ale nie miałem ochoty już ględzić o tym, że wiszą nad nami chmury tego pieprzonego przeznaczenia, które zsyła na nas dziwne, nielogiczne dla racjonalnie myślącego człowieka plagi. Nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy sobie z tym poradzić. Nie wchodziła w grę opcja bycia osobno, szczególnie ze względu na jakieś pierdolone wydarzenia i przeszkody stające co chwila na naszej drodze. Dojrzałem. Naprawdę dojrzałem.
— W sumie myślałem, że nie masz dzisiaj dla mnie czasu — odparłem.
— Muszę ci pomóc przy wyprowadzce — oznajmił.
— Wyprowadzce? — zdziwiłem się. — Wiesz jak trudno jest w ciągu roku zerwać umowę o mieszkanie?
— Nie trudniej niż zaręczyny.





K O N I E C
__________________________________________________________

więc czekam na ojebkę za happy end, bo jak zauważyłam, przeważnie zakończenia działów się nie podobają
i raczej nie dlatego, że sezony się kończą, bo to raczej pozytywna wieść
nieważne
niedługo zaczynamy z Sagą nagrywać vlogi, nadal czekamy na pytania
SZCZEGÓLNIE TE DO SAGI, bo jest sporo do nas obu, ale jest też drugie tyle tylko do mnie
więc jeśli poczujecie napływ weny po zakończonym kolejnym sezonie Maniakalnego, zapraszam do zadawania pytań do Sagi na fejsie or pod poprzednim postem
jako następny dział będę wrzucać to, czego zwiastun wrzuciłam niedawno
napisałabym jak się nazywa, ale nie pamiętam
ale pamiętam z kolei to, że byliście dość pozytywnie do niego nastawieni
coś tam o piekle
a więc miłego





5.9.15

Skoro tak... to gwałt

Dział: Maniakalne smakołyki.
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi. 



— Posrało cię! — wrzeszczałem wniebogłosy.
                    Z jednej strony święcie byłem przekonany, że mając bardzo ogólną wiedzę na temat Cartera, wiem o nim wszystko. Samo sobie to przeczyło. Shane nie był tak prostolinijny i mało skomplikowany, jak dotychczas mi się wydawało. Chociaż nie, właśnie, że był! Tylko ostatnimi czasy próbował mnie zmanipulować swoim pseudo-filozoficznym bełkotem. Już prawie mnie przekonał, iż potrafi rozumować tak, jak każdy statystyczny Brytyjczyk, a jednak myśleniem o wiele bardziej przypominał jakiegoś Niemca czy nawet Ruska, ale do Ruska trochę mu mocnej głowy brakowało. Albo i nie?
— Shane, co ty odpierdalasz, mózgiem się kocha, nie penisem! — darłem japę.
— A co w sytuacji, kiedy penis jest większy? — zapytał. 
— Shane, czy ciebie popierdoliło, dopiero co miałem taką samą sytuację z Thomasem, a teraz... — wyjąkałem.
— No i widzisz, przeznaczenie chciało, żebym to ja był twoim wybrankiem — gadał dalej.
— N-nie chcę nic, odwal się, no! — krzyczałem. 
— Jeśli cię ktoś usłyszy, to przyjdzie pod drzwi mi kibicować — odpowiedział. 
                    Przygniótł mnie swoim ciężarem i zostałem unieruchomiony na kanapie stojącej zaraz przy wejściu do jego domku. Oczy miałem jak trusie pięciozłotówki, a on najwyraźniej był sadystą i wielce mu się taka kolej rzeczy podobała. 
— Shane, ja nie wyrażam na to zgody, czaisz? — spytałem przerażonym tonem.
— Skoro tak... — westchnął. — To gwałt. 
— KURWA!
               Wszystko toczyło się stanowczo za szybko. Motałem się po kanapie, usiłując za wszelką cenę się wyzwolić. W rezultacie straciłem koszulkę, buty, skarpetki, a chwilę po tym nawet moje spodnie wylądowały w innej czasoprzestrzeni. 
— Carter, myśl racjonalnie no... — wyjąkałem. — Dajmy sobie jeszcze trochę czasu, ale serio, jeszcze nie teraz no...
— Jak nie teraz to nigdy — odpowiedział. — To chyba jedyny sposób, żeby pokazać ci, do kogo należysz.
— DO KOGO NALEŻĘ? — zdziwiłem się. — Za kogo ty się uważasz?
— Za kogoś, komu ten nieumiejący gotować kretyn nie dorasta do pięt — syknął. — Pamiętaj, każdy Carter jest bogiem seksu.
— SHANE! — wrzasnąłem. — Wypierdalaj no!
— Czyli nadal jesteśmy za opcją gwałtu... — zastanowił się. — No cóż, mi to w sumie nie przeszkadza.
— N-nie tam!
               Przylgnął do mnie całym ciałem, skutecznie hamując każdy mój najmniejszy ruch. Przeszło mi przez myśl, że to już koniec i powinienem pozwolić mu na to, czego chce. Jednak promyk nadziei rozpalił się w moim sercu. Coś podpowiedziało mi, iż lada chwila znajdę rozwiązanie tego problemu.
               Shane tymczasem wsunął dłoń w moje bokserki i zaczął delikatnie pieścić moją męskość. Z moich ust wyrwał się przepełniony podnieceniem jęk, choć z całych sił starałem się nie wydawać z siebie żadnych odgłosów. Rozsunął moje kolana tak, że nie mogłem wrócić do poprzedniej pozycji. Powiększył sobie tym sposobem pole do manewru. Już po chwili poczułem, jak jego palec z zaciekawieniem przesuwa się po linii między moimi pośladkami, szukając wejścia. Zmrużyłem oczy i westchnąłem cicho. Złożył mi na karku gorący pocałunek, a moje ciało przeszedł dreszcz. Sprawiał, że zaczynałem mieć na to ochotę. Przegryzłem wargę i delikatnie nasunąłem się na jego palec. Moje ciało wygięło się w łuk. I wtedy nagle...
— Znudziło mi się, idę spać — powiedział jak gdyby nigdy nic.
— No, kurwa, wracaj tu! — wrzasnąłem. — Nie po to mnie rozbierasz i podniecasz, żeby sobie teraz tak po prostu pójść!
— No bo masz syndrom sztokholmski — odparł od niechcenia. — Miałeś krzyczeć, że nie chcesz, a ty się poddajesz i nawet prosisz o więcej, serio?
— Shane, ty skurwielu... — westchnąłem. 
               Usiadł na kanapie i spojrzał z zamyśleniem w sufit. Skorzystałem z okazji i rzuciłem się na niego z łapami. Usiadłem okrakiem na jego kolanach, przysuwając się bliżej niego, po czym zacząłem całować go namiętnie tak, że żaden z nas nie mógł złapać tchu. Przeniosłem się na jego kark gryząc wręcz jego chłodną i delikatną skórę. Jego twarz nadal nie wyrażała emocji, więc rozpiąłem mu spodnie i wsunąłem pod nie rękę, dotykając jego najdalszych zakamarków. Spojrzał wtedy na mnie i musnął swoimi ustami moje. 
— Proszę, weź mnie — powiedziałem cicho, patrząc mu głęboko w oczy. 
                    Shane jednak milczał. Nie przejmował inicjatywy przez dłuższą chwilę, więc pozostało mi jedno. Może i miałem nieco drastyczne metody, ale dlaczego miałbym ich nie wypróbować? 
                    Szybkim ruchem pozbyłem się swoich bokserek i znów położyłem się na kanapie, dokładnie w taki sposób, w jaki on chwilę temu mnie na niej położył. W pomieszczeniu panował półmrok, lecz pewne rzeczy można było zobaczyć bardzo wyraźnie. Powoli rozszerzyłem kolana. Moja dłoń powędrowała w dół. Po chwili zacząłem sam siebie rozpychać, wydając przy tym przeraźliwie namiętne jęki. 
— Shane... Pomóż... — szepnąłem, nie przerywając tej czynności. 
                    Carter spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale byłem przekonany, że to zadziała. Pochylił się nade mną powoli i zrobił mi bolesną malinkę na udzie. Jego usta były tak blisko. Momentalnie doszedłem. Zachichotał cicho, kiedy to zobaczył. Położył dłonie na moich biodrach i nagle...
— SHANE! — wrzasnąłem. 
               Pamiętałem, że chwilę wcześniej rozpiąłem mu spodnie, ale mimo wszystko nie spodziewałem się, iż może zacząć tak nagle. Wszedł we mnie tak gwałtownie i boleśnie, aż z moich oczu potoczyły się strugi łez. 
— Boli jak jasna cholera... — powiedziałem cicho, przerywając na chwilę jęki przeradzające się w krzyki. 
— I co, mam przestać? — zapytał.
— Nigdy — odparłem, wyciągając w jego kierunku ręce.
                    Przytulił mnie, nie zaprzestając tych czynności. Wplatałem palce w jego miękkie pachnące wiśnią włosy i nagryzałem lekko jego ucho. Ból powoli ustępował kolosalnemu podnieceniu, z jakim jeszcze nigdy nie miałem do czynienia. Shane nie dawał za wygraną i starał się zbadać najgłębsze zakamarki mojego ciała. Pomieszczenie wypełniły moje niepohamowane jęki. Rozkoszy nie było końca. Czułem się bezpiecznie i było mi przyjemnie jak nigdy. 
— Shane, ja... — wyjąkałem.
— Co jest? — spytał cicho. Oddychał ciężko i sam już nie mógł złapać tchu. 
— Kocham cię, kurwa — wykrztusiłem ledwo.
                    Jednak te słowa jeszcze bardziej zmotywowały go do roboty. Przyspieszył i doszedł w moim środku. Ale nie skończył na tym. Wyszedł ze mnie i zaczął jeszcze raz. Wygiąłem się w łuk i jęknąłem przeraźliwie. 
— Więcej... — szepnąłem. 
                    Wchodził we mnie coraz szybciej, całując mnie głęboko i pieszcząc ręką mojego członka. Dotykał moich zesztywniałych z podniecenia sutków i wgryzał się w mój kark. Przestawałem się przejmować tym, ze cały czas krzyczę. Przecież wszyscy o nas wiedzieli. Poza tym nie byłbym w stanie tego hamować, nawet gdybym bardzo chciał. Ta fala rozkoszy była zbyt ogromna, by zachować obojętność. 
                    Kiedy skończył, położył się na mnie i oddychał ciężko, krztusząc się własną śliną. W zasadzie robiłem to samo, jednak udało mi się uspokoić nieco szybciej niż jemu. Głaskałem go po głowie i wplatałem palce w jego włosy. 
— Jesteś mój — powiedziałem cicho. 
— Nathan — zaczął nagle. — Jeśli jeszcze raz zobaczę tego człowieka, zapierdolę go. 
— Nic mnie z nim nie łączy — odpowiedziałem, choć sam nie wiedziałem dlaczego. — Ciebie chcę. 
                    Shane podniósł się powoli i pocałował mnie raz jeszcze. Nasze języki swobodnie ze sobą tańczyły, przyzwyczajone już do tej drugiej osoby. 
— Shane, błagam, niech nie będzie tak jak u tych wszystkich... — wyjąkałem. — Nie musimy mieć dzieci...
— Znowu o tym? — zdziwił się.
— Za dużo chcę ci powierzyć, żeby miało się to potem rozwalić, wiesz — mówiłem dalej. 
— Nie martw się o to — odpowiedział z taką cholerną pewnością siebie, że momentalnie mu uwierzyłem.


31.8.15

Pozwól mi być wolnym

Dział: Maniakalne smakołyki.
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi.



               Coś zabrało część mnie. Czułem, że nie postępuje wedle własnego kodeksu moralnego, a raczej ktoś podświadomie wpaja mi pewne wartości. W najmniej oczekiwanym momencie uświadomiłem sobie, iż czyn, jaki popełniłem, zupełnie nie jest w moim stylu. Dotychczas musiałem spoglądać na tę sytuację przez pryzmat czegoś... dziwnego. Nie było wokół mnie osoby, która mogłaby mną manipulować. Na takiej przestrzeni czasu musiałby to być co najmniej Freud, ale żyliśmy w czasach, gdzie populacja stawała się coraz głupsza, dlatego odrzuciłem tę możliwość. Tutaj coś musiało siedzieć głębiej. Głębiej we mnie. Bowiem za każdym razem, kiedy zaczynałem wierzyć, coś mi zabierano, gwałcono moją etykietę moralną, sam nie byłem pewien, jak to działa. Ale przyczyny siedziały tylko i wyłącznie we mnie. 
                Tak. To było to pieprzone przeznaczenie. Myślałem, że mogę je złamać, zmienić, jakkolwiek na nie wpłynąć. W reakcji dostawałem jednak niechciane produkty, chociażby cholerne wyrzuty sumienia, mimo że w rzeczywistości z Shanem kompletnie nic mnie nie łączyło. Nawet kiedy o tym braku więzi myślałem, dopadał mnie totalny ból w okolicach klatki piersiowej. Los jednak chciał ze mną nieco pozadzierać. Czy nie mógł wyluzować i pozwolić mi być wolnym? Czy nie mógłbym wyzbyć się całego tego bólu? Nadaremnie... Nie mogłem pojąć tego miejsca, zasmakować swojego życia. Byliśmy sobie przeznaczeni, Shane. To takie bezwartościowe kurewstwo. 
               Timoth patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, zapewne oczekiwał jakichś wytłumaczeń z mojej strony. Tak, powinienem był coś powiedzieć, zdecydowanie. Jednak w głowie miałem pustkę. Kiedy odszedł, zalegałem jeszcze przez chwilę na ziemi z zakrwawionym nosem. Ta sytuacja tak bardzo męczyła mnie od środka, że musiałem działać natychmiastowo. Wróciłem do środka. Thomas był przerażony moim stanem, ale kazałem mu jak najszybciej wracać do domu. 
— Jeżeli ktoś waha się między dwoma osobami — powiedziałem — nie zasługuje na żadną z nich.
                 Musiałem opanować swoje żądze i dać sobie o wiele więcej czasu do namysłu, aby nigdy więcej nikogo nie zranić. Chłopak opadł bezwładnie na łóżko i schował twarz w dłoniach. Skrzywdziłem kolejnego niewinnego człowieka. Potem bez wahania udałem się do domku Cartera. Zauważyłem, że nasi przyjaciele bawią się przy ognisku w pobliżu lasu, ale nie było wśród nich Shane'a ani Timotha. Murzyn pukał akurat do drzwi Cartera, wtedy spostrzegłem, iż używa dziwnego rytmu, jakoby Shane nie chciał nikogo poza nim widzieć. Nie spodziewałem się aż tak kiepskiej sytuacji. Zaczaiłem się jednak za rogiem i czekałem na jego wyjście, starając się w miarę możliwości ułożyć wszystko w głowie. Nadaremnie. Nie siedział tam długo. Już po chwili dołączył do przyjaciół bawiących się w najlepsze. Prawdopodobnie jeszcze o niczym nie wiedzieli. Podszedłem cicho do drzwi i zapukałem, używając tego samego rytmu, który chwilę wcześniej wykorzystał Timoth. Kiedy tylko się otworzyły, przekroczyłem próg i zamknąłem je od środka na patent. Carter nie wyglądał na szczęśliwego, widząc mnie u siebie. Jednak bardziej przeraził mnie fakt jego zaczerwienionych oczu. Oddychałem ciężko, usiłując ze wszystkich sił opanować ten cholerny ból w klatce piersiowej. Czułem się jak gówno. 
— Czuję się jak świr na uwięzi — odparłem cicho, spuszczając głowę. Nie byłem w stanie patrzeć mu w oczy. — Czuję się, jakbym nie mógł się wyzwolić. Czuję się chory. Nic w moim życiu nie jest wolne. Potrzebuję światła. 
               Atmosfera w powietrzu gęstniała, a ja bałem się wykrztusić z siebie słowo. Każde z nich bolało mnie niemiłosiernie, ale Shane zapewne cierpiał o wiele bardziej. Musiałem być szczery, choć nie było to proste. 
— Nie potrafię widzieć w ludziach oczywistych rzeczy, cały czas coś mnie wstrzymuje — kontynuowałem. — Boję się wyciągać wnioski z czyichś czynów, żeby potem się nie zawieść. I na chwilę obecną nie wiem, czego chcę. Wiesz, trzeba mi mówić wprost, ja nie wyłapuję przekazów podprogowych. Jestem kurwą. Bezwartościową kurwą. Trzeba mi było przeznaczyć więcej czasu na upewnienie się, co jest dobre, a co złe. Nie zasługuję na żadnego z was. Poza tym... wygaduję takie brednie, a jest za późno. Zraniłem dwie osoby. Naprawdę byłem nieświadomy tego, co się między nami dzieje. Wiem, że kilka razy mało brakowało, jeśli o nas chodzi. Ale jakoś w dziwny sposób wydawało mi się, że... że, wiesz... chcesz mnie wykorzystać i... Nie mówiłeś nigdy o emocjach, dlatego... Mimo wszystko jakaś siła ciągnęła mnie w twoją stronę, ale ciągnęła mnie też w tamtą, bo wiedziałem, na czym stoję...
— Stul pysk, Bennett — syknął. Znów nazywał mnie po nazwisku. Znów relacja między nami zdegradowała się do poziomu niżej. Ale czego innego mogłem oczekiwać. — Czyny stoją nad słowami. Jesteś naiwnym kretynem. 
— Skąd możesz wiedzieć, że on kłamie? — spytałem. 
— Bo w przeciwieństwie do mnie nie miał nawet dnia, żeby cię poznać — syknął. 
               Miał rację. W klubie rzucił się w zasadzie od razu z łapami. Shane co prawda nie miał wiele czasu, ale zaczął się przekonywać dopiero po kilku moich bardzo otwartych sugestiach. Sytuacja stawała się coraz klarowniejsza.
— Bennett, kurwa, czy tobie tak zawsze trzeba przemawiać do rozsądku, bo nie rozumiesz oczywistych rzeczy? — zapytał z pogardą.
— W końcu jestem Bennettem... — westchnąłem. — Nie wiem, co mam zrobić, Shane. 
                Podszedł bliżej i, położywszy mi rękę na policzku, pocałował mnie głęboko. Nie sądziłem, że tak mocno zraniony człowiek będzie w stanie coś takiego uczynić. Może faktycznie był we mnie zakochany? 
— Wiem, że mnie kochasz, Nathan — powiedział. — Więc czemu słuchasz tych wszystkich bzdur, które on ci mówi...?
— Denerwuje mnie słowo "przeznaczenie" — odparłem cicho. — Wolałbym cię spotkać w pracy tak po prostu i uznać, że chcę z tobą być. Chciałbym mieć pewność, że to mój wybór. 
                Carter ukrył twarz w moim karku i zaśmiał się. Tak, zaczął się chamsko śmiać. W takiej sytuacji to brzmiało na niezłą dawkę czarnego humoru.
— Bennett, ty naprawdę jesteś głupi... — powiedział, śmiejąc się do rozpuku.
— Wiem, ja nigdy nie rozumiem, o co chodzi, no ale wytłumacz mi — wyjąkałem.
— Ojciec mnie przed tym ostrzegał, ale, cholera... — śmiał się jak najęty. — Wiesz, jak będziemy wychowywać swoich synów, to lepiej ich nie uświadamiaj o swoim światopoglądzie...
— Carter, kurwa mać, to nie jest śmieszne, jakich synów znowu — wkurzałem się. 
— Przeznaczenie nie istnieje — powiedział z powagą, a ja poczułem jak moje więzy się rozluźniły. Nie dowierzałem. — To przypadek. Po prostu każde kolejne pokolenie odziedziczyło w jakiś sposób gust. Nasi ojcowie też podświadomie wpajali nam to, czego sami szukali u drugiej połówki. Ojciec zawsze jest autorytetem dla syna. Jesteś debilem, Bennett, co myślałeś, że mamy to zapisane w gwiazdach?
— Spierdalaj. 

              Jednak z takim myśleniem było mi o wiele prościej.Chyba w końcu po tylu latach ktoś mnie wyswobodził. Poczułem się wolny.

29.8.15

Jesteś śmieciem, Bennett

Dział: Maniakalne smakołyki.
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi.



co do ostatniego rozdziału yuri, TUTAJ możecie przeczytać, jak to wyglądało z nieco innej perspektywy, by Katsumi
Wasze wiersze, rysunki, komiksy etc. gówna, zawisną niedługo na jakiejś ścianie, ale no
aha, jeszcze jedno


SPIERDALAJCIE

_____________________________________________________


              To, że pragnąłem stracić dla niego majtki, nie oznaczało, iż mam zamiar stracić głowę. Mimo wszystko miałem miliony innych spraw poza Shanem Carterem, dlatego nie zaprzątał moich myśli ani przez chwilę. Cholera, oszukiwanie siebie samego wbrew pozorom do najprostszych nie należało. Tutaj nawet mocna autosugestia nie miała siły przebicia. Wyobrażałem sobie tak dziwne rzeczy, że nawet do zboczeń się już nie kwalifikowały. Z fantazjami celowałem podświadomie nieco niżej. Pomyślałem, iż kiedy pięćdziesiąt lat po ślubie Shane usłyszy, jak trzeszczą mi kości, zamiast uznać mnie za starego, powie, że jestem chrupiący. Nie było to może szczególnie romantyczne, logiczne też nie, jednak w jakiś nadzwyczajny sposób ujrzałem to oczyma wyobraźni podczas smażenia kurczaka. Życie z Carterem nie było łatwe. Albo miałeś wyjebane, albo miałeś przejebane.
               Zapakowaliśmy się w dwa samochody i ruszyliśmy do Largs. Był piątkowy wieczór, a ja nie mogłem wyzbyć się z głowy tych wszystkich rzeczy, które miały miejsce tej nocy. Shane w końcu odważył się na poważniejszy ruch, jednak do niczego nie doszło. Dowiedziałem się również, że nie jest osobą, która zdradza swoją drugą połówkę. Nie zdradzał mnie. Nawet będąc z Barbrą. 
               Siedziałem z tyłu zaraz obok Monte. Timoth i Maddie siedzieli z przodu, murzyn prowadził. Rozkładali mapy i szukali najkrótszej drogi na miejsce. W aucie jadącym za nami siedziała pozostała część tej diabelskiej ekipy — Tobi, Wejoha i Shane. Korzystając z okazji, że jadący ze mną przyjaciele byli zbyt zaabsorbowani odczytywaniem zalanej piwem mapy, by słuchać mojego bełkotu. postanowiłem porozmawiać z Monte. Nie bardzo wiedziałem, jak zacząć temat, aczkolwiek, jak się okazało, od razu wiedział, o co chcę zapytać. 
— Jesteś pokurwiony, w dodatku ślepy — śmiał się. — To pewne jak jasna cholera, Carter jest w tobie po uszy zakochany, co z tego, że znacie się tyle a tyle. To najmniejszy problem, jeśli chodzi o moją opinię. 
               Poczułem się jednocześnie lepiej i gorzej. Lepiej, bo takie słowa były jak miód na moje serce, gorzej, gdyż nadal obawiałem się w to wierzyć. Wolałem być mile zaskoczony, niż w negatywnym sensie się rozczarować. 
               Kiedy tylko dotarliśmy na miejsce, nic mi nie pasowało. Za zimno na dworze, deszcz kropi, nie mam ochoty na egzotyczne jedzenie, Shane mnie denerwuje samym swoim byciem. Uznałem, że nienawidzę ludzi i pragnąłem za wszelką cenę obić im wszystkim mordy. W rezultacie cała ekipa udała się na kolację, a mnie zostawiono na pastwę losu w jednoosobowym pokoju. Walnąłem się na wyro i zacząłem rozmyślać o życiu, pogrążając się w tym wszystkim jeszcze bardziej. I zachowywałem się tak tylko dlatego, ze podczas podróży uznałem, iż życie nie ma sensu. Im głębiej w to brnąłem, tym bardziej czułem się niczym najbardziej śmierdzące gówno. Nawet Shane'a mi się odechciało. Czułem jednak nieodpartą ochotę podzielenia się tym wszystkim z osobą jak najbardziej neutralną. Zadzwoniłem więc do Thomasa, a tamten zdecydowanie podniósł mnie na duchu, podsuwając mi coraz to kolejne ujarzmiające mnie miłe słówka. Moja samoocena wzrosła. Życie nie nabrało może sensu po jednej takiej rozmowie, jednak udało mu się uświadomić mi wiele ważnych rzeczy. Kiedy tylko powiedziałem mu, jak się czuję, postanowił przyjechać. Do Largs miał godzinę drogi i uznał, iż nie robi mu to żadnego problemu, a wręcz przeciwnie. Włączył nawet tryb głośnomówiący i rozmawiał ze mną przez całą drogę, wmawiając mi dzięki swojej sile perswazji, że nie mam powodów do zmartwień i powinienem korzystać z wyjazdu z przyjaciółmi zamiast niepotrzebnie wpadać w depresję. Nie minęło wiele czasu, a Thomas stanął w progach mojego domku. 
               Na weekend wynajęliśmy kilka małych domków usytuowanych nad wodą. O to też pokłóciliśmy się po drodze. Stanowczo odmówiłem mieszkania z kimkolwiek, motywując to swoim introwertyzmem oraz ich skłonnościami do nadmiernego spożywania alkoholu. Mieli mi za złe, bo chcieli poupychać się w dwóch domkach, a w rezultacie musieliśmy wynająć trzy, przez co te skąpiradła zmuszone były wyrzucić z portfela kilka papierków więcej. W rezultacie miałem cały wielki domek dla siebie, a reszta zamieszkała w takich składach jak podczas jazdy autem. 
                Thomas przywitał się ze mną buziakiem w policzek. Nadal był poobijany po ostatniej spontanicznej bójce z Carterem. Szczerze mówiąc nie przejmowałem się tym, czy się tutaj spotkają. Byli dorośli, musieli umieć zachować najprostsze zasady kultury. Tylko, moment... Carter i zasady kultury?
— Ugotuję ci obiad — zaproponował, uśmiechając się zawadiacko. 
               Obserwowałem uważnie, w jaki sposób wykonuje nawet te najprostsze czynności. Patrząc z perspektywy kucharza, był naprawdę niezły. Wygadywałem przez cały ten czas najróżniejsze brednie, wpadając momentami w pseudo-filozoficzny bełkot, on jednak jedynie chichotał cicho w reakcji lub odpowiadał. Żadnych sprzeczek ani chamskiego ustawiania do pionu. Naprawdę wiele go różniło od Cartera. Wyglądało na to, iż bardziej mi pasował. Nie musiałem uważać na słowa, mówiłem wszystko, co chciałem, nie obawiając się rozcięcia na pół ostrzem ciętej riposty. 
               Usiedliśmy obok siebie przy stole, kiedy tylko go zastawił. Pachniało wspaniale. Zanim jednak zaczęliśmy konsumować, Thomas delikatnie położył dłoń na moim policzku i skierował moją twarz w swoją stronę. Trącił mnie lekko nosem. Nie byłem w stanie do końca sprecyzować tego, co wówczas czułem. Czy ta adrenalina kazała mi się wycofać, czy może motywowała do wykorzystania okazji?
               I wtedy nagle do pokoju wszedł Carter. Carter nie miał w zwyczaju pukać, chyba że ludzi. Może zrobiłby to w sytuacji jakiejś rozmowy kwalifikacyjnej czy też odwiedzania teściów, ale mnie traktował jak zwierzynę, której był właścicielem i panem. Na widok tego, co się wyrabiało, ironicznie uniósł jedną brew i nagle postanowił się przysiąść. 
— Shane — powiedział, wyciągając dłoń do Thomasa. Thomas zrobił to samo. — To tobie obiłem ryj kilka dni temu? 
                Thomas przedstawił się i kulturalnie odpowiadał na chamskie pociski Shane'a. Czuł się nieco zaniepokojony. Korzystając z faktu, iż Carter siedział naprzeciwko nas, złapał mnie pod stołem za rękę, jakby chciał powiedzieć "uważaj na tego człowieka, Nathan, on zrobi ci krzywdę". Odnosiłem wrażenie, że jestem w stanie zmienić przeznaczenie. Z takim człowiekiem u boku mogłem zrobić wszystko. Kiedy tak rozmyślałem o tym wszystkim, Carter postanowił obsłużyć się naszym stołem szwedzkim.
— Często gotujesz? — spytał. — Akurat pracuję w tym fachu, możemy wymienić się spostrzeżeniami.
— Nie mam nic przeciwko — odpowiedział Thomas. — Spróbuj zatem i powiedz, co sądzisz. 
— Więc... — wymamrotał, nakładając sobie wszystkiego po kolei. — Ta twoja surówka nadaje się tylko na kompost.
               Ugryzłem się w język, by nie powiedzieć czegoś nieprzyjemnego. Ten prostak przychodził tu bez pozwolenia, przerywał moją randkę, a potem jeszcze robił coś takiego. 
— Poza tym co to jest...? — wymamrotał. — Pasztet? Czy klocki hamulcowe? Ryba jest tak niedogotowana, że chce spełnić moje trzy życzenia. Grzyb jest z kolei tak surowy, że mówi, że księżniczka jest w innym zamku. Człowieku, nie nadajesz się do tego. 
               Wkurzałem się coraz bardziej. Miałem dość tej gadki. Chciałem przerwać Shane'owi i już prawie to zrobiłem, kiedy... ujrzałem w jego oczach wściekłość. To już nie był obojętny na wszystkie problemy świata Carter. Coś go wkurwiło. Zacząłem łączyć fakty i uznałem, że skoro przyszedł tu sam, musiał zostawić przyjaciół na mieście i wrócić po mnie z jakąś sprawą. 
— Koleś, to serce jest tak surowe, że proponuje mi zniżkę na Neostradę — kontynuował. — A stek jest tak czarny, że zaraz ukradnie mi telewizor. Poza tym... homar? Dlaczego on nadal leży na blacie? Pewnie czeka już tak długo, że zaczął pisać kontynuację Odysei i Iliady... Nie zdziwiłbym się, gdybyś spróbował ugotować jajko w mikrofalówce. Patrząc na to, w jaki sposób jest upieczona ta wołowina, którą można jeszcze wydoić, w tej kuchni musiało być przed chwilą więcej dymu niż w garderobie Boba Marleya. 
               Thomas wstał i odszedł od stołu. Podszedł do okna i odpalił papierosa. Atmosfera gęstniała i nie pomogłoby tu nawet niespodziewane wtrącenie się Wejohy wychodzącego spod kanapy. Bałem się wtrącić, jednak z drugiej strony obawiałem się ich zamiarów. 
— Od kiedy nie przeszkadza ci zapach papierosów, Nathan? — zapytał Carter.
— Odkąd jestem z Thomasem — odpowiedziałem. 
               Shane spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Nie byłem w stanie wpaść na to, jak się poczuł. W głowie miałem pustkę, jednak mimo wszystko zasłużył na to, co powiedziałem. Nie miał prawa traktować Thomasa jak śmiecia. W końcu to Carter był osobą, która miała gdzieś moje potrzeby. Nie powiedział nic, wstał i wyszedł. Potem całowałem się z Thomasem i trwało to naprawdę długo. Smak tytoniu w jego ustach również mi nie przeszkadzał. Spodziewałem się, że w końcu wylądujemy w łóżku i tak też się stało. Pomyślałem wtedy, iż tak jak z Carterem wiele razy mi przerwano, tak z Thomasem los pokaże mi, że to ten jedyny. Jak bardzo się myliłem. 
               Kiedy tylko Thomas zaczął mnie rozbierać, usłyszałem trzask drzwi. Wystraszyłem się, że to wkurwiony Shane, jednak na szczęście to nie był on. Koleś wszedł do pokoju i wycedził przez zęby:
— Młody, za mną.
               Rozpoznałem ten głos bez problemu. Za bardzo go szanowałem, by zignorować jego prośbę. To był Timoth. Bardzo zdenerwowany Timoth. Kiedy tylko wyszliśmy na dwór, ja...
— Kurwa mać — syknąłem, wycierając twarz dłonią. Przypierdolił mi tak siarczyście, że z mojego nosa zaczęły toczyć się strugi krwi. Zakręciło mi się w głowie. 
— Zwykle nie wypowiadam się niepytany, ale dzisiaj zrobię wyjątek — zaczął. — Nie mam prawa zakazywać ci tego, co robisz, ale nie pozwolę na traktowanie mojego najlepszego przyjaciela jak śmiecia. 
— Ach, więc zapewne znasz sytuację tylko z jego perspektywy — zaśmiałem się.
— Znamy się z Shanem w zasadzie od urodzenia, więc jeśli masz zamiar mi mówić, kim jest, najlepiej od razu zamknij japę — kontynuował. — Jeżeli faktycznie jesteś taką kurwą, na jaką wychodzisz, to szukaj sobie ofiar gdzie indziej. W przeciwnym razie cię zniszczę.
— Kurwą? — zdziwiłem się. Poczułem się jak gówno. 
— A jak mam to inaczej nazwać? Facetem lekkich obyczajów? — zapytał z wyraźną pogardą. — Znasz Shane'a kilka dni, ale łazisz za nim i podrywasz na całego. Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale ci się udało. W ciągu pięciu pieprzonych dni koleś był twój. Chyba nie po to, żeby drugi raz, przypominam, w ciągu pięciu dni, przyłapać cię na zdradzie z facetem, którego znasz jeszcze krócej. Gdybyś chociaż przez chwilę użył mózgu...
— Zdradzie? — zaśmiałem się. — Nie wiem, co ci powiedział, ale nigdy nie czułem, żebym był z Shanem. 
— Jesteś śmieciem, Bennett — syknął. — Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? To było tylko twoje widzimisię, tak? Czuję się winny jak jasny chuj, powtarzałem mu przez cały ten czas, że potrzebuje kogoś takiego jak ty, że nie powinien patrzeć na to, jak krótko się znacie. Kurwa, nie po to, żebyś wyśmiał całą tę sytuację. Jesteś śmieciem, Bennett, jak już mówiłem. Zniszczę cię.



23.8.15

Topiłbym się w tobie

Dział: Maniakalne smakołyki.
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi. 



               Po drodze zastanawiałem się, czy Shane mieszkał z Barbrą mimo tego, co mówił. Na miejscu okazało się, że na szczęście mieszka sam. Było mi strasznie głupio przez to, co stało się chwilę temu. Tak głupio, iż nawet nie miałem ochoty przepraszać. 
               Mieszkanie Shane'a było nieziemskie. Może i miało chujową lokalizację, ale w środku miał salony. W jego sypialni stało ogromne podwójne łóżko. Naprzeciw niego wisiał jeszcze większy telewizor. Pokój oczywiście miał dostęp do balkonu, do którego drzwi przysłonięte były ciemnymi długimi zasłonami. Pomieszczenie było cholernie nowoczesne. Carter na pewno dostrzegł jak bardzo się tym zachwycam. Biegałem bowiem po całym mieszkaniu krzycząc "jak pięknie, jak pięknie". 
— Shane, tu jest tylko jedno łóżko — oburzyłem się. 
— Idź się myć, śmierdzielu — nakazał. — Chyba że mam ci pomóc. 
— Pa... 
                Już po chwili relaksowałem się kąpielą w ogromnej wannie. Faktycznie moglibyśmy się w niej zmieścić razem. Stresowałem się, bo przez cały ten czas oczyma wyobraźni widziałem, jak Carter w pontonie robi mi wjazd do łazienki, podczas gdy ja siedzę tutaj zupełnie nagi. Zastanawiałem się też, czy ma zamiar mi coś zrobić, kiedy wrócę i wejdę mu do łóżka. A może chciał spać na podłodze? Ja na pewno nie. 
                Cały czysty i pachnący zorientowałem się, że przecież nie mam się w co przebrać. Nie miałem ochoty zakładać ubrań, które i tak zmuszony byłem na siebie włożyć rano. Rozejrzałem się wokół. Przewaliłem trochę rzeczy w sensie niedosłownym i znalazłem w końcu coś wartego uwagi. 
— Jak ci się podobam, kochanie? — spytałem podniecającym tonem, wychodząc z łazienki i ukazując mu się w jego bokserkach i koszulce, która była na mnie o wiele za duża.
— Topisz się w tym tak jak ja topiłbym się w tobie — odparł, odrywając się od telefonu. Nie wnikałem już nawet, z kim tam romansował. — Wiesz, że to męskie bokserki, co nie?
               Nie odpowiedziałem już na to, tylko bezwładnie rzuciłem się na łóżko, podczas gdy Carter poszedł wziąć kąpiel. Była już prawie druga w nocy. Pomyślałem, że może pośpię dłużej i ktoś przyniesie mi śniadanie do łóżka. Choć domyślałem się, iż będzie raczej na odwrót.
                Wczołgałem się pod pościel. Było tam tak ciepło i przytulnie, że nie wyobrażałem sobie wyjścia z tego miejsca. Drzwi na balkon były uchylone, a na zewnątrz zaczynał padać deszcz. Powieki kleiły mi się coraz bardziej, ale przynajmniej czułem się już w pełni trzeźwy. Nim zasnąłem, Shane wyszedł z łazienki i prawie przyprawił mnie o krwotok z nosa. Nie przypuszczałem, że ma taką niezłą klatę. Symulowałem jednak sen. Nie mógł się dowiedzieć o moim ukrytym podnieceniu.
               Położył się obok mnie. Bałem się ruszyć, gdyż nie wiedziałem, jak wtedy zareaguje. Może się czaił niczym na zwierzynę? Tak czy inaczej musiałem przekręcić się na bok, bo było mi niewygodnie. No i jak z bata strzelił...
               Przysunął się do mnie, po czym przytulił mnie do siebie. W zasadzie czułem się nieco lepiej niż przy jego wcześniejszej próbie, więc nie dyskutowałem za bardzo, kiedy powoli wsuwał mi dłoń pod koszulkę. Chociaż z drugiej strony nie miałem pojęcia, co będzie dalej. Chyba go skusiłem tym tekstem o byciu prawiczkiem. Dotykał mnie i delikatnie całował mój kark. Zmanipulował mnie fizycznie do tego stopnia, że nawet nie zauważyłem, kiedy pozbył się mojej koszulki. Wszystko zmierzało w jedną stronę.
— Dobra, pozwalam ci — powiedziałem nagle.
— Co? — zapytał.
— Pozwalam ci na oficjalne zerżnięcie mnie tu i teraz.
               Przez chwilę milczał, zastygł nieruchomo, a potem zachichotał cicho, złapał za gumkę moich bokserek i... I...? Dlaczego, kurwa, ktoś dobijał się do drzwi po drugiej w nocy?!
               Carter westchnął głęboko i złapał się za głowę. Znowu mu się nie udało. Albo mi się nie udało. Nam się nie udało. Podniósł się z wyra i zapytał donośnym głosem:
— Kto tam?
— Zgadnij — odpowiedział męski głos po drugiej stronie.
               Shane rzucił się na szafkę nocną i szybko zapalił lampkę. Nie widziałem go jeszcze tak zestresowanego i spiętego. Ogólnie przekonany byłem, że Carter takich stanów nie miewa, aczkolwiek, jak widać, myliłem się. Wleciał do łazienki, zabrał moje ubrania i wpieprzył je na siłę do swojej szafy, po czym podszedł do mnie i klęknął przy łóżku.
— Bennett, ja wiem, że ty jesteś człowiekiem failem, ale, błagam, wejdź pod łóżko i zamknij mordę — powiedział szeptem. Wystraszyłem się. — Masz nie gadać, nie kichać, nie wiercić się, nic. Jeżeli ktoś cię tam usłyszy, prawdopodobnie nigdy więcej się nie zobaczymy, czaisz?
— A-ale czemu? — spytałem cicho. — Kto przyszedł?
— Zaraz zobaczysz — syknął. — Odpowiedzą ci na nurtujące cię pytania. A teraz pod łóżko.
               Kiedy tylko się ukryłem, poszedł otworzyć niespodziewanemu gościowi. Jak się po chwili okazało, było ich więcej. Początkowo nie mogłem ustalić ich liczby, bo sugerowałem się tylko usłyszanymi przeze mnie krokami. Nie wchodzili do sypialni, zostali w korytarzu.
— Shane, nie uważasz, że wychodzenie w trakcie spotkania jest brakiem kultury? — zapytał jakiś facet. — Nie dokończyliśmy ważnej rozmowy. Nie wiem, czy powierzyłbym swoje interesy komuś takiemu.
— Tato... — westchnęła jakaś dziewczyna. Barbra?! Cholera, słyszałem ją raz w życiu, ale jej wysoki głos wydawał mi się być nieco charakterystyczny.
— Pozwolisz, że porozmawiam z synem na osobności, Sean — powiedział drugi mężczyzna. I wtedy się zestresowałem jak jasna cholera. Nie dość, że mogłem mieć do czynienia z drugim Carterem, byłym facetem mojego ojca, to jeszcze weszli do sypialni, zamykając za sobą drzwi wychodzące na korytarz. — Shane, interesy firmy spoczywają na tobie. Nie możemy tego zostawić w pizdu. Twój pradziadek dostał ją od swojej macochy w zasadzie przez przypadek, nie chcę tego zmarnować.
— Spoko, ojciec — odparł młodszy Carter. — To wy sobie róbcie co chcecie, a mnie w to nie mieszajcie.
— Spotkałeś go, prawda? — zapytał.
— Kogo? — zdziwił się.
— Dotychczas nie miałeś problemu z zaręczynami z tą kobietą, a teraz nie możesz na nią patrzeć. Myślisz, że nie wiem? — spytał ironicznie. — Spotkałeś Bennetta, to oczywiste.
— Nie do końca czaję, o co ci chodzi — odparł cicho Shane. — Barbra mnie irytuje, ma dwie lewe ręce i nie mam z nią o czym gadać. Fakt, jest miła, ale i tak mnie wkurwia. Poza tym dobrze o tym wie. Jeśli tak bardzo ci zależy na tym, żebym przejął firmę, pozwól mi ją prowadzić bez łączenia interesów z Fosterami. A jeśli uznasz, że to niemożliwe, to z Barbrą mogę się co najwyżej zaprzyjaźnić. Nie mam zamiaru żenić się z kimś tylko po to, żeby interes był "zaklepany".
— Kurwa... — syknął. — Na chwilę obecną nie wiem, co z tym fantem zrobić. Nie jestem człowiekiem, który będzie cię do czegoś takiego zmuszał. Póki co nie mów jednak niczego Fosterowi. Spotkam się z tobą w tygodniu i ustalimy coś.
— Dzięki, ojciec — odpowiedział Shane. — To wiele dla mnie znaczy.
               Wrócili na korytarz. Ojciec Cartera nawrzucał coś temu całemu Fosterowi i wcisnął mu kit, broniąc Shane'a, po czym wszystko wróciło do normy. Przeprosili nawet za najście o takiej godzinie. Mimo tego widziałem, jak sytuacja totalnie się sypie. Przeznaczenie... Więc Carter był na spotkaniu biznesowym, kiedy wysłałem mu tego nieudolnego sms'a. Trochę żałowałem, trochę nie. W końcu poznałem kilka odpowiedzi, których potrzebowałem. Kiedy usłyszałem trzask zamykanych drzwi, wygramoliłem się spod łóżka i usiadłem na nim.
— Shane — jęknąłem.
— Nie idź teraz za mną — powiedział cicho.
               Carter minął mnie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego. Udał się prosto na balkon. Wychyliłem się, lecz ujrzałem tylko siwy dym.



Ścinać drzewa za pomocą śledzia

Dział: Maniakalne smakołyki. 
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi. 



— Shane — wyjąkałem. 
               Mimo tego, co przed chwilą się stało, nie do końca udało mi się wytrzeźwieć. Nim zdążył odpalić silnik samochodu, złapałem go za ramię i odwzajemniłem pocałunek, chociaż ten mój nie był tak całkiem z litości. Odwzajemnił. Jednak wolałem nie pytać, dlaczego to robi. Pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Preferowałem wmawianie sobie różnych kłamstw, unikając prawdy właśnie w taki sposób. 
— Dlaczego nie kochasz Barbry? — spytałem, ledwo wypowiadając imię narzeczonej Cartera. 
— Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie, Bennett — odparł i odepchnął mnie na moje siedzenie, po czym odpalił silnik. 
               Mimo nietrzeźwego stanu i tej cholernej pijackiej czkawki zdołałem odnaleźć w sobie jakąś część, która logicznie myślała. Owszem, Shane przyznał, że nie kocha Barbry. A ja znów poczułem się zagubiony. Szczęśliwy, bo moje szanse na zdobycie Cartera rosły. Smutny, bo ta miła dziewczyna w pełni zasługiwała na osobę, w której była zakochana. 
— Wiesz, Carter... — wymamrotałem. — Zawsze chciałem zostać drwalem.
— Lubisz rżnąć? — spytał. 
— Nie wiem, jestem prawiczkiem — odparłem cicho. 
               Shane spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, a jego mina wyrażała więcej niż tysiąc słów. Ogólnie nie powinienem był tego mówić, jednak nadal byłem pijany. 
— Daj spokój, masturbacja to też seks z osobą, którą się kocha... — dodałem szeptem. 
                Zaczynałem się czuć nieco lepiej, jednak zrobiłem się wyjątkowo senny. Efekty uboczne alkoholu... W mojej głowie przeplatały się ze sobą dziwne przemyślenia poprocentowe. Zadawałem sobie zbyt wiele nurtujących pytań, na które odpowiedzi nie znałem. Byłem naprawdę ciekaw, o co chodzi z Barbrą. Nie wiedziałem również, dlaczego Shane zrobił taki rozpiździel w pubie na widok tego, co robi ze mną Thomas. Nie byłem do końca pewien, czy Carter pocałował mnie z litości. Wszystko wskazywało na to, że poczuł do mnie chemię. Jednakże z drugiej strony obawiałem się myśleć w ten sposób. Co, jeśli nadszedłby dzień, w którym Shane, słysząc o moich domysłach, po prostu by mnie wyśmiał, a powód jego zachowań okazałby się zupełnie inny? Może nie kochał Barbry, bo była za ciasna? Może aferował się w pubie, ponieważ Thomas to jego były facet, który zostawił go nagle przed kilkoma laty i uciekł z pieniędzmi i jego matką? Może pocałował mnie, gdyż lubił być adorowany, a ja zacząłem się od niego odsuwać? Brzmiało logicznie. 
— Ścinałbym drzewa za pomocą śledzia... — powiedziałem, kiedy byliśmy na miejscu. — A może ja poudaję, że moje spodnie to Francja, a ty mnie najedziesz? Kiedyś były lepsze czasy, Shane. Bennetty pichciły się z Carterami i wszyscy byli szczęśliwi. Taka była kolej rzeczy. Co się stało, Shane? Powiem ci, co się stało. Nagle pewien Carter okazał się być zaręczony, zanim jeszcze poznał swoją prawdziwą drugą połówkę. I wiesz, kto jest temu winien?
— Ruscy? 
— Shane. Szukam poważnego związku — powiedziałem stanowczo. — Kogoś, kto zostanie ze mną przynajmniej do rana. Chcę, żebyś był matką moich dzieci. Jutro zabierzesz mnie na plażę, prawda?
— Po co? — spytał. — I tak wrócisz do domu.
— A co robimy teraz? — zapytałem. — Kino, kolacja czy kopulacja? 
               Był środek nocy. Samochód Shane'a stał zaparkowany w pobliżu mojego mieszkania. Gdybym nie pomylił numerów i gdyby przyjechał po mnie Monte, zapewne porozmawiałby ze mną o tym wszystkim, korzystając dodatkowo z mojego stanu. Człowiek pijany człowiekiem szczerym... Oznaczało to tylko tyle, że Carter na przyjaciela kompletnie się nie nadaje. A czy to nie na fundamencie przyjaźni powinno się budować związki? W przypadku Cartera fundamentem był seks. Przynajmniej na takiego człowieka wyglądał, chociaż zgwałcić mnie nie chciał nawet wtedy, gdy strasznie nalegałem. 
— Shane, nie znam odpowiedzi na tak wiele pytań... — wyjąkałem. 
— Nie martw się, ja też — odpowiedział, patrząc przed siebie. 
— Na jakie? Z chęcią się wypowiem — odparłem entuzjastycznie. Wiedziałem, że jeśli odpowiem na nurtujące go pytania, on poczuje się zobowiązany i odpowie na moje. 
— Nie wiem, czy jest życie po śmierci — powiedział. — Ani co jest poza wszechświatem. 
— Serio porównujesz pytanie typu "czemu nie kochasz Barbry" do czegoś takiego? — zapytałem z zażenowaniem. 
               Carter nie odpowiedział, jedynie cicho zachichotał, pozostawiając mnie, głupiego Bennetta, w totalnej nieświadomości i niepewności. Denerwował mnie fakt, że siedzieliśmy obok siebie, a nie naprzeciw. Lubiłem patrzeć mu w oczy, a okazja do tego nadarzała się wyjątkowo rzadko. W kuchni wgapialiśmy się tylko w swoje patelnie. Na imprezie u Maddie każdy patrzył w swój kieliszek. Teraz, siedząc w samochodzie, spoglądaliśmy przed siebie. Przez szybę samochodu w kompletną ciemność. 
— Idź już, Bennett — zaproponował Shane, choć na propozycję to nie brzmiało.
— Nie — odpowiedziałem bez zastanowienia. 
               Carter wyszedł z samochodu, obszedł go, otworzył drzwi z mojej strony, po czym z szerokim uśmiechem wyciągnął ku mnie dłoń.
— Chodź, kochanie, odprowadzę cię do domu — powiedział słodkim tonem. 
               Ucieszyłem się jak małe dziecko i poczułem falę miłości odbijającą się od twardych kamieni nerkowych. Chwyciłem jego rękę i krokiem pełnym dumy i potyczek szedłem u jego boku. Trzymałem dłoń totalnie swobodnie, on natomiast... ani za słabo, ani za mocno, idealnie, troskliwie i z pasją. Z nutką namiętności i krztą podniecenia. Byłem pewien, że ma na mnie ochotę. 
               Odprowadził mnie na samą górę, prosto pod drzwi mojego mieszkania. Może i lepiej, że poznał mój adres, może i gorzej. Domyślałem się, iż nie wejdzie do środka. Nie miałem pojęcia, dlaczego, ale wiedziałem to. Zacząłem przegrzebywać kieszenie w poszukiwaniu kluczy, podczas gdy Carter chyba mnie obserwował. Widziałem to kątem oka. Ale nie miałem pojęcia, na co czeka. W końcu mi powiedział. 
— Może się pożegnamy, co? — zapytał. 
               Zacząłem w myślach wypominać sobie ten obrzydliwy grzech, ten kompletny brak kultury. Gość uratował mi życie, w dodatku tyłek, a teraz marnował swój cenny czas, podczas gdy ja szukałem tych cholernych kluczy zamiast powiedzieć mu "dobranoc". Poczułem się jak największe najbardziej śmierdzące gówno należące do mojej matki. Otworzyłem drzwi i spojrzałem na niego.
— Jasne, dobr...
               Popchnął mnie do środka, zamknął za sobą drzwi i przylgnął do mnie całym ciałem. Nasze nosy delikatnie się stykały, chociaż usta nadal były daleko od siebie. Nie wiedziałem, dlaczego tak gwałtownie zareagował. Chciałem i jednocześnie się bałem łączyć fakty. Było zbyt wiele możliwości, chociaż coraz więcej wydarzeń przemawiało na moją korzyść. W moim sercu rozpalił się ogień. Nie wiedziałem, co bardziej parzy — moja klatka piersiowa, czy twarz, której dotykał swoją. Zmrużyłem oczy i czekałem na to, co zrobi. Pomyślałem, że może tym razem też przejmie inicjatywę, a ja nie będę musiał próbować się do niego dobierać. Czułem cholerny niedosyt i łudziłem się nadzieją, że mnie pocałuje, podczas gdy on zamknął oczy i zastygł w bezruchu. W tej chwili milczenia zauważyłem, iż obejmuje mnie w pasie. Co to miało znaczyć, panie Carter? 
               Niespodziewanie przekręciłem głowę w bok, uśmiechając się zadziornie. Shane otworzył oczy, a jego spojrzenie nadal było cholernie podniecone. Ponadto znajdowaliśmy się w moim mieszkaniu. Przełknąłem głośno ślinę. Carter położył mi dłoń na policzku i skierował moją twarz w swoją stronę. Pocałował mnie głęboko. Oddychałem ciężko i modliłem się w myślach, żeby ta sytuacja nie okazała się głupim snem. Naprawdę z całego serca pragnąłem, by to wszystko działo się naprawdę. I wtedy nagle...
— Nie, Shane, ja... — wyjąkałem, kiedy poczułem jego dłoń pod swoją koszulką.
               Nie sądziłem, że w takim momencie speniam. Dotychczas byłem przekonany, iż chcę się z nim przespać. A kiedy już miałem okazję... przerażenie i strach zdominowały podniecenie, choć zdominować to miał Carter mnie. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem. 
— Boję się jak jasna kurwa... — powiedziałem cicho. 
— Daj spokój, Nathan, kurwy nigdy się nie boją — odparł. 
               Nie wiedziałem, czy manipuluje mną celowo, czy ma to we krwi, ale użył po raz pierwszy mojego imienia. Nogi miałem jak z waty. Znaliśmy się czwarty, w zasadzie piąty dzień. Ale czy to cokolwiek w naszym przypadku znaczyło? 
— Nie wiem, co robić... — wyjąkałem, chowając twarz w dłoniach. 
               Chciało mi się płakać. Chyba nawet uroniłem łzę, ale szybko ją wytarłem. Sytuacja, o której marzyłem, okazała się zdecydowanie mnie przerastać. 
— Zaufaj mi i chodź — zaproponował Shane, biorąc mnie za rękę i prowadząc do sypialni, której drzwi były otwarte. 
— Nie chcę... — wyjąkałem, opierając mu się. — Nie chcę, bo chodzi ci tylko o seks. 
— Na jakiej podstawie wnioskujesz, że mam zamiar cię przelecieć? — zapytał, poważniejąc nagle. 
— A co niby innego chcesz zrobić? — wkurzałem się. 
— Nie wiem, przypilnować cię, żebyś po pijaku nie wyskoczył z okna? — spytał z nieukrywaną ironią. — Albo, żebyś po pijaku nie dzwonił do tego zjeba z pubu? Skoro chcesz to pójdę. 
               Shane skinął ręką i opuścił moje mieszkanie, a ja zostałem sam. No i się wkurwiłem. Przeanalizowałem szybko sytuację, po czym wybiegłem za nim i znalazłem go na dole. Złapałem go za rękaw i zacząłem jęczeć, żeby został, ale już mu się odwidziało. 
— Shane — powiedziałem. 
— Jadę do domu — odparł. 
— N-nie o to chodzi — wymamrotałem. — Mam drzwi zatrzaskowe...
— Zostawiłeś klucze w środku? — zapytał.
— Tak, są w płaszczu... — wyjąkałem. — Dochodzi pierwsza w nocy, chyba nie dobiję się teraz do właścicieli... 
— Świetnie. Więc dzisiaj śpisz na dworze



21.8.15

Nie można naśmiewać się z dziwolągów

Dział: Maniakalne smakołyki. 
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi. 



pragnę się podzielić na wstępie takim screenem
zostałam zmuszona przez pewną osobę, by założyć fałszywe konto na fb jako Shiro Seiji (możecie mnie szukać, jeśli czegoś chcecie, ale ogółem nie polecam się, bo się nie nadaję na przyjaciela, kochanka ani nic, jedynie do kielicha)
napisała do mnie na fejsie pewna czytelniczka podająca się za największą fankę i zapragnęła posiąść moje gówno
ale bardziej urzekło mnie to:


mam ochotę zrobić ankietę, żeby sprawdzić, ilu z Was tak o mnie myśli 
XDDDDDDDDDDDDDDDD
epic
______________________________________________________

               Nadszedł czwartkowy wieczór, który nie zwiastował w zasadzie nic poza moim wielkim nieszczęściem, jakim był piątkowy wyjazd z przyjaciółmi. Siedziałem przed śnieżącym telewizorem czującym się prawdopodobnie równie chujowo, co ja sam. Łopatą pozbywałem się zawartości pudełka lodów czekoladowych i płakałem, oglądając komedię romantyczną. Rzucałem również co chwilę wyzwiskami w głównego bohatera, rzucając też naprzemiennie mięsem w młodego Cartera, złorzecząc mu tak bardzo, jak tylko byłem w stanie. Odkąd dowiedziałem się o wyjeździe, nie myślałem o niczym innym poza romantycznymi nocami w jednym pokoju z Shanem. Byłem pewien, iż to się uda, bo przyjaciele byli za mną. Z jednej strony bardzo ją lubili, poza Maddie może, z drugiej jednak byli święcie przekonani, że taki związek nie ma przyszłości i lepiej byłoby, żebyśmy kontynuowali przeznaczenie. Żaden z nich jednak nie chciał powiedzieć mi, z czego to wszystko wynika, a naprawdę wątpiłem w to, iż Shane powiedział im coś pozytywnego na mój temat. Próbowałem rozmawiać z Timothem, w którym Carter widział najbliższego przyjaciela. 
— Próbuj.
               Niczego więcej od niego na ten temat nie usłyszałem. Oczywistym było, że murzyn nie zdradzi sekretu swojego przyjaciela, ale mówiąc coś w tak niekonkretny sposób nie byłem pewien, czy mnie motywuje, czy tylko pociesza. Tymczasem Carter skutecznie mnie od siebie odpychał.
— Wiesz, co jest pozytywne po seksie ze mną? — pytał. — Test na HIV. 
               Kiedy lody przestawały pomagać, a łzawe komedie romantyczne wpędzały mnie w jeszcze gorszy nastrój, poczułem, że muszę coś zrobić. Tym razem o kupę nie chodziło. Pragnąłem wziąć się w garść i zacząć mieć kontrolę nad swoim życiem. Skończyło się tak, że poszedłem z zapuchniętą twarzą i w szlafroku do sklepu po kolejną porcję lodów, podczas gdy mijający mnie przechodnie krzyczeli, żebym więcej tego nie brał. 
— Przepraszam, czy coś się stało? — zapytała pewna kobieta, zanim jeszcze dotarłem do sklepu. 
               Jej typ urody mnie urzekł. Miała nieskazitelną alabastrową niczym porcelanowa lalka cerę, szerokie powieki i złote oczy, przy czym jej twarz była tak delikatna, jakby miała skruszyć się pod wpływem lekkiego... Zdecydowanie zbyt dużo komedii romantycznych. Amerykańskich w dodatku. 
— Moja druga połówka się zaręczyła — wyjąkałem. — Niestety nie ze mną, tylko z jakąś Barbrą. 
— Ach, ty musisz być Nathan, prawda? — spytała z szerokim uśmiechem. — Nathan Bennett? Pracujesz od niedawna z moim narzeczonym, tak? 
               Gdybym tylko mógł, uciekłbym stamtąd jak najszybciej. NARZECZONA CARTERA! Niestety byłem dżentelmenem i musiałem zachowywać się tak, jak przy kobiecie przystoi. Pech chciał, że nadal miałem na sobie szlafrok. Ale niczym karzeł przy pisuarze postanowiłem stanąć na wysokości tego zadania.
— Witaj, miło mi cię poznać, odkąd pamiętam marzyłem o naszym pierwszym spotkaniu, Shane wiele o tobie mówił, że, że... ładnie śpiewasz i... — motałem się.
— O tobie też wiele wspominał — zaśmiała się szczerze. Była naprawdę wyjątkowo miła i przez cały czas się uśmiechała.
— Naprawdę? — zdziwiłem się. — Co takiego mówił? 
— Że nie można naśmiewać się z dziwolągów...
                Oficjalnie postanowiłem obrzucić Cartera łajnem. Rozmawiałem z nią jeszcze przez chwilę i doszedłem do różnych dziwnych wniosków. Przede wszystkim było mi głupio. Barbra zwierzyła się, że Shane jej nie kocha, dlatego nie będzie zła ani zdziwiona, jeżeli ją zostawi. Poczułem się wtedy tak żałośnie jak nigdy. Prawdopodobnie dlatego, iż sama Barbra była w nim zakochana po uszy. Nie żywiła do mnie krzty urazy, wręcz przeciwnie, powiedziała, że mnie polubiła i kazała się nie poddawać. Jednak poczułbym się naprawdę źle nadal próbując wyrwać Cartera. Poza tym nie dorastałem jej do pięt. Była śliczna, miała poczucie humoru i w pełni podlegała swojemu facetowi. Czy ja posiadałem choć jedną z tych cech? 
                Już godzinę później znajdowałem się w pubie. Receptą na złamane serca nie były bowiem ani lody, ani komedie romantyczne. Były nią kolejne miłosne podboje. Jako że szczęście w tym fachu miałem niewiarygodne, ofiara sama do mnie przyszła. MĘSKA OFIARA. 
               Mężczyzna miał dwadzieścia cztery lata i przedstawił mi się jako Thomas Roberts. Był prawie tak przystojny jak Carter. Na pierwszy rzut oka miły, życzliwy i kulturalny. Jedyny mankament: uzależniony od fajek. Może i nie wypadało tego robić, ale postanowiłem powiedzieć mu od razu, jak bardzo tego nienawidzę. W tym momencie on... zgasił peta w pobliskiej popielniczce i uznał, że właśnie rzucił. Uświadomiłem sobie coś. Nie widziałem Shane'a w roli faceta robiącego dla mnie cokolwiek. Gdyby był uzależniony od papierosów, nawet by mi przez myśl nie przeszło, iż dla mnie rzuci to gówno. Nie było takiej opcji. Z kolei ledwo poznany przeze mnie człowiek... Chwila, w zasadzie Cartera też dopiero co poznałem, a odczuwałem, jakbyśmy znali się od dziecka. Wszystko, co związane z Carterami, było dziwne. 
— Naprawdę musisz już iść? — zapytał Thomas, kiedy usiłowałem podnieść się z krzesła, ale mój stan odmawiał. — Postawię ci jeszcze jednego drinka, chodź.
               Spróbowałem wstać i to był fatalny błąd. W rezultacie momentalnie spadłem z powrotem, a Thomas mnie złapał i objął. Moja głowa bezwładnie osunęła się na jego ramię. Pogłaskał mnie po policzku, po czym uniósł lekko moją twarz i zagłębił się w pocałunku. Gdzie mu się tak spieszyło? Carter pewnie myślał dokładnie to samo o mnie. I czułem cholerne wyrzuty sumienia wobec niego, choć był zajęty. 
— Przestań, znamy się jeden wieczór... — wyjąkałem z trudem.
— Nie szkodzi. Nie chcę nikogo innego — odpowiedział. 
                Zastanawiałem się, czy nasze pokolenie zakończy to pechowe przeznaczenie. Z jednej strony wyglądało na to, że los celowo kierował Bennettów na Carterów i odwrotnie. Z drugiej jednak może chciał, żebyśmy sami wyszli z tego gnoju i uświadamiał nam to poprzez zsyłanie na nas liku przekleństw? Nonsens. Nie ma ludzi bez problemów. 
— Pójdę do toalety — zaproponowałem, wyrywając się z jego objęć. 
— Przynieść drinka? — spytał. 
               Na to pytanie już nie odpowiedziałem. Pognałem do łazienki udając, że jest mi niedobrze, a w rzeczywistości chciałem uciec. Nie od Thomasa. Od wyrzutów sumienia. Zacząłem nerwowo przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu telefonu. Kiedy znalazłem, postanowiłem napisać do kogoś zaufanego. Nie kogoś, kto spokojnie mi powie, że robię coś nie tak. Do kogoś, kto byłby bezwzględny i szczery w chamski sposób. Wysłałem do Monte wiadomość z moją lokalizacją, z krótkim streszczeniem tego, co się dzieje oraz prośbą o odebranie mnie z tego zasyfiałego miejsca. Dodałem też coś typu, że zawsze powtarzał, iż pomoże mi w potrzebie, dlatego nie będę czuł się winien obarczania go swoimi problemami. Po tym wszystkim wróciłem na miejsce. Czekał na mnie kolejny drink, który przypadkowo pochłonąłem naraz. Thomas uśmiechnął się lekko i wrócił do obcałowywania mnie, a ja nie byłem w stanie go odepchnąć. W dodatku całował naprawdę dobrze. Pewnie miał wieloletnie doświadczenie, czy coś. Mimo cholernych wyrzutów sumienia, dawałem się ponieść chwili, cały czas hamując myśli, że naprawdę mi się to podoba. 
               Moment, w którym przyjechał Monte, odczułem wyjątkowo mocno. Rzucił się na Thomasa z niewiadomych mi przyczyn i dał mu po mordzie, wzniecając awanturę w pubie. Ludzie zaczęli kibicować, a on prał go na kwaśne jabłko. Koniec końców mój nowy wybranek stracił przytomność, a Monte wziął mnie za szmaty i wyprowadził na zewnątrz. 
— Monte, dziękuję, że przyjechałeś — mamrotałem, kiedy wciągnął mnie do auta. — Nie wiem, co się dzieje. Spotkałem Barbrę, ona mówiła dziwne rzeczy, że Shane jej nie kocha, ale była przy tym tak słodka i niewinna, że zrobiło mi się głupio i... No i pomyślałem, że lepiej zostawić to wszystko w pizdu, poszukać szczęścia gdzie indziej czy cokolwiek, ale... Carter jest zaręczony, więc czemu robi mi nadzieję, czy jest aż takim skurwielem? Mam wyrzuty sumienia, że całowałem się z Thomasem, a przecież jestem singlem, więc o co chodzi... Powiedz, Monte, jestem głupi?
— Jesteś głupi, Bennett — odparł.
— Czemu po nazwisku, mówisz jak Carter... — wyjąkałem. — Czemu...?
— Może dlatego, że pomyliłeś numery, co? — zaśmiał się. 
— Carter? — zdziwiłem się. — Kurwa, co za pechowy dzień. Wychodzę stąd, jedź, dokąd chcesz. Nie musiałeś tu przyjeżdżać. W ogóle ten wyjazd będzie niewypałem, nie wybiorę się z wami, wybaczcie...
— Bennett — przerwał mi. — Teraz łaskawie zamknij mordę, bo przejmuję inicjatywę. 
               Złapał mnie za ramię i obrócił twarzą w swoją stronę, po czym pocałował mnie namiętnie. Wytrzeszczyłem oczy i nie mogłem złapać tchu. Dlaczego to zrobił? Pocałunek ten różnił się o wiele od tamtego z Thomasem. Czy właśnie coś takiego czuło się podczas zbliżenia z osobą, którą się kocha? Momentalnie wytrzeźwiałem. Po chwili odsunął się i ironicznie uniósł jedną brew. 
— Carter, czemu to zrobiłeś?
— Hm? Z litości. 



Suche brązowe gówna

Dział: Maniakalne Smakołyki. 
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi. 



               Koniec końców znów wylądowaliśmy w ciemnej kuchni, w której po ścianach spływał sos do spaghetti. Shane wyciągnął z lodówki jakieś warzywa, których stan na nic dobrego nie wskazywał. Suche brązowe gówna. 
— Nigdy wcześniej nie widziałem tylu trzcin — odparł. — Czuję się niczym Mojżesz. 
— ...powiedział totalny ateista — spuentowałem.
— Dla ciebie jestem ateistą, dla Boga zaś konstruktywną opozycją — odpowiedział mi. — W weekend jedziemy z ekipą do Largs i generalnie jedziesz z nami.
— Largs? — zdziwiłem się. — Coś mi to mówi. To chyba to miasto, którym obudowali moją matkę.
— Largs leży na zachodnim wybrzeżu Szkocji, to godzina drogi stąd. Dwa samochody wystarczą — powiedział. — Masz kiepski kontakt z matką?
— Jest nieładna. Mogliby ją wystawić w sklepie z przynętą — odparłem. 
— Nienawidzę was od dziś. Albo wczoraj w sumie — przerwała nam Maddie, która weszła właśnie do kuchni z kolejnymi zamówieniami. 
— Znowu? — zdziwił się Carter. — Co robisz w piątek wieczorem? 
— Popełniam samobójstwo — odparła bez zastanowienia.
— Dobra... — zastanowił się. — Co powiesz w takim razie na czwartek wieczór? 
— Naprawiliście mi zlew — syknęła. 
— Jak bardzo jednoznacznie by to nie brzmiało, tak — odpowiedział Shane. 
— Chciałam się umówić z hydraulikiem, pokrzyżowaliście mi plany — wycedziła przez zęby. — Nie po to sama psułam zlew.
— Specjalistka od dziurawych rur? — zapytał Carter, na co kobieta rzuciła na blat kartkę z zamówieniem, westchnęła i wyszła. 
— To może, żeby ją zezłościć, zamiast gotować zaczniemy się tutaj walić i zrobisz ze mną coś, czego nigdy nawet z kobietą nie robiłeś? — zaproponowałem. 
— Dziecko, jestem zszokowany, co to za słowa z twoich ust? — zapytał zaskoczony Shane. — Czekaj, pójdę po mój sprzęt do nurkowania. 
— Wkurzasz mnie, Carter — wyjąkałem. — No wkurzasz mnie. 
— Gdybyś miał ochotę, na seks, Wejoha musiałby stąd wyjść — powiedział. — A gdyby ten seks miał być dobry, ty też musiałbyś wyjść.  
— Wejoha? — zdziwiłem się. 
               Okazało się, iż ten niebieskowłosy rybopodobny kosmita jak gdyby nigdy nic spał pod blatem w naszej roboczej kuchni. Nikt nie wiedział, skąd się tam wziął, nawet on sam. Kiedy się obudził, był kompletnie trzeźwy i nic nie wskazywało na to, by przed zaśnięciem w miejscu publicznym napił się czegoś nieodpowiedniego bądź naćpał. Co prawda Maddie mówiła, że to przyjeb i jeszcze wielu rzeczy o nim nie wiem. Shane nie był ani trochę zaskoczony całą tą sytuacją i jak gdyby nigdy nic pichcił jakiś ryż z warzywami, który pachniał zniewalająco, cudownie i w ogóle wspaniale. 
— Co tu robisz, Wejoha? — zapytałem. 
— Ryby łowię — odpowiedział monotonnie. Dopiero wtedy zauważyłem, że gdzieś coś przecieka i pod blatem jest jedna wielka kałuża. Wejoha siedział w niej i grzebał ręką. 
— Dlaczego łowisz ryby? — spytałem. — Myślałem, że je czcisz. 
— Sekta sektą, ale sandacze są naprawdę smaczne — odparł. — Poza tym nie czczę ich, to wygląda nieco inaczej. Składamy ryby w ofierze Bogu Karpisowi. On w zamian za to obdarowuje nas deszczem jodu. 
— Panie specjalisto od dziurawych rur — zwróciłem się do Cartera, nie chcąc kontynuować rozmowy z tym psychopatycznym wyalienowanym kolesiem. — Tu jest jakiś przeciek, Wejoha grzebie w wodzie, ja cię zmienię przy tym ryżu, a ty weź to zaklep jakoś.
               Shane po usłyszeniu "specjalisto od dziurawych rur" zaczął śmiać się diabolicznie, a w restauracji zapanowała martwa i przerażająca cisza, bo Carter stał akurat przy okienku z wielkim tasakiem w ręce, po którym spływał sok ze świeżego buraka. 
— Mokry człowieku — zaczął. — Wyjdźże stąd. 
               Wejoha posłusznie opuścił miejsce zbrodni, a ja stanąłem za patelnią, dosmażając pięknie pachnące warzywa, w które przeobraziły się suche brązowe gówna. Niebieski koleś położył się gdzieś za szafą i spał dalej. 
— Bennett, coś mi tu śmierdzi zbrodnią — powiedział nagle Carter, grzebiąc pod blatem. — Co tu, do cholery, robi rozbita szyba? 
— To nie szyba, po prostu mnie odrzuciłeś i spędziłem tu całą zimę — powiedziałem, nadmiernie gestykulując. — Było tak zimno, iż moje łzy zmieniały się w lód i rozbijały o ziemię... Shaaaane, chcę seksów.
— Ja też, ale nie widzę potrzeby angażowania Ciebie do tego — odpowiedział.
— Shaaane, dlaczego nigdy nie kupujesz mi kwiatów? — zapytałem głosem małego dziecka. 
— Bo cię nie lubię. 
               Nigdy nie wiedziałem, kiedy Carter żartuje, kiedy mnie prowokuje, kiedy mnie uwodzi. A może żartował, uwodząc mnie? W sumie był bezczelnym typem, więc... Tak czy siak jeżeli chciałem poznać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania z nim związane, wyjście było jedno. Musiałem kompletnie się skompromitować i zwierzyć się osobie, która ogólnie jako ostatnia powinna była się o całej tej sprawie dowiedzieć. Wyszedłem więc do toalety i wyjąłem telefon. 
— Cześć, tato — zacząłem.
— Czyżbyś miał właśnie problem z Carterem, który cię olewa? — zapytał bez przywitania, a ja od razu pożałowałem, że zadzwoniłem. — Spokojnie, tatuś zaraz ci wszystko wyjaśni. 
— ...co u mamy? — spytałem. 
— Przed chwilą zaklinowała się w przyczepie dla koni — odpowiedział. — Ktoś zapomniał ją nasmarować oliwą. Czekamy aż się spoci, wtedy będzie śliska i ją wyciągniemy. 
               Tak czy siak zrezygnowałem z wcześniejszego planu i postanowiłem dać sobie radę sam. Prędzej poszedłbym do ojca Shane'a, niż poprosił swojego rodzonego o radę. Ten sposób niestety nie działał. Wróciłem do kuchni. Carter skończył pichcić ryż i rozmawiał z Maddie, która przyszła po zamówienie. Nie miałem pojęcia, po co im to całe okienko, skoro kelnerka zawsze wchodziła do środka. 
— Miller sporo by zarobił, gdyby zwolnił naszą trójkę. Te wszystkie pijawy jedynie do baru biegają, a jeść nie ma komu — irytowała się. — Przyjeżdżają ci tu takie prosto z Berlina i cali spoceni z wściekłości, że nie po to lecą tak długo, żeby w centrum Glasgow swoje ojczyste potrawy wpierdalać. Jasna kurwa mać...
— Może za jakieś sześć lat, kiedy wróci z Hawajów... — westchnął Shane. — Spoko, się zrobi. Urobimy go jak zawsze i będzie po naszej stronie. 
— On dla mnie też ma dziwną mordę podejrzaną — syknęła Maddie. — Nie ufam ludziom.
— A co ludzie mają powiedzieć? — zdziwił się. — Jesteś ruda, Maddie. 
— Hej, swoje chamskie dissy zostaw na małolata — wycedziła przez zęby i wyszła.
— Czuję się jak ofiara — odparłem.
— Złożymy cię Bogu Karpisowi — dodał Wejoha zza szafy. 
               Podobało mi się w Glasgow. Pracując w tym hotelu czuło się wyraźnie rodzinną atmosferę. Dopiero co tu przyjechałem, a już miałem plany na weekend, już zdążyłem się zaprzyjaźnić, zakochać się. Może bez tego ostatniego, to było zbyt patologiczne, żebym mógł to nazwać miłością. Tak czy siak życie tutaj zdawało się być wspaniałe i łudziłem się nadzieją, iż nic się nie zmieni. Dość miałem sytuacji, w których pochopnie oceniałem ludzi, a potem kolesie zostawiali mnie w najgorszych chwilach mojego życia. Póki co lepszej ekipy wyobrazić sobie nie mogłem. Maddie jako najlepsza przyjaciółka wszystkich, Timoth dobra rada i największe wsparcie, Monte człowiek przypał, Tobi nasz ukochany goryl, przy którym byliśmy bezpieczniejsi niż sejfy w Białym Domu, Wejoha niszczący system psychodelą i... Carter. Mogłem śmiało stwierdzić, że było idealnie. A już niedługo miało ideanalnie. 



              

18.8.15

Ja nie gwałcę, ja kocham

Dział: Maniakalne Smakołyki.
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi. 



               Miałem ochotę popełnić samobójstwo, gdyż zasnąłem w najmniej odpowiednim momencie. Nie pamiętałem nawet, czy Shane w końcu się do mnie dobrał, czy nie. A na ciul mi to było, nawet jeśli się dobrał, skoro nic z tego nie pamiętałem?! Cholera jasna... Podniosłem się z wyra i postanowiłem wziąć jeszcze prysznic przed wyjściem do roboty. Carter spał jak zabity, prawdopodobnie nie żył, ale przecież nie można żyć całe życie. Spojrzałem na zegarek. 
— Kurwaaaaaaaaa! — wrzasnąłem jak oparzony, widząc, że jest grubo po dziewiątej. 
               Zwinnie przeskoczyłem przez Cartera, gdy nagle... Zdawało się, że widzę wszystko w zwolnionym tempie - ja w locie niczym pegaz podczas skoku o tyczce i nagle pojawiająca się przeszkoda, o którą zahaczam. Cholera, skąd ona się wzięła? Ustawka na boju! Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że zabije mnie penis Shane'a Cartera. 
               Tak czy siak jemu stanął, a jakby w tym zdaniu nadal za mało ptaków było, to przy okazji wywinąłem orła, wyleciały mi dwa gile i prawie puściłem pawia. Koniec końców przypieprzyłem banią w podłogę. Carter mógłby teraz romantycznie zapytać: "Ej, Nathan, spadłeś z nieba? Bo chyba ostro zapierdoliłeś". Jednak po chwili ujrzałem ciemność. Ujrzałem ciemność, jednak zachowałem świadomość i właśnie to było w tym najdziwniejsze. Czerń przed oczami nagle zmieniła się w czerwień i już po chwili ujrzałem... największe zbiorowisko w orgii ever? 
— Ognie piekielne! — Usłyszałem wrzask. — Pomóżcie nam zaspokoić nasze potrzeby!
— Przymknij się, młody, świrujesz na starość — odpowiedziała mu jakaś kobieta. 
— Pograłbym w tenisa — powiedział jeszcze inny.
— Penisa? — spytał pierwszy. 
— Wy tu gadka szmatka, a Bennett na herbę z prądem wpadł — odezwała się znów kobieta. 
— Kim wy, do kurwy nędzy, jesteście? — zapytałem zszokowany. 
— Ci to się nigdy kultury wobec starszych nie nauczą... — syknął drugi facet. 
— Drogi Nathanie — zaczęła kobieta. 
— Kto mu dał takie chujowe imię... — wkurzał się ten pierwszy.
— Tradycję trzeba podtrzymywać — odezwał się znów drugi.
— Więc ja mam na imię Rita, to jest Alex, to jest Martin, a...
— CO KURWA — wyjąkałem. — Umarłem? Nie, niemożliwe, jeszcze nie czas na śmierć! Boże najwyższy, dlaczego pozwoliłeś mi umrzeć z dziewiczym tyłkiem, dlaczego?!
— Mógłbyś nie lamentować, mój drogi — poprosiła Rita. — Bo słysząc coś takiego mam ochotę przyjebać ci w ryj. I nazwisko tu nie pomoże. 
— W zasadzie... — mamrotałem, nie mogąc wziąć oddechu. — Gdzie jesteśmy i czemu tu jesteśmy?
— Jak to gdzie i czemu? — zdziwiła się. — Jesteśmy w piekle. Martin za homoseksualizm, Alex za nieuleczalną głupotę, są tu jeszcze Elise i Jude za prochy i te sprawy...
— A ty? — zapytałem powoli.
— A ja za masturbację w niedziele — odparła.
— A ja? — spytałem znowu.
— A chuj cię wie — syknęła.
— Chuj mnie wie... — powtórzyłem. — Chuj Cartera mnie zabił...
               Po tych słowach Alex uśmiechnął się szeroko i powtórzył znowu ten swój tekścik o tradycjach. W przeciwieństwie do Martina, zdawał się być zadowolony z prawnuka. Albo tylko tak wyglądał. 
— Mam do was tyle pytań, że... — zacząłem.
— Ty tu gadka szmatka, a Carter cię tam obmacuje — przerwała mi Rita. — Spójrz tylko na ten piękny czterdziestodwucalowy telewizor. Widzisz, co ten zboczeniec robi? Jakaś współczesna wersja usta usta? 
— Skąd w piekle telewizja... — wyjąkałem, kompletnie już nie wiedząc, co się dzieje. 
— Mamy też korty tenisowe, ekskluzywne restauracje, baseny i mini zoo — wtrącił się Martin. 
— Jeszcze trochę i piekło będzie pełne Carterów i Bennettów... Rita, co o tym myślisz jako człowiek ścisłowiec? — spytał Alex. — Ile czasu nam zostało tutaj w spokoju? 
— Zależy, czy piekło jest egzotermiczne, czy endotermiczne — odparła. — Prawo Boyle'a mówi, że w stałej temperaturze objętość danej masy gazu jest odwrotnie proporcjonalna do jego ciśnienia. Idąc tym tropem należy stwierdzić, jak zmienia się masa piekła w czasie. Dusze, które raz trafiły do piekła, już go nie opuszczają. Do piekła trafiają niewierzący, a zważywszy na ilość religii na świecie, do piekła trafia każdy. Patrząc na częstotliwość narodzin i śmierci, liczba dusz w piekle będzie wzrastać logarytmicznie. Zostają nam więc dwie opcje. Jeśli piekło rozszerza się wolniej niż liczba przybyłych dusz, ciśnienie i temperatura będą rosły tak długo, aż piekło się rozpadnie. Z kolei jeżeli piekło rozszerza się szybciej, piekło zamarznie. Jeśli weźmiemy pod uwagę przepowiednię Barbry, która powiedziała do Shane'a: "prędzej piekło zamarznie, niż się z tobą prześpię", jak również to, że się z nim przespała, możliwa jest tylko druga opcja. Dlatego piekło jest endotermiczne i musi być już zamarznięte. Z uwagi na to, że piekło zamarzło, żadna dusza już do niego nie trafi. Pozostaje jeszcze niebo, dowodzi to też istnienia Boga, skoro Barbra przez cały stosunek krzyczała: "O Boże!". 
              Zakręciło mi się w głowie i poczułem dziwny ciężar na swoich ramionach. Obraz stał się dziwnie rozmazany.
— Bennett, Bennett — powtarzał Shane. — W końcu się obudziłeś. Chodź, jesteś potrzebny do pichcenia.
— Jakiego znowu pichcenia...? — spytałem jak przez sen.
— Zlew się zjebał, kurwa — syknął. — Nie dość, że Boga nie ma, to jeszcze spróbuj znaleźć hydraulika o wczesnej porze. 
— Shane! — wrzasnąłem nagle, łapiąc go za ramię. — Przeżyłem śmierć kliniczną po tym, jak twój penis mnie zabił.
— Mój penis? — spytał. 
— Byłem w piekle. Spotkałem Alexa, Martina, nawet Ritę — gadałem jak najęty. — Najgorsze jest to, że mają tam telewizję i widzą, co robimy. Wyobrażasz sobie swojego starego jak pieprzysz się z laską?
— Zlew się zjebał — powtórzył.
— Shane, jest dwunasta!!! — wrzeszczałem. — Mamy do roboty na dziewiątą! Czemu mnie nie obudziłeś?! Co robiłeś tyle czasu, jechałeś na skróty przez kanał panamski?!
— No, żeś wymyślił niczym Polacy ze sprowadzeniem Krzyżaków — westchnął. — Naprawię ten pieprzony zlew, a ty leć kupić jakieś piwko.
— Jest dwunasta... — jęknąłem. 
— No to kup ogórki, czy co tam chcesz — powiedział, zaglądając pod zlew. Też chciałem, żeby mi tak kiedyś spojrzał pod zlew. 
— Nie idziemy do roboty? — spytałem. 
— To dopiero twój drugi dzień, nie stresuj się — odparł. — Często zamieniamy się miejscami, jak nie chce nam się iść do pracy. Timoth dobrze gotuje, poradzi sobie. 
               Zajrzałem do lodówki i wyjąłem jajka i bekon, chcąc zrobić amerykańskie śniadanie. Shane tymczasem zajmował się naprawianiem zepsutego obiektu i wbrew pozorom szło mu całkiem nieźle. 
— Mówisz, że mój dziad pradziad jest teraz księciem piekieł? — spytał mnie nagle.
— No — odpowiedziałem. — Co mi zrobiłeś, kiedy spałem? Zgwałciłeś mnie?
— Ja nie gwałcę — odparł. — Ja kocham. 
— ...nie było pytania... — wycedziłem przez zęby. — Albo nie, zmieniłem zdanie. Jednak chcę poznać odpowiedź. To jak było? 
— Pytasz o coś takiego zaręczonego faceta? — zapytał. 
— Wiesz, małżeństwo jest jak grzyby — zacząłem triumfalnie. — Zbyt późno zwracamy uwagę na to, czy są dobre, czy złe. Poza tym twój mózg to twój drugi ulubiony organ, prawda?
— Bennett, twoje poczucie humoru jest tak żałosne, że powinni zastąpić nim karę śmierci w siedmiu stanach... — westchnął. 
               Koniec końców niczego mi nie powiedział i musiałem żyć w nieświadomości. Nie wiedziałem, czy faktycznie byłem w piekle. Nie miałem pojęcia, czy zaszło coś między mną a Carterem. Moje życie legło w gruzach i zaczynałem popadać w depresję z powodu niezaspokojonych Carterowych żądz. Może potrzebowałem psychoterapeuty? To nie byłoby głupie. Shane zmył się już po śniadaniu. Powiedział, iż umówił się z Barbrą i jej ojcem na lunch. Chyba o to chodziło, kiedy Maddie opowiadała, jak to chłopak często "musi gdzieś wyskoczyć". Zaskoczył mnie fakt, że powiedział mi wprost o swoich zamiarach. W głębi duszy pragnąłem sądzić, iż Carter w jakimś sensie nie jest zainteresowany swoją narzeczoną, chociaż brzmiało banalnie, ale różni są ludzie, prawda? Ten facet był jednak człowiekiem o kamiennej twarzy i nie byłem w stanie wybadać, co o tym myśli. Nie mogłem go także rozpić, bo sam miałem zbyt słabą głowę. Mimo wszystko czułem wyrzuty sumienia, że próbuję rozwalić komuś związek. Właśnie dlatego łudziłem się brakiem zainteresowania Cartera, jeśli chodzi o Barbrę. Wtedy każde z nas by skorzystało. Kobieta nie byłaby oszukiwana, Shane by się nie męczył, a ja dostałbym upragniony prezent. 






A Siergiej na to...