Showing posts with label skończyć. Show all posts
Showing posts with label skończyć. Show all posts

20.1.15

Recepta na klątwę.

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 16
Gatunek: Yaoi.



Wybaczcie mi opóźnienia, ale co chwilę mam jakieś awarie neta... Post napisany kilka dni temu, a wrzucam go dopiero teraz, kicha...
____________________________________

               Wszystko swoim tempem szło do przodu. Uczyłem się powstrzymywać swoje żądze i stopniowo coraz lepiej poznawałem Alana. Pokazywał mi, jak grać w nogę, czasem stawiał mnie na bramce i obijał piłką, twierdził, że nie powinienem być taki "ciotowaty". Dziwiłem się, jak mogłem sypiać z kolesiem, o którym nie wiedziałem praktycznie niczego. Teraz pojawiały nam się coraz to kolejne tematy do rozmów, dzięki czemu nie musiałem zaspakajać się ostrymi stosunkami z nim. Zaczęliśmy to budować na solidnym fundamencie przyjaźni. Okazało się, iż propozycja Alana wyszła nam obydwóm na dobre.
               Minęły już dwa tygodnie, odkąd wywiesiłem białą flagę i zgodziłem się na jego warunki. Na chwilę obecną siedzieliśmy u pana Alexa i pomagaliśmy mu w pracach domowych. Alan kosił akurat trawnik, a ja i pan Carter odpoczywaliśmy w środku w towarzystwie miliona wiatraków, które nadal nie były w stanie wystarczająco ochłodzić pomieszczenia.
— Ta klątwa nie działa — zacząłem nagle. — Nie ma nad nami żadnego fatum, nic nie utrudnia nam życia, jest spokojnie. Nikt nie przeszkadza i nie wtrąca się w nasze sprawy. 
— A Reira? — zapytał mnie. — Nie osądzam jej o nic, ale wiem, jaka była sytuacja z Rinnem i Ray'em.
— Nie, wszystko jest w należytym porządku — odparłem spokojnie, biorąc łyk zimnego whiskey. 
— Może w jakiś sposób zniweczyliście tę klątwę? — pytał dalej.
— Nie patrzyłem na to w ten sposób, ale... — zawahałem się. — Czy wystarczającą klątwą nie będzie fakt, że po naszym pokoleniu ród Bennettów i Carterów wymrze? Jestem jedynakiem. Reira z kolei przejmie nazwisko po mężu. Nie ma innych męskich potomków, chyba że nasi rodzice zdecydują się na kolejne dzieci, co prawdopodobnie nie dojdzie już do skutku.
               W zasadzie taka była prawda. Może właśnie w taki sposób oprawca to sobie zaplanował. Może właśnie taka była ta cała klątwa. Mieliśmy wyginąć. W sumie jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - cieszyłem się faktem, że nie musimy brać udziału w sytuacjach, jakie miały miejsce w starszych pokoleniach naszych rodzin. Odetchnąłem z ulgą. 
               Nadszedł wieczór, kiedy opuszczaliśmy dom pana Alexa. Postanowił wesprzeć nas garścią monet za pomoc, choć ja sam nie do końca miałem ochotę to przyjąć. Alan szturchnął mnie łokciem, dlatego automatycznie wziąłem od niego pieniądze i podziękowałem. Powiedział potem, że z jego dziadkiem należy postępować otwarcie i szczerze. Odpowiadać na pytania, nie szukać głębszego dna w jego wypowiedziach, być otwartym i bezpośrednim, aż w końcu - brać, jeśli daje. Po zakończonej pracy udaliśmy się do najbliższego sklepu, kupiliśmy sześciopak piwa, coby się nie uchlać, po czym skierowaliśmy się ku parkowi. Wyłożyliśmy się na trawie i otworzyliśmy po puszce.
— Za przyjaźń — powiedziałem nieco bezczelnie i stuknąłem swoją puszką o jego. — Ale powiem ci, że miałeś rację, jest spoko.
— Z czym miałem rację poza tym, że zawsze ją mam? — spytał nieco zażenowanym tonem, choć nie wiedziałem, dlaczego. Prawdopodobnie gorzki smak piwa tak na niego podziałał.
— Przyjaźń była dobrym wyborem — odparłem. 
— Na stałe? — zapytał znowu.
— Niekoniecznie — odpowiedziałem bez zbędnych ogródek. Sam się zdziwiłem, że jestem z nim tak szczery. Ale właśnie dlatego cała ta przyjaźń wyszła nam na dobre. To znacznie ułatwiło nam kontakt między sobą. — Nie wiem, jaką decyzję podejmiemy później, ale sam chyba widzisz, że dzięki temu nasze relacje są o niebo lepsze. 
— Chyba nie proponowałbym tego, gdybym nie wiedział, że tak się stanie — wycedził przez zęby, biorąc po chwili wielki łyk piwa.
— ...nieważne — syknąłem, również delektując się gorzkim smakiem. 
— Ale gdybym teraz rzucił się na ciebie z łapami, wkurwiłbyś się, nie? — zapytał, wprowadzając mnie w totalne osłupienie.
— Złamałbyś obietnicę, nie? Przyjaźń bez korzyści, tak to miało działać przez miesiąc — wybrnąłem. 
— Zależy, co rozumiesz przez korzyści — powiedział stanowczo. — Bo jeśli, dajmy na to, zrobiłbym tak...?
               Spokojnie, nic specjalnego. Po prostu złapał mnie za rękę, która leżała dość blisko niego. Na tyle blisko, że żaden potencjalny przechodzień nie mógłby dostrzec tego czynu. I co? Fakt, uśmiechnąłem się. Dwa tygodnie to może i krótki okres czasu, ale zmienił moje podejście do tej sprawy. "Przyjaźń" to wcale nie takie małe słowo, jak mogłoby się niektórym wydawać. Może i w czasach obecnych zostało zniweczone i niektórzy są skłonni wycierać nim podłogi. Nie należeliśmy do tej części. Dlatego... Właśnie dlatego...
— Miałbym się wkurwić? Czemu? — spytałem, ściskając jego dłoń. — Jesteś moim chłopakiem, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. 
               

Chociaż ten uścisk dłoni był dla mnie naprawdę nadzwyczajny.


               Oszukiwanie samego siebie rzadko wychodzi nam na dobre. Mówiąc całkowicie szczerze oszukałem pana Alexa. Ja po prostu dobrze wiedziałem, w czym tkwi klątwa wisząca nad naszymi rodzinami. 
— Kocham cię, Alan — powiedziałem, przeczesując palcami jego włosy. Zachichotałem cicho. — Czy to już podchodzi pod te całe korzyści? Bo nie mam ochoty przestawać...
               Szczerość, pozbywanie się własnych zahamowań, przekraczanie granic. Ale szczególnie ta szczerość. To ona była kluczem do drzwi, przez które nasi ojcowie i dziadkowie nie mogli przejść. Ile lat potrzeba było na znalezienie tego klucza? Wiele. Jednak skończyło się o wiele, wiele lepiej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.








K O N I E C
___________________________________________________________
Zszokowani, że Maniakalny skończył się happy endem? >:D Co do kolejnego sezonu będę z Wami szczera - NIE WIEM. Serio, nie wiem. Wygląda na to, że historia się zakończyła, chociaż na upartego można pisać o dalszych losach Alana i Gabriela. Ale czy warto? Myślę, że zakończenie było dobre, nawet bardzo dobre, idealne jak na zwieńczenie serii z wieloma wątkami dramatycznymi. Taki jest przynajmniej moje zdanie. Mogę Wam w sumie strzelić jakieś OVA, jeżeli chcecie, nie wiem, wyżyć się, czy tam poznać bliżej historię jakiegoś bohatera, o którym chcielibyście się dowiedzieć czegoś więcej. 
Standardowo podziękowania dla czytelników, którzy przez cały ten czas byli ze mną. Mam nadzieję, że nie stwierdzicie, że Snays nie ma już sensu, skoro Maniakalny się skończył (a dostawałam tego typu komentarzy od ciula po zakończeniu każdego z sezonów). Mówiąc szczerze, od czasów Alexa i Martina pisało mi się coraz gorzej, bo to właśnie tamtych dwóch najbardziej przypadło mi do gustu. Oni, Elise, Jude i Rita. Kolejni bohaterowie nie chcieli się aż tak z Lisem zżyć. 
Make your eyes dry!



17.1.15

Niewyżycie seksualne paranoidalnego schizofrenika.

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 15
Gatunek: Yaoi.



               I udało mi się to zakończyć dokładnie wedle planu. Kiedy tylko wróciłem do domu, udałem się do fryzjera, by zmienić swój wygląd. Nie chciałem, by Alan poznał mnie, minąwszy się ze mną gdzieś na mieście. Upewniłem się również, iż nie nawiedzi mnie w domu. Czego można było chcieć więcej?
               Koniec końców moje włosy przybrały kolor jeszcze jaśniejszy niż kosmyki mojego ojca. Stały się jasne, totalnie jasne, blond. Fryzjer dodatkowo ściął je tak, że nie były już przylizane jak zwykle, a postrzępione i potargane, jakby nigdy grzebienia nie widziały. Całkiem sexy. I jakoś nie obchodziło mnie, co pomyślą wykładowcy, w których oczach byłem doskonałym, pilnie uczącym się, grzecznym i kulturalnym chłopcem, który nie zadawał się ze złym towarzystwem. To była ta wszem i wobec znana "wakacyjna metamorfoza" tycząca się ludzi o różnej płci i wieku. 
— To teraz wyglądasz jak rodowity gejaszek! — Takimi słowami powitał mnie ojciec, kiedy wróciłem do domu odmieniony. 
— Zrobiłem to, żeby Alan nie poznał mnie na ulicy — odparłem sucho i wziąłem łyk kawy.
— Co? — zapytał ze zdziwieniem.
— No — odpowiedziałem szorstko. — Ten temat jest zakończony tak samo jak ta chora relacja. 
— Historia lubi się powtarzać... — westchnął i złapał się za głowę. — I tak do niego wrócisz prędzej czy później.
— Bo co, bo ty tak miałeś? — zdenerwowałem się. — Nie zmuszaj mnie do pieprzenia się z facetem tylko dlatego, że ty i dziadek byliście w takiej, a nie innej sytuacji. Szczerze powiedziawszy to gówno obchodzą mnie wasze motywy. Jeśli tak bardzo chcesz mieć syna geja, to zrób sobie jeszcze jednego i dogadaj się z panem Carterem, by też postarał się o dziecko. Zwalimy na nich tę pieprzoną klątwę i będę miał spokój. Czaisz?
— Kiedyś przypomnisz sobie moje słowa — powiedział cicho.
— Ojciec, no kurwa, co ci jest dzisiaj?! — wrzasnąłem w końcu. — Jak chcesz, żebym był z Carterem, to proszę bardzo! Alan ma piękną kuzynkę, ma na imię Reira, może być?!
— Dziadek Alana też ma siostrę i jakoś twojego dziadka nigdy nie kręciła — syknął.
— No i? Czas coś zmienić — wycedziłem przez zęby.
               Nie mogąc znieść tej sytuacji udałem się na górę do swojego pokoju i trzasnąłem drzwiami. Co go ugryzło? Zrozumiałbym, gdyby po prostu chciał, żebym był homoseksualny, chociaż nie rozumiałbym tego do końca, ale żeby mi to tak chamsko narzucać? Im bardziej mi to wmawiał, tym bardziej myślałem o Alanie z obrzydzeniem i totalną niechęcią. 
               Chłopak wydzwaniał do mnie po kilkanaście razy dziennie. Nie odebrałem ani jednego telefonu. Czekałem, aż się zorientuje, jak bardzo mam go gdzieś. Byłem już bliski zmiany numeru, ale wtedy nagle się... odczepił. Odetchnąłem z ulgą. Stwierdziłem, że zapewne zrozumiał, co zaplanowałem. I wszystko było już naprawdę zajebiste, gdyby nie chwila, w której wracałem z toalety do pokoju pewnego dnia i...
— Tłumacz się, ciulu — powiedział, jak gdyby nigdy nic siedząc w moim pokoju na moim łóżku. 
— Wyjdź — syknąłem stanowczo. — Skąd masz mój adres?
— Zmuś mnie, żebym wyszedł — odparł od niechcenia i rozłożył się na pościeli. Złapałem się za głowę.
— Rób, co chcesz — wycedziłem przez zęby. — Wychodzę. 
— To będzie tylko świadczyć o twojej głupocie — rzekł nagle.
— Że co, kurwa? — zapytałem zszokowany. — Czy ty się śmierci nie boisz, stary? Nie odbieram twoich telefonów, zajebiście, może wpadłbyś na taką genialną myśl, że może nie mam ochoty z tobą gadać? I że cała ta sytuacja była dla mnie jednorazową zabawą bez zobowiązań? Masz mnie za pedała czy co? Nie nachodź mnie więcej i nie dzwoń do mnie, bo nie mam ochoty widzieć cię, słyszeć się ani w ogóle mieć z tobą do czynienia, czaisz?
— Jednorazową zabawą, powiadasz? — spytał, podnosząc się z łóżka. 
               Udał się w moją stronę. Próbował mnie dotknąć, w rezultacie szarpaliśmy się dość mocno. Próbowałem się wyrwać, ale skurwiel był oczywiście silniejszy. Dlatego już po chwili zalegałem na łóżku, przytłoczony jego ciężarem. Siedział okrakiem na moich biodrach i przytrzymywał moje łokcie na poduszce hamując ruchy rąk. 
— Masz nasrane we łbie... — syknąłem cicho, odwracając głowę w bok. Nasze twarze znajdowały się zbyt blisko siebie. — Zadzwonię na policję, jeśli mnie nie puścisz...
— Niby jak chcesz to zrobić, nie mogąc nawet ruszyć ręką? — zapytał z zawadiackim uśmieszkiem.
— Kurwa... — prychnąłem. — Czego chcesz?
               Zamiast odpowiedzieć jak człowiek, zaczął obsypywać pocałunkami mój kark. Trząsłem się niczym z zimna i motałem na boki, usiłując wydostać się z opresji. Nie wiem, kurwa, czy robił mi biopsję, czy co, ale marzyłem, żeby to był tylko sen. 
— Widzisz, chyba faktycznie jesteś pedałem, skoro podniecają cię pocałunki mężczyzn — powiedział nagle, lekko wiercąc się na moich biodrach. — Może z łaski swojej przestałbyś w końcu walić ściemę, bo niczego to nie wnosi? 
— To co mam ci powiedzieć? — spytałem cicho. — Co chcesz usłyszeć i co masz zamiar z tym później zrobić? 
               Zlazł ze mnie i usiadł nieopodal na łóżku. Złapał się za głowę i westchnął głęboko. Ja również podniosłem się do pozycji siedzącej.
— Przyjaźń w takim razie — zaproponował. 
               Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. Koleś, który tak bardzo nagabywał mnie do czegoś więcej, sam teraz proponuje coś takiego? Kurwa, to ja miałem z nim zerwać, a sytuacja obróciła się przeciwko mnie... 
— Ale bez korzyści — dodał po chwili. — Chociaż wiem, że to odpowiadałoby ci bardziej.
— No więc czemu nie? — zdziwiłem się, łudząc się nadzieją, iż chociaż te korzyści zostawi.
— Miesiąc — podsumował. — Przez miesiąc zostajemy na tych warunkach, żeby móc się chociaż trochę lepiej poznać. Potem będziemy się zastanawiać, czy zostawimy to jak jest, czy trzeba coś zmienić.
               Trzęsłem się z wściekłości. W moim przypadku nie wchodziła w grę opcja widywania się z nim bez opcji seksu. Po prostu działał na mnie w taki sposób, że stawałem się automatycznie zwierzęciem. Wyglądało na to, iż nie mogę urwać kontaktu, więc czemu, do cholery, nie pisał się na przyjaźń z korzyściami...?
— Pasi? — upewnił się.
— N-no... — odpowiedziałem, choć zrobiłbym wszystko. by jakoś z tego wybrnąć. 
               Po tej rozmowie Alan opuścił moje mieszkanie. Spieszył się na kolejną sesję, czy coś w ten deseń. Kurwa, zazdrościłem mu kogoś takiego jak pan Alex czy pani Rita, byli obeznani, doświadczeni, mógł z nimi na ten temat porozmawiać. A ja? Dziadek Martin nie żył, ciocia Elise również. Moja rodzina nie należała do długowiecznych. Obawiałem się pytać o to babci Adrienne. Być może nie wiedziała o tym sekrecie. 
               Była jednak osoba, którą mogłem poprosić o radę. Wystarczyło wyjść z domu i pójść przed siebie. Tak też zrobiłem. Z dobrym humorem szybkim krokiem szedłem przed siebie. Po przemierzeniu kilku kilometrów stwierdziłem, że osoba ta sama się napatacza, a szuka się jej jak igły w sianie. No więc zamówiłem pizzę i, jak przypuszczałem, to wystarczyło. 
— Dzisiaj pizza gratis, mamy święto ra... 
— Cho na chwilę do środka, Lena — odpowiedziałem.
               Weszliśmy na piętro, do mojego pokoju. Otworzyłem karton z pizzą i zaczęliśmy chyżą konsumpcję. Powiedziałem Lenie, że potrzebuję rady. 
— ...i generalnie zaproponował mi przyjaźń, ale bez korzyści. I teraz czuję się z tym źle — zakończyłem opowieść. — Chyba jestem niewyżyty.
— Nie jesteś — odparła nagle, kończąc ostatni kawałek.
— Nie jestem? — zdziwiłem się.
— Gdyby złapał cię za rękę, wystarczyłoby, co nie? — spytała. — Tamte noce na wyspie pewnie traktowałeś jak coś "na zapas".
— C-co, ale w jakim sensie, co masz na myśli? — motałem się.
— Kochasz go — powiedziała stanowczo.
— N-nie, to w ogóle nie wchodzi w grę — wyjąkałem, wstając z łóżka i łażąc wte i wewte po pokoju.
— A niby czemu nie? — spytała nagle.
— No bo nie, bo niby jak miałoby być — prychnąłem.
— Normalnie — powiedziała spokojnie. — Myślisz o nim cały czas, w specyficzny sposób na ciebie działa, chcesz zerwać kontakt, bo inaczej nie potrafisz o nim zapomnieć, nie wystarcza ci przyjaźń, chcesz z nim sypiać. Na co ci to wygląda?
— Na niewyżycie seksualne paranoidalnego schizofrenika. 


16.1.15

Strata uświadamia wiele - Alex Carter special.

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 14
Gatunek: Yaoi.



               To co się stało, było nie do pomyślenia. Nie żałowałem ani trochę tego, że Rinn i Ray pojawili się na tym świecie, ale gdybym wiedział wcześniej, że dojdzie do czegoś takiego, nigdy w życiu nie związałbym się na stałe z Susan. Nie pozwoliłbym Martinowi wtedy ode mnie odejść. Żyłbym z moją obecną żoną w separacji i dzielilibyśmy się czasem, jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. 
— Spoczywaj w pokoju — szepnąłem, stojąc nad jego świeżym grobem.
               Minął już ponad miesiąc od pogrzebu, a ja nadal nie mogłem pozbierać się do kupy. W zasadzie nie przyjmowałem do wiadomości faktu, że Martina nie ma i już nie będzie. Moje oczy wyschły całkowicie, nie płakałem po nim ani razu. W zasadzie byłbym w stanie nawet powstrzymać się od tych wszystkich bezczelnych dowcipów, od denerwowania go, nawet od wymuszania seksu. Cokolwiek, byleby tylko był tu nadal. 
               Wszystko się pierdoliło. Jakiś czas po tym wziąłem rozwód. Obwiniałem się za śmierć Martina i obwiniałem również Susan. Lekarze wyraźnie powiedzieli, iż serce wysiadło mu właśnie z powodu stresu. A niby jakie on miał stresy? Wbrew pozorom nawet do swojej pracy jako lekarz podchodził na luzie. Lubił to. Byłem pewien, że to nasze rozdzielenie tak na niego wpływa. Nie jestem pewien, czy Adrienne się czegokolwiek domyślała, choć czasem mówiła mi, iż wyczuwa zdradę. Aczkolwiek prawdopodobnie nie pomyślała nigdy, że Martin mógłby być homoseksualny. Rinn i Ray o dziwo nie mieli mi za złe. Zrozumieli moje postępowanie. Wspierali mnie. Ale na Susan problemy się nie kończyły. Jakiś czas przed śmiercią Martina Elise i Jude, z którymi po wielu latach w końcu zbudowałem zdrowe relacje, nagle zaćpali się na śmierć. Martin nie dawał sobie nic powiedzieć i, mimo że był lekarzem, naprawdę nie chciał znać faktów. Jednak ja wiedziałem. Wiedziałem, że Elise i Jude zrobili to świadomie. Martin zapominał, iż Elise, choć poszła w innym kierunku, skończyła tę całą medycynę. Wiedziała, co im grozi. Nie znałem co prawda ich prywatnych powodów, ale byłem pewien, iż to zaplanowali. Zaplanowali masowe samobójstwo. Na szczęście nigdy nie dorobili się dzieci. Do całego tego pasma niepowodzeń dochodziła Rita, która w dalszym ciągu urywała kontakty z ludźmi i odrzucała wszystkich mężczyzn. Zestarzała się w samotności i unikała tematów związków. Znałem ją lepiej niż samego siebie, a jednak nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego to robi. 
               Nie zaprzeczę, że doznałem szoku, kiedy przed moimi drzwiami stanął młody potomek pokolenia Bennettów. Wyglądał dokładnie tak samo jak młody Martin. Przez chwilę myślałem, że na starość przyszły jakieś halucynacje, to, co widziałem, wydawało się naprawdę nieprawdopodobne. Kiedy zrozumiałem, co się dzieje, wiedziałem już, że przyszła kolej, by następne pokolenie przejęło tę kurewską klątwę. Zawsze byłem przekonany, iż wszystko dzieje się przez przypadek. Jednak z perspektywy starca to wszystko naprawdę zaczynało układać się w logiczną całość. 
               I zrobiłbym wszystko, by móc uwolnić swojego wnuka od tej klątwy, jednak... On nigdy nie okazywał zbytnio swoich emocji i zachowywał kamienną twarz. Ale to, co widział w młodym Bennecie, wręcz malowało się na jego pysku. Widziałem w nim siebie. Można nawet powiedzieć, że mu zazdrościłem. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo pragnę cofnąć się do starych czasów i rozegrać to wszystko zupełnie inaczej. W końcu to z Martinem chciałem się zestarzeć. A co uzyskałem? Bogactwo, sławę, szacunek całego kraju, wysoką posadę, fantastyczną emeryturę, piękną kobietę i dwójkę wspaniałych synów. Kochałem synów. Ale cała reszta była mi więcej niż zbędna. Dopiero, kiedy straciłem Martina, zorientowałem się, jak bardzo go kochałem. Czy ja w ogóle kiedykolwiek mu o tym powiedziałem? 




                Nie wykorzystałem w pełni swojego życia. W zasadzie w ogóle go nie wykorzystałem. Teraz widziałem, jak wiele mógłbym zrobić, jak wiele mógłbym uniknąć. Ale było stanowczo za późno. Tylko dlaczego zorientowałem się dopiero teraz?




___________________________________________

Lis wzorowy uczeń 


Wyrafinowani i perfekcyjni.

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 13
Gatunek: Yaoi.



Wybaczcie mi kilkudniową nieobecność, ale tak wyszło, że net był odcięty, jeśli tak to można określić... Poza tym zaliczanie, dochodzą kolejne koncerty i ciężko się wyrobić... >.> Cieszę się, że na blogu pojawił się nowy czytelnik, dzięki, Tsuki! >:D
Pytanie do czytelników: czy jest coś poza opowiadaniami, co chcielibyście zobaczyć na Snays? Może głupoty wymyślam, ale trzeba o Was dbać, no.
_______________________________

               I postanowiłem zakończyć tę znajomość już w trakcie powrotu do Liverpoolu. Podczas gdy wszyscy ruszali już na lotnisko, ja oddaliłem się od reszty, sugerując jedynie ojcu, że nie przepadam za lotami i wrócę również promem. Znacząco puścił mi oczko, choć nie wiedziałem totalnie, co miał przez to na myśli. Może dał sobie spokój z bawieniem się w swatkę? Ta myśl w jakiś sposób poprawiła mi nastrój.
— Papieroska? — Usłyszałem nagle, kiedy prom znacznie oddalił się od brzegu.
— Lena? — zdziwiłem się. — Co tu robisz?
— Prowadzę prom — odpowiedziała tak zwyczajnie, jakbym zapytał o coś banalnego. — Dobrze spędziłeś urlop?
— T-tak... — westchnąłem, nie do końca rozumiejąc tryb życia tej kobiety. 
— Trzymaj klucze do kajuty — powiedziała, rzucając mi pęk. — To kabina dwuosobowa, mam nadzieję, że nie będziecie sobie przeszkadzać. Wszystkie inne zostały zarezerwowane.
— W porządku — potaknąłem głową.
               Pożegnałem się i udałem w kierunku swojej "sypialni", by zostawić w niej rzeczy i wrócić po chwili na pokład, aby móc nacieszyć się widokiem oceanu. Zszedłem na dół i zacząłem rozglądać się wokół, poszukując nieco nerwowo drzwi z numerem cztery. Nie zajęło mi to na szczęście zbyt wiele czasu. Odruchowo zapukałem, mając na uwadze fakt, iż nie będę tam mieszkał sam. Drzwi nie były zakluczone. Nacisnąłem klamkę i moim oczom ukazał się najbardziej obrzydliwy widok na świecie.
— Nie miałeś lecieć samolotem? — zapytał. — A, sory, w sumie nie pomyślałem, że będziesz chciał się jeszcze raz przespać. Nie mam nic przeciwko.
               Tuż obok mojego łóżka stało jeszcze jedno, na którym w całej swojej okazałości zasiadał pan Alan Carter. No myślałem, że mnie chuj strzeli. Nie, ród Bennettów nie ma pecha. Nieszczęście zaczyna się dopiero wtedy, kiedy trafi na przedstawiciela gatunku Carterów. Postanowiłem mieć córkę. A co, jeśli będzie lesbijką? Cholera. Może po prostu będę starał się o dziecko dużo później niż on ze swoją żoną? Nie, to będzie podchodzić pod pedofilię... Kurwa mać, nie będę miał dzieci.
               Bez słowa powróciłem na pokład, zostawiając w kajucie swoje rzeczy. Udałem się w kierunku Leny, która obserwowała właśnie wschód słońca.
— Ten człowiek... — syknąłem. — Co on tu robi...?
— Mówisz o panie Carterze, nie? — upewniła się. — Odnoś się do niego z należytym szacunkiem, jest tu ważnym gościem.
— Panie Carterze?! — wycedziłem przez zęby. — A niby jaki szacunek mu się należy?
— On i pani Reira mają tu dziś sesję zdjęciową — odpowiedziała stanowczo.
— C-co? — spytałem z niedowierzaniem.
— Nie słyszałeś nigdy o nich? — zdziwiła się. — Chyba nie czytasz gazet. Często trafiają na okładki, pracują w agencji modelingu, są całkiem znani.
               Zrozumiałem, że totalnie niczego nie wiem na temat faceta, z którym sypiam. Tfu! Sypiałem. Nie chciałem mieć z nim więcej do czynienia. Ponadto wiedziałem już, czemu ojciec tak bardzo się cieszył, że postanowiłem wrócić promem. Zapewne pomyślał, iż wiem o całej tej sesji i robię to specjalnie, by spędzić z nim czas. W dodatku Alan sądził podobnie. Niech ich wszystkich szlag trafi. Niezależnie od tego, co miał zamiar zrobić mi młody Carter, udałem się z powrotem do kajuty i, nie reagując na jego odzywki, palnąłem się na łóżko i postanowiłem iść spać.
               Trzęsły mi się ze zdenerwowania nogi, kiedy położył się obok mnie i zaczął delikatnie przesuwać dłonią po moim boku. Leżałem do niego plecami, a on znajdował się bardzo blisko mnie. Przesuwał rękę z góry na dół. Starałem się udawać, że śpię. Podciągnął lekko moją koszulkę i dotykał mojej skóry. Przeszedł mnie dreszcz, a na boku pojawiła się gęsia skórka. Naciągnął ją jeszcze trochę wyżej, przeniósł dłoń trochę dalej i zaczął pieścić palcami mój prawy sutek. Zagryzłem wargi, usiłując nie wydawać z siebie żadnych dźwięków. Pech chciał, że akurat właśnie w taki sposób lubiłem rozpoczynać grę wstępną. Dlatego już po chwili leżałem totalnie sparaliżowany i co chwilę wzdychałem głęboko z przyjemności, jaką mi sprawiał. Całował mnie co jakiś czas po karku. Przewrócił potem na plecy i ponownie zajął się sutkiem, tym razem pieszcząc go ustami. Jęknąłem z rozkoszy. 
— Cholera, muszę już iść — powiedział nagle, po czym odkleił się ode mnie i już był gotowy do wyjścia.
               Ale ja bardzo nie lubiłem przerywać w połowie. Dlatego szybkim ruchem przyciągnąłem go do siebie i popchnąłem na łóżko. Wpatrywał się we mnie z szokiem, kiedy rozpinałem jego spodnie. Pozbyłem się swoich dolnych części garderoby i zasiadłem mu okrakiem na kolanach. Czułem, jak jego członek ociera się o moje pośladki. Kiedy stwardniał wystarczająco, opuściłem się na nim lekko, po czym stopniowo zacząłem zsuwać się na dół. Alan uśmiechnął się szeroko i zamknął oczy. Położył dłonie na moich nagich biodrach, po czym chwycił silnie mój pośladek. Pocałowałem go głęboko i kontynuowałem. 
               Kiedy wystarczająco się zaspokoiłem, odkleiłem się od niego, a on szybko zapiął spodnie, pożegnał mnie uśmiechem i szybkim krokiem opuścił kajutę. Ubrałem się i ponownie rzuciłem się na łóżko, usiłując zasnąć. 
               Jak zwykle hamowałem wszystkie przychodzące myśli. Naprawdę nie rozumiałem i nie chciałem rozumieć powodów, dla których postępuję tak, a nie inaczej. Uznałem to za chwilowe zachcianki i zwaliłem całą winę na nadal trwający okres dojrzewania. Faceci mają to do siebie, że są niewyżyci. 
               Obudziłem się późnym wieczorem. Byłem naprawdę głodny, a obiło mi się o uszy coś o szwedzkim stole na pokładzie właśnie w godzinach nocnych. Powoli osunąłem się z łóżka, przetarłem oczy i opuściłem kajutę, kierując się na pokład. I to, co zobaczyłem, było naprawdę nieziemskie.
               Światła. Reflektory. Rozwiane loki Reiry i obejmujący ją z tyłu Alan ubrany w garnitur i rozpiętą koszulę oraz powiewający na sztucznie tworzonym wietrze krawat. Nie potrzebowali żadnych poprawek w programach komputerowych, byli doskonali. Idealni. Jak bogowie. Nie rozumiałem tego do końca, ale wyglądali naprawdę pięknie. Jak Apollo i Afrodyta. Stałem zapatrzony w nich jak w święty obrazek. Fotografowie wychwytywali ich wizerunek z różnych perspektyw, podczas gdy oni stali nieruchomo jak porcelanowe lalki. Wyrafinowani i perfekcyjni. Znowu miałem nieodpartą chęć kochać się z nim ostro przez całą noc. Oparłem się o barierkę i wypiłem kieliszek czerwonego wytrawnego wina. Mój żołądek był sparaliżowany i nie byłem w stanie przełknąć niczego do jedzenia, choć mój organizm wyraźnie się tego domagał. Piłem alkohol i spoglądałem w ich kierunku. Nie wiedzieć czemu czułem, jak wali mi się życie. 

10.1.15

Nie było pytania.

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 12
Gatunek: Yaoi.



Krótko bardzo, ale niewyżyte yaoistki będą zadowolone. >:D
_______________________________________

               Zważywszy na fakt, że obydwaj spaliśmy tego dnia dość długo, postanowiliśmy kochać się całą noc. Nie mam zielonego pojęcia, co wówczas strzeliło mi do głowy, aczkolwiek tłumaczyłem to sobie tym, że stan mojej nietrzeźwości jeszcze się nie zakończył. To była ostatnia noc, którą spędzaliśmy razem, może też dlatego niczego sobie nie odmawiałem. Robiliśmy rzeczy, o których chyba nawet niewyżytemu Alanowi się nie śniło. Nie wiedziałem co prawda, jak spojrzę mu później w twarz, bo kojarzyło mi się to od razu z niewyobrażalnym wstydem, ale mimo to nie przestawaliśmy. Pragnęliśmy wykorzystać pełnię możliwości naszej ostatniej wspólnej nocy. Choć on jeszcze nie wiedział, iż kolejna nie nadejdzie.
               Zgasiliśmy światło, by nasze rodziny twierdziły, że już się położyliśmy. Było to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że z samego rana mieliśmy wyjeżdżać. Przenieśliśmy się na łóżko Alana, gdyż było trochę większe. Jak zwykle zaczęło się od niewinnych delikatnych pocałunków, którymi chłopak obsypywał mnie najpierw po karku, potem po torsie, schodząc w dół brzucha, aż w końcu zatrzymując się na członku. Odruchowo napiąłem mięśnie nóg, gdyż wiedziałem, co się lada moment stanie. Alan delikatnie przesunął językiem wzdłuż mojego penisa, wywołując u mnie tym samym zimny, lecz wyjątkowo przyjemny dreszcz. Zachichotał cicho, kiedy zareagowałem jękiem, po czym wziął napletek do ust i zaczął lekko go ssać, lizać, nadgryzać czy też pieścić wargami. Zdawało mi się, że podczas tak ciężkiego oddychania moja klatka piersiowa unosi się kilka metrów w górę. Szeptem powtarzałem imię chłopaka mając złudną nadzieję, iż niczego nie słyszy. Wsunął wtedy mojego członka nieco głębiej do swoich ust, zaprzestając już gryzienia. Miarowo przesuwał się coraz dalej i dalej, coraz bardziej natarczywie i agresywnie. Zaczął jednocześnie masować dłońmi moje jądra, wywołując u mnie falę głębokich westchnień. Moje ciało wyginało się w łuk pragnąc więcej i więcej. Nie zdążyłem go uprzedzić, zanim doszedłem. Po chwili moja sperma spływała powoli z jego ust, mimo że ku mojemu zdziwieniu przełknął większość orgazmu. Domyślałem się, że przyszła kolej na mnie. 
               Podniosłem się do pozycji siedzącej i pochyliłem nad jego kroczem. Siedział przede mną z rozłożonymi nogami, wsparty lekko rękoma o łóżko. Wystawiłem język i zacząłem bawić się jego napletkiem, jak gdybym się z nim całował. Z moich ust dochodziły krótkie, stłumione jęki. Alan przeczesywał palcami moje włosy. Spróbowałem nieco bardziej się zagłębić, choć wystraszyłem się, iż nie podołam i zacznę się krztusić. Jednak niczego nie traciłem, postanowiłem więc dać z siebie wszystko. Przyspieszyłem tempo i zacząłem namiętnie kąsać jego penisa. Coraz szybciej, coraz dalej, coraz głębiej. Czułem, że staje się coraz twardszy, a intuicja podpowiadała mi, że za moment dojdzie. Wbrew temu, co sam zrobił, odsunąłem się, a jego sperma wytrysnęła na mój tors i szyję. Spojrzałem na niego zmrużonymi oczyma. Wiedział, że to nadal za mało. 
               Położyłem się na brzuchu i czekałem, aż zacznie. Skręcało mnie w środku, bo nie zrobił tego od razu. Ociągał się, a ja byłem niecierpliwy. Spodziewałem się, że rozepcha mnie jeszcze raz, jednak jedynym, co poczułem, było obrzydliwie bolesne ugryzienie w pośladek. Syknąłem z bólu. Nie zdążyłem jeszcze w pełni dojść do siebie, podczas gdy on brutalnie zaczął we mnie wchodzić. Wpychał się we mnie na siłę, kompletnie rozrywając mi tył. Krzyczałem z bólu, ale i z podniecenia. Schowałem twarz w poduszce i zacząłem mocno masować, a potem szczypać swoje stwardniałe z pobudzenia sutki. Oddychałem szybko i głęboko, ale mimo to nie byłem w stanie złapać oddechu. 
— A-Alan...! — krzyknąłem na cały głos. Brak dostępu do tlenu nie pozwalał mi powiedzieć nic więcej. 
— Nie skończę teraz — wysapał. — Będę cię pieprzył, ile wlezie...
               Przyspieszył jeszcze bardziej. Gorące łzy strugami toczyły się z moich oczu. Odnosiłem wrażenie, że moje ciało przesuwa się z jednego końca łóżka na drugi i prawdopodobnie tak też było. W którymś momencie myśl przychodząca mi wówczas do głowy przeraziła nawet i mnie. Zdawało mi się, że słyszę słowa wypowiedziane moim głosem: "nie chcę cię zostawiać, dobrze mi teraz". Niezależnie od tego, czy moja podświadomość pragnęła romansu bez zobowiązań, czy prawdziwego związku zbudowanego na solidnych fundamentach, nie mogłem się na to zgodzić, niezależnie od tego, jak bardzo by tego chciała. Pytanie brzmiało, dlaczego podsunęła mi taką myśl. Wiedziałem przecież, że nie kocham Alana. Chciałem mu tylko dać nieco satysfakcji tej ostatniej nocy. 
               Położył głowę na moim torsie i palił papierosa. Śmiał się cicho, co uświadomiło mi, jak bardzo podobał mu się ostatni stosunek. 
— Jeszcze trochę trzeba cię wyrobić — powiedział. — Jesteś ciasny w chuj.
— Chyba w twój — odparłem, sugerując, że nie ma dużego.
— Już zapomniałeś, jaki jest? — zapytał sarkastycznie i nagle podniósł się do pozycji siedzącej i obrócił mnie szybko na brzuch.
— Nie, nie rób, boli... — motałem się. 
               Połaskotał mnie, mocno wbijając mi paznokcie w boki. Śmiałem się do rozpuku i krzyczałem, żeby przestał, ale nie posłuchał mnie. Dopiero kiedy mu się odechciało dał mi spokój i położył się na mnie. Obróciłem głowę w bok, a on pocałował mnie czule. 
— Alan,,,? — zacząłem niepewnie. — Jeśli Carter i Bennett muszą żyć w symbiozie, a Carter jest podobno taki seksowny i inteligentny, to jaki jest Bennett? Przecież też musi mieć coś takiego w sobie, żeby... no, wiesz. 
— Wyglądasz jak brzydka dziewczyna — spuentował. — Ale tyłek masz zajebisty. 
— ...nie było pytania.

9.1.15

Dupą na kamień.

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi.



               Jedynym, co pamiętałem z tej nocy był fakt, że nie spędziłem jej sam. Z listy osób, które mogły mi towarzyszyć wykreśliłem od razu rodziców moich oraz starszych moich znajomych, bo Alan był już wystarczającą patologią rodu Carter, a moi przecież by mnie nie przelecieli. W sytuacji zaistniałej sprawdzenie, z kim się przespałem, nie było trudne. Wystarczyło tylko... wstać z łóżka. Dokładnie - wstać z łóżka. Wstać z łóżka i sprawdzić, czy czuję ból bioder. Jednak jedyne, na co byłem wówczas gotów, to było sięgnięcie telefonu z szafki nocnej. 
— Cholera... — westchnąłem. — Dziewiętnasta...?
               Nie wypuszczając komórki z dłoni przesunąłem lekko tułów i leżałem dalej. Trochę mi się nie chciało wstawać, trochę bym sobie pospał, trochę miałem kaca, trochę obawiałem się bólu bioder. I co w takiej sytuacji powinienem był zrobić? Nie czułem się jeszcze gotowy na uświadomienie, z kim się przespałem. 
               Usłyszałem nagle ciche pukanie do drzwi. Westchnąłem z ulgą, że tym razem Alan nie będzie pierwszą osobą, którą zobaczę. Wszedłby bez pukania, w końcu mieszkaliśmy razem. Zaraz... Skoro dzieliliśmy jedną sypialnię, musiałby być świadkiem tego wszystkiego, co być może robiłem z Reirą. Dlaczego poczułem się tak dziwnie, gdy sobie to uzmysłowiłem? To pewnie zwyczajny wstyd. Minie jakiś czas i przejdzie.
— Śpisz? — Usłyszałem szept tuż za powoli otwierającymi się drzwiami.
— Obudziłem się właśnie — wyjąkałem, teatralnie ziewając.
               To właśnie Reira postanowiła zaszczycić mnie swoim towarzystwem. Może i powinienem był czuć się nieswojo, w końcu istniała opcja, iż to z nią spałem tej nocy. Postanowiłem wywnioskować coś z jej zachowania. 
— Jak się czujesz? — zapytała, wchodząc do środka i po chwili siadając na skraju łóżka.
— Łeb mnie boli — odpowiedziałem niezwłocznie.
— Alan poszedł do apteki jakiś czas temu, też ma z tym problem — powiedziała. — Do miasteczka jest dość daleko, musisz jeszcze trochę wytrzymać.
— Jak z tobą? — zapytałem, mrużąc oczy z niewyspania.
— Nie wypiłam zbyt dużo — odparła z uśmiechem. 
               Serce zabiło mi trochę mocniej. Czy to czasem nie wskazywało na to, że to właśnie z Alanem się przespałem? Zasadniczo on sam wypominał jej wcześniej, iż sypia z ledwo poznanymi facetami, więc w sumie... Postanowiłem nie dochodzić do złych wniosków. Tak czy inaczej wiedziałem, że ta noc zmieniła moje życie. Albo przeżyłem stosunek z najpiękniejszą i najmilszą kobietą, jaką w życiu widziałem, albo dałem się wydymać niewyżytemu, chamskiemu kolesiowi. Kurwa, to naprawdę wiele zmieniało. 
— Reira, powiedz... — zacząłem nieśmiało. — Czy tej nocy działo się coś dziwnego?
— O co konkretnie pytasz? — spytała z nieukrywanym zaciekawieniem.
— O nic, ale niczego w sumie nie pamiętam — powiedziałem powoli. — Kto w ogóle mnie tu przyniósł?
— Chyba Alan, ale nie dam sobie głowy uciąć — odparła.
              Wzdrygnąłem się z obrzydzenia. Dziewczyna uznała to za drgawki i postanowiła dać mi spać dalej. Pożegnała się i wyszła, darząc mnie pięknym uśmiechem. A ja czułem, że wali mi się życie. 
               Nadal bojąc się ruszyć powoli zsunąłem kołdrę ze swojego torsu. Skóra. Skóra i co? Chyba każdy człowiek ją posiada. Pytanie brzmiało, kto zdjął mi koszulkę. Jako że Reira nie zdradziła niczego swoim zachowaniem, byłem pewien, iż to Alan był autorem tego niecnego postępku. Cholera, no miałem go za chama i skurwysyna, ale nie spodziewałem się, że wykorzysta stan mojej nietrzeźwości. Czemu...? Czy w takim razie powinienem był czuć się winny? Postanowiłem zapomnieć o tym, co się wydarzyło i wyprzeć to z pamięci. Byłem pijany. W zasadzie mogłem nawet tego nie pamiętać, no nie? Podjąłem decyzję. Wstaję z łóżka.
               Zaparłem się łokciami na poduszce i powoli, z ciężkim sercem podniosłem się do pozycji siedzącej. I co? Nic? Jak dobrze, w takim razie...
— Kurwa mać jebana! — wrzasnąłem na cały dom. 
               Wystarczyło, że podniosłem nogę, by zejść z łóżka, a po chwili wylądowałem na podłodze. Z siniakami? Nie. Z połamaną girą? Też nie. Z bólem bioder i dupy? W rzeczy samej.
— Szanuj ludzi z kacem i opanuj swoje okrzyki godowe — powiedział Alan, wchodząc nagle do pomieszczenia.
                Obszedł mnie dookoła, nie zwróciwszy zbytnio większej uwagi, postawił na szafce nocnej szklankę wody, a obok położył pudełko tabletek. Na moje szczęście spodnie akurat miałem na sobie. 
— Reira mówiła, że boli cię głowa — mówił. — Żryj. 
— Alan — zacząłem niepewnie.
— Nie ma za co — odparł, zachowując twarz zimnego drania.
— Nie wiem, jak to powiedzieć, ale... — wyjąkałem.
— Już mówiłeś, że mnie kochasz — przerwał mi. — Wystarczająco wiele razy. Nawet zdjąłeś koszulkę, by to udowodnić.
— C-CO — wybełkotałem. — To, że masz mokre sny nie oznacza, że możesz sprzedawać je ludziom jako fakty!
               Ledwo zdążyłem podnieść się na nogi, a już zostałem strącony na łóżko, w dodatku prosto na tyłek. Krzyk został zdławiony przez moje gardło, kiedy Alan wpił się w moje usta, jak gdyby nie mógł zaspokoić swoich potrzeb przez dekady. Kręciło mi się w głowie, nadal byłem senny i w dalszym ciągu miałem efekty kaca. Wiedziałem, że może będę tego żałować, jednak mój umysł kazał mi nie odpychać Alana. Skoro mieliśmy za sobą stosunek, mogłem przynajmniej uszczęśliwiać człowieka w taki sposób. Tylko tego jednego dnia. Następnego ranka mieliśmy wracać do domu. Byłem pewien, że od czasu powrotu nie będziemy utrzymywać ze sobą kontaktu. Może dlatego miałem wówczas wszystko gdzieś. 
               Wyglądać by to mogło, jakbym miał niezłe huśtawki nastrojów. Jeszcze jakiś czas temu braliśmy wspólną kąpiel, potem jednak przejrzałem na oczy i zacząłem go odpychać. Teraz z kolei znów pozwalałem mu na tak wiele, mimo że w planach miałem już urwanie kontaktu. Szczerze powiedziawszy ja też byłem skurwielem. Dlatego postanowiłem jedynie korzystać z okazji i poduczyć się sztuki całowania, podczas gdy on czerpał z tego namiętność i satysfakcję.
               Ten pocałunek, podobnie jak kilka ostatnich, był długi i romantyczny. Momentami nieco zadziorny, szczególnie, kiedy w grę zaczynały wchodzić zęby. Zalegałem na łóżku w poprzek, a Alan siedział na moich biodrach, pochylał się nade mną i całował gorąco. Po chwili, nie odrywając się od moich ust, zaczął powoli i ciężko przesuwać się do góry i w dół, pocierając w rezultacie swoim kroczem moje. Poczułem wtedy coś dziwnego, jednak na myśl, iż zamiast niego mogłaby być tam Reira, z powrotem sprowadziłem się na drogę czerpania z tego tylko i wyłącznie nauki. Alan położył zimną dłoń na moim torsie i zaczął delikatnie go masować. Poczułem jak moje sutki twardnieją. Chłopak przesunął się lekko i szybko rozpiął rozporek moich spodni. Brakowało mi już oddechu, mimo to on całował coraz bardziej natarczywie. Przez mój umysł znów przeszła dziwna myśl: skoro raz już to zrobiliśmy, po co hamować drugi? A może akurat okaże się, że będzie całkiem przyjemnie?
               W rezultacie już po chwili obydwoje byliśmy nadzy. Nadal się całowaliśmy. Chłopak leżał na mnie i masował dłonią nasze członki. Oddychałem ciężko. Starałem się hamować myśl, że kocham się właśnie z facetem. Ponadto byłem świadom tego, iż drzwi do domku są otwarte i lada moment może się tu ktoś zjawić. Pół biedy, że ojcowie. Nawet Reirę bym zniósł. Bardziej obawiałem się naszych matek. I mimo tego strachu nie przestawałem. To była ostatnia noc naszej znajomości. 
               Alan wydawał się być naprawdę wyjątkowo niewyżyty. Na siłę wepchnął we mnie dwa palce i dopiero wtedy oderwał ode mnie usta. Wydałem z siebie przeraźliwy jęk i wbiłem głowę w poduszkę. Zastanawiałem się, czy obróci mnie na brzuch, ale nie zrobił tego. Zamiast zmieniania pozycji zwyczajnie uniósł moje nogi i położył je sobie na ramionach. Dłonie położył mi na biodrach i nagle, z zaskoczenia, zaczął we mnie wchodzić. Czułem rozrywający ból. Był tak silny, że jeszcze bardziej kręciło mi się w głowie i miałem mroczki przed oczami. Nie hamowałem już nawet jęków wychodzących z moich ust, a jego to tylko dodatkowo podniecało. Coraz bardziej przyspieszał. Nie myślałem już o strachu, o rodzicach ani nawet o tym, że się nie zabezpieczyliśmy. Byłem senny. Ale postanowiłem pozwolić, by skończył. 
— Alan — wyrzuciłem z siebie dość głośno. — Pospiesz się, kurwa, nie wytrzymam...
               Dopiero po chwili zorientowałem się, że mógł zrozumieć to opacznie. Zapewne zinterpretował to tak, jakbym chciał już dojść. A mnie zwyczajnie ból zwalał z nóg. Chłopak uśmiechnął się kącikiem ust. Widziałem, jak krople potu spływają po jego czole. Musiałem być wyjątkowo ciasny. 
               Koniec był naprawdę przyjemny. Zdaje się nawet, że doszedłem. Oddychałem ciężko, a on całował moje wystające obojczyki. Przeczesałem palcami jego włosy.
— Poprzedni raz chyba nie był taki bolesny... — wysapałem.
— To to nie był twój pierwszy? — zapytał, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.
— Myślisz, że nie pamiętam? — spytałem ironicznie. — Dobra, nie pamiętam, ale wiem, że to ty mnie tu przyniosłeś dzisiaj w nocy, no i bolał mnie tyłek i biodra. Nie oszukasz mnie, serio.
— Wiesz, że po prostu wypierdoliłeś się dupą na kamień? 

8.1.15

"Zalatuje gejozą".

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi.
               


Gomen, miałam to wrzucić wczoraj, ale net mi wysiadł. Tak czy siak już jest. Btw., czelendż dla czytelników. Pamiętacie, jak chcieliście ode mnie pornola? Mam pewien plan na to, chociaż podejrzewam, że nie do końca taki, jaki byście chcieli, aczkolwiek jest i będzie niedługo wcielony w życie. Poważnie. Na czym ów czelendż ma polegać? Potrzebuję od minimum trzech osób krótkie bądź długie video czy też nagranie (nie trzeba pokazywać twarzy, można zmienić głos, szanuję Waszą anonimowość) i powiedzieć w nim coś na temat Snays i autorów tego bloga. Generalnie to mogą być nawet trzy krótkie zdania. Macie dowolność. Inaczej pornola nie będzie, heheheheh. >:D Nie pytajcie, po co mi to, bo nie wiem.
PS Otwarta domówka, zapraszam na moją 18-stkę w walę tynki. Seriously. Macie ode mnie zaproszenie, chociaż podobno mam się zmieścić w 20 osobach (le Lis zaprasza tylko bliskich przyjaciół, na liście już 35 osób, a on się zmieścić nie może, więc jebać limity, i tak się nie uda).
___________________________________


               Czy... Czy lubię ranić ludzi? Zawsze zdawałem sobie sprawę z mojej upartości, egoizmu w czystej postaci czy uważania samego siebie za pępek świata, ale... czyżbym faktycznie ranił ludzi? Nigdy w życiu nie przyszło mi nawet na myśl, by postawić sobie tego typu pytanie, bo niby czemu miałbym? Nawet, jeśli to robiłem, nie obchodziło mnie to. Zawsze sądziłem, że jeśli takie zachowania przychodzą podświadomie, nie są bez przyczyny. Tylko dlaczego, do cholery, tym razem mnie to zabolało?
               Powiedział, że niby mi coś udowodni, pokaże, uświadomi, jednak po otrzymaniu takiej odpowiedzi na pytanie o ranieniu innych puścił moje ramię, spojrzał niepewnie i wyszedł, trzaskając drzwiami tak mocno, że omal nie wypadły z framugi. Wiele razy w moim życiu kłóciłem się z kimś, czasem wygrywałem, czasem - przegrywałem. Godziłem się z porażką, miałem satysfakcję z wygranej, lecz te emocje nigdy nie były na tyle duże, bym zastanawiał się jeszcze nad nimi po godzinie czy dwóch. Ta kłótnia natomiast siedziała mi w pamięci przez cały dzień i obawiałem się, iż na tym się nie skończy.
               Kiedy stwierdziłem, że choć trochę ochłonąłem, wyszedłem na dwór, by przywitać się z Reirą, jej rodzicami oraz całą resztą przybyłych. Obserwowałem uważnie zachowania trójki mężczyzn. Ku mojemu zdziwieniu Alan miał całkowitą rację. Razem przygotowali mięso i zaczęli je smażyć, klepiąc się nawzajem po ramionach i śmiejąc głośno. Kobiety robiły szaszłyki z warzyw i przynosiły alkohol. Miałem już podejść do Reiry, by się przywitać, gdy nagle...
— Siemasz, Gabriel, gdzie Alan? — Usłyszałem nagle tuż za sobą. Obróciwszy się na pięcie ujrzałem nikogo innego jak pana Rinna, ojca Alana. W zasadzie totalnie nie miałem pojęcia, co powinienem mu powiedzieć.
— Hm, nie wiem, wyszedł chwilę przede mną — odpowiedziałem ciesząc się, że udało mi się znaleźć odpowiedź, która nie będzie musiała mijać się z prawdą.
— O co poszło? — zapytał, unosząc brwi.
— T-to jest... Nie wiem do końca, co ma pan na myśli — wybełkotałem, nerwowo poprawiając sobie włosy.
— Nie miej mnie za naiwnego — syknął.
— Prze-przepraszam — wyjąkałem ze wstydem.
— Tak czy inaczej Alan nie zwykł do zwiewania z darmowego jedzenia, więc musiałeś go nieźle wkurzyć — zaczął. Kurwa, dlaczego był taki bezpośredni? — Proszę, idź go poszukać, nie chcemy zaczynać bez niego.
               Zamiast wcisnąć mu jakiś kit, że mam coś do roboty, bezmyślnie potaknąłem głową i ruszyłem w stronę miasta. Cóż, chyba nie ukrywał się w środku ciemnego lasu, kiedy słońce dawno już zaszło, no nie? Gdzie bym się schował, gdybym był Alanem... No właśnie, gdzie?
               Wtedy doszło do mnie, że właściwie nic o nim nie wiem. Jego miłość do sportu była tylko moim domysłem. Nie miałem pojęcia, czym się interesuje, czy umie gotować, jaką ma grupę krwi, czy jest prawiczkiem, być może ma nawet dziewczynę i... Nie, akurat dziewczyny nie mógł mieć. Nie sądziłem, że jest osobą, która będąc w związku rzuca się z łapami na kogoś innego.
— A co, jeśli chciał spróbować czegoś nowego? — Zapytał mnie nagle głos w mojej głowie.
— Pojebało cię, nie jest takim kolesiem — wzdrygnąłem się.
— A czy nie pomyślałeś czasem przed chwilą, że kompletnie nic o nim nie wiesz? — spytał z ironią.
— Wypierdalaj z mojej głowy! — wściekłem się, motając się na środku piaskowej drogi, zwracając na siebie uwagę przechodniów.
               Kogo to obchodzi? Jeśli ma dziewczynę to nie moja sprawa. Kierowałem się właśnie do miasta, bo tam niosły mnie nogi i intuicja. A w zasadzie to nieopodal miasta. Znajdował się tam mały drewniany mostek, położony nad niewielkim bajorem utworzonym z podmakających przez ocean terenów. Zszedłem po schodach w dół małej doliny i byłem już prawie na miejscu. Intuicja mnie nie myliła.
— Ej, twój ojciec kazał mi cię znaleźć i wiesz, no — zacząłem, drapiąc się po głowie.
                Alan nie zwrócił na mnie większej uwagi. Stał na moście i opierał się łokciami o barierkę. Spoglądał w dół i palił końcówkę papierosa. Nie rzucił mi nawet krótkiego spojrzenia.
— Znalazłeś mnie, możesz już iść — odparł.
— Dobra — powiedziałem niezwłocznie i obróciłem się na pięcie, jednak po chwili coś zmusiło mnie do odwrotu. — Wiesz co, ten plan chyba nie wypali.
               Mimo że nie leciałem na facetów, Alan wyglądał całkiem seksownie w tej pozie, w świetle księżyca, nad wodą, po ciemku, z papierosem, oczymjadokurwyjasnejmyślę.
— Może raczyłbyś coś odpowiedzieć? — zapytałem ze zdenerwowaniem.
— Pocałuj mnie to pójdę — powiedział nagle.
— C-co ty, c-co? — wybełkotałem. — Skąd ci się w łepetynie rodzą w ogóle takie pomysły?
— Rób, co chcesz — odparł. — Poczekam.
               Wpatrywałem się w niego z totalnym zdziwieniem i nie mogłem pojąć, o co mu chodzi. Próbowałem zmieniać temat, zaciągnąć go na siłę, wszystko na nic. Nie odpowiadał, nie reagował. Czekał cierpliwie.
— A pierdol się! — wrzasnąłem na cały głos. — Nie myśl sobie, że będę spełniał twoje pierwsze lepsze zachcianki, żebyś wrócił do domu. Nie wiem jeszcze, co powiem twojemu ojcu, ale gówno mnie to obchodzi i możesz sobie stać tu nawet całą n...
                I wtedy to się stało. Znowu. Mimo że starałem się do tego więcej nie dopuścić. Miałem dość. Jedynym, co słyszałem, było bicie mojego serca. Widzieć nic nie widziałem, bo odruchowo zamknąłem oczy. Czułem... smak poziomek. I wcale mi się to nie podobało. Odepchnąłem go z całej siły.
— Kurwa mać, co ty odpierdalasz?! — krzyczałem.
— Powtórz ładnie tak, jak ci pokazałem i więcej nie będzie problemów — rzekł z totalnie obojętnym wyrazem twarzy. — Mój ojciec nie przepuści ci tak łatwo, jeśli mnie zgubisz. Chyba zauważyłeś, jakim jest człowiekiem.
— To jest, kurwa, szantaż... — zacząłem panikować.
— Tak — odpowiedział niezwłocznie. — A co? Masz z tym jakiś problem?
               Skorzystałem z jego nieuwagi i szybkim ruchem przyciągnąłem go do siebie, całując szybko, lecz namiętnie. Potem padłem na kolana i wychyliłem głowę za barierkę.
— Czekaj, mam odruch wymiotny — wysapałem, krztusząc się własną śliną i wywalając język na zewnątrz.
— Widzisz, jak chcesz, to potrafisz — zaśmiał się ironicznie.
— Taaa, gdybym w ogóle tego chciał — syknąłem z pogardą.
— Gdybyś nie chciał, poszedłbyś w ciul — kontynuował.
— Nie chciałem mieć kłopotów przez twojego ojca, sam powiedziałeś, że taki jest — wkurwiałem się.
— Wiesz jaki jest — mówił dalej. — Muchy by nie skrzywdził.
— Kurwa, zamknij pysk, ty...
               Tak czy inaczej wróciliśmy do obozu. W milczeniu i skrępowaniu, ale wróciliśmy. Nasi ojcowie patrzyli na nas z dziwną nadzieją w oczach. Niech się pierdolą. Choć może to słowo nie było odpowiednie w tym kontekście.
— Gabi! — krzyknęła Reira, kiedy tylko pojawiliśmy się na horyzoncie.
— "Gabi"? — zdziwił się Alan.
— Gabi, bo co? — powiedziała z udawaną obrazą. — Coś nie pasuje?
— Zalatuje gejozą — odparł niezwłocznie.
— Kurwa mać, to ty kaza... ty mi..., to ty zacz... — motałem się.
— Wszystko w porządku, Gabi? — zapytała dziewczyna, kładąc mi dłoń na policzku. Otworzyłem szeroko oczy i poczułem, jak cały płonę.
— Znowu masz zamiar przespać się z dopiero co poznanym facetem? — zapytał Alan.
— Kretyn — rzuciła z obrazą i odeszła.
— Odezwał się ten, który co chwilę proponuje mi seks — syknąłem cicho.
— Coś powiedział?

               Pieczone mięso było naprawdę pyszne, szczególnie dla nas, takich typowych miastowych burżujów, które twierdzą, że jedzenie produkuje się hurtowo w sklepach, dodaje chemii i wtedy jest najlepsze. Nie przypuszczałem, iż w taki sposób smakuje naturalne, niedoprawione dziwnymi śmieciami mięso. Szaszłyki były jeszcze lepsze. Reira powiedziała, że w tym mieście sprzedają świeżo zebrane plony, stąd ten wyśmienity smak. Zdawać się mogło, iż ognisko paliło się do samego rana, podczas gdy my piliśmy kolejne i kolejne puszki piwa. Ten stan niewiarygodnie mi się podobał, lecz w końcu stwierdziłem, że czas iść do łóżka. Niestety nie bardzo chciało mi się iść tam samemu. 

6.1.15

Nie ucieka się z pola walki.

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi.



               Starałem się hamować myśli zarówno o całej tej klątwie, jak również o swojej orientacji. Nie było istotne, czy jestem homoseksualny, czy biseksualny - to po prostu gryzło się z tym, co dotychczas stworzyłem. Byłem szanowanym w szkole kujonkiem. Kujonek gej zyskałby zupełnie inną reputację.
               Nazajutrz obudziliśmy się dość późno. Alan tak czy inaczej wstał przede mną i słyszałem już, że pichci coś dobrego na śniadanie, czy może raczej na obiad. Wszędzie unosił się swąd dymu papierosowego, dlatego szybko otworzyłem na oścież okno w sypialni na piętrze, nie wstając nawet z łóżka. Wychyliłem na zewnątrz głowę i znów spojrzałem w kierunku kręgu ułożonego z kamieni. Bałem się, że ktoś coś zauważy. Z tego, co mówił pan Alex, to właśnie ludzie, którzy przypadkowo się o tym dowiadywali, niszczyli całą sytuację. Bałem się.
               Ale w zasadzie to niby czego miałem się bać? Do niczego tak naprawdę nie doszło, no nie? Czułem się dziwnie, kiedy wracały wspomnienia o pocałunku, a co dopiero o wannie... Brr, jak mogłem zgodzić się na coś takiego? Postanowiłem wyprzeć się tych wydarzeń. Z obrzydzenia aż zabolał mnie brzuch. Podjąłem decyzję i wiedziałem, czego chcę. A romans z facetem na pewno do moich marzeń nie należał. 
               Ubrałem się tego dnia w dość wygodne ciuchy, nie zważając na elegancję. Plac z dwóch stron, a właściwie nawet z trzech otoczony był lasem. Nie miałem ochoty obdzierać sobie dobrych ubrań. W kierunku wschodnim biegła zaś droga "wyjściowa" z obozu. Prowadziła przez wzgórze tuż przy oceanie. Kilka mil stąd znajdowało się małe miasteczko, przez które jechałem, wracając z portu. Cisza tego miejsca naprawdę koiła moje nerwy, chociaż naprawdę ubolewałem nad tym, że nie jestem tutaj sam. Po chuj oni tu przyjechali. Miałem, kurwa, odpocząć. Cholera, wróć, moje nerwy były bardziej rozszarpane niż kiedykolwiek indziej.
               Zszedłem na dół do kuchni. Zająłem miejsce przy stole, na którym stała już kawa i jajecznica z bekonem. Nieopodal leżało też kilka jabłek i paczka papierosów.
— Widzę, że dzisiaj po amerykańsku jemy — odparłem.
— Ciekawy sposób masz na okazywanie wdzięczności — syknął, po czym usiadł naprzeciwko mnie.
               Odruchowo spojrzałem na jego twarz tak, jak kultura nakazuje patrzeć na twarz rozmówcy. Wtedy wróciły do mnie wszystkie wspomnienia. Mój wzrok zatrzymał się na moment na jego ustach. Kurwa, to obrzydliwe! Czemu mój mózg wysyłał do mnie tak dziwne sygnały?! W rezultacie pogrążyłem się w mojej jajecznicy, odsuwając na bok bekon. Był za blisko. Był za blisko niej. Może jajecznica czuła się skrępowana jego obecnością? Trzeba go odsunąć. Jak najdalej. Trzeba pomóc jajecznicy.
— Będziesz myć ten stół — powiedział z zażenowaniem. — Mogłeś powiedzieć, że nie lubisz mięsa.
               Nim się zorientowałem, bekon porozrzucany był po całym stole. Wyprostowałem się i zacząłem rozglądać się nerwowo.
— S-sory, zmarnowałem twoją pracę — wybełkotałem. — Dziwnie się dzisiaj czuję, to dlatego.
                Czułem na sobie jego wzrok. Wiedziałem, że jak gdyby nigdy nic popija sobie teraz kawkę i gapi się na mnie, penetrując mnie na wylot. Penetrując...?
— Tak czy inaczej zaraz wychodzimy — odparł. — Też dlatego śniadanie jest takie skąpe, jeśli śniadaniem można w ogóle nazwać posiłek o szóstej po południu.
               Spojrzałem na zegarek. Kurwa, miał rację! Nie miałem pojęcia, jakim cudem obudziłem się aż tak późno. Miałem w planach wstać najpóźniej o dziesiątej, ale... Cholibka? Tak czy siak atmosfera nad nami wciąż gęstniała i przybierała ciemne barwy. Bezmyślnie grzebałem widelcem w jajecznicy.
— Dokąd wychodzimy? — zapytałem, choć ton mojego głosu nie wskazywał na żaden pytajnik w tej wypowiedzi.
— Starsi chcą zrobić ognisko, przecież wiesz — odpowiedział, dopijając kawę. Kątem oka widziałem, że nawet nie ruszył posiłku. Zapalił papierosa i oparł się na krześle.
— Aaa... racja, zupełnie o tym zapomniałem — rzekłem, mając złe przeczucia co do tego. — Reira też przyjdzie?
— Czemu o nią pytasz? — spytał z wyczuwalnym zdenerwowaniem. — Pewnie przyjdzie ze swoimi starszymi. 
                Otworzyłem szeroko oczy, wpatrując się uważnie w swój talerz. Został na nim jeden kawałek bekonu. Tak, to zdecydowanie był pan Rinn, ojciec Alana. Jajkiem był mój ojciec. A tą niepozorną natką pietruszki musiał być w takim razie pan Ray. Poprzesuwałem jedzenie na stanowiska i zacząłem obmyślać strategię. Domyślałem się, jak reagują na siebie Rinn i Adrien, choć mogło to być nieco obrzydliwe, to byłem w stanie to jakoś zrozumieć. Wiedziałem też, co jest między Rinnem i Ray'em. Mimo wszystko są braćmi, choć dzieli ich przepaść, innymi słowy kłótnia o ukochaną osobę. Ogarniałem też mniej więcej stosunki Adriena i Ray'a, ta sprawa zapewne została zakończona na tym, że ojciec odszedł, martwiąc się jeszcze o uczucia tego faceta, a tamten postanowił obserwować go z daleka. Problem był jeden: jakie będą produkty reakcji w tej zupie, jeśli spotka się cała trójka? W DODATKU Z ŻONAMI I DZIEĆMI?! 
— Co ty tam mamroczesz? — zapytał nagle. Zauważyłem, że przyglądał mi się cały ten czas.
— Hehe, wiesz — zaśmiałem się sztucznie.
— Słyszałem imię "Ray" — powiedział. — Co znowu knujesz?
— He? Mówisz tak, jakbym był jakimś spiskowcem czy coś — warknąłem.
— Bardziej mi wyglądasz na autora mangi shoujo — syknął.
— M-m-mangi shoujo? Czemu akurat shoujo? — wkurzyłem się.
— Widzę ciebie z trzema laleczkami w ręce, bawiącego się w najlepsze i niemogącego się zdecydować, kogo wybierze główny bohater — odpowiedział, gestykulując rękami. 
— Wcale nie... — westchnąłem, oparłszy się łokciami o blat. — Oni dokonali już wyboru, po prostu boję się tego, jak dzisiaj na siebie zareagują.
— To dorośli ludzie, czego od nich oczekujesz? Że nagle wrócą im wspomnienia z przeszłości i zaczną płakać? — zapytał z wyrzutem. Wstał z krzesła, obszedł stół i stanął za mną. — Będą się zachowywać równie naturalnie, co zwykle. A ty?
— Ja? A dlaczego miałbym się nie zachowywać naturalnie? — zdziwiłem się. W głowie wciąż słyszałem poprzednią kwestię Alana. Czy naprawdę byli tak dojrzali, by zachować te sprawy dla siebie? Ciekaw byłem, czy Reira jest na tyle doinformowana, co my. 
— Nie o to pytam — odpowiedział. — Pytam, czy pan główny bohater już się zdecydował, kogo wybierze.
               Po chwili poczułem palący ból na swoim karku. Alan obsypywał moją szyję pocałunkami, a moja skóra płonęła po każdym kontakcie z nim. 
— Nie, daj spokój — wybełkotałem szybko i odepchnąłem go, gnając w kierunku drzwi wyjściowych. Już łapałem za klamkę, gdy nagle...
— Nie ucieka się z pola walki, to niedojrzałe — Usłyszałem tuż nad sobą. Zahamował drzwi ręką więc nie byłem w stanie ich ruszyć. Obróciłem się przodem do niego.
— Pola walki? — zapytałem, unosząc jedną brew. — Chcesz mnie zabić?
— Jeśli będzie to konieczne — odparł niezwłocznie. — Ale najpierw to. 
               Zatopił się namiętne w moich ustach. Wspomnienia znów wracały, tworząc mi totalny mętlik w głowie. Dlaczego? Dlaczego Alan nie mógł wyżywać się na kimś innym? Cholera, gdyby nasi tępi ojcowie nie wpadli na pomysł z listem, teraz siedziałbym sobie tutaj sam. Jebać wszystko. 
— Zostaw mnie — warknąłem, odpychając go od siebie. Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, chociaż jego twarz zwykle nie okazywała emocji. 
— Jesteś pewien, że właśnie tego chcesz? — spytał.
— Tak, a niby co właśnie powiedziałem? — zapytałem sarkastycznie.
— Już zmieniasz zdanie? — zadał pytanie. 
— A czy kiedykolwiek moje zdanie było, kurwa, inne?! — wrzasnąłem w końcu. 
               Kiedy zaczynałem czuć ulgę, bo Alan już zwracał się w drugą stronę, by mnie zostawić, w ostatniej chwili zrezygnował ze swoich działań, wzbudzając u mnie falę gniewu. Jednak jedno musiałem mu przyznać - był silniejszy.
— Przypomnę ci — zadeklarował, po czym rzucił się na mnie po raz kolejny.
               Po kilku namiętnych pocałunkach, które za wszelką cenę próbowałem przerwać, lecz mi nie wychodziło, wylądowaliśmy na podłodze. Alan przeniósł usta ponownie na mój kark, kiedy to ja darłem się wniebogłosy. Jedną ręką przytrzymywał mnie, bym nie mógł wstać, drugą zaś - rozpinał moją koszulę.
— Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?! — wrzasnąłem, przebierając nogami. Nie mogłem się uwolnić.
— Ja? — zapytał, unosząc jedną brew. Jego twarz znajdowała się tuż nad moją. — Co JA sobie wyobrażam? Naprawdę tak bardzo lubisz ranić ludzi?


______________________________________
Był sobie Lis i jego alter ego, Shiro Seiji. Żaden z nich nie miał żadnych talentów, więc Shiro został zmuszony do napisania kolejnego posta na blogu, coby chociaż czytelnicy się ucieszyli. Lis w tym czasie zapierdalał ze zrobieniem aranżacji utworu Krajewskiego na koncert szkolny. Codziennie wieczorem wracał na swoją ciasną stancję i pytał:
— I co, Shiro, napisałeś już posta na blogu?
— Lis, człowieku, zbieram się do tego, codziennie o tym myślę, w końcu ogarnę.
Ale następnego dnia sytuacja się powtarza.
— Shiro, kurwa, minęło już kilka dni od ostatniego, ludzie się upominają.
— No wiem, myślę o tym codziennie, mam już plan wydarzeń w głowie na kolejne 12 sezonów maniakalnego, spoko, serio. Wrzucę najpóźniej pojutrze. 
No ale kolejnego dnia znowu to samo, więc Lis wkurwiony wchodzi do pokoju, no ale Shiro siedzi jak ten debil na fejsie i się opierdala.
— Shiro, piszesz już coś?
— No mam tam dwa akapity, za godzinę się biorę i wrzucam.
No to Lis, że spoko, postanowił dać mu spokój. Następnego dnia wraca do chaty, wchodzi do pokoju i patrzy, że Shiro gówno zrobił i nie wrzucił żadnego posta. 
— Shiro, kurwa! Czemu nic nie napisałeś?!?!
— Nie wię ;-;


Tak gdyby ktoś był ciekawy, czemu mnie nie było. (y)

1.1.15

"Mój".

Dział: Tego się, kurwa, nie da skończyć.
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi. 



               I w sumie to zrobił, poniekąd. Nie przyciągnął mnie co prawda do siebie i nie pocałował tak, jak to sobie wyobrażałem, ale w najmniej spodziewanym momencie popchnął na ziemię i przytwierdził swoimi dużymi dłońmi do podłogi, hamując wszelkie moje ruchy. Jakby się głębiej zastanowić, te wielkie, męskie ręce dojrzałem zarówno u pana Rinna, jak również u pana Alexa. Seksapil jest, kurwa, genetyczny. 
— Chcesz, żebym cię przeleciał? — zapytał nagle, przeszywając mnie na wylot swoimi wężowymi oczami. A ja jak zwykle nie byłem zdolny kłamać. Jak zwykle.
— Chcę — odparłem krótko. Nie wiedziałem, że będzie aż tak mało zaskoczony. On, kurwa, ani trochę się nie zdziwił. Mógłby chociaż udawać. Ten jeden raz.
               Odsunął się ode mnie i usiadł mi okrakiem na biodrach, po czym jak gdyby nigdy nic zapalił papierosa, który stał się zamiast mnie centrum jego zainteresowania. Serio? Najpierw woli warzywa, teraz fajki? 
— Naprawdę jestem aż tak seksowny? — zapytał nagle, uśmiechając się zawadiacko do papierosa. Ohyda. — Ale muszę być zajebisty. 
— Jesteś pojebany — syknąłem cicho. — Co to ma być za podejście...
— Zaprzecz — nakazał nagle.
— Co? — spytałem zdezorientowany.
— Zaprzecz, gdy mówię, że jestem seksowny — powiedział stanowczo.
— No to powiedz, że jesteś seksowny, a ja wtedy zaprzeczę, ok? — zaproponowałem.
— Jestem seksowny — odparł triumfalnie.
— Nie jesteś seksowny — zaprzeczyłem.
— A więc lecisz na mój charakter? — spytał z uśmiechem. — Ale muszę być zajebisty.
— Już to powiedziałeś, pierdolony narcyzie... — westchnąłem cicho.
— Ok, zaprzecz, kiedy mówię, że jestem zajebisty — odrzekł.
— Dobra, to powiedz, że jesteś zajebisty, a ja zaprzeczę — zaproponowałem.
— Jestem zajebisty — wykrzyknął.
— Nie jesteś zajebisty — upewniłem go.
— ...w takim razie muszę mieć zajebistą dupę.
               W mojej głowie kształtowała się coraz to dokładniejsza definicja oraz cechy gatunkowe Carterów. Dopiero teraz uświadamiałem sobie, czym oni są. Rozkładałem to wszystko na części pierwsze i w sumie to nic nie łączyło się w logiczną całość. Carterowie byli, kurwa, pojebani. Nie potrafiłem ubrać tego inaczej w słowa. 
               Kiedy tak zastanawiałem się, kim jest Alan, nie zauważyłem, że wpatruje się we mnie tym swoim dziwnym wzrokiem, jakby był starym niewyżytym perwertem i patrzył na tanią kurewkę. 
— Czego chcesz? — zapytałem zduszonym głosem.
— Ostry seks, teraz, tutaj — powiedział szybko.
— Co będę z tego miał? — spytałem, kręcąc nosem.
— Zaszczyt — odparł, uśmiechając się szeroko. 
— Przekonuj mnie dalej... — stęknąłem.
— Mam ci zaoferować pieniądze? Nie mam zamiaru traktować cię jak dziwkę — warknął.
— To brzmiało prawie jak komplement — zastanowiłem się.
— Ruchamy się czy nie? — drążył temat.
— Odechciało mi się — jęknąłem.
               Alan podniósł jedną brew ze zniewagą, po czym westchnął głęboko, szepnął coś na kształt "jeszcze ci się zachce, to tylko ręka pomoże" i poszedł w ciul. A ja zalegałem na podłodze przed tego dupka i niekoniecznie miałem ochotę powstać.
— Alan? — zapytałem dość głośno, by upewnić się, czy jest w mieszkaniu. — Alaaaan?
               I wtedy, kurwa, łapie mnie coś za ramiona od tyłu i ciągnie przez całą chatę niczym w Paranormal Activity, kurwa, sam nie ogarniałem, co się dzieje. I wiele razy usiłowałem sobie przypomnieć, jak to się stało, ale jakoś nigdy nie mogłem do tego dojść - tak czy inaczej już chwilę później zalegaliśmy w położonej na piętrze sypialni. Siedziałem, a raczej zostałem posadzony przy drzwiach w taki sposób, by moje plecy hamowały je, kiedy ktoś zapragnąłby wejść do środka. Na moich kolanach, choć może raczej udach spoczywał Alan. Wiele osób całowałem, ale to było coś totalnie odjechanego. To nie było ani trochę chaotyczne, ale nadal spontaniczne. Tańczył językiem dookoła mojego, przez chwilę badał moje podniebienie, by nagle zacząć gryźć moje usta tak gwałtownie i porywczo, że naprawdę przeszła mi ochota na odpychanie go. Obawiałem się tego, iż jestem zbyt pasywny, dlatego zaczekałem na lepszy moment, by przejąć inicjatywę. Kiedy odsunął się na moment, by zaczerpnąć tchu, natarłem na niego z całej siły. Przesuwałem dłońmi po jego wystających obojczykach. Zdecydowanie były jednym z moich dziwnych fetyszy. Najpierw delikatnie kąsałem jego wargi, by sprawdzić, czy się podda. Zrobił to. Prawdopodobnie chciał sprawdzić, na jak wiele mnie stać. Wsunąłem język w jego usta i zacząłem przesuwać nimi po wewnętrznych częściach policzków. Alan smakował jak poziomki. To był ten smak, który pragnąłem zatrzymać na zawsze. 
               Ten jeden pocałunek oddzielony krótką przerwą na oddech trwał naprawdę nieziemsko długo. Choć nadal za krótko. Wyczuwałem kilkakrotnie moment, który zapowiadał zakończenie tańca języków i na siłę wydłużałem go - po prostu bałem się tego, co się stanie później. Jednak nadeszła w końcu chwila, w której przerwaliśmy. Alan odsunął się ode mnie powoli i zagryzł wargę, jakby chciał raz jeszcze upewnić się, że to na pewno mój smak. Zmrużonymi oczami wpatrywał się w moje. Wołał o więcej, wiedziałem to. Wiedziałem również, że robię to samo. Mimo to nie nalegał, nie narzucał się. Oparł się czołem o moje i delikatnie trącił swoim nosem mój. Zamknął oczy i złapał mnie za rękę. W porównaniu do moich fantazji, które tak usilnie hamowałem, mogło to się wydawać niczym. Bo czym przy gorącym seksie i pocałunkach mogło być zwykłe złapanie mojej dłoni? Okazało się być najbardziej intymnym, najbardziej satysfakcjonującym, najbardziej przyjemnym doznaniem, jakie kiedykolwiek przeżyłem. Ciepło, które mi oddawał i miłość, która przepływała z jego dłoni przez moją. Czułem to i byłem tego pewien. Trąciłem go nosem i zachichotałem cicho. Atmosfera nieco się rozluźniła, choć bałem się, że jebnie jakimś głupim tekstem. Carter zawsze pozostanie Carterem. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle powiadomił mnie o tym, że musi iść srać.
— Mój — szepnął.
               Otworzyłem gwałtownie oczy. Patrzył na mnie. Mogłem w końcu dokładniej przyjrzeć się tym długim, czarnym jak heban rzęsom. W nich też tkwiła cząstka tego uroku, który wzbudzał u mnie tak dziwne doznania.
— Jeśli kiedykolwiek odejdziesz... — zaczął — odetnę ci, kurwa, chuja.
               Uśmiechnąłem się nerwowo. Ten szantaż wbrew pozorom był naprawdę przerażający. Wzdrygnąłem się lekko, a on to zauważył. Wyszczerzył się w diabolicznym uśmiechu, a mnie przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
— Myślisz, żebym się zawahał? — zapytał.
— Gdybym był szczęśliwszy z kimś innym, to chyba musiałbyś się tym cieszyć, nie? — zapytałem cicho. — Podobno na tym miłość polega...
— Ze mną masz być, kurwa, szczęśliwy — warknął. — Nie ma innej opcji.
— Kiedy rozmawiasz ze mną w taki sposób, mam przed oczami przemoc w domu — powiedziałem, trzęsąc się lekko.
— Mmm — jęknął, oblizując usta. — Bondage?
— C-c-c-co, kurwa, nie, Alan, co — stęknąłem z przerażeniem. 
               Po chwili jeszcze raz przyparł do mnie, całując mnie namiętnie. Tym razem już nie tak męsko i zaborczo jak pod koniec poprzedniego. Delikatnie i z troską. Spokojnie. Utwierdzał mnie w przekonaniu, że powinienem czuć się u jego boku bezpiecznie. Chociaż już czułem gnające w naszą stronę problemy. Wiedziałem, że to piekło przyjdzie do nas. Klątwa wisząca nad rodami Carter i Bennett musiała się w końcu obudzić, wiedziałem to. Być może któregoś dnia Bóg ukarze mnie za te wszystkie grzeszki, każąc srać przed ludźmi na ulicy, żebym dowiedział się, do czego tak naprawdę służy dupa. Cóż. Alan był wężem i wodził mnie na pokuszenie swoimi poziomkowymi ustami. Nie mogłem się powstrzymać. To było lepsze niż dragi. Tak przynajmniej przypuszczałem, bo nigdy z dragami nie miałem do czynienia. 
— Gabriel, nie mogę przestać... — powiedział w końcu, opuszczając głowę na moje ramię. — Nie mogę, kurwa...
— Czego nie możesz?
               Pocałował mnie po raz kolejny i robił to, póki nie zabrakło mu tchu. Tym razem nie pozwolił mi oddychać i nawet samemu sobie odciął dopływ tlenu. Ten pocałunek był zdecydowanie najbardziej bolesnym i namiętnym pocałunkiem, jakiego doświadczyłem. Był brutalny i ekscytujący, chociaż krótki. Kiedy się odsunął, jego wzrok był smutny. Patrzył tak na mnie dłuższą chwilę, a ja bałem się odezwać. Ta atmosfera uspokajała mnie i wpędzała w dziwny stan. 
— Gabriel... — szepnął. — Wykąpmy się razem. Obiecuję, że nic ci nie zrobię. Obiecuję.
               Po dłuższym namyśle przystałem na jego propozycję, nakazując mu jednak, by w wannie była duża ilość piany. Czułem, że to jeszcze nie ten etap, by odsłaniać przed nim tyle ciała. Kiedy przygotowywał kąpiel, siedziałem na łóżku i opierałem się o parapet. Spoglądałem przez okno. Domki ustawione były w kręgu, w którego centrum znajdowały się kamienie również ułożone w okrąg. Następnego dnia chcieliśmy zrobić tam ognisko. Przerażał mnie fakt, że zbiorą się tam wszyscy... Nie wiedziałem, jak powinienem się zachowywać, będąc tam z Alanem. Postanowiłem więc obserwować zachowania naszych ojców oraz pana Ray'a, by wiedzieć też, w jaki sposób powinienem traktować Reirę. Czekało mnie nie lada zadanie. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak trudny będzie następny krok. 
               Z rozmyślań wyrwał mnie ciepły dotyk na ramionach. Chłopak objął mnie od tyłu i pocałował gdzieś w okolicach karku. Po chwili złapał mnie za rękę i zaprowadził do łazienki. 
— Rozbieraj się — nakazał.
— No nie rozbiorę się przy tobie, pierdolony kutafonie — warknąłem. 
— No to ja też nie powinienem rozbierać się przy tobie — syknął. — Ale wiem, odwróć się.
— Dobra — powiedziałem niezwłocznie i wykonałem jego polecenie. Ależ mnie korciło, by spojrzeć nań choć przez chwilę, kiedy słyszałem, jak zrzuca z siebie ubrania. Ale wygrałem z tym. Nie spojrzałem ani razu. 
— Teraz ty — rozkazał.
— I jak mam to, kurwa, zrobić, skoro masz z tej wanny widok na całą łazienkę? — spytałem ze zdenerwowaniem.
— Zamknę oczy — zaproponował.
— I myślisz, że ci w to uwierzę, ta? — syknąłem. — Masz się obrócić do ściany, ziom.
— Jak niby? — zdziwił się. — Jogi już nie uprawiam, a Kamasutry jeszcze nie.
— Gap się w ścianę, jebaku — nakazałem raz jeszcze. Tym razem nie dyskutował. W tempie ekspresowym pozbyłem się ubrań i jak poparzony wskoczyłem do wanny, wylewając sporą ilość na ziemię.
— Źle usiadłeś — powiedział z zażenowaniem. 
— No przecież siedzę naprzeciwko ciebie — odrzekłem.
— Miałeś siedzieć tutaj — odparł, wskazując na obszar między swoimi nogami. 
— K-K-KURWA, CO — wzdrygnąłem się.
— Chciałem ci umyć plecy — powiedział z uśmiechem.
— Ja już, kurwa, dobrze wiem, co chciałeś... — syknąłem.
— Postępuj z moimi wskazówkami — zaczął. — Inaczej wypuszczę wodę i zobaczę, co będę chciał zobaczyć.
               W trzy sekundy znalazłem się tam, gdzie kazał. Przyciągnął mnie bliżej siebie tak, że w rezultacie leżałem na jego torsie i opierałem się głową o jego kark. Przy okazji czułem na plecach, coś, czego jeszcze wolałbym nie czuć, jednak starałem się zignorować ten fakt. Chociaż przerażała mnie myśl, że w przyszłości może penetrować mnie coś tak przerośniętego. Makabra. 
               Alan przeczesywał palcami moje włosy i delikatnie przesuwał dłoń po moim brzuchu znajdującym się pod wodą. Oparłem się o niego swobodniej i wygiąłem głowę nieco w lewo, ułatwiając mu dostęp do swoich ust. Po raz kolejny pocałował mnie namiętnie, a ja bałem się przestać tak bardzo, jak on.