Showing posts with label przewoźnika. Show all posts
Showing posts with label przewoźnika. Show all posts

4.11.15

Słońce po deszczu

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 17
Gatunek: Yaoi.



                        Miesiącami wmawiałem sobie, że Carter to dupek. Uznałem tę relację za zwyczajną stratę czasu i postanowiłem żyć własnym życiem. Lecz niezależnie od pory dnia czy nocy, niezależnie od towarzystwa czy też miejsca, w jakim się wówczas znajdowałem, moje myśli w niekontrolowany sposób zbaczały na jego temat. Usilnie próbowałem to hamować, udawało mi się to coraz częściej, lecz nadal nie zawsze. Być może dlatego, iż podświadomie czułem, że Carter jest nieodłączną częścią mojego życia. Jednak z drugiej strony twierdziłem też, że tylko i wyłącznie ja jestem panem własnego losu. 
                         Czas w końcu zaczął lecieć nieco szybciej, takie przynajmniej było moje złudzenie. Nie musiałem też już czekać niecierpliwie na swoje urodziny, bo ten upragniony dzień nareszcie nadszedł. Następnego dnia pod osłoną nocy mogłem bezproblemowo nawiać i spróbować samodzielnie się utrzymać. Carter nie był mi potrzebny. Nosiłem jego książkę ze sobą tylko po to, by przy jakiejś okazji móc mu ją oddać. Nie chodziło o pretekst do spotkania się z nim, wręcz przeciwnie. Gdybym mógł coś zrobić, zrobiłbym wszystko, by więcej go nie spotkać. Jednak byłem człowiekiem uczciwym i nie przywłaszczałem sobie cudzych rzeczy. 
— Jesteś gotów na nowy etap w życiu? — zapytał Logan, kiedy siedzieliśmy już w jego mieszkaniu. Kupił na tę okazję kilka butelek whiskey. Zdziwił mnie ten fakt, bo sam nie miałem zamiaru wypić nawet połowy. Logan jednak mówił, że nie powinienem sobie żałować, skoro opijamy tyle okazji. — Więc życzę ci wszystkiego, co najlepsze. Dobrze wiesz, co sugeruję.
— Jasne — odparłem z uśmiechem i przybiłem z nim zdrowie. 
                         Dotychczas rzadko miałem do czynienia z alkoholem. Sama whiskey kojarzyła mi się głównie z Ryanem i sytuacją, kiedy to jego ojciec i mój dziadek tłumaczyli nam sprawę związaną z naszym przeznaczeniem. 
— Nie możesz mieć dzisiaj złego humoru — powiedział nagle Logan. — Pamiętaj, alkohol pogłębia stan, w jakim się znajdujesz. 
— Jasne... — wyjąkałem, dopijając drugą kolejkę.
                         Dolewał akurat trzecią, kiedy zaczęło mi się kręcić w głowie. Przez krótki moment nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. Uznałem wtedy, że trzeba zwolnić tempo, bo nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak zachowywać się po alkoholu. Widząc jednak pośpiech Logana, postanowiłem niczego nie hamować i nadal piłem w jego tempie. Tak długo, aż w końcu opadłem niemalże bezwładnie na jego ramię. Zaśmiał się głośno. Nie ukrywał tego, że sam całkiem mocno się upił. Lecz mimo tego dolewał dalej. 
— Spójrz, ile okazji do oblania — powiedział znowu. — Twoje urodziny. Twoja wyprowadzka. Twoja wolność. Twoja nowa droga życia. I twoje...
                         Zamilkł wtedy na moment. Alkohol uspokoił mnie do tego stopnia, że nie zważałem zbytnio uwagi na bodźce z zewnątrz. A jeśli już, śmieszyły mnie albo zupełnie nie obchodziły. Dlatego nie zareagowałem, gdy zaczął wsuwać dłoń pod moją koszulkę. Zdziwił mnie jedynie fakt, że Logan mógłby nie być heteroseksualny. Dotychczas nie brałem pod uwagę takiej opcji. W zasadzie niezbyt mnie kręcił, ale byłem tak pijany, że pozwoliłem mu się dotknąć. Po chwili musnął lekko ustami moją szyję, by po chwili wpić się w nią jak opętany. Śmiałem się cicho i pojękiwałem, kiedy nadgryzał moją delikatną skórę. Siedzieliśmy wówczas na szerokiej sofce w salonie. Tuż za nami znajdował się niski stolik do kawy, na którym nie leżało nic poza telefonem Logana. Tym samym telefonem, za pomocą którego kontaktowałem się z Ryanem. Alkohol dał mi jakąś złudną siłę, przez którą uznałem, że pilnie potrzebuję spojrzeć raz jeszcze na tę wymianę zdań z Carterem. Poczułem, iż tym razem zniosę to bez żadnego problemu. W momencie, gdy Logan zajmował się nadal moją szyją i nie miał raczej zamiaru szybko przestać, dobrałem się do jego telefonu. Grzebałem w wysłanych wiadomościach, ale nie mogłem znaleźć. Dopiero po chwili zorientowałem się, że Logan nie zapisał numeru Cartera. Wśród tych niezapisanych numerów, Logan korespondował z dwoma osobami. Tak bardzo kręciło mi się w głowie, że widziałem dobrze cyferek. Mimo swojej uczciwości zmuszony byłem sprawdzić obydwa. Sprawdziłem drugi od góry i przeczytałem raz jeszcze:

Cześć Ryan, tu Joe. Przepraszam za brak kontaktu, ale kontrolują mnie chipami jakimiś i podsłuchami. Tęsknię za Tobą jak cholera. Chce stąd uciec, ale jeszcze nie mogę. Postanowiłem nawiać w urodziny, więc zobaczymy się w marcu. Oczywiście, jeśli nikogo do tej pory nie znajdziesz. Moje urodziny możemy spędzić tak jak Twoje, ale z nieco innym zakończeniem, takim bardziej szczęśliwym.

Cześć Joe. Minęło trochę czasu, nie wiem jeszcze, jak to będzie. Myślę, że rozumiesz, co mam na myśli. Dobrze wiesz przecież, jaki jestem. Niczego nie obiecuję, spotykam się z kimś aktualnie. Napisałeś trochę za późno.


                        Mimo wszystko poczułem się dziwnie. Nie, poczułem się chujowo, źle, tragicznie i czułem jak oczy zachodzą mi łzami. Porzucenie myśli o pięknej przyszłości z Carterem nie należało do prostych. Wyszedłem z tych wiadomości, lecz zaraz po tym odruchowo otworzyłem też rozmowę z drugim nieznanym numerem. Moim oczom ukazało się coś naprawdę dziwnego. 


Cześć Ryan, tu Joe. Przepraszam za brak kontaktu, ale kontrolują mnie chipami jakimiś i podsłuchami. Tęsknię za Tobą jak cholera. Chce stąd uciec, ale jeszcze nie mogę. Postanowiłem nawiać w urodziny, więc zobaczymy się w marcu. Oczywiście, jeśli nikogo do tej pory nie znajdziesz. Moje urodziny możemy spędzić tak jak Twoje, ale z nieco innym zakończeniem, takim bardziej szczęśliwym.

Cześć Joe. Czekam cierpliwie, musisz być silny, bo masz dokąd wracać. Pamiętaj, że jesteś dla mnie ważny.  

Cześć Ryan. Wiesz, chyba nieco zmieniłem zdanie. Poznałem kogoś. Myślę, że tak będzie lepiej. Przepraszam, że nagle mówię coś innego, ale ta osoba kompletnie przewróciła mi w głowie. Nie pisz do mnie więcej.

                         Momentalnie odepchnąłem od siebie Logana, rzucając w niego jego telefonem. Nie trafiłem, rozbił się gdzieś na podłodze. Chciałem coś powiedzieć, jednak nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa. Kiedy zobaczył, co się stało, zrozumiał, co właśnie przeczytałem. Zacząłem płakać, szlochać, dusić się. Przez ostatnie kilka miesięcy walczyłem z samym sobą, by dać sobie spokój z Ryanem. A on przez cały ten czas mnie kochał. Byłem dla niego ważny. Logan próbował mnie uspokoić, ale bez skutku. Odepchnąłem go z całej siły i wybiegłem na zewnątrz, nie zważając na swój stan ani późną godzinę.
                         Wiedziałem, że nie mam wiele czasu. Cynthia mogła tu być lada chwila, gdyż dzięki swoim dziwnym urządzeniom naprowadzającym była w stanie znaleźć mnie wszędzie. Ale teraz nie miałem już niczego do stracenia. Biegłem przed siebie, wywracając się kilka razy po drodze. Ujrzałem wtedy budkę telefoniczną. Nie zabrałem portfela z domu Logana, lecz miałem przy sobie trochę pieniędzy. Szybko wybrałem numer Cartera. Odebrał niespodziewanie szybko.
— Słucham? — Usłyszałem po drugiej stronie słuchawki. Nogi miałem jak z waty i pragnąłem roztopić się rozgrzany tonem jego głosu. Ale nie miałem wiele czasu.
— R-Ryan... — wyjąkałem. — J-ja właśnie znalazłem to, co do mnie napisałeś... To tamto nie było do ciebie, nie ja to napisałem, j-ja... Nie wiem dlaczego on to zrobił, przecież to niemożliwe, żebym cię nie chciał, Ryan, proszę cię, uwierz mi, bo...
— Zamknij się, Joe — powiedział stanowczo. — Wiem, że te wiadomości nie były od ciebie.
— S-skąd? — zapytałem zdziwiony. 
— Ktoś napisał "kompletnie" zamiast "totalnie" — odparł. — Jesteś pijany, Joe. Gdzie się dokładnie znajdujesz?
                         Rozejrzałem się wokół. Znalezienie nazwy ulicy było dość trudne, jednak zdołałem to zrobić. Jednak chwilę po tym telefon się urwał, a ja nie miałem przy sobie więcej pieniędzy. Stanąłem jak wryty. Całe moje życie poszło się jebać w jednym momencie. Musiałem szybko podjąć jakąś decyzję, ale nie miałem pojęcia, dokąd mogę pójść. Wiedziałem już, że nie ucieknę, bo Cynthia będzie podejrzliwa i zacznie kontrolować mnie jeszcze bardziej. Tą myślą jedynie wywołałem wilka z lasu. 
                         Zobaczyłem jej samochód. Zatrzymała się w pobliżu, w miejscu, które raczej nie służyło do parkowania. Szła w moją stronę. Stałem w bezruchu, czując, jak ogarnia mnie uczucie totalnej bezradności. Było mi zimno, byłem nietrzeźwy, nie miałem pieniędzy i nie chciało mi się nawet zapinać koszuli. Stałem i śmiałem się sam z siebie. 
— Chcesz mi coś powiedzieć? — zapytała Cynthia. 
                         Spojrzałem w niebo. Nie było na nim ani jednej gwiazdy. Pewnie przez ten syf, w jakim obracała się cała Szkocja. 
— Jesteś nieodpowiedzialnym gówniarzem — syknęła. — Dziwne, że ojciec się tak stara. Gdybyś był moim dzieckiem, już dawno dałabym sobie spokój i wyrzuciła cię gdzieś na drugim końcu świata. 
— Ty to masz zdolności wychowawcze — zaśmiałem się. Nie miałem już siły, by płakać. 
                        Niektórzy ludzie twierdzą, że moment śmierci jest niezwykle przyjemny. Dlatego też przyszło mi na myśl, iż mogę umierać. Poczułem niesamowicie rozkoszny zapach. Poznałbym go wszędzie. Woda toaletowa Prady. Wtedy nagle Cynthia cofnęła się. Wytrzeszczyłem oczy. Nie mogłem uwierzyć, lecz kusiło, by to sprawdzić. Powoli obróciłem się na pięcie, po czym gwałtownie opadłem na kolana.
— N-nie... — wyjąkałem, znów szlochając. — Boję się, że... znów się obudzę... i znowu znikniesz...
                         Wyciągnął do mnie dłoń. Zastanawiając się przez dłuższą chwilę złapałem ją i zorientowałem się, że to nie sen. Ryan Carter stał u mojego boku i miał zamiar zabrać mnie z tego piekła. 
— Chodź do samochodu — nakazał.
— Zaczekaj — poprosiłem. — Możesz mnie najpierw... pocałować?
                         Uśmiechnął się lekko kącikiem ust, jednak po chwili spełnił moją prośbę. Tęsknota i cierpienie spłynęły we mnie w jednym zaborczym, ostrym pocałunku. Czułem, że szczęście do mnie wraca. 
                         Wstąpiliśmy jeszcze do Logana, by zabrać resztę moich rzeczy. Wydawał się być nieźle wystraszony, kiedy wszedłem tam z Ryanem. Nie wymienili nawet spojrzenia. Wziąłem torbę i opuściłem jego mieszkanie. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, wyjąłem książkę kucharską i z uśmiechem oddałem ją Ryanowi. Chyba zapomniał, że mi ją pożyczył. Przewertował kilka stron, a ja wyszedłem na chwilę na zewnątrz, bo zrobiło mi się niedobrze. Nieudolnie wymusiłem wymioty i wróciłem do środka. Ryan siedział pochylony nad książką. Przysunąłem się do niego nieco bliżej i... otarłem łzę spływającą po jego policzku. Dopiero wtedy zorientowałem się, że czyta list, który się w tej książce znajdował. List przyszłego samobójcy. 



                    Od tego czasu nie mieliśmy już żadnych problemów. Jedyną sytuacją, która sprawiła nam ogromny żal, była śmierć Margo, jednej z bliźniaczek. Najbardziej załamana jednak była jej siostra, Rita, a przez to załamał się także Spooky, który przez ostatnie pół roku zdążył się z nią wyjątkowo nieźle dogadać. Ojciec nie kontaktował się ze mną przez długi czas. Odezwał się dopiero po kilku latach. Przepisał na mnie firmę, gdy okazało się, że mam dziecko. W takiej sytuacji nie chciał zostawiać wnuka samego, nawet, jeśli znienawidził swojego jedynego syna. Matka przez długi czas rozważała odejście od ojca ze względu na to, co mi zrobił, jednak odradziłem jej to. Dobrze wiedziałem, jak bardzo jest z nim związana. Miałem również nadzieję, że ojciec postara się naprawić ten związek. Nie łudziłem się, iż ją pokocha, bowiem wyszło na jaw, że jest jednak zakochany w ojcu Ryana, ale dusi to w sobie. Ja i Ryan nie mogliśmy się sobą nacieszyć. Po tak długim deszczu nareszcie wyszło dla nas słońce.





K O N I E C
______________________________________________________________
Badum
mam nadzieję, że czytało się niemiło. ale wiecie, połówka wódki czy dwie i gwarantuję, że nazwiecie ten sezon epopeją narodową. czekam na wszelkie reakcje z Waszej strony.

Żyć albo umrzeć

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 16
Gatunek: Yaoi.



                         Przypomniałem sobie wówczas czas, w którym nie odczuwałem bólu. Cierpienie pojawia się w końcu dopiero wtedy, gdy mamy do czynienia ze stratą czegoś ważnego. Kiedyś drażniła mnie jedynie pustka, na której wypełnienie nie miałem pomysłu. W momencie, kiedy poznałem Ryana, poczułem, że nareszcie mogę zacząć wieść szczęśliwy żywot, mając u boku kogoś bliskiego na inny sposób niż Spooky. Lecz później odebrano mi miłość, a przynajmniej tak mi się wydawało. Dopiero po głębszej analizie problemu uświadomiłem sobie, iż nadal jestem w jej posiadaniu, ale na mojej drodze pojawiły się pewne przeszkody, które musiałem pokonać. Odszukanie odpowiedniego rozwiązania zajęło mi sporo czasu, aczkolwiek w końcu znalazłem receptę, wzór na to, jak żyć. I wtedy nagle okazało się, że ta miłość już mnie nie potrzebuje. Wystarczył krótki moment, w którym zniknąłem, bym dowiedział się, jak bardzo naiwny, idealistyczny i frajerski byłem dotychczas.  
                         Cierpienie nie dawało mi spokoju. Nachodziły mnie dziwne lęki, których nie potrafiłem sprecyzować ni zdefiniować. Wszyscy zdawali się być przeciwko mnie, nikt nie potrafił zrozumieć, a mi nawet nie chciało się o tym opowiadać. Byłem rozdrażniony i najmniejszy, nawet do końca nieświadomy atak w moją stronę, rozbijał mnie na kawałki. Bałem się wychodzić na zajęcia, gdyż nawet nic nieznacząca sugestia nauczyciela wyrażająca jego dezaprobatę moim zachowaniem mogła doprowadzić mnie do stanu istnego przerażenia. Kotłowało się we mnie, lecz nie była to agresja, złość ani wściekłość. Nie byłem w stanie dokładnie tego opisać. Miało to coś wspólnego z lękiem i poczuciem kompletnej bezradności. Przyprawiała to także nutka braku motywacji. Wszystko to popychało mnie do kolejnej próby samobójczej, choć nawet na udaną śmierć nie posiadałem nadziei. Bo nie chciałem już w nic wierzyć. Ani w śmierć, ani w życie, ani w jakikolwiek kiedykolwiek poważny związek pełen miłości. Nie miałem ochoty nawet o tym myśleć. Uznałem, że lepiej zaprzestać szukania drugiej połówki, gdyż wiedziałem, iż drugi raz nie przejdę tego stanu. Mimo wszystko myślałem o przyszłości, co tylko uświadomiło mi, że widzę blask światełka w tunelu. Tunel był jednak wyjątkowo długi, a światło oddalało się ode mnie zamiast zbliżać. Nie miałem siły biec w jego kierunku. 
                              Coraz gorzej sypiałem. W zasadzie do krainy Morfeusza trafiałem dość szybko, prawdopodobnie przez przemęczenie zajęciami i nauką, ale budziłem się w środku nocy i nie byłem w stanie już potem zasnąć. Dużo płakałem. Logan ofiarował mi swoje ramię, które chłonęło łzy i dawało mi jakiś rodzaj wsparcia. Mimo wszystko wiedziałem, że nikomu nie zaufam tak jak Spooky'emu. Nie potrzebowałem drugiego przyjaciela, bo prawdziwy był tylko jeden. Takich więzi nie można było nawet próbować powielać. Tak czy inaczej starałem się choć trochę docenić wysiłek Logana. Przychodził do mnie prawie codziennie, zapewniał Cynthię, że wszystko jest w porządku, trzymał mnie, kiedy nie mogłem zapanować nad drgawkami. Nie mówił zbyt wiele, ale wspólne milczenie w jakiś sposób też pomagało. 
                              Całkowicie zrezygnowałem z jakiegokolwiek kontaktu z Carterem. Nie chciałem dobijać się jeszcze bardziej. Logan pomógł mi poszukać taniej lokacji i przygotowywałem się do ucieczki, odkładając pieniądze na zaś. Znalazłem też kilka ciekawych ofert pracy. Wystarczyło już tylko czekać na upragnione urodziny, które zbliżały się wielkimi krokami. W głębi duszy sądziłem, że nie dam rady. Wydawało mi się, iż mój stan nie pozwoli mi żyć normalnie, a już tym bardziej pracować na własne utrzymanie. Nadal byłem rozdrażniony i łatwo można było wykorzystać moją wrażliwość. Myślałem, że nie podołam i życie stanie się dla mnie zbyt ciężkie do udźwignięcia. Bałem się, ale to wyjście nadal było bardziej odpowiednie niż opcja życia w tym syfie. 
                         Chyba nie byłem wystarczająco dobry. Może dlatego Ryan znalazł sobie kogoś innego. Bo co mogłem mu zaoferować? Mężczyzna skończył dwadzieścia siedem lat, musiał przecież układać sobie powoli życie. Albo chociaż żyć jego pełnią i zaspakajać swoje fizyczne potrzeby. A mnie nie było obok. Kurwa, mógłby nawet traktować mnie wyłącznie jak pojemnik na spermę. Czy ten kretyn naprawdę skrajnie nie rozumiał tego, jak bardzo był mi potrzebny? Mógł mieć przecież kogoś na boku, nie miałbym nic przeciwko, mógłby traktować mnie jak śmiecia, ale dlaczego... Dlaczego mnie zostawił?
                         Po moim policzku spłynęła słona łza. Logan dostrzegł ją i szybko otarł, jak gdyby chciał, żebym szybko zapomniał o bólu. Przytulił mnie. Byłem wycieńczony psychicznie. Wtuliłem się w kołnierz jego koszuli i zmrużyłem oczy, ciężko oddychając. Nie zauważyłem, kiedy zasnąłem. 
                         Obudziłem się dopiero późnym popołudniem. Logan leżał nadal obok mnie na moim łóżku. Zaczynałem odczuwać w nim coraz większe wsparcie, gdyż sam fakt, że spędzał ze mną tyle czasu, próbując mnie podbudować, pomagał mi. Przez chwilę poczułem dziwną euforię, bo przyszła mi do głowy myśl, że od teraz będę lepszy i silniejszy, i nikt mi nie będzie mówił, że robię coś nie tak. Zrozumiałem, iż nie potrzebuję Cartera, bo jestem doskonały. Mógłbym przecież bez problemu dać sobie radę bez niego. Przecież znajdzie się następny facet, który zajmie jego miejsce. Przecież nie wierzę w przeznaczenie. Przecież poznanie go było zwyczajnym, głupim przypadkiem, z którego powinienem wyciągnąć wnioski i doświadczenie życiowe na przyszłość. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Chciałem powiedzieć o tym Loganowi, lecz nadal spał. Zamknąłem więc oczy i spróbowałem zasnąć raz jeszcze, ale po kilkugodzinnej drzemce byłem zbyt wyspany, by móc to uczynić. 
                         Kiedy Logan się obudził, przeczesał mi delikatnie włosy sprawdzając, czy śpię. Zaśmiałem się głośno. Czasem zachowywał się jak dzieciak. Zapytał mnie, czy wiem już jak spędzić swoje urodziny. W zasadzie kompletnie wypadło mi to z głowy. Ten termin kojarzył mi się jedynie z ucieczką. Nie wpadłem na to, że tego rodzaju święta się obchodzi. Logan zaproponował, że możemy się wtedy razem napić u niego. Była to niezła opcja, bo składająca mi życzenia Cynthia nie należała do cudownych wyobrażeń. 
                          Mijały kolejne tygodnie. Miewałem dziwne huśtawki nastrojów - raz na wozie, raz w nawozie. Momentami wszystko było mi obojętne, wszelkie krzywdy świata. Czasem czułem się niezmiernie szczęśliwy bez żadnego powodu, a czasami wpadałem w dołek psychiczny bez konkretnego powodu, nieporuszony żadnym bodźcem ze świata zewnętrznego. Wydawało mi się, że coś jest nie tak z moim ciałem, lecz wmawiałem sobie swoją doskonałość. Musiałem dać radę, bo z tej gry wyjścia były tylko dwa. Żyć lub umrzeć. 



31.10.15

Melodyjne polskie "kurwa"

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 15
Gatunek: Yaoi.



— Za moich czasów — mówił — to zdrowi ludzie w psychiatrykach siedzieli, a chorzy latali do Australii po zaginione dzieci. I się kochankowie nawet kilka lat nie widzieli, totalnie. I nie zabijali się z tak błahych powodów, tylko robili wszystko, żeby się znów spotkać.
— Ale czy z tej sytuacji jest inne wyjście niż śmierć lub życie w boleściach? — zapytałem.
                         Znajdowałem się wówczas w dziwnym miejscu. Śmierdziało tam ludźmi, choć sami ludzie zwykli nie czuć swojego zapachu. Nie miałem pojęcia, jak się tam znalazłem i dlaczego przeżyłem.
— No — odparł. — Za pół roku będziesz dorosły, sam sobie wybierzesz szkołę i przestaniesz spełniać aspiracje ojca. Uciekniesz od tej grubej baby i zaczniesz samodzielnie układać sobie życie. Bo na razie to masz je w garści. Ale niekoniecznie swojej. 
— Kurde, faktycznie, że też na to nie wpadłem! — wykrzyknąłem triumfalnie. Ludzie lubili mnie uświadamiać, jak bardzo jestem głupi.
— Także wracaj, skąd przybyłeś — zaproponował.
— W sensie...? — spytałem, przerywając w połowie, gdyż obraz przed moimi oczyma stał się nieco zamglony i mglił się coraz bardziej, aż w końcu tajemnicza postać zniknęła mi z pola widzenia. 
                         I nagle wszystko stało się białe. Białe, ale mimo tego brudne i śmierdzące chemią oraz fekaliami. Była to doprawdy dziwna mieszanka, bo nie znałem nikogo, kto by mieszał płyn do naczyń z gównem. Obok mnie stał jakiś stary magnetofon chyba, z którego wydobywały się rytmiczne nuty dubstepu, choć pojedyncze i w zmiennym nieco tempie. Ponadto obudziłem się nie w swoim łóżku, co zwiastowało coś bardzo niedobrego, gdyż łóżko to nie należało do Cartera. Jednak było jednoosobowe. Przez chwilę nie mogłem pojąć, co się wokół odwala, ale potem zobaczyłem igłę wbitą w moją rękę. W zasadzie początkowo zdawało mi się, że trafiłem na niezłą imprezę i wytrwałem do końca, a dopiero potem zorientowałem się, że igła jest kroplówką, muzyka biciem mojego serca, obce łóżko łóżkiem szpitalnym, a chemia z fekaliami - chemią z fekaliami. 
                         Okazało się później, iż jakimś cudem przeżyłem próbę samobójczą. Cynthia załatwiła sprawę jakoś naokoło, by policja nie musiała interweniować. Nakazała mi nie mówić prawdy i sama ustaliła wersję. Polegała ona na tym, że zwyczajnie pomyliłem leki. Ojciec dorzucił do tego parę dolców i kłopot z głowy. Nie miałem nic przeciwko. Podziękowałem w duchu tajemniczemu jegomościowi, który ukazał mi się podczas śpiączki i postanowiłem zrealizować jego i mój w zasadzie plan. Musiałem wytrwać kilka miesięcy w torturach, by narodzić się na nowo. Póki co jednak starałem się siłą woli namówić mięśnie na koniec zwiotczenia. Był to efekt uboczny przedawkowania leków przeciwpadaczkowych, podobnie jak kilkudniowa śpiączka. 
                        Po krótkiej rehabilitacji wróciłem do domu. Choć w zasadzie było to miejsce zbyt obce memu sercu, by nazwać je "domem". Znalazłem się więc z powrotem w mieszkaniu, w którym chwilowo musiałem przebywać. Zastanawiałem się przez chwilę, jak zareagowałby Ryan i Spooky, gdybym rzeczywiście umarł. Postanowiłem jednak porzucić niepotrzebne analizy i zająć się czymkolwiek, co wypełni po brzegi mój wolny czas. Chciałem jak najszybciej mieć ten etap za sobą. Dlatego pragnąłem stać się wiecznie zajętym i zabieganym człowiekiem. W rezultacie pół roku minęłoby, nim bym się obejrzał. 
                          Kolejnego dnia z hamowaną świadomie niechęcią powróciłem do szkoły. Usiadłem w tym samym miejscu, z tą samą miną, z tym samym kolesiem, co zawsze. Miał na imię Logan i za każdym razem, gdy nauczyciel prosił go o wypowiedź, uświadamiałem sobie, jak daleko moje serce znajduje się od ciała. "Logan" było imieniem typowo szkockim, podczas gdy ja sam czułem wszędzie zapach Londynu. Lecz wiedziałem, że to ten sam zapach, który czuje wygłodzony człowiek na środku pustkowia, intuicyjnie węszący za zwierzyną. 
                         Sam Logan mi nie przeszkadzał. Był to chłopak rok ode mnie starszy, też blondyn, ale podczas gdy moje włosy były cholernie jasne, z gołębią poświatą, jego wpadały w żółty, nieco niechlujny odcień. Jednak przywiązywał ogromną wagę do wyglądu, dlatego dzięki idealnemu ufryzowaniu nawet z gównem na głowie wyglądał porządnie. I mogłem przyznać, że ubiera się nieźle, choć sam nazywany byłem całe życie hipsterem, zważywszy na mój styl ubierania się. Gadało się z nim też całkiem ciekawie. Był pogodnym człowiekiem, który udzielał się w wolontariatach i propagował dobroć. Dobraliśmy się na zasadzie kontrastu chyba. 
                         Był moim jedynym kumplem w tej szkole. Resztę traktowałem jak znajome twarze, choć wielu z nich nazywało mnie swoim przyjacielem. Logan doskonale zdawał sobie sprawę z mojej sytuacji zawodowej. Ponadto widział, jak się męczę na kierunku, który kompletnie mnie nie interesuje. Zastanawiałem się czasem, czy powinien wiedzieć o bardziej intymnych rzeczach, bo tak zorientowany w świecie człowiek mógłby wpaść na jakiś genialny pomysł, ale trochę się bałem. Uważałem, że jeszcze nie czas. Homoseksualizm nadal odpychał ludzi heteroseksualnych. Prawdopodobnie jednym z powodów były te chore parady równości domagające się w rzeczywistości przywilejów, a nie równouprawnienia. Nie wiedziałem jeszcze jak jest tutaj, ale w Londynie zdawało się już to powoli zacierać. A o moim pobycie w Szkocji przypominała mi jedna, wyjątkowo ważna cecha mojego miasta rodzinnego, której temu krajowi brakowało. Marzyłem, by móc usłyszeć w końcu na ulicy melodyjne polskie "kurwa". 
                         Stopniowo zaczynałem zachowywać się normalnie, kiedy przebywałem w mieszkaniu. Musiałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, by Cynthia uznała, iż przyzwyczaiłem się do woli mojego ojca i zacząłem myśleć tak jak on. Rzygać mi się chciało na samą myśl, lecz była to część mojego planu. Miarowo wypełniałem swoją misję, bojąc się nagłych zrywów, które były zbyt ryzykowne. Wszystko było idealnie przemyślane i zaplanowane. Cynthia zaufała mi na tyle, że pozwalała mi na wyjścia do Logana raz na jakiś czas. Nie zrezygnowała jednak z podsłuchu w moim telefonie i chipów nakierowujących w różnych częściach mojej garderoby, książkach, torbie, dokumentach. Czułem się wiecznie obserwowany, ale miałem pewność, że do jednej części nie ma dostępu. Do moich myśli. 
                              Dni mijały, a ja coraz bardziej tęskniłem za Carterem. Zastanawiałem się, czy żyje, czy mnie szuka, czy może kogoś sobie znalazł. Czułem też coraz większą potrzebę wygadania się komuś, a od tego miałem tylko Logana. Nie wiedziałem tylko, w jaki sposób mu to przekazać, w dodatku tak, by podsłuchy Cynthii niczego nie wyłapały. Poza tym obawiałem się jego reakcji. Ale co mogłem stracić? W gorsze bagno już się wpakować nie mogłem, a tak czy siak w zamiarach miałem odejść ze szkoły już za kilka miesięcy. Czułem, że muszę mu powiedzieć. Chciałem jego rady.
                         Któregoś dnia mieliśmy jakiś kompletnie wolny wykład. Nauczyciel siedział za biurkiem i pracował na laptopie. W sali lekcyjnej słychać było ciche szmery, gdzieniegdzie szepty i śmiech. Skorzystałem z okazji i zabrałem Loganowi jeden z podręczników leżących na jego stronie stołu. Spojrzał z lekką dezorientacją, lecz uspokoił się, gdy zauważył, że bazgrzę do niego jakiś liścik na okładce.



Logan, muszę Ci o czymś powiedzieć, ale jak już mówiłem, ta kobieta zostawia mi podsłuchy w dziwnych miejscach, w sumie pomyślałem, że mogę Ci to napisać. Myślisz, że to bezpieczne?

Wątpię, żeby ktoś się zorientował. O co chodzi?

JESTEM GEJEM.

Chcesz mi coś zasugerować?

Kurwa, nie. Po prostu chcę Ci powiedzieć, że jestem gejem. Mówiłem Ci, że miałem w tej szkole wylądować później. Ale mnie z nim przyłapano. Ogólnie mam zamiar stąd spierdolić w swoje urodziny, ale jeszcze szmat czasu.

Better love story than Twilight

Nie denerwuj mnie. Nie mam nawet jak się z nim skontaktować przez te pieprzone kontrolowanie mnie. Znam, kurwa, jego numer na pamięć. I mimo to nie mogę tego wykorzystać.

Weź ten.




                        Przy ostatnim zdaniu dorysował strzałkę prowadzącą prosto do leżącego obok jego telefonu. W moim sercu zapalił się płomień nadziei. Spojrzałem na niego z szerokim uśmiechem, a oczy zaszkliły mi się od łez. Szybkim gwałtownym ruchem dłoni zabrałem jego telefon i wpisałem numer Cartera. Zwyczajnie, jako Carter. I wtedy zacząłem zastanawiać się, co mogę mu napisać po dwóch miesiącach niewidzenia się. Nie było to wbrew pozorom takie proste.



Cześć Ryan, tu Joe. Przepraszam za brak kontaktu, ale kontrolują mnie chipami jakimiś i podsłuchami. Tęsknię za Tobą jak cholera. Chce stąd uciec, ale jeszcze nie mogę. Postanowiłem nawiać w urodziny, więc zobaczymy się w marcu. Oczywiście, jeśli nikogo do tej pory nie znajdziesz. Moje urodziny możemy spędzić tak jak Twoje, ale z nieco innym zakończeniem, takim bardziej szczęśliwym. 


                         Kiedy zobaczyłem, że wiadomość została dostarczona, poczułem dziwne ciepło w sercu. Przypomniało mi się, jak to jest być szczęśliwym. Podziękowałem Loganowi, a on uśmiechnął się szeroko. Był naprawdę dobrym kumplem. Pogrążyłem się w marzeniach, udając, że siedzę z nosem w podręczniku. Po chwili jednak Logan szturchnął mnie lekko łokciem i podsunął mi telefon jeszcze raz. Ryan odpisał na moją wiadomość.


Cześć Joe. Minęło trochę czasu, nie wiem jeszcze, jak to będzie. Myślę, że rozumiesz, co mam na myśli. Dobrze wiesz przecież, jaki jestem. Niczego nie obiecuję, spotykam się z kimś aktualnie. Napisałeś trochę za późno. 


                         Poczułem jak moje ciało drętwieje, a ledwo rozpalony ogień w sercu gaśnie, pozostawiając po sobie wielką kupę popiołu, z którego już nic się nie narodzi. Nawet jeden atak nożem może zabić, jeśli wymierzysz go z odpowiednią siłą w określony punkt. 



 

29.10.15

Sfera moich marzeń

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 14
Gatunek: Yaoi.



                         Życie z Cynthią było okropne. Straciłem chęci do wszystkiego, nawet do życia, lecz nie mogłem tego okazywać. Ta kobieta krzyczała, cały czas krzyczała, w dodatku z byle powodu. Minął zaledwie tydzień od mojego pobytu w Szkocji, a mimo to każda noc była kompletnie przepłakana. Kurczowo trzymałem się rogu poduszki wyobrażając sobie, że trzymam za rękę Ryana. Nigdy wcześniej nie odczuwałem tak przeraźliwego bólu. Ponadto czułem, że nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć ani mi pomóc. Każdego ranka budziłem się po najgorszym koszmarze, jaki mógł mi się przyśnić. Co noc widziałem uśmiechającego się do mnie szeroko Cartera, po czym budziłem się, zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować. Powoli dochodziło do mnie, że Ryan pozostanie już teraz tylko w sferze moich marzeń. 
                        Nadeszła jednak noc, podczas której nie płakałem. Patrzyłem się przed siebie w kompletną ciemność, nicość. Nie miałem pojęcia, jak wiele czasu mi to zajęło. Z jednej strony czułem, iż muszę patrzeć, bo na nic innego nie mam siły. Z drugiej jednak ogarniało mnie poczucie nieznośnej nudy. Moje ciało było jakieś obce. Tej nocy, gdy myślałem o Spookym, miałem gdzieś to, że jesteśmy tak daleko od siebie. 
                         Przestałem odbierać telefony od ojca. Cynthię nieźle to denerwowało, ale byłem wobec tego obojętny. Potrafiła mnie nawet uderzyć, ale nic sobie z tego nie robiłem. Jedynie czasem się uśmiechałem, lecz nic poza tym. Oni naprawdę niczego nie rozumieli. Byli słabi. Należało im współczuć, a nie reagować z agresją. Nie chodziłem już do szkoły, w zasadzie nie wstawałem nawet z łóżka, gdyż zwyczajnie nie miałem po co. Cynthia po jakimś czasie się urobiła i zaczęła podawać mi jedzenie do łóżka, jednak nie zawsze je jadłem. Nie potrzebowałem go już. Miałem odruch wymiotny na widok posiłku. 
— Tony... — zaczęła Cynthia, rozmawiając któregoś dnia z ojcem przez telefon. Siedziałem akurat razem z nią w jadalni i przeżuwałem ogórka. — On nie chodzi do szkoły. W zasadzie trudno go zmusić nawet do wzięcia prysznica. Słucham? Nie, ma to wszystko głęboko gdzieś. Wydaje się być dziwnie... bezuczuciowy. Nie, nie ma. Tak, pytałam, mówi, że wszystko w porządku. Musiałbyś sam zobaczyć, ciężko mi opisać to, co widzę. Jasne. 
— Co u taty? — zapytałem, kiedy skończyła z nim rozmawiać.
— Dlaczego sam go nie zapytasz? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.
— Bo go nie lubię — odparłem szorstko. — Ciebie też nie lubię.
— Nie jestem od tego, żebyś mnie lubił — powiedziała.
— A od czego jesteś? — spytałem.
— A jak ci się wydaje? — zapytała. Chyba nie potrafiła w normalny sposób odpowiadać.
— Od niszczenia mnie i bicia za pieniądze — rzekłem stanowczo. — Ojciec musi mnie nienawidzić, że tak mnie traktuje.
— Naprawdę jesteś rozwydrzonym dzieciakiem — syknęła. — Wydaje na ciebie tyle pieniędzy, zapewnia ci przyszłość. Jesteś niedojrzały, że nie potrafisz tego zrozumieć. Głupek.
— Gdyby pieniądze cokolwiek znaczyły... — westchnąłem. — Faktem jest, że ojcu ciężko byłoby zrezygnować z pasji, jaką jest, ten... palenie pieniędzy w kominku. Może podciera sobie nimi tyłek, kto go tam wie. Poza tym nie wiem, kim on jest. Jest dla mnie obcy. Nigdy z nim nie rozmawiałem w normalny sposób.
— Sam siebie oszukujesz mówiąc takie rzeczy — wycedziła przez zęby.
— Nie zasługuje na mamę — mówiłem dalej. — Mama jest wspaniałym człowiekiem. Powinniście się od niej uczyć. 
— Jaka jest? Naiwna? Dziecinna? Głupia? — spytała. 
                         Wtedy jednak okazało się, że nie stałem się aż takim ludzkim wrakiem. Obudziły się we mnie okropne emocje. Gniew, agresja, zdenerwowanie. To wszystko popchnęło mnie do przerażającego czynu. Rzuciłem się z łapami na Cynthię, nie zastanawiając się, czy wypada bić kobietę. Niezależnie od tego, kim była, obraziła moją matkę. Byłbym śmieciem, gdybym tak po prostu to zostawił. Chciałem, by wszyscy źli ludzie na tym świecie umarli.  
                         Ryan, ty byś mnie wtedy zrozumiał. Mówiłeś kiedyś, że matkę trzeba szanować, choćby była najokropniejszą kobietą na świecie. I, że trzeba jej bronić przed złymi ludźmi. Więc dobrze postąpiłem, prawda? Wiedziałem, że mnie zrozumiesz. Dlaczego dla innych osób to było takie trudne? Wypominali mi, iż wygaduję wyssane z palca głupoty i wyśmiewali wszystko, czegokolwiek bym nie powiedział. Czułem się odizolowanym wyrzutkiem i sam już nie wiedziałem, co jest prawdą, a co kłamstwem, które sobie wmówiłem. Słyszałem okropne rzeczy. Ryan, byłbyś po mojej stronie, prawda? Zawsze byłeś. Co byś zrobił, gdybyś zobaczył, że traktują mnie tutaj jak śmiecia? Ryan, błagam. Zabierz mnie stąd. 
                         Cynthia chorowała na epilepsję, a ja chamsko postanowiłem wykorzystać ten fakt. Kiedy poszła wziąć kąpiel, zabrałem z szuflady jej biurka jeszcze nieotwarte opakowanie silnych tabletek przeciwpadaczkowych. Podjąłem decyzję. Najpierw jednak zdecydowałem się napisać list do Ryana. 

Do R.C. 
Przepraszam Cię, że tak wyszło. Jestem pewien, że znajdziesz kogoś, jesteś w końcu wspaniałym facetem. Nadal do końca nie wiem, czy cokolwiek do mnie właściwie czujesz. W tym momencie łudzę się nadzieją, że jednak masz mnie głęboko gdzieś, bo nie ma sensu ranić kolejnych ludzi, skoro wystarczająco z nich już cierpi. Nie życzę nikomu, żeby cierpiał, to okropne uczucie. Z drugiej strony jest mi naprawdę bliskie. Poza cierpieniem nie mam przyjaciół, bo mi ich odebrano. Myślę, że mnie zrozumiesz, Ryan. Wręcz jestem pewien, że zrozumiesz. Ja po prostu straciłem jedyną osobę, dla której żyłem. Bez niej moje życie nie ma za bardzo celu ani sensu. Marzę o śmierci, choć może to brzmieć typowo dla zbuntowanego nastolatka. Ale, zaufaj mi, czuję się jak śmieć. Jak kompletne bezwartościowe zero, które nie ma prawa do życia. Boję się życia o wiele bardziej niż śmierci. Może uznasz, że to tchórzostwo i ucieczka, lecz dla mnie to jedyne wyjście z tej chorej sytuacji. Boli mnie, chociaż nie wiem co. Chyba wszystko. I boję się tego, co stanie się następnego dnia, kiedy się obudzę. Z drugiej strony kompletnie nic mnie nie obchodzi. Wiem, że jestem na przegranej linii. Jedną nogę stoję już na tym drugim świecie. Niecierpliwie czekam na moment, w którym poczuję, że umieram. Myślę, że wtedy poczuję się szczęśliwy. Nie miej mi za złe, proszę. Chcę Ci tylko powiedzieć, że niezależnie od tego, co się wydarzy, będę Cię kochał. 
Joe 
                       
                         Pożyczyłem niegdyś od Ryana książkę kucharską. Gotował naprawdę przyzwoicie i chciał mnie zmusić, żebym też się nauczył i więcej nie robił mu na śniadanie galaretki korzennej. Wiedziałem, że książka ta jest dla niego ważna, gdyż była prezentem od ojca, dlatego wsunąłem ten list właśnie do niej mając nadzieję, iż Carter przyjedzie po nią kiedyś i dowie się prawdy. W myślach przeprosiłem go raz jeszcze. Naprawdę czułem, że moje życie nie ma kompletnie sensu, jeśli nie ma w nim Ryana. Może stawiałem wszystko na jedną kartę, jednak... Sam wiedziałem, że ciężko mnie zrozumieć. Ale to nie było już istotne. Wziąłem szklankę wody, nie mając żadnego alkoholu w domu, nasypałem na dłoń sporą ilość tabletek, po czym wsypałem je do ust, jak najszybciej je popijając. Gdy to już uczyniłem, podszedłem do lustra i uśmiechnąłem się sam do siebie. Następnie położyłem się w łóżku, zamknąłem oczy i zacząłem przygotowywać się na odpływ. 
                         Kiedy zasypiałem, czułem dziwną przyjemność wypływającą prosto... ze mnie. Nie byłem pewien, czy śpię, czy może umarłem, czy nadal żyję. Przypominały mi się wszystkie te chwile, które uświadamiały mi, że potrafię odczuwać radość z życia. Moment, w którym poprosiłem Ryana, by nauczył mnie całować, choć przed tym całowałem się chyba ze sto razy. Albo, gdy pocałował mnie tak po prostu, żebym przestał gadać głupoty. I ten spacer w środku nocy przez zamglony Londyn. Te wszystkie wieczory, kiedy uciekałem z domu i okłamywałem rodziców, że idę do Spooky'ego, a lądowałem w domu Ryana. Przypomniał mi się także jego uśmiech. Ten uśmiech, który sprawiał, że i ja pragnąłem się uśmiechać. Pamiętałem też jego dotyk, gdy przesuwał delikatnie palce po moich obojczykach i wędrował nimi coraz niżej i niżej. Przypomniałem sobie również uczucie, jakie towarzyszyło mi, kiedy we mnie wchodził. Byliśmy wtedy jak jedność. Nie zapomniałem też wzroku, jakim się we mnie wtedy wpatrywał. Jego spojrzenie mówiło o wiele więcej niż głupie, niepotrzebne słowa. Ryan zapewne zaśmiałby się cicho, gdyby wiedział, o czym myślałem przed śmiercią. Wyciągnąłem przed siebie ręce. Zdawało mi się, że leży obok i przytula mnie do siebie. Uśmiechnąłem się szeroko i wtuliłem twarz w pościel, chcąc zasnąć na zawsze w jego ramionach. 


28.10.15

Nie uwolnisz się od tego - special

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 13
Gatunek: Yaoi.



niezłe macie podejście do tego spotkania XD "chcę, ale i tak za daleko" XDD winc mówię, to niekoniecznie musi być w moich okolicach, mogę se pojeździć, bo lubię poznawać nowych ludzi. żeby to jakoś ogarnąć, termin chociażby i miejsce, proponuję Wam napisać do Weis [LINK], do której kontakt nie wyświetla się, jeśli przeglądacie Snays na fonach. To jest człowiek zaufany, poza tym pewnie zwerbuje mnie, zebym osobiście przez jej konto się z Wami umówiła, czy coś. Nie mam do Was fejsów, dlatego, jeśli jesteście zainteresowani tym tak serio serio, to zapraszam do skonsultowania się, bo nikt raczej takich rzeczy ustalał publicznie nie będzie, bo pedofile majo oczy. Albo nie majo. 
________________________________________________________________

— Zapytałbym, czy kiedyś zrozumiesz, gdzie popełniasz błąd — powiedziałem z lekkim zdenerwowaniem. 
                         Znowu nachodziłem go w jego własnym domu. Nie dawałem za wygraną i naprawdę chciałem, by obudził się z tego cholernego snu. Źle coś zrozumiał i wpoił to sobie tak głęboko, iż żadna inna opinia zupełnie go nie obchodziła. Tego dnia jakimś cudem wpadł na moment do domu w samo południe, choć zwykł przesiadywać w firmie od rana do nocy. I nie była to praca, która koiła jego stres wywołany przez patologię domową, jaką sam stworzył. Przeciwnie. Ta praca była jednym z ogniw. Stworzył ją z chęcią jeszcze większego dokopania nam, chociaż my sami mieliśmy to wszystko gdzieś. Konkurencja zbytnio nas nie obchodziła, gdyż nasza przekazywana z pokolenia na pokolenie firma działała już na rynku tyle lat, że zdołała wzbudzić u klientów duże zainteresowanie i zaufanie. Tony'ego jednak niezwykle wkurzał ten fakt i jako cel życiowy obrał sobie zniszczenie firmy Carterów. Choć kupy dupy się to nie trzymało kompletnie. 
— Każde swoje wyssane z palca przemyślenie wcielasz w życie — kontynuowałem, powoli zachodząc do od tyłu. Nigdy nie patrzył mi w oczy podczas rozmów, nie widziałem nawet jego twarzy. — Przez co wali się twój dom, rodzina, praca, wewnętrzny spokój i harmonia ze światem. Wysłałeś syna na drugi koniec Brytanii myśląc, że pieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu. Wydaje ci się, że pedalstwo mu przejdzie, a jednocześnie stanie się wspaniałym biznesmenem. Całe życie wyrzucasz na niego miliony sądząc, iż dzięki temu będzie szczęśliwy. Prawdopodobnie nie porozmawiałeś nawet z nim o tym wszystkim, nie zapytałeś, czy chce iść w twoje ślady. Twój syn cierpi, bo zabrałeś mu miłość i narzuciłeś własne aspiracje. Mój syn cierpi, bo odebrano mu kogoś, na kim mu zależało. Przyjaciele twojego syna cierpią, bo nikt słowem nie wspomniał im o nagłej przeprowadzce. Twoja żona cierpi, bo nakazem urwania kontaktu z synem uzmysłowiłeś jej, że nigdy nie kochałeś ani jej, ani swojego syna. Mimo tego, że za całą tę sytuację odpowiedzialny jesteś właśnie ty, to i tak sam, kurwa, cierpisz. Bo w głębi duszy wiesz, że jesteś głupcem, że nie tak powinieneś był postąpić. Ale uważasz, iż jest już za późno i nie potrafisz tego zatrzymać, bo każde z twoich działań popycha cię do kolejnego, to mechanizm zębatkowy, który już dawno temu został wprowadzony w ruch. 
                         Ściszyłem głos, gdyż stałem już tuż za nim. Powoli wyciągnąłem ręce, jak gdybym miał do czynienia z płochliwym zwierzęciem, które lada moment może ode mnie uciec. Objąłem go w pasie. Nie wiedziałem, czy to on drżał, czy ja sam. 
— I ja też cierpię, Tony — mówiłem dalej. — Cierpię, odkąd tamtego dnia uciekłeś. Zwiałeś tak nagle, chociaż było idealnie. Nazwałeś to "aranżowaniem małżeństwa", a przecież to nijak miało się do sytuacji. Spójrz tylko, nasi synowie zrobiliby teraz wszystko, by móc być razem. Ale nie mogą. My zaś mieliśmy idealnie stworzone do tego warunki. Nikt nas przecież do niczego nie zmuszał, mogło zostać tak jak było. Ale kiedy się o tym wszystkim dowiedziałeś, że to przeznaczenie, że nasi ojcowie zamieszkali w jednym domu z myślą o nas, wpadłeś w szał. Wkurzyłeś się, chociaż dobrze wiedziałeś, że pomogli nam spełniać marzenia. I od tego czasu było już tylko gorzej. 
                         Zsunąłem jedną dłoń nieco niżej, zatrzymując się na jego męskości. Po chwili jednak postanowiłem dotknąć Tony'ego w taki sposób, jak niegdyś mogłem to robić. Rozpiąłem więc jego spodnie i bez zbędnych ogródek wsunąłem rękę pod jego bokserki, finezyjnie go pieszcząc. Obrócił wtedy głowę w prawo, a ja skorzystałem z okazji i pocałowałem go głęboko. 
— Pierwszy raz od tylu lat pozwoliłeś mi się pocałować — powiedziałem cicho. — Wiesz, Tony... Nie uwolnisz się od tego. Nie myśl tak więcej. Przecież wiesz, że nie jest za późno. 
                          Obrócił się przodem do mnie i spojrzał mi w oczy. Jego wzrok był głodny i namiętny. Pocałowałem go raz jeszcze. Wtedy nagle zaczął rozpinać też moje spodnie. Wiedziałem, czego chce.
                           Nie musieliśmy się martwić o to, że ktoś nas usłyszy. Byliśmy przyzwyczajeni do tego, by hamować się z odgłosami. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy razem, tuż obok naszego wspólnego pokoju znajdował się salon, w którym często ktoś przebywał. Właśnie z tego powodu potrafiliśmy zachować idealną ciszę podczas stosunku. Kryliśmy się z tym w zasadzie całe życie. Kiedy w niego wchodziłem, przypomniały mi się te dni naszej młodości, gdy jeszcze było normalnie. Nasz pierwszy pocałunek, kiedy mieliśmy po trzynaście lat, a potem pierwszy stosunek, gdy mieliśmy około szesnastu. Tęskniłem za tymi czasami. 
                         Spuściłem się w nim, a on jęknął cicho. Pocałowałem go raz jeszcze. Wiedziałem, że będzie miał po tym cholernego kaca moralnego, choć była też mało prawdopodobna szansa, iż przemyśli to, jak dotychczas postępował.
— Tony... — zacząłem cicho. — Zabierz syna ze Szkocji. Nie wszyscy muszą przecież cierpieć. 
— Gówno rozumiesz — syknął. 
— Będziesz tak uciekać przez całe życie? — zapytałem.
— Mówisz, że nie dopuszczam do siebie myśli, że mogę się mylić — odparł. — A co, jeśli to ty w taki sposób działasz? Jakoś nie możesz zrozumieć, że taką drogę życia obrałem. Nie musisz znać moich powodów, ale zapewnię cię, że ich nie zrozumiesz. Cały czas dorabiasz sobie własne argumenty, na które ja sam nawet bym nie wpadł. 
— Nie mam pojęcia, o czym gadasz — powiedziałem. — Twoje powody widocznie są ważniejsze niż twój syn.
— To dzieciak, jeszcze do końca nie wie, czego chce — odpowiedział. — Nie mam zamiaru zmieniać wspaniałej przyszłości swojego syna ze względu na twojego bachora. Dobrze wiem, że chodzi ci tylko o niego. 
— Tony... — westchnąłem. — Ty naprawdę nic nie rozumiesz. Ale skoro tak właśnie uważasz, dalsza rozmowa nie ma sensu. 
— Tylko tym potwierdziłeś to, co właśnie powiedziałem, Carter. 
                    Wpatrywałem się w jego oczy jeszcze przez chwilę. Pozwolił mi na to tym razem. Spróbowałem go nawet raz jeszcze pocałować, ale skończyło się na lekkim muśnięciu ust. Nie znałem dobrze małego Bennetta, ale wydawał mi się być strasznie kruchy i wrażliwy, mimo genów swojego ojca. Miałem nadzieję, że się mylę. Bo jeśli bym się nie mylił, małego Bennetta czekała przerażająca przyszłość. Z kolei Ryan zachowywał się naprawdę dziwnie. Obawiałem się, iż wpadnie w nałóg alkoholowy lub narkotykowy, kiedy widziałem jego poczynania. Zaczął palić papierosy. Prawdopodobnie po to, by zapełnić jakąś pustkę. Ale to nie działało, więc palił dwie paczki dziennie. Od małego uczyłem go oszczędności, a w jednym momencie wszystko straciłem. Całe życie poświęcałem mu bardzo dużo czasu, lecz w takim stanie jeszcze go nie widziałem. Szczerze powiedziawszy wydawało mi się, że tylko się bawił Bennettem, sprawdzając dopiero, czy coś z tego będzie. Ale on był naprawdę zakochany. Któregoś dnia odwiedziłem go po pracy. Zastałem go wówczas siedzącego w jadalni nadal w piżamie, choć dochodziła siedemnasta. Nie poszedł do roboty, zalegał zgarbiony na krześle i wypalał kolejne papierosy. Wiedziałem, że niczego nie zdziałam rozmową. Przytuliłem go wtedy. Jego ciało drżało. Zostałem wtedy u niego na noc, żeby dopilnować, by zaczął normalnie spać i jeść. Gdyż wyglądało na to, że nawet o tym zapomniał.  



25.10.15

Niezbędny do życia

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 12
Gatunek: Yaoi.



Jestem zainteresowana czymś w stylu spotkania się ze stałymi czytelnikami, gdziekolwiek i kiedykolwiek, oczywiście w gronie kameralnym, bo aż tylu Was nie ma, ale ani trochę mi to nie przeszkadza. Ktoś zainteresowany tyż?
_____________________________

                         Byłem tak wycieńczony olbrzymią dawką stresu, że przespałem prawie całą podróż samochodem. Zatrzymywaliśmy się raz czy dwa, ojciec potrzebował kawy, która postawiłaby go na nogi. Był potworem. Normalny człowiek nie dałby rady raczej po zawalonej nocce być w stanie siedzieć za kółkiem trzynaście godzin. Po drodze wykonał kilka telefonów. Nie słyszałem dokładnie, o czym mówił, jednak w stanie półprzytomności zdołałem drogą dedukcji wpaść na to, z kim rozmawia. Przepraszał za nagłość jego prośby i prosił o stawienie się na miejscu, mówił to do jakiejś kobiety. 
— Jedz — nakazał ostrym tonem głosu. Zajechaliśmy akurat do jakiejś knajpy, ojciec uznał, iż potrzebuję śniadania. Gdyby tylko zrozumiał, że nie tylko jedzenie jest mi niezbędne do życia...
— Nie chcę — wyjąkałem, przecierając powieki. Piekły mnie od płaczu i niewyspania. 
— Nie dyskutuj — odparł szorstko. Nadal był wściekły. Wysiedliśmy z samochodu. — Matka chyba była zbyt nadopiekuńcza i stałeś się teraz rozwydrzonym bachorem, który myśli, że wszystko mu wolno. Szacunek do rodzica się należy, rozumiesz? Zjedz to.
— Naprawdę nie mam ochoty... — powiedziałem cicho. — Wiem, że nie takie były twoje zamiary, ale czemu ci to przeszkadza? Nie mam wpływu na to, w kim się zakochuję.
                          Strzelił mi siarczystego policzka. Zacisnąłem zęby, ale nie rozpłakałem się, choć naprawdę bolało. Nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić. Zacząłem wpychać w siebie jedzenie. Nigdy nie potrafiłem radzić sobie z problemami. Miałem od tego Spooky'ego, który wbrew pozorom znał się na rzeczy i zawsze potrafił doradzić, nawet, jeśli nie znał sytuacji z autopsji. Byłem pewien, iż nawet teraz umiałby podnieść mnie na duchu i znaleźć wyjście, którego ja nie dostrzegałem. Jednak... nie było przy mnie Spooky'ego. 
                         Wsiedliśmy do samochodu i kontynuowaliśmy podróż mojego życia, jeśli nie śmierci. Martwo gapiłem się przez okno. Znów powrócił ten stan, który udało się zlikwidować Ryanowi. Lecz Ryana też nie było przy mnie. Zauważyłem wtedy billboard z dziwnym napisem. "Przekaż 1% podatku językowi gaelickiemu!". Pomyślałem, że to jakiś czarny humor. Dostrzegłem wtedy dorysowany kilt nieco niżej i zdębiałem. Nie byłem już w ojczystej Anglii. Znajdowaliśmy się w Szkocji. 
                         Dziadek mieszkał kiedyś w Glasgow, podobno uciekł tam nie chcąc spotkać Cartera. I tam go własnie poznał. Co prawda najdalsi nasi przodkowie, po których odziedziczyliśmy swoje "przeznaczenie", pochodzili z Liverpoolu. Poczułem dziwną pustkę, która charakterystyczna była dla uzależnień. Często mówiono, że nałogowy palacz odczuwa pustkę w brzuchu, kiedy rzuca lub gdy nie może zapalić, gdy nie ma przy sobie czegoś, co ją zapełni. Pomyślałem wtedy, iż uzależniłem się od Ryana, lecz wtedy zabolało mnie to jeszcze bardziej. Bo wiedziałem, że są rzeczy, których nie można rzucić. Rzeczy, które są niezbędne, by móc funkcjonować na tym świecie i żyć. Jedzenie, powietrze czy sen. Dla mnie Carter należał do tych rzeczy. 
— Wiem, że nie rozumiesz — powiedział nagle ojciec. — Ale zrozumiesz. Zaufaj mi, nie robię niczego bez powodu. 
                         Chciałem rozumieć. Lecz czy byłbym w stanie zaufać człowiekowi, który na podstawie swoich dziwnych przekonań był w stanie pozbawić swoją żonę dachu nad głową? Tego z kolei rozumieć nie chciałem. W głębi duszy znienawidziłem tego człowieka. Pomyślałem nawet, że chciałbym, by umarł. Nie było to moralne, lecz oczyma wyobraźni widziałem, jak wiele by to zmieniło. Może musielibyśmy się z matką wyprowadzić do tańszego mieszkania, może pieniędzy byłoby trochę mniej, może musiałbym dorabiać po nocach. Jednak szczęście stało dla mnie na wyższym szczeblu hierarchii priorytetów niż te pieprzone zielone papierki.
                              Elgin było miastem w Szkocji słynącym z Lady Hill. Było to wzgórze, na którym wznosił się zamek będący atrakcyjną ofertą dla turystów z całego świata. To tylko bolało mnie jeszcze bardziej, przypominało o Spookym, z którym niegdyś robiłem o tym prezentację na zajęcia. Tak naprawdę gówno wiedzieliśmy na ten temat i zmyślaliśmy, ile wlezie. Nikt się nie zorientował i wpisano nam dobre oceny. Tak czy siak ojciec nadal milczał, choć może i tak było lepiej. Każde jego słowo tego dnia wbijało mi nóż w serce. Miałem chwilę, by opatrzyć poprzednie rany.
                         Kiedy w końcu wysiedliśmy z samochodu, naszym oczom ukazał się wysoki, bogaty na pierwszy rzut oka blok z małym balkonem. Ojciec rzucił mi klucze i nakazał iść pod szóstkę, sam zaś zajął się wypakowywaniem toreb z bagażnika auta. Nim się obejrzałem, stanęła przede mną niskiej, lecz tęgiej postury kobieta mająca jakąś czterdziestkę na karku. Wyglądała surowo i sztywno. Lecz nie była to raczej taka sztywność, jaką wywoływał u mnie widok czy dotyk Cartera. Przedstawiła mi się jako Cynthia, dodając przy tym, że od dziś będzie nade mną sprawować opiekę. Wszystko to brzmiało okropnie formalnie i oficjalnie. Byłem pewien, że ojciec wydał na jej usługi niemałą kwotę. Dodatkowo zobowiązany był opłacać nietanią szkołę, do której planował mnie posłać już zanim przyszedłem na świat. Miałem jednak zacząć do niej uczęszczać najwcześniej po osiemnastce, która jeszcze nie nadeszła. Gdyby tylko nas nie przyłapano, mógłbym zaczekać do tej pieprzonej pełnoletności i nawiać z domu, znaleźć gdzieś robotę i osiedlić się na taniej stancji na przedmieściach Londynu, a w przyszłości z pełnym spokojem zamieszkać z Ryanem w bogatej willi z basenem. Choć wątpiłem w to, czy byłbym w stanie samodzielnie się utrzymać. Byłem zbyt niepewny siebie, zbyt rozleniwiony, potrzebowałem opieki matki.
                         Kiedy Cynthia i ojciec wyjaśnili mi pokrótce, w jaki sposób od teraz będę funkcjonował, poczułem się niczym ptak zamknięty w klatce, w dodatku z wszczepionym Verichipem, który będzie sprawdzał i kontrolował totalnie wszystko, czym się zajmuję. Miałem chodzić jak w zegarku. Ledwo zdążyliśmy usiąść przy stole, a Cynthia już wyjęła tygodniowy grafik. Mój grafik. Dowiedziała się nawet, jak wygląda mój dzienny plan zajęć w szkole. Miała wozić mnie do niej i odbierać, wypytywać nauczycieli o wszystko, o co się dało. Śniadania były o szóstej, obiady o szesnastej, kolacje o dziewiętnastej. O dziewiątej kładłem się spać. Cały wolny czas przeznaczałem na naukę. W weekendy mogłem spotykać się ze znajomymi. Dostałem nowy telefon i mogłem kontaktować się tylko z Cynthią i ojcem. Nie miałem prawa dzwonić ani pisać do matki. Wszystkie możliwe numery poza tymi dwoma były zablokowane, a kontakt ze Spookym i Carterem skutecznie utrudniony. Po przyjściu ze szkoły miałem obowiązek powiedzieć Cynthii dokładnie o wszystkim, co mnie danego dnia spotkało...
                         Już tego wieczora zalegałem nad książkami. Nie miałem zielonego pojęcia, o czym w nich piszą. Nie rozumiałem żadnych słów poza spójnikami i przyimkami. Pomyślałem o swojej przyszłości - bliższej, dalszej, nieważne. Poczułem wtedy okropny ucisk w klatce piersiowej. Naprawdę nie chciałem żyć w taki sposób. Przyszło mi na myśl wtedy, że zawsze pozostaje mi ucieczka w postaci śmierci. Nie wiedząc dlaczego, odczułem wtedy dziwną ulgę. Przestraszyłem się nie na żarty. Moja podświadomość przeraźliwie wołała o śmierć. Nie, nie do końca śmierć. Raczej eutanazję.


23.10.15

Patrz na mnie

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi.



~ POST URODZINOWY ~
wszystkiego najlepszego, Glabo!
nie miałam w planach jeszcze pisać takiego posta, ale masz urodziny, winc

_____________________________________________________________

                    Dziadek również był zaskoczony. Dzwoniłem do niego, by zapytać, jak minął mu ostatni tydzień, wspominając przy okazji o rudych bliźniaczkach. Kiedy o tym powiedziałem, zamilkł na dłuższą chwilę. Nie mógł uwierzyć, że Rita, TA RITA, miała dzieciaka. Wyglądało na to, iż ktoś coś przeoczył. Dziadek nie był w stanie stwierdzić, kto mógł być ojcem jej córki, aczkolwiek postanowił to zbadać. Wyciąganie brudów z naszej historii rodzinnej sprawiało mu nie lada frajdę. Ja sam nie widziałem w tym niczego interesującego. Tak jak ojciec. Z tym, że on akurat starał się za wszelką cenę zatrzeć całą naszą przeszłość. 
                    W końcu nadszedł upragniony weekend. Rodzice wyjechali w piątek pod wieczór, by, jak co roku zresztą, wspaniale spędzić rocznicę ślubu gdzieś na końcu świata. Napisałem do Ryana wiadomość, czego sobie życzy, czy wina, czy gorącej kąpieli, czy może jakiegoś meksykańskiego żarcia na kolację. On jednak uznał, że niczego z tych rzeczy nie chce, ale jestem zobowiązany odpłacić się w naturze za ostatnią wpadkę, której w sumie nie byłem winien. Ale czy miałem coś przeciwko jego propozycji? 
                         Z jednej strony czułem się gotowy, z drugiej zaś - bałem się jak jasna cholera. Adrenalina skoczyła na wysoki poziom i rosła z każdą minutą. Upływający czas zwiastował nagłe pojawienie się Cartera. Mimo wszystko nie byłem pewien, czy powinniśmy działać tak szybko. Byłem w nim po uszy zakochany, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, dlatego właśnie uznałem, iż jestem na to gotów. Lecz nadal nie byłem pewien, czy Ryan będzie mi wierny. Jego tajemniczość nie pozwalała mi w pełni obdarzyć go zaufaniem. Bolało mnie to. Czułem się jak naiwny dzieciak robiący sobie nadzieję, że jeśli się komuś odda, ten ktoś będzie żył już zawsze tylko dla niego. Być może byłem niedojrzały do prawdziwej miłości. Jednak byłem tak głodny...
                         W jednym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Przełknąłem głośno ślinę. Zacząłem biegać wte i wewte, sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu, czy jest czysto i perfekcyjnie. Carter po raz pierwszy miał zjawić się w moim domu. Strach rósł. Powoli zszedłem po schodach, ledwo mogąc opanować drżenie nóg. Otworzyłem drzwi i ujrzałem po drugiej stronie Ryana w całej swojej okazałości. Serce zabiło mi jeszcze szybciej. Miał na sobie białą, rozpiętą do połowy koszulę. Zwróciłem jeszcze uwagę na wino, które trzymał w dłoni. Zaprosiłem go do środka. Cały czas patrzył na mnie dziwnie i milczał. Wziąłem od niego alkohol i wstawiłem go do lodówki.
— Już schłodzone — odparł.
— Czuję — powiedziałem. — Ale... chcę, żeby pierwszy raz był na trzeźwo.
                         Carter spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem, ale nie skomentował mojego zachowania. Byłem pewien, że zauważył strach wymalowany wręcz na mojej twarzy. Prawdopodobnie się tego spodziewał i dlatego przyniósł wino. Złapałem go za rękę i, z wbitym w podłogę wzrokiem, zaciągnąłem go na górę. 
                         Wszystko było przygotowane. W pomieszczeniu panował półmrok, a łóżko było idealnie zasłane. Stałem nadal z opuszczoną głową, nie wiedząc do końca, co dalej powinienem zrobić. Po chwili zrozumiałem, że związek należy budować na fundamencie szczerości.
— Ryan, wiesz... — wymamrotałem. — Bo ja chcę, ale... Nie wiem czemu, ale boję się jak cholera. 
— To normalne — odpowiedział. — Pasyw zawsze boi się przed pierwszym razem.
— Z iloma facetami ty już spałeś... — syknąłem, w końcu podnosząc wzrok. 
                         Skorzystał z okazji i pocałował mnie głęboko. Patrzył w taki sposób, jak gdyby chciał mi powiedzieć, że przecież nie mam się czego obawiać. Położył mnie na łóżku, sam zaś spoczął obok. Miałem na sobie dość cienką koszulkę, mógł ją zdjąć, jednak początkowo tego nie zrobił. Położył dłoń na moim torsie i zaczął bawić się moim sutkiem, chichocząc cicho. Ciężko oddychałem, choć był to dopiero początek. Znów poczułem ogromną falę przyjemności i rozkoszy. Nie byłem w stanie zrozumieć, że będzie o wiele lepiej. Kiedy mój sutek stwardniał, Ryan delikatnie wsunął mi rękę pod koszulkę, finezyjnie gładząc mój brzuch. Gwałtownie podniósł moją górną część garderoby i zaczął obcałowywać mój tors uświadamiając mi jednocześnie, że mogę jeszcze bardziej zesztywnieć. Moje sutki były tak twarde, że zaczęły boleć mnie jak cholera. Jednak Carter nie przestawał. Dostarczał mi coraz więcej masochistycznej niekończącej się przyjemności. Niebawem moja koszulka znalazła się obok łóżka, a Ryan zabrał się za ściąganie mi spodni. Rozpinał je powoli, a ja czułem, jak coraz bardziej się podniecam. Dotykał mojej męskości przez bokserki, a ja pojękiwałem cicho, nie mogąc już wytrzymać. Czekałem na to tak długo, że chciałem dokładnie zapamiętać każdą najkrótszą chwilę. Ta ulotność sprawiała, iż cierpiałem. Pragnąłem zachować to wspomnienie na zawsze. 
                         Zsunął ze mnie spodnie i znajdującą się pod nimi bieliznę. Nadal mnie dotykał, jednak teraz ustami. Bezwstydnie obcałowywał mojego nabrzmiałego członka, nie pozwalając mi jeszcze dojść. Dopiero do chwili wziął go do ust, a spomiędzy moich warg wydobył się stłumiony krzyk. Doszedłem, zanim zdążył się odsunąć. Przetarł dłonią podbródek i uśmiechnął się do mnie. 
                         Rozebrał się do naga i rzucił swoje rzeczy na moje. Był piękny. Całowaliśmy się zaborczo i agresywnie, a nasze członki pocierały się o siebie, twardniejąc coraz bardziej. Przytulił mnie z całych sił i wplótł palce w moje włosy, gdzieniegdzie je wyrywając. Zacząłem drapać go po plecach. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo byliśmy siebie głodni. Ryan wtulił twarz w mój kark i delikatnie uniósł moje uda. Poczułem, jak jego dłoń wędruje między moimi pośladkami, szukając wejścia. Nie minęło wiele czasu, gdy poczułem w sobie jego palec. Jęknąłem głośno i spiąłem się. Kazał mi się wtedy rozluźnić, powiedział, że będzie przyjemniej. Starałem się, choć nie było to takie proste. Tym bardziej, gdy dołączył drugi palec. Manewrował nimi, przesuwając je do przodu i do tyłu, a także na boki. Kiedy je wyjął, wiedziałem już, czego mam się spodziewać. Pochylił się nade mną, nadal chowając twarz przy mojej szyi. Poczułem jak wchodzi, lecz zatrzymałem go.
— Ryan — powiedziałem nagle, kładąc mu dłoń na torsie. — Patrz na mnie...
                         Carter pokazał mi swoją lekko zarumienioną twarz. Rzucił mi namiętne spojrzenie. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Zaczął we mnie wchodzić, a moje ciało wygięło się w łuk. Nigdy wcześniej nie zaznałem podobnego bólu, jednak było w tym coś przyjemnego. Nasze nosy delikatnie się trącały, podczas gdy wchodził we mnie coraz głębiej. Wstrzymywałem oddech, lecz po chwili zaczynałem się dusić. Patrzył na mnie cały czas, bez przerwy. Byłem... szczęśliwy. I chciałem mu o czymś powiedzieć, choć obawiałem się jego reakcji na tak szczere wyznanie.
— Kocham cię — szepnąłem cicho, mrużąc oczy. 
— Patrz na mnie — odpowiedział. 
                         Czułem go w sobie coraz dalej, coraz głębiej. Połączyliśmy się ze sobą w tej kurewskiej rozkoszy. Zaspakajał mnie jak nikt ani nic wcześniej mnie nie zaspokoiło. Ta satysfakcja i przyjemność były nie do opisania. Jęk wydobywał się z moich ust z każdym oddechem. Pocałował mnie i znów zacząłem dusić się własną śliną. Jednak patrzył na mnie cały czas, nie urywając kontaktu wzrokowego ani na chwilę. Ani na chwilę, póki nie doszedł i nie spoczął obok mnie, zmęczony i wycieńczony stosunkiem. Przytulił mnie do siebie i pocałował raz jeszcze. 
— Zabrzmię może jak rażona miłością dziewica, ale... — wyjąkałem. — Chciałbym, żeby tak było już zawsze. Nie mów, że całe życie przede mną i nie wiadomo, kogo spotkam na swojej drodze. Gówno mnie to obchodzi. Nie chcę nikogo innego. Chcę ciebie i jestem tego pewien.
                         Nie odpowiedział. Nadal mnie całował, a jego język przyjemnie tańczył wokół mojego. Przypomniał mi się wtedy nasz pierwszy pocałunek. Uśmiechnąłem się delikatnie, lecz na pewno to zauważył. Chwilę po tym wpadliśmy w objęcia Morfeusza. Pragnąłem, by ta noc się nigdy nie skończyła. Lecz jakiś czas później diametralnie zmieniłem zdanie.
                         Początkowo myślałem, że to tylko zły sen, bowiem wszystko działo się tak szybko i tak nagle. Sam nie byłem w stanie dokładnie sprecyzować tego, co się stało. Po prostu nagle wylądowałem przy szafie, tuż przy drzwiach prowadzących do mojego pokoju. Na zewnątrz było ciemno, ale pomieszczenie nie znajdowało się już w półmroku tak, jak to przygotowałem. Wszystkie światła były zapalone. Bolał mnie od upadku bok, jednak byłem zbyt zszokowany, by móc się podnieść. Ryan leżał obok mnie. Nie byłem pewien, co usłyszałem, ale zdawało mi się, iż powiedział:
— Nie zostawiaj mnie.
                         Patrzył na mnie wtedy dziwnymi oczyma. Takimi zdesperowanymi i cierpiącymi. Jednak wtedy gwałtownie podniósł się na nogi i zaczął się szybko ubierać. rzucił mi moje ciuchy, w końcu nadal siedziałem nago. I zaczął się siłować z facetem, który wszedł przed chwilą do mojego pokoju. Dopiero wtedy zorientowałem się, co się dzieje. Dlaczego wrócili tak wcześnie?
— Mamo! — wrzasnąłem jak opętany. Mój krzyk nie przypominał zwyczajnego krzyku. Był przeraźliwy, straszny. Nie mogłem się ubrać, nie mogłem się poruszyć. Z moich oczu toczyły się strugi łez. Matka wpadła nagle do pokoju i również krzyknęła. Carter nadal siłował się z moim ojcem, robiąc wszystko, by tamten mnie nie uderzył. Matka nie zważając na nic, chwyciła mnie za rękę i zabrała do łazienki piętro niżej. 
— Mamo, Ryan... — płakałem. — Ojciec coś mu zrobi...
— Ubierz się — powiedziała cicho, jednocześnie sama mnie ubierając. — Byłeś zbyt nieostrożny, Joe...
                         Czułem, że jest po mojej stronie. Przytuliła mnie i trzymała, dopóki nie przestałem drżeć. Jednak trwało to dość długo. Wyrwałem jej się, gdy tylko usłyszałem trzask drzwi wejściowych. Pobiegłem do kuchni, by sprawdzić, co się dzieje. Matka poszła za mną. Ujrzałem wściekłego ojca stojącego przy stole. Szepnął coś matce na ucho i kazał mi usiąść. Bałem się. Nie wiedziałem, co dzieje się z Ryanem. Ktoś musiał go opatrzyć, a ja jak gdyby nigdy nic siedziałem na tyłku w swojej jadalni. 
                         Ta noc przerodziła się w koszmar. Myślałem, że gorzej już nie będzie, jednak prawdopodobnie tylko kusiłem taką myślą los. Niedługo później matka zniosła moje torby na dół. Ojciec zapakował je do samochodu, początkowo nie mówiąc, co ma zamiar zrobić. Ale mama płakała, dlatego wiedziałem, że nie będzie to przyjemne. Zapakowali mnie do auta. Dopiero po drodze ojciec wyjaśnił mi, iż chciał wysłać mnie do pewnej szkoły dopiero za rok, jednak zawiodłem go swoim postępowaniem. Poinformował mnie również, że będę bardzo dokładnie sprawdzany przez kobietę, którą do tego wynajął. Wszystko miało być ustalone tak, bym nigdy więcej nie spotkał Ryana. Oznaczało to również zerwanie kontaktu ze Spookym. Serce zabolało mnie jeszcze bardziej. Analizowałem wszystko w głowie i usiłowałem wymyślić cokolwiek, by ich nie tracić, jednak...
— A jeśli masz zamiar wciągnąć w ten burdel swoją matkę — zaczął — zastanów się, czy chcesz, by nadal miała dach nad głową.



18.10.15

Męska i mroczna dziewczynka

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi.



                         Błądziliśmy ślepo po śpiącym Londynie, nie wiedząc do końca, dokąd zmierzamy. Nie było mowy o przejmowaniu się czasem, nie było mowy o przejmowaniu się czymkolwiek. Stopniowo poznawałem definicję miłości, mogąc być u boku swojego wybranka. Co prawda na ogół nie miałem poczucia bezpieczeństwa, bo musiał w końcu nadejść dzień, w którym ojciec dowie się o moim sekrecie. Czułem, iż nie jesteśmy zbyt ostrożni, jednak nie wyobrażałem sobie widywać się z Ryanem rzadziej bądź w ogóle. Stał się jedyną moją motywacją do życia.
— Masz prawo być wkurzony za ten mój spontaniczny wypad z ojcem do firmy — zacząłem nieśmiało. — Znaczy wiem, nie miałem na to większego wpływu, ale chcę ci się jakoś odwdzięczyć, bo pewnie poświęciłeś dużo czasu, żeby przygotować dla mnie ten wieczór. Nie mów, że leżałeś na dupie cały dzień przed telewizorem, bo pewnie tak było, ale nie musisz psuć nam pięknej, chłodnej nocy, co nie?
— To jak chcesz się odwdzięczyć? — zapytał. Typowe. 
— Rodzice mają rocznicę w ten weekend, co roku gdzieś wyjeżdżają i wracają w nocy z niedzieli na poniedziałek — odpowiedziałem. — Więc wiesz... Może tym razem ja przygotuję ten wieczór?
— A co, jeśli będę miał nagły wypadek w firmie i będę musiał tam jechać? — zadał pytanie.
— To chuj ci w dupę — syknąłem.
— Mi? — zdziwił się.
                         Zaprzeczałem, kiedy proponował, że odprowadzi mnie pod dom, ale i tak to zrobił. Chamsko władował się pod same drzwi i głęboko pocałował mnie na pożegnanie, nim odszedł. Nogi miałem jak z waty za każdym razem, gdy brało mu się na jakieś romantyczne zachowania nie w jego stylu. Zdarzało się to tak rzadko, że uwielbiałem to o wiele bardziej niż przeciętny człowiek stąpający po tej ziemi. Po powrocie do domu jak gdyby nigdy nic wsunąłem się pod kołdrę i zasnąłem. 
                         Tego dnia kupiłem paczkę papierosów zanim poszedłem do szkoły. Miałem zaufanego sprzedawcę w jednym ze sklepów, co prawda w innej części miasta. Nie było mi po drodze, jednak powód nakazywał mi to zrobić. Schowałem paczkę do przygotowanego drugiego śniadania. Myślałem, że umrę, kiedy je gotowałem. Kanapka z bekonem, jajkiem i konserwą, a to wszystko ubabrane w cholernie dużej ilości chili. Aczkolwiek byłem zmuszony przez swoje sumienie. 
— Siemasz, Spooky — zacząłem, kiedy znalazłem kumpla przed szkołą, nerwowo wypalającego dwa skręty naraz. — Mam coś dla ciebie.
— Dla mnie? — zdziwił się, biorąc ode mnie starannie zapakowane śniadanie z dobrymi, drogimi papierosami w środku.
— Za wczoraj — odparłem z szerokim uśmiechem. — Jesteś prawdziwym przyjacielem, Spooky.
— FAJKI! — wrzasnął, ciesząc się jak małe dziecko. — Prawdziwe fajki z krwi i kości... Dzięki, stary! Nawet nie wiesz, jak mi dzień poprawiłeś.
— Właśnie wiem — powiedziałem cicho. — Co tam, koleś?
— Idę wieczorem na randkę z moją przyszłą — odpowiedział. — Mam nadzieję, że jutro nie nazwę jej byłą niedoszłą. Poza tym kręcą się za mną te dwie rude małe bliźniaczki. 
— Jakie rude bliźniaczki? — zapytałem.
— Nie znasz ich? — zdziwił się. — Te, które robią sajgon w szkole, no wiesz.
— Ach, te rude bliźniaczki — odparłem triumfalnie. — I co z nimi?
— Nie mam pojęcia, łażą za mną i mówią, że się zaprzyjaźnimy, a jak nie, to w ryj — syknął. — Dzieciarnia... Dzisiaj wracam ze szkoły z tobą, facet, może się nie dowalą...
                         Tego dnia nie mogłem się kompletnie skupić na zajęciach. Mało brakowało, a dostałbym lufę, na szczęście znajomi uratowali mnie z opresji. Byli to ludzie, którzy podobno mieli u mnie dług wdzięczności za wieloletnie odpisywanie zadań domowych. Nie miałem nic przeciwko, przydawali się w końcu. Spooky siedział zamyślony. Przyłapałem go kilka razy na lekkim krzywym uśmieszku. Zapewne nie mógł się doczekać swojej randki z Lilian. Szczerze mówiąc byłem naprawdę zszokowany, kiedy powiedział mi, że to o nią chodzi. Była rok starsza i szalało za nią stado kolesi z naszej szkoły. Doceniałem Spooky'ego, ale pochodzili jednak z kompletnie różnych warstw społecznych. Lilian była piękną, miłą i uprzejmą dziewczyną, nad wyraz dojrzałą, z dobrego domu. Spooky był małym dresem palącym tanie skręty. O wiele niższym od niej. Trochę doszukiwałem się spisków, miałem nadzieję, że niepotrzebnie. 
— Kurwa mać... — westchnął Spooky, kiedy opuściliśmy mury szkoły. Początkowo nie mogłem się domyślić, o co mu chodzi, ale po chwili sam zauważyłem. Goniły nas dwie małe rude dziewczynki. W zasadzie jedna za nami biegła, a druga z widocznie wymalowanym zażenowaniem na twarzy podążała za siostrą. 
— Seeeeean! — krzyczała ta biegnąca przodem. — Zaczekaj, chyba nie chcesz jeszcze umierać, co?
— Przepraszam was, drogie dziewczęta — zacząłem. Stanęły przede mną zaciekawione. — Czego chcecie od mojego kumpla?
— Ej, zobacz, ten też... — szepnęła pierwsza do drugiej. — Może oni...?
— Co one tam knują? — zapytałem Spooky'ego z lekką pogardą.
                         Spooky nie odpowiedział. Ciągnął się dalej do przodu z kapturem zasłaniającym prawie całą twarz. Spod włosów wystawał mu tylko nos i zapalony papieros. Garbił się bardziej niż ja. Czego one mogły od niego chcieć?
— Wiesz, bo Sean wygląda jak chłopiec z anime, a my bardzo lubimy anime — fascynowała się pierwsza z bliźniaczek. 
— Ale mów za siebie... — odparła cicho ta druga. Zdawała się być jakaś... męska i mroczna. 
— Ale właśnie doszłam do wniosku, że ty też tak wyglądasz! — wrzasnęła.
— J-ja? — zdziwiłem się.
— Jasne, że tak — odpowiedziała z dziwnym entuzjazmem. — Twoje włosy i kolczyki. Poza tym jesteś chudy. 
— Sory, nie oglądam anime, więc... — zacząłem z zakłopotaniem. Spooky szedł w milczeniu. Chyba denerwowało go to rude towarzystwo. 
— W ogóle to fajnie byście wyglądali razem — mówiła dalej. 
                         Tego było za wiele. Ja i Spooky stanęliśmy jak wryci, wyrzucając z siebie jednoczesne "co?". Spooky przecież na geja kompletnie nie wyglądał, a ja... A ja musiałem się chyba zacząć z tym bardziej kryć. 
— Wyobrażam sobie was w łóżku — powiedziała nagle. Zachciało mi się rzygać. Spooky'emu już się zanosiło. — Wiesz, yaoi.
— Co? — zapytałem.
— Taki gatunek anime, miłość męsko-męska — cieszyła się.
— Kto to w ogóle ogląda? — dziwiłem się.
— Dałabyś się facetowi przedstawić, zanim zalejesz go falą swojej tęczowej miłości — wtrąciła się nagle druga. 
— Joe — odparłem cicho. — Joe Bennett. 
— Bennett? — zapytała znów ta pierwsza z oczami jak trusie pięciozłotówki. Nawet ta druga wyglądała na zaskoczoną. — Hide-sama, to musi być ten Bennett!
— Znacie mnie? — zdziwiłem się.
                         Zachichotały cicho, a ja poczułem się wyjątkowo dziwnie. Czyżby wiedziały na mój temat coś, czego wiedzieć nie powinny?
— Bo wiesz... — zaczęła znowu. — My mamy lekką obsesję na punkcie swojej rodziny. I generalnie to u nas zawsze rodzą się kobiety. Sprawdziłyśmy, czy było tak od początku i w taki sposób poznałyśmy całe dzieje naszego rodu. Odnalazłyśmy pierwszą damę i postanowiłyśmy zacząć ją czcić i kultywować. Udało nam się także ominąć prawo i zmienić nazwisko na to pierworodne. Imiona również zmieniłyśmy, by bardziej ją przypominać.
— Więc jak się nazywacie? — zapytałem. Myślałem, że coś mi to podpowie. 
— Margo i Rita Carter. 
                         Poczułem nagły motor w dupie. Spierdalałem, gdzie pieprz rośnie. Spooky nie nadążał, ale to pewnie przez jego zniszczone płuca. W jednej chwili stanąłem w drzwiach Cartera, nawet do nich nie pukając, tylko prostacko wręcz wpieprzając się do środka. Zastałem go w kuchni, pijącego kawę z ojcem. 
— Przepraszam za nagłe najście — zacząłem. 
— Rozumiem, że jesteś niewyżyty, ale musisz chwilę poczekać — odpowiedział Ryan, na co jego ojciec zachichotał cicho. Czułem się dziwnie. Carterowie byli wszędzie. To jakaś plaga? Epidemia? Apogeum zła?
— Stało się coś strasznego — jęczałem, załamując się. — W szkole biegały za mną dwie rude bliźniaczki, które postanowiły zmienić się w jakąś kobietę stojącą na szczycie ich rodu, rozumiecie mnie? Pozmieniały sobie nazwiska i teraz nazywają się Margo i Rita... Carter. 
— Nie znam historii swojej rodziny — odparł Ryan, biorąc łyk kawy. — Jedyne, co mówią mi ludzie, którzy znali moich przodków to: "Wszyscy macie tak samo paskudne charaktery".
— Margarita Carter... — zdziwił się nagle ojciec Ryana. — Głowę dałbym sobie uciąć, że nie miała dzieci...
— Kim była? — zapytał Ryan.
— To piekielne przeznaczenie zaczęło się od Alexa Cartera i Martina Bennetta — odpowiedział. — Rita była siostrą Alexa. W zasadzie Martin też miał siostrę, która nie pozostawiła po sobie potomków. Niby. 
— Ojciec, wyobrażasz sobie, co by było gdyby? — zaczął nagle Ryan. — Taki Bennett przeleci jedną z nich i będzie miał z nią dzieciaka? 
— To nie byłby dzieciak — syknął. — To byłby potwór. Nie ma na świecie nic gorszego. Połączenie Bennetta i Cartera, czyste zło. Chłopcze, pilnuj się. 
— To byłby potwór — powtórzył Ryan.

_________________________________________________
Nojakotako, jeśli masz w klasie Martina i Alexa, myślę, że powinnaś zrobić wszystko, by ich przeznaczenie się dopełniło. :>>

Ryan jest siksą wyrwaną przez Spooky'ego?

Dział: Maniakalny ignorant w poszukiwaniu przewoźnika.
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi.



                    Gdy rzucił się na mnie po raz kolejny, nie miałem sił protestować. Okazało się, że nie miałem racji w tym krytycznym osądzaniu go. A on z kolei zgłodniał przez te kilka dni w rozłące. Znów przyparł mnie mocno do ściany. Za każdym razem, kiedy mnie dotykał, jakkolwiek zresztą, w niezrozumiały sposób odpływałem. Odnosiłem wrażenie, że wznoszę się ponad chmury, świat stawał się inną rzeczywistością. Nie potrafiłem pojąć wielkości tego uczucia. Czułem, jak jego wargi delikatnie ocierają się o mój kark. Zdawało się, iż już dawno temu straciłem panowanie nad swoim ciałem. Bezwładnie założyłem mu ręce na szyję i przytuliłem. Po chwili nasze nosy krępująco się zetknęły, ale nie pocałował mnie. Patrzył mi głęboko w oczy, jak gdyby oczekiwał potwierdzenia, że może ze mną zrobić, co tylko chce. Z rozmarzeniem wpatrywałem się w te kocie tęczówki, które spoglądały teraz tylko na mnie. 
                         Nim spostrzegłem, wylądowaliśmy w jego łóżku. Sceneria niepodważalnie przypominała tę ze snu podczas stanu śpiączki. Ogień iskrzył się w kominku, zasłony nie pozwalały promieniom słońca wpaść do środka, panowała ciemność, którą tylko ten błysk żaru potrafił rozświetlić. Wyciągnąłem ręce do góry, a on w mgnieniu oka pozbawił mnie koszulki. Brakowało mi go. Dopiero po chwilowej stracie uświadomiłem sobie, jak trudne byłoby nasze rozstanie. Całował mnie po karku, pieszcząc jednocześnie dłońmi moje zesztywniałe z podniecenia sutki. Jego dotyk sprawiał, że były coraz twardsze. Moje ciało wygięło się w łuk. Nie panowałem nad wychodzącymi spomiędzy moich warg jękami. Nikt nigdy wcześniej mnie tak nie dotykał. Po raz pierwszy miałem okazję zaznać tak ogromnej fali rozkoszy. Nie chciałem kończyć, nie wyobrażałem sobie, żeby Ryan teraz przestał. Myślałem, że lepiej już nie będzie, jednak zaskoczył mnie. Przeniósł usta nieco niżej i już po chwili poczułem, jak jego język delikatnie lawiruje dookoła jednego z moich sutków. Całował je, ssał i nadgryzał lekko, a ja nie mogłem opanować tej błogości i ekstazy. Potrafił zaspokoić mnie złapaniem za rękę, lecz ciągle chciał więcej i więcej. 
                         Jego usta zaczęły zsuwać się coraz niżej. Obsypywał pocałunkami mój brzuch, torując sobie drogę do mojej męskości. Wtedy poczułem, jak rozpina rozporek moich spodni. Otworzyłem oczy i gwałtownie podniosłem się do pozycji siedzącej. 
— Ryan, zatrzymaj się... — powiedziałem nagle, nie mogąc jeszcze złapać tchu po tym, co zaszło. — Seks bez miłości jest dość pustym doświadczeniem...
— Ale wśród pustych doświadczeń to jedno z tych najlepszych — odparł. Jego źrenice nadal były rozszerzone, a wzrok namiętny i głodny. — Chyba nie próbujesz mi powiedzieć, że moja półgodzinna gra wstępna właśnie poszła się walić?
— Ryan, czy ja ci wyglądam na gotowego? — zapytałem.
— No czytasz ze mnie jak z otwartej księgi — odpowiedział. — To może teraz ty otwórz się przede mną. 
— N-nie jeszcze — jęknąłem. — Nie lubię tak spontanicznie wiesz... Muszę mieć czas na przygotowanie się.
— Dobra — powiedział. — To idź do domu i wróć wieczorem. Zrobię romantyczną kolację, przygotuję kąpiel, poleję wino, a potem cię rozdziewiczę.
— Okej, to idę i wrócę wieczorem — odpowiedziałem, ubrałem się i wyszedłem. 
                         Carter w końcu wpadł na genialny pomysł i postanowił zrobić to w ludzkich warunkach. Kolacja, kąpiel, wino, seks. Lepiej tego wymyślić nie mógł. Co prawda nie potrafiłem zestawić obok siebie słów "romantyczność" i "Carter", aczkolwiek postanowiłem dać temu szansę. Intuicja podpowiadała mi jednak, iż będzie to wieczór pełen ironii i czarnego humoru.
                         Wróciłem do domu. Powiedziałem mamie, że jednak u niego nie byłem. Zżerał mnie stres, nie chciałem, by wiedziała o moich planach na wieczór. Udawałem więc, iż to był tylko krótki spacer po okolicy. Ponadto siedziałem cały czas z telefonem w ręku, pisząc niby ze Spookym, po czym zasugerowałem mamie, że przyjaciel zaprasza mnie na wieczór i mam zamiar wrócić następnego dnia po lekcjach.
— Tylko się wyśpijcie — pouczała mnie. — Następnego dnia macie zajęcia, a dobrze wiem, jak Sean lubi zawalać nocki.
— No co ty, mamo — odburknąłem. — Spooky zawsze zasypia w trakcie wieczorów filmowych.
                         Potem poszedłem na górę, zostawiając matkę w kuchni. Cały czas byłem jakoś dziwnie zestresowany. Napisałem wiadomość do Spooky'ego, że niby śpię u niego. Oczywiście domyślił się moich planów i kazał nie narzekać na ból tyłka następnego dnia. Krzywo uśmiechnąłem się do ekranu. Po chwili napisał do mnie znowu - że wyczaił znów jakąś siksę i chyba coś z tego będzie. Jednak związki Spooky'ego były bardziej kruche niż kawałek Stinga.
                         Wszedłem do łazienki i zrzuciłem z siebie ubrania. Stanąłem przed lustrem. Początkowo miałem tylko sprawdzić, czy aby nie powinienem się raz jeszcze wydepilować, a skończyło się na wymienianiu sobie samemu swoich wad. Wydawało mi się, że nie spełnię oczekiwań Ryana. Wendy wyglądał o wiele lepiej, nawet w tych swoich obcisłych ciuchach. Pewnie ćwiczył, jadł same warzywa i dbał o zdrowie. A ja? Wyglądałem jak anorektyk, garbiłem się, wzrost miałem trzynastolatka, potargane blond kudły, podkrążone oczy, uszy poharatane piercingiem i wyraźne braki w kroczu. W sumie Carterowi chodziło o tyłek. Ale tam miałem same wystające kości.
                         W końcu nadszedł upragniony wieczór. Pełen kompleksów i braku pewności siebie zszedłem na górę, próbując obojętnie jak zawsze wyjaśnić matce, że idę do Spooky'ego. Emocje mnie rozpierały i bałem się, iż jako matka z łatwością zorientuje się, jakie mam naprawdę plany na wieczór. Zbliżała się dziewiętnasta, a właśnie na tę godzinę umówiłem się z Carterem. Miałem już wychodzić, gdy nagle do mieszkania wparował ojciec.
— Cześć, tato — przywitałem się.
— Świetnie, że jesteś w domu, jedziesz ze mną, ładuj się do auta — powiedział na jednym tchu. Wziął coś z lodówki, po czym popchnął mnie w kierunku wyjścia.
— Chwila... Miałem iść do Spooky'ego i... — jąkałem się.
— Świetnie, pójdziesz jutro, mamy coś ważnego do załatwienia — mówił, zamykając za mną drzwi w aucie.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? — jęczałem. W duchu czułem się jak śmieć.
— Bo to nagła sytuacja — odparł krótko.
                         W rezultacie zabrał mnie do swojej firmy i przedstawił pracownikom. Powiedział, że już niedługo stanę się jej prawowitym właścicielem, dlatego pośle mnie do odpowiedniej szkoły, która zrobi ze mnie biznesmena z krwi i kości. Podobno ten fach nie był tak prosty jak w Simsach 3. Nie mogłem się skupić, kiedy do mnie mówił. Wiedziałem, że Ryan tam na mnie czeka. A co, jeśli uznał, że mam go gdzieś? A jeśli zadzwonił do Wendy'ego? Albo tej kobiety, która niegdyś dała mu kosza? Cholera, było mi tak przykro. Ryan był skurwielem, ale mimo tego musiał poczuć się przeze mnie naprawdę źle.
                          Siedzieliśmy w firmie do późnych godzin. Ojcu nawet udało się mnie przekonać, że to robota dla mnie. Może przez Cartera. W końcu on też był biznesmenem, a w moich oczach stanowił najwyższy autorytet. Zapewne dlatego. Tak czy siak, wróciliśmy do domu po drugiej w nocy. Szybko wziąłem prysznic, przebrałem się w piżamę i wskoczyłem do łóżka udając, że śpię. Rodzice mieli sypialnię w drugiej części domu, więc ominięcie strażnika uciekając z więzienia było bułką z masłem. W mgnieniu oka byłem już po drugiej stronie drzwi, skulony i trzęsący się z zimna. Pobiegłem prosto do domu Cartera. Chciałem szybciej, ale te pedalskie kapcie hamowały moje maksymalne tempo biegu.
                         Delikatnie zapukałem do drzwi. Nie chciałem go obudzić. Po chwili dopiero pomyślałem sobie: "Kurwa mać, no jasne, że musisz go obudzić, musisz to czym prędzej wyjaśnić". Dlatego zacząłem walić do drzwi, jednocześnie naciskając dzwonek. Wszystko na nic. Usiadłem przy drzwiach i skuliłem się, a z moich oczu niepohamowanie zaczęły toczyć się strugi łez. I nagle... otworzył drzwi. W jednym momencie podniosłem się do pozycji stojącej i rzuciłem mu się w ramiona łkając i tłumacząc, jak było naprawdę.
— Bennett, nie bój żaby — odparł, ale jednak mnie objął. — Twój kumpel tu był.
— Co? — zdziwiłem się nagle. Czy to Ryan miał być siksą wyrwaną przez Spooky'ego?
— Dużo z tego nie zrozumiałem, ale twoja matka zadzwoniła do niego, że cię nie ma, a on postanowił poinformować mnie — odpowiedział. — Bo podobno miałeś być u niego wieczorem, bo bałeś się powiedzieć matce, że się rozdziewiczasz.
— T-ta, no w sumie — wyjąkałem. Spooky był naprawdę dobrym przyjacielem.
— Chodź na spacer — zaproponował nagle.
— Co? — zapytałem z zaskoczeniem.
— Bo zawsze się boisz, że ktoś cię zobaczy — powiedział. — Teraz jest odpowiednia pora.
                         Ryan zamknął mieszkanie. Zeszliśmy na chodnik w piżamach i kapciach, po czym wziął mnie za rękę i zaczął prowadzić przed siebie. Londyn spał nieporuszony w głębokim śnie, a pod zapalonymi latarniami unosiła się szara, brudna od smogu i spalin mgła. Był środek jesieni, jednak dłoń Cartera obdarzała mnie większym ciepłem niż nawet gorąc słońca.


__________________________________________
Drogi Czytelniku, w tym szczególnie Erwinie! Po lewo, zaraz pod stronami, pojawił się nowy gadżet - kontakt. Osoba pośrednia jest osobą bardzo zaufaną, więc można do niej kierować wszelkie prośby, zażalenia, pytania oraz cokolwiek, jeżeli chcecie czegoś od autorów Snays. Kieruję to też do Ciebie, Erwinie, bo pisałeś coś o wspólnym pisaniu gejowskich powieści, hardcore. Nigdy nie pisałam yaoi, ale może nawet spróbuję. Proszę, nie pisz w komentarzach nigdy więcej nic o swoim kutasie. 
Akai, przyznaję rację. Być może byli tu ludzie, którzy uznali mnie za jakąś osobistość, którą nie jestem, przez co czytali moje opowiadania tylko dla mojego charakteru, który nie spodobał im się we wrzuconym przeze mnie filmie. Cóż, skoro takie były ich motywy, pozostaje mi tylko cieszyć się, że odeszli. Bloga prowadzę głównie dla poznawania nowych ludzi. Nie wiem, czy byli warci, skoro wytykają mi zbyt dużą ilość przekleństw. Kazano nam zrobić Sprite & Banana Challenge i rzygać na wizji, a czepili się czegoś takiego. Trudno, tym lepiej dla bloga.