Showing posts with label ch(e)at. Show all posts
Showing posts with label ch(e)at. Show all posts

10.1.16

Zatracona ludzkość

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi.



— Nie ma mowy — odparł ze śmiechem. 
                    Felix dotykał mnie namiętnie, a ja oddychałem ciężko, błagając go, żeby posunął się dalej. Odmówił. Chciał, żebym był w pełnej gotowości następnej nocy. Zbliżał się bowiem moment, na który wszyscy z niecierpliwością czekali. Felix obiecał mi, że kiedy będzie już po wszystkim, zrobi wszystko, o co tylko go poproszę. 
— Nie chcę, żeby paraliżował cię ból tyłka, kiedy będziesz musiał skupić się na mordowaniu — powiedział wprost. 
— Felix... — szepnąłem. — Rozbierz mnie.
— Mam cię rozebrać? — zdziwił się. — Przecież...
— Spróbuj po prostu, może akurat... — wyjąkałem. 
                    Zamilkł i początkowo leżał w bezruchu, jak gdyby obawiał się zrobić cokolwiek. Szczerze powiedziawszy nie wiedziałem w zasadzie niczego o Felixie. Nie miałem pojęcia nawet, dlaczego się w nim zadurzyłem. Być może właśnie ta niewiedza i tajemniczość mnie do niego ciągnęły. Z niewiadomych mi przyczyn postanowiłem zwyczajnie nie analizować całej tej sytuacji. Wyglądało na to, że idę na łatwiznę, jednak niezbyt mi to przeszkadzało. Jedyne, co przyszło mi na myśl, to to, iż dzięki jego ponadprzeciętnej sile mogłem poczuć się w pełni bezpiecznie u jego boku. Rozkochałem w sobie mordercę. Gdyby ktokolwiek spróbował mnie skrzywdzić... długo nie stąpałby po ziemi tego świata. Tylko czego się obawiałem? Musiałem mieć w sobie pokłady podświadomego strachu, bo jaki mógł być inny powód szukania osoby, która zapewni mi spokój?
                    Felix powoli podciągnął mój sweter. Mięśnie mojego brzucha niekontrolowanie spięły się, lecz czułem, że to właśnie ten facet powinien mieć pełne pozwolenie na oglądanie i dotykanie mnie. Mimo krótkiej znajomości wykształciła się między nami silna więź, którą ciężko byłoby przerwać. Czułem jak jego dłoń wędruje po moim nagim torsie. Oddychałem ciężko. Ogarnęła mnie rozkosz, której nie byłem w stanie opanować. To uczucie przypominało sen. Wyjątkowo przyjemny, ale subtelny. I zdecydowanie nie chciałem się z niego budzić. Felix gwałtownym ruchem ściągnął z nas kołdrę. Powiew powietrza delikatnie połaskotał moje nagie ciało.
— Źle — wyjąkałem.
— Spróbuj po prostu, może akurat — odpowiedział ze śmiechem.
                    Zanim wykonał jakikolwiek ruch, pozwolił mi się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy. Jednak moje złe samopoczucie nie poprawiało się. Myśl, że jestem nagi i nic mnie nie okrywa ,wyrwała mnie ze stanu głębokiej rozkoszy. Zamknąłem oczy i próbowałem skupić się na obecności Felixa.
— Chociaż trochę lepiej? — zapytał.
— Nie — odparłem cicho.
— A teraz?
                    Powoli podniósł się z łóżka i po chwili spoczął na moim ciele, przytulając mnie mocno. Dopiero wtedy zorientowałem się, że również się rozebrał. Poczułem więc jego skórę na swojej, co doprowadziło mnie do takiego oszołomienia, iż nie zdawałem sobie sprawy, gdzie jestem. Objął mnie w pasie i przyciągnął jeszcze bliżej siebie. Wtulił twarz w mój kark i złożył soczysty pocałunek na mojej szyi. Jęknąłem cicho.
— N-nie wiem, co się dzieje... — wymamrotałem.
— Sydney... — szepnął. — Zatrzymaj mnie, nie mogę się opanować...
                    Zaczął niekontrolowanie obcałowywać mój kark, przechodząc do coraz niższych partii ciała. Z moich ust wydobywały się równie niepohamowane jęki. Nie potrafiłem go powstrzymać. Mgliło mi się przed oczyma. Traciłem świadomość. Chciałem pogrążyć się w rozkoszy i zapomnieć o wszystkim, co mnie wówczas bolało. Bałem się wracać do świata rzeczywistości, którym kierowała nienawiść i wieczna pogoń za pieniędzmi motywowana dawno zatraconą ludzkością.



***



                    Deja vu? Tak mi się zdawało, gdyż wszystko wokół wyglądało zupełnie jak wtedy, gdy obudziłem się w ich siedzibie pierwszego dnia. Dwa krzesła, jedno zajmowane przez Edwarda, biurko, ja - przywiązany do krzesła. Unoszący się nad nami dym tytoniowy. Nadszedł czas apokalipsy. 
                    Od czasu czwartkowej misji nie widziałem się jeszcze z Felixem. Nie miałem pojęcia, jak się czuje i co robi. W zasadzie nie minąłem się z nikim poza Edwardem. Trzymał mnie w tym miejscu już dobre kilka dni i surowo zabraniał komukolwiek widywać się ze mną. Powiedział, że musi mnie... poskromić. 
— Chciałeś stać się czyścicielem, Sydney — mówił ciągle. — Nie psychopatycznym mordercą.
                    Próbował dotrzeć do mojej podświadomości i dowiedzieć się, czym motywuję swoje poczynania. Początkowo nie chciałem gadać z obaw o wykorzystanie przez niego moich słabości. Zaprzeczył jednak, gdy zapytałem, czy to zrobi. Powiedział, że jest tutaj dowódcą i musimy darzyć go zaufaniem tak, jak on darzy nim nas. Ja je jednak straciłem, przechodząc diametralną i nieco schizofreniczną przemianę.
— W obliczu tamtych wydarzeń przywróciłem sporo wspomnień z przeszłości, które były zatracane — odpowiedziałem szorstko. — Przez długi czas czułem się... jak gdybym nie był w swoim ciele. Zawsze pociągała mnie adrenalina, ale dopóki żyłem w tak spokojnej ułożonej rodzinie, potrafiłem wybić to sobie z głowy. Kiedy wcześniej poddawałem się temu uczuciu, zazwyczaj kończyłem w taki sposób, jak ostatnio, jednak to mijało po krótkiej chwili. Teraz to nie nastąpi, bo kompletnie przestałem hamować swoje pożądanie do wielkich pokładów adrenaliny.
— Więc masz zamiar zostać przy tym, co jest teraz? — upewnił się.
— Zdecydowanie — odparłem stanowczo. 
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że to może utrudnić przyjęcie cię na stałe do czyścicieli? — zapytał. — A tym bardziej, zostawienie cię w naszym oddziale?
— Początkowo mówiłeś, że wystarczy, jeśli zamorduję swojego ojca — syknąłem z wściekłością. — Zrobiłem to. Czego więcej, kurwa, chcesz?
— Nikt nie spodziewał się, że zrobisz to w taki sposób — powiedział ze spokojem. — Musisz potrafić zachować zimną krew w takich sytuacjach.
— Nie ma mowy — wycedziłem przez zęby. — To źli ludzie. Dlaczego miałbym tak po prostu cierpliwie czekać, aż czyściciele się ich pozbędą? Wyrżnę ich, kurwa, do ostatniego.
                    Wydarzenia z tamtej nocy wciąż ukazywały mi się przed oczyma, kiedy tylko zamykałem powieki. Ciężar, który spoczywał na moim sercu przez kilka ostatnich lat, zniknął. Chciałem mordować. Pragnąłem tej adrenaliny, której poznałem już smak. Nie mogłem pozwolić sobie na powrót do tej cholernej monotonii. 
— Felix prosił, żeby ci coś przekazać — powiedział nagle.
                    Gwałtownie podniosłem głowę do góry. Ostatnimi czasy wszystkie z moich emocji były nasilone, dlatego też na samą myśl o nim odczułem wyjątkowo silną tęsknotę i ciepło na sercu. 
— Nadal nie jestem przekonany, czy powinienem ci o tym mówić — odparł cicho. — Jednak obiecałem mu to, więc muszę to zrobić. 




3.1.16

Maszyny do zabijania

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi.



dla Erwina, bo jęczy, że rzadko dodaję
koleś, czasu nie ma, trzeba zapierdalać! rok trzeba zdać
w sumie nie trzeba
_____________________________________

                    Całe wtorkowe popołudnie spędziłem z Edwardem. Nie przejmowałem się faktem, czy marnuję jego czas, w końcu zgodził się udzielić mi odpowiedzi na kilka pytań, więc musiał wiedzieć, że może to zająć dłuższą chwilę. Intrygowało mnie wiele spraw związanych z czyścicielami. Sieć nie oferowała mi żadnych sensownych odpowiedzi, bowiem wszystkie wpisy na temat tego ugrupowania zdawały się być głupotami wyssanymi z palca. Niemniej jednak czyściciele stanowili pewnego rodzaju zakazany owoc. Nikt nie miał pojęcia, kim są i nikt nie potrafił ich odnaleźć. Czułem się lepszy od innych ludzi, mogąc przebywać wśród takiej elity. Nie zważałem już na to, że przecież mnie porwali i nie powinienem im ufać. Relacje z nimi zaczęły się pogłębiać. Musieliśmy w tym fachu darzyć się nawzajem niemałym zaufaniem. 
                    Edward powiedział mi wtedy, że grup czyścicieli jest w Ameryce bardzo wiele. Są one starannie podliczane tak, jak ich członkowie, jednak jest to praca co najmniej mozolna, zważywszy na niepowodzenia misji. Co prawda większość z nich dochodziła do skutku, jednakże czyściciele pracowali dzień i noc, dlatego przy tak wielkiej ilości zleceń ciężko było długo utrzymać się przy życiu. Gdy zapytałem, po co w takim razie tak bardzo ryzykują swoje życia, odpowiedział tylko:
— To zawód pełen poświęceń. Dla dobra ludzkości. 
                    Czyściciele walczyli z ogromnymi instytucjami oraz bogatymi ludźmi, lecz tylko tymi, którzy swoimi żądzami krzywdzili innych. Zastanawiałem się, dlaczego w takim razie antagoniści czyścicieli nie wynajęli jeszcze żadnych gangsterów do załatwienia grup, do których należeliśmy. 
— To proste — zaśmiał się. — Mamy kontakty z mafią. 
                    Tego dnia Edward wydawał się być o coś zatroskany, o wiele bardziej niż zwykle. Jakaś sprawa wyraźnie go męczyła, jednak nie chciałem się w to wtrącać. Był naszym liderem, dlatego byłem pewien, że wie, co robić. 
— Mafia również dysponuje wielką kasą, ale jesteśmy sojusznikami. W przeciwieństwie do polityków i przedstawicieli handlowych mafia zarabia pieniądze w bardziej ludzki sposób — mówił. — Co prawda są to lewe interesy, jednak nie działają na przekór ludziom. Zajmują się przede wszystkim hazardem, a niektórzy z nich babrają się w brudniejszych sprawach. Przykładowo w heroinie.
— Czy heroina nie działa w pewnym sensie przeciw ludziom? — dopytywałem.
— Owszem — odparł stanowczo. — Ale w tym przypadku to ich świadomy wybór. Czyściciele nie chcą ograniczać wolności człowieka. Usuwamy tych, którzy tę wolność zabierają. Tych, którzy nie pozwalają innym prowadzić normalnego życia. 
— A co z ludźmi, którzy nie mają wyboru i potrzebują pieniędzy do tego stopnia, że dążą do celu po trupach? — spytałem znów.
— Ich też się pozbywamy, choć patrzymy na nich bardziej pobłażliwie i czasem dajemy drugą szansę — odpowiedział. — W każdym razie uznajemy ich działania za nieludzkie. Jesteśmy zdania, że życie innego człowieka jest ważniejsze niż nasze. Jeśli zaś człowiek czyniący takie rzeczy ma na utrzymaniu rodzinę i działa z tego powodu, także go wypleniamy, ale z uwagi na to, że powinien był wcześniej zastanowić się nad konsekwencjami swoich czynów. I zostawić plany założenia rodziny na później, kiedy tylko się ustatkuje.
— Poglądy czyścicieli są dość skrajne... — westchnąłem.
— Racja — odparł z uśmiechem. — Ale wszystko zmieniało się na przełomie lat. W którymś momencie najwyżej stojąca osoba zauważyła pewne podobieństwo między naszym kodeksem a prawem funkcjonującym w wielu krajach. Ten mężczyzna doszedł do wniosku, że myślenie skrajnościami to jedyna droga do wysuwania obiektywnych i trafnych decyzji. Spójrz na bandytów w więzieniach. Dwa takie same morderstwa, zupełnie inne kary. Ten system jest na pierwszy rzut oka skomplikowany, ale z drugiej... zupełnie nielogiczny. Chcieliśmy tego uniknąć. Nasz poprzedni wódz, jeśli mogę go tak nazwać, obawiał się, że zaczniemy subiektywnie spoglądać na naszych bliskich, jeśli dopuszczą się zbrodni, które tępimy. Bał się, że zwyczajnie zaczniemy oszukiwać, by nie musieć ich tracić. Stąd kodeks i sztywne reguły, których musimy się trzymać. W takim stanie rzeczy wszystko jest jasne, klarowne i zrozumiałe.
                    Zapytałem także, czy grupy czyścicieli dzielą się na te lepsze i gorsze. Westchnął wtedy i powiedział, że jest bardzo szczerym człowiekiem, dlatego żałuje, iż zadałem takie pytanie. Zaskoczyła mnie jego odpowiedź.
— Fakt faktem jesteśmy jedną z najlepszych grup na tym obszarze, jednakże poziomy tych ugrupowań są tak zróżnicowane, że między nami a czyścicielami będącymi miejsce wyżej jest przepaść nie do pokonania — odpowiedział. 
— Dlaczego pożałowałeś, że zapytałem? — dociekałem.
— Lubisz drążyć temat, co? — zaśmiał się cicho. — Przyjęcie nowego czyściciela do jednej z najlepszych grup jest dość ryzykowne.
— Co masz na myśli? — zadałem pytanie.
— Mamy wyspecjalizowanych ludzi — odpowiedział. — Nie wybraliśmy sobie ekipy, zostaliśmy sobie przypisani. Jeśli to przeanalizujesz, zauważysz, że cały ten oddział posiada dopełniające się umiejętności. Każda grupa czyścicieli musi posiadać określone zdolności, ale nie wpływa to na ilość członków, bo jeden działacz może dysponować dwoma lub trzema kwalifikacjami. Jedyny wymóg to co najmniej trzy osoby na grupę, bo praca czyścicieli w dużej mierze opiera się na współpracy. Spójrz tylko. Emily Livingstone jest wyspecjalizowana w walce wręcz oraz w otwieraniu systemów ochrony czy też zwyczajnych zamków. Ponadto jej szorstkość i trzeźwość myślenia pozwalają zabijać bez końca, stąd też przydomek maszyny do zabijania. Potrafi odczytywać emocje człowieka napotykanego po raz pierwszy, a także zmanipulować go grą aktorską. Posiada też zdolność ukrywania się niczym kameleon. Felix Livingstone jest ukierunkowany na pracę z bronią palną oraz robotę w terenie. Jego zwinność i szybkość pozwalają uniknąć ataków przeciwnika. Także jest świetny w wyczytywaniu wielu rzeczy z ludzi, jednak jego manipulacja pozwala na nieco więcej niż u Emily, potrafi on silną manipulacją zniszczyć człowieka i sprawić, że będzie mówił wszystko, o co Felix poprosi. Sheila jest strategiem, konstruuje dokładne plany w mgnieniu oka i potrafi skupić się na myśleniu nawet w sytuacjach zagrażających życiu. Zawsze atakuje z daleka i nigdy nie staje twarzą w twarz z przeciwnikiem z uwagi na jej brak umiejętności walecznych. Mimo to potrafi złamać każdy kod i system, co bardzo ułatwia nam pracę. Ja natomiast jestem liderem, który musi trzymać na wodzy nieprzemyślane działania moich podwładnych, którzy mają do tego tendencje, choć możesz nie widzieć tego na pierwszy rzut oka. Rozpatruję wszystko biorąc pod uwagę wszelkie możliwe czynniki i dopiero wtedy działam. Ponadto posiadam większość umiejętności z tych, które mają oni wszyscy. Mówię ci o tym dlatego, że nasz najwyższy szef nie spojrzał przychylnie na ściągnięcie cię tutaj. Przystał co prawda na plan Felixa związany z morderstwem twojego ojca. Prawdę mówiąc, gdyby nie fakt, że powiedział to Felix, który w dodatku dostał poparcie Emily, mógłbyś już nie żyć. To rodzeństwo po prostu uchodzi za jedne z najskuteczniejszych maszyn w dziejach czyścicieli. Tak czy inaczej, jeśli nawet przejdziesz czwartkową misję, być może przeniosą cię do innej grupy czyścicieli. Twoje umiejętności nie wykraczają poza te, które mamy już tutaj. Czytasz z oczu tak, jak większość z nas. Ukrywasz się, ale to potrafi już Emily. Staram się cały czas odnaleźć w tobie coś, czego jeszcze nie mamy, ale...
— Daj mi szansę — przerwałem mu.
                    Powiedziałem to z tak cholerną pewnością siebie, że ciężko było mi uwierzyć w to, co robię. Nie miałem w zasadzie zielonego pojęcia, z czego ta stanowczość wynikała, lecz moja intuicja wyraźnie podpowiadała mi, iż mam w sobie coś, co pozwoli mi z nimi zostać i dostać się na sam szczyt. W moim wnętrzu zaczynało coś świrować, nie wiedziałem, co się dzieje. Chciało mi się śmiać. To była jakaś dziwna psychodelia, której nie rozumiałem. Początkowo myślałem, że to desperacja i przerażenie. Ale wszystko miało okazać się kilka dni później, choć nie byłem wtedy jeszcze kompletnie niczego świadomy. 


Czas leczy rany

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi.



— To jedyne wejście, jakim można w pełni bezpiecznie dostać się do środka — mówiła. — Mimo to Felix będzie musiał użyć drzwi frontowych dla zwiększenia bezpieczeństwa.
— To coś na kształt przynęty? — spytała pani Livingstone.
— Poniekąd, ale tylko ze względów czysto asekuracyjnych — odparła. — Nie ma pewności, czy zostanie zauważony, ale jego obecność w głównym korytarzu zaraz po rozpoczęciu misji zwiększy szanse na jej powodzenie.
                    Zaczynałem dostrzegać, dlaczego Sheila znajduje się wśród czyścicieli i jakie są jej atuty w tym fachu. Mimo że nie powiedziałem im jeszcze, jaką decyzję podjąłem, wszyscy zdawali się mieć cholerną pewność, iż zgodzę się na morderstwo mojego ojca. Dziewczyna rozłożyła przed nami plan mojego rodzinnego domu z wyraźnie zaznaczonymi obszarami, które łapały kamery. Zakreskowała je. Rysunek zgadzał się co do milimetra, wszystko było starannie zaznaczone. Strategia wydawała się być doskonale przemyślana. 
— Sydney otworzy okno kuchni od zewnątrz. Będziesz musiał wspiąć się na taras, a potem przejść kawałek po dachu, by to zrobić. Bądź ostrożny — powiedziała z troską. — Dostarczymy ci odpowiedni sprzęt, który ułatwi ci otworzenie okna. Gdy już to zrobisz, Felix wejdzie do środka i włączy alarm. 
— W korytarzu jest mnóstwo kamer, tak jak i przed wejściem głównym, dlaczego więc...? — zdziwiłem się.
— System ochrony założony w twoim domu pozwoli ojcu szybko sprawdzić, w którym pomieszczeniu znajduje się intruz — odpowiedziała. — Pan Shepherd wybiegnie wówczas z sypialni i uda się do salonu na piętrze, by zablokować złodziejowi dostęp na górę, a dopiero potem zadzwoni po policję. Żeby jednak mógł dotrzeć do salonu, musi minąć kuchnię, w której będziesz się znajdował. Nie będzie miał zbyt wiele czasu na przemyślenie swoich działań. Kiedy będzie biegł przez pomieszczenie, w którym się znajdujesz, rzucisz się na niego i poderżniesz mu gardło. Innego wyjścia nie ma, nie jesteś wyszkolony, jeśli chodzi o broń.
— Poderżnę gardło...? — spytałem ze strachem. — Czy nie prościej byłoby zabić go podczas snu? Wtedy nie musiałbym obawiać się o ruchomy cel, dlatego trafienie nie sprawiłoby problemu.
— To dla pewnego ułatwienia — odpowiedziała. — Starałam się ustalić strategię tak, żebyś nie musiał zabijać ojca na oczach swojej matki. 
                    Wstrzymałem oddech. Ostatnimi czasy faktycznie czułem, że jestem w stanie wykonać to zlecenie. Nie sądziłem jednak, iż będę zmuszony zamordować ojca w tak nieludzki sposób. 
— Jedyna wada tego planu tkwi w tym, że strach może cię sparaliżować — kontynuowała. — Nie będziesz miał wiele czasu na zastanawianie się. Twój ojciec prawdopodobnie w ogóle cię nie zauważy i pobiegnie prosto do salonu. Twoja droga ucieczki będzie otwarta, ale Felix może mieć nie lada problem, jeżeli nie podołasz. W przeciwieństwie do pani Livingstone, rozbrajanie systemu ochrony nie jest jego konikiem.
— Dlaczego więc nie wyślecie ze mną pani Livingstone? — spytałem.
— Odpowiedź jest oczywista — wtrącił się Felix. — Z uwagi na nasze relacje. Sprawdzanie zaufania czyściciela jest niekończącym się procesem. 
— W jaki sposób wysłanie cię tam ze mną ma sprawdzić twoje zaufanie...? — zapytałem cicho. Powoli gubiłem się w ich toku rozumowania. 
— W twoim domu znajduje się schron, którego twój ojciec nie zamyka — odpowiedziała z powagą. — Jeżeli Felix nie dostanie znaku, że misja się powiodła, zdetonuje całą chatę, chowając się pod ziemią podczas wybuchu. W rezultacie zginiesz ty, Sydney, a także twoi rodzice. Po całym zajściu system będzie otwarty i Felix będzie miał drogę ucieczki. W każdym razie, wracając do planu, kiedy pozbędziesz się już swojego ojca, zbiegniesz na dół i razem z Felixem opuścicie dom. 
— Co z nagraniami z kamer? — dopytywałem.
— To najmniejszy problem — powiedziała z uśmiechem. — Będę zajmować się tym na bieżąco. Poza ty, z uwagi na delegację, na którą wyjeżdża twój ojciec, chcę, żebyś załatwił to do końca tego tygodnia. Czwartek wydaje się być idealny. Masz zatem cztery dni, aby się na to przygotować. Zrozumiałeś wszystko?
                    Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że to nie koniec próby mojego zaufania. Na początek kazano mi zamordować rodzonego ojca. Spodziewałem się w najbliższym czasie nakazu zabijania innych ludzi, z którymi byłem związany lub, których w jakikolwiek sposób szanowałem czy też podziwiałem. Mimo precyzyjnie ustalonego planu, ryzyko na niepowodzenie nadal było przerażająco wielkie. Gdyby nie fakt, że chodziło o mojego ojca, dałbym się ponieść adrenalinie i nie mógłbym się doczekać swojej misji.
— Sydney — zaczął nagle Edward. Spoglądał na mnie znów tym swoim troskliwym, pełnym empatii wzrokiem. — Ta noc bardzo cię zmieni. 
                    Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, co miał na myśli. Puściłem to mimo uszu. Uznałem, że ma na myśli wstręt do siebie samego, jaki poczuję po morderstwie. Nie spodziewałem się, iż Edward posiada tak szeroką wiedzę psychologiczną. Już wtedy dobrze wiedział, na co pozostali czyściciele muszą się przygotować, jeżeli nie zawiodę. Te szczwane bestie wywoływały we mnie coraz większy strach. Pasowałem do nich? 
— Może to, co powiem, nie będzie na miejscu — odparłem, spuszczając głowę. — Podejmę się tego zadania, jednak... Czy jest coś, co pomoże mi pójść za głosem rozsądku, kiedy zobaczę przerażoną twarz ojca i nóż w mojej dłoni?
— Emily — poprosił Edward, uśmiechając się lekko. — Doradź mu. Nazywają cię maszyną do zabijania. 
— Nie chcę, żeby myślał jak ja — odpowiedziała. — Ale potrafię przedstawić ci sytuację z twojej perspektywy. Jeżeli się zawahasz, zginie cała wasza trójka. Ty, twój ojciec, twoja matka. Jeśli zaś misja się powiedzie, dwoje z was przeżyje. 
— Jednak będziemy do końca życia nosić na sobie to piętno — powiedziałem cicho. 
— To tak nie działa, Sydney — odparła z troską. — Ludzie odchodzą prędzej czy później. To prawda, że ty i twoja matka będziecie bardzo cierpieć. Jednak z upływem czasu, w twojej pamięci zatrze się twarz ojca i znikną wszelkie wspomnienia z nim związane. Twoja rodzicielka być może założy nową rodzinę. A nawet jeśli tego nie zrobi, z czasem ból ustanie. Czas leczy rany. 
                    Wszystko było sztywne i bezuczuciowe, choć nie było miejsca na monotonię. Wziąłem głęboki wdech. Spojrzałem na swoje dłonie i wyobraziłem sobie scenę w moim domu. Czułem, że nie podołam. 
                     Pół nocy męczyły mnie koszmary. Sen się powtarzał. Widziałem minę swojego ojca, kiedy go morduję. Za każdym razem odkrywał moją tożsamość i mówił "cieszę się, że nic ci nie jest, Sydney". Nawet w obliczu śmierci cieszył się, że się odnalazłem. Gdy przebudziłem się około trzeciej w nocy, bałem się znów zamknąć oczy. Wyszedłem do kuchni, by napić się wody, ale nie poczułem się lepiej. Przeciwnie - zrobiło mi się niedobrze. Zwymiotowałem wszystko, co zjadłem poprzedniego dnia. Zalegałem na kolanach przy toalecie i trzęsłem się z zimna. Po chwili ktoś odgarnął mi włosy z czoła i przytrzymał je, kiedy znów zebrało mi się na torsje. 
— Masz gorączkę — powiedział.
                    Kiedy skończyłem, umyłem zęby i poszedłem za Felixem do jego pokoju. Wtuliłem się w niego. Jak zwykle spałem w ciepłym swetrze, w dodatku pod ciepłą kołdrą, mimo to marzłem jak cholera. Pocałował mnie w policzek. Jego obecność w jakiś sposób mnie uspokajała. Czułem się przy nim bezpiecznie. Dlatego w głębi duszy cieszyłem się, że to właśnie on pójdzie ze mną na tę misję. Czyściciele na pierwszy rzut okaz zdawali się być chłodnymi ludźmi bez uczuć. Zabijali i mordowali, nie licząc nawet osób, które wysyłają na drugi świat. Mimo to odnosiłem wrażenie, że każde z nich bez wyjątku przejmuje się moim stanem. 
— Nadal nie do końca rozumiem twój strach przed nagością — powiedział cicho. — Niezależnie gdzie i z kim się znajdujesz, chcesz mieć coś na sobie, tak?
— N-no... — wyjąkałem. 
— Więc co powiesz na to?
                   Powoli wsunął mi dłoń pod sweter, nie podciągając go. Ubrania nadal spoczywały na moim ciele. Jego ręka powędrowała na mój tors. 
— F-felix... — wyjąkałem. Zrobiło mi się zimno i gorąco jednocześnie. — T-to dziwne...
— Nie sądziłem, że aż tak będziesz reagował na dotyk — zaśmiał się. — Mimo wszystko... to przyjemne uczucie, skoro wiem, że jestem pierwszą osobą, która cię dotyka. 
                    Masował dłonią mój tors, wywołując u mnie falę rozkoszy. Całował mnie delikatnie i subtelnie tak, jak gdybym był w jego rękach czymś kruchym i nietrwałym. Jednak coś, co wtedy mi powiedział, wstrząsnęło mną i skutecznie spędziło sen z powiek na całą noc.
— Proszę, Sydney, zabij go — szepnął. — Nie chcę mordować kolejnej ważnej dla mnie osoby.


Profesjonalizm mordercy

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi.



                    Tego dnia w siedzibie było dość głośno. Zerwałem się na równe nogi około piątej rano, bo właśnie wtedy rozpoczęła się wrzawa. Musiałem zacząć się przyzwyczajać do nieprzespanych nocek. 
                    W kuchni przesiadywało całe towarzystwo. Odkąd mnie porwano, był to dopiero drugi raz, gdy zebrali się tam wszyscy bez wyjątku. Sprawa musiała być gruba. Czułem unoszący się wszędzie niepokój. Zasiadłem razem z nimi przy stole, lecz nikt nie zdawał się zauważyć mojej obecności. Sheila krzyczała i szlochała na przemian, Edward próbował ją uspokoić, jednocześnie rozmawiając z Felixem. Felix siedział w bezruchu, jego ubrania były brudne od krwi, jednak w takich miejscach, że nawet taki amator morderstw jak ja mógł z czystym sumieniem stwierdzić, iż to właśnie Felix był zabójcą i krew zdobiąca jego strój nie należy do niego. Pani Livingstone wyglądała na poruszoną stanem swojego brata, choć na jego twarzy nie malowało się zupełnie nic. Początkowo nie mogłem dojść do tego, co się stało. Przysłuchiwałem się uważnie ich rozmowie, ale nie potrafiłem wywnioskować z niej, w czym leży problem. Byłem zmęczony i obolały, nie uraczyli mnie zbytnio wygodnym łóżkiem. Ale cóż, byłem tylko mięsem w ich rękach. Nie mieli przymusu nawet utrzymywać mnie przy życiu. 
                    Po chwili jednak fakty zaczęły do mnie powoli docierać i załapałem, co się stało. Ciężko było mi połączyć to wszystko w logiczną całość, lecz efekt był piorunujący. 
                   Wyglądało na to, że Felix zamordował jakąś młodą kobietę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu śmierć towarzyszyła czyścicielom na co dzień, można by było jedynie żałować tego, iż trafiło akurat na przedstawicielkę płci pięknej. Nie zraziło mnie to, ale słuchałem dalej. Po chwili pojawił się kolejny wniosek. Osoba, której się pozbył, była jego drugą połówką. Przegryzłem wargę. Wyglądało na to, że Felix był zmuszony zabić kolejną ważną dla niego osobę. Okazało się, iż była nią Bridget Mellark, która szarpała się z nim kilka dni wcześniej. Podobno za wszelką cenę usiłowała zmusić go do porzucenia fachu czyściciela, by mógł u jej boku zacząć prowadzić normalne życie. Pech chciał, że stała się do tego stopnia zdesperowana, iż zaszantażowała go wyjawieniem jego tożsamości, jeżeli postanowiłby zostać z nami. Dlatego nie miał innego wyjścia niż wyplenienie jej z tego świata. W taki też sposób Felix stracił kolejną osobę bliską jego sercu. I nawet mimo naszych relacji nie byłem w stanie cieszyć się jej śmiercią. 
                    Tego ranka nie zamieniłem z nikim słowa. Każdy poszedł do siebie, jedynie Felix udał się pod prysznic, by zmyć z siebie pot, krew i wyrzuty sumienia. Mimo wszystko miałem go za zbyt inteligentnego człowieka i byłem pewien, iż wie, że dobrze postąpił. Bo nie miał wyjścia. Znaczy, mógł w zasadzie zabić siebie, żeby... Moment... Czy ja sam nie byłem w podobnej sytuacji?
                    Kiedy usłyszałem, że opuszcza łazienkę, udałem się za nim prosto do jego pokoju. Może to był błąd zważywszy na jego samopoczucie, ale w końcu był profesjonalistą i był zmuszony do dawania sobie rady nawet w takich chwilach. Poczułem jednak, że nie uda mi się zasnąć, jeśli najpierw do niego nie pójdę. 
— Wiesz, ja... — zacząłem nieśmiało, kiedy przekroczyłem próg jego pokoju. Siedział na swoim łóżku i niemrawo spoglądał w moim kierunku. Przez żaluzje wpadały cienkie wiązki światła, a mimo to wokół panowała ciemność. — Nie mam zbyt wygodnego łóżka, więc pomyślałem, że... 
                    Przez dłuższą chwilę milczał, dlatego przejąłem inicjatywę i po prostu usiadłem obok niego. Położyłem na jego dłoni swoją, jednak gwałtownie się odsunął. 
— Jak się czujesz? — spytałem. Nie dało się ukryć, że nie miałem zielonego pojęcia o relacjach międzyludzkich. 
— W porządku — odpowiedział nieco beztroskim tonem.
— Naprawdę? — zdziwiłem się.
— Jasne, że tak — odparł. — Nie kochałem jej już od dłuższego czasu. Zmieniła się.
— Ale zabrałeś rękę, kiedy chciałem cię dotknąć — wymamrotałem.
— Bo mnie zdenerwowałeś — syknął. — Wcześniej raczej unikałeś czynów tego typu. Myślałeś, że w takiej sytuacji będę rozdrażniony i wezmę cię na litość?
— N-nie przeszło mi to przez myśl, jeśli mam być szczery — wyjąkałem. — Rozumiem twoją nieufność do ludzi, na tym polega bycie czyścicielem, ale mam zamiar do was dołączyć, dlaczego więc...? 
                    Spojrzał na mnie i położył mi dłoń na policzku. Odczułem coś dziwnego. Nie przekonałbym go przecież tak szybko. 
— Jeśli w takim razie nie zależy ci na zaspokojeniu własnych celów, jeśli można to tak nazwać, zrób coś, co pomoże tylko i wyłącznie mnie — zaproponował.
— Mam ci zrobić loda? — spytał cicho. 
— Nie, bo się podniecisz — wycedził przez zęby. — Po prostu się przede mną rozbierz. 
                   Serce stanęło mi w gardle. Felix nie zdawał sobie sprawy z pewnych moich zahamowań. Wiedziałem jednak, że jeśli w tym momencie ich nie przełamię, straci do mnie zaufanie. Nie mogłem na to pozwolić.
                    Sam nie wiedziałem, kiedy coś do niego poczułem. Nie zdążyłem jeszcze nawet przeanalizować faktu, że podobał mi się facet. Wydawało mi się, iż chcę tylko spróbować czegoś nowego, ale co do tego też nie byłem przekonany. Przegryzłem wargę. Musiałem tylko się rozebrać, przecież nie było w tym nic trudnego. Gdybym kiedyś zdecydował się na seks, niezależnie, czy z kobietą, czy z mężczyzną, również musiałbym to zrobić. 
                    Podszedłem do okna i zwinąłem żaluzję. W pomieszczeniu zrobiło się trochę jaśniej, choć nadal panowały odcienie szarości. Było mi trochę niedobrze. Czy Felix naprawdę nie zauważył, że niezależnie od temperatury, zakładałem długie spodnie oraz rękawy? A może właśnie się zorientował i dlatego chciał mnie sprawdzić? Sam już nie wiedziałem. Wszystko tam było dziwne i niepokojące...
                    Moje nogi zaczęły drżeć zanim jeszcze zdołałem ściągnąć sweter. Kiedy już to zrobiłem, odruchowo zasłoniłem nim tors, mimo że miałem na sobie jeszcze koszulkę. Trzęsłem się. Felix wyciągnął dłoń w moim kierunku. Powoli oddałem mu pierwszą część garderoby. Spoglądał na mnie, choć nie mogłem dostrzec jego wzroku przez małą ilość światła. To była największa wada systemu, jakiego używałem do ocenienia sytuacji. Nie widziałem jego oczu, dlatego byłem stracony. 
                    Poczułem strugi słonych łez na mojej twarzy. Stałem w lepiej oświetlonym miejscu, jednak nie mógł ich zauważyć, gdyż moja twarz przysłonięta była kosmykami długich jasnych włosów. Traciłem panowanie nad rękoma. Drżały tak silnie, iż ciężko było mi złapać za dół koszulki, by się jej pozbawić. Felix jednak czekał, dlatego zrobiłem to szybko i gwałtownie. Chwilę potem osunąłem się na kolana i zgiąłem w pół.
— Co robisz? — spytał. 
— W-wybacz — wyjąkałem.
— Nasuwa mi się wniosek, że udajesz, jeśli chodzi o nasze relacje — syknął. — Chociaż nie wiem jeszcze, dlaczego to robisz. 
— F-felix... — wymamrotałem. — Wysłuchasz mnie?
— Jestem na tyle dojrzały, że wysłucham, chociaż spodziewam się naprawdę badziewnych głupot — odparł.
— J-ja... — zacząłem niemrawo. — Mam problem z nagością. 
— Mógłbyś konkretniej...? — zapytał ze zdziwieniem.
— Nie wiem, jakie są tego przyczyny... — jęczałem. — Mam tak, odkąd pamiętam. Nadal nie przyzwyczaiłem się do kąpieli, czuję się podczas nich skrępowany i staram się myć po omacku, by nie patrzeć na swoje ciało. Jednak sam fakt, że jestem nagi, przytłacza mnie. Latem zakładam ciepłe ubrania. Pomyślałem, że uda mi się to teraz przełamać, dlatego spróbowałem. Bo wiedziałem, że moje tłumaczenia zabrzmią głupio i stracę w twoich oczach, więc...
                   Wstał z łóżka i przykucnął obok mnie. Położył mi twarz na policzku, po czym otarł łzy. Po chwili podał mi sweter i założył mi go, nie patrząc na mój nagi tors.
— Niech będzie — odparł.
— N-naprawdę? — zapytałem.
— Nie jesteś dobrym aktorem — westchnął. — Ufam twoim łzom. W takim razie pozwól mi się dotknąć. Spokojnie, przez ubrania. 
                    Staliśmy naprzeciw siebie w półmroku. Odgarnął moje włosy do tyłu. Dopiero wtedy dostrzegłem lekki uśmiech na jego twarzy. Położył mi dłonie na ramionach, po czym zaczął powoli zsuwać je coraz niżej. Zatrzymał się na torsie. Bez problemu znalazł moje sutki, które już po chwili pieścił palcami. Jęknąłem cicho. Byłem bardzo nieodporny na tego typu poczynania. Zachichotał cicho i przytulił mnie do siebie, delikatnie gładząc moje plecy. Po chwili jednak odsunął się ode mnie i znów się uśmiechnął.
— A pocałować się pozwolisz? — spytał. 
                    Moja twarz zapłonęła, jednak na samą myśl również się uśmiechnąłem, co Felix potraktował jako aprobatę. Zbliżył się do mnie i wtedy nagle...
— Czekaj — przerwałem mu. — Musisz coś wiedzieć.
— Aż się boję — zachichotał znów.
— To będzie... mój pierwszy pocałunek — odparłem nieśmiało. 
— Poważnie? — zdziwił się. — Więc dam z siebie wszystko. 
                    Nie miałem zielonego pojęcia, jak reagować, ale uznałem, że Felix będzie świetnym nauczycielem. Nie tylko historii. Dałem się ponieść chwili. Najpierw delikatnie musnął moje wargi swoimi. Rozpływałem się. Powoli wsunął język do moich ust, choć nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić ze swoim. Zdecydowałem się kopiować jego ruchy. Kiedy tylko załapałem, ogarnęła mnie błoga przyjemność. Objął mnie w pasie i przycisnął do ściany, nie przerywając pocałunku. Oddychałem ciężko. Nie chciałem, by ten poranek się kończył. 


2.1.16

Przeszkoda nie do ominięcia

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi.



                    Na podjęcie tej decyzji dano mi naprawdę sporo czasu. Z jednej strony mógłbym znienawidzić Felixa za to, że wykreował tak nieludzki pomysł na sprawdzenie mojego zaufania, z drugiej zaś - dał mi szansę na przeżycie. Początkowo zastanawiałem się, dlaczego nie pozbyli się mnie zaraz po zaciągnięciu w to miejsce, lecz w momencie, gdy Felix powiedział mi o swojej umiejętności czytania z oczu, wszystko zrozumiałem. Oni najzwyczajniej w świecie uznali, że do nich pasuję. Pasuję do czyścicieli.
— Jak doszedłeś do czegoś takiego? — dziwiłem się. — Może nie spotykasz się często z podziwem, jeśli chodzi o mordowanie swoich rodziców, ale jestem w sytuacji podbramkowej i muszę właśnie na to się nastawić.
                    Felix znów palił jak smok i zapijał się litrami gorzkiej kawy z mlekiem. Uśmiechnął się kącikiem ust. Być może uznał, że mu schlebiam, podczas gdy ja po prostu pragnąłem poznać wzór na stanie się bezuczuciowym wrakiem człowieka.
— Podobnie jak my... — zaczął, powoli odsuwając krzesło stojące przy stole. — Nie masz innego wyjścia.
— Mogę jednak dać wam się zabić z czystym sumieniem, że nie podniosłem ręki na rodzonego ojca — odpowiedziałem.
— Chcesz, by kolejna osoba musiała przez niego zginąć? — spytał z lekką ironią.
                    Zamurowało mnie. Ten mężczyzna naprawdę miał głęboko gdzieś ludzkie uczucia. Chyba nie słyszał o eufemizmach. Ponadto zdawał się być mało zachowawczy. Nie mogłem znieść faktu, że mną manipuluje. Miałbym tego nie zauważyć czy jak?
— Sydney, nie jesteś słabą osobą — odparł, biorąc łyk kawy. — Ubzdurałeś sobie coś i teraz ta myśl stała się przeszkodą, którą próbujesz ominąć, bo łudzisz się nadzieją, że nie trzeba jej niszczyć.
— Racja — westchnąłem. — Bo na siłę szukam innego wyjścia.
— Wiem — powiedział. — Nie jestem człowiekiem, który ukrywa coś po to, by nie ranić innych.
— Nie wiem, czy chcę tego słuchać — wymamrotałem.
— Niedaleko na wschód znajduje się małe miasteczko. Nazwa nie jest istotna, wątpię, żebyś ją kojarzył — zaczął. Przygotowywałem się na cios. — Cała jej ludność skupiona jest na jednym obszarze. Cała ludność poza jedną rodziną. Działki się skończyły i wprowadzono zakaz przekazywania terenów na rzecz budowania domostw. Mimo wszystko ta wioska należy do jednej z najtańszych w tym stanie, z tego też względu osiedlili się na nielegalnym terenie, bo tylko tam byli w stanie wiązać koniec z końcem. Wybudowali sobie małą chatkę na brzegu rzeki.
— Dlaczego opowiadasz mi tę historię? — przerwałem mu.
— Mają śliczną pięcioletnią córkę. Sami są już raczej w dość podeszłym wieku, późno zdecydowali się na dziecko — mówił dalej, zupełnie mnie ignorując. — Wyobraź ją sobie, długie czarne warkocze, azjatyckie rysy twarzy, pyzate policzki.
— Do czego zmierzasz, Felix? — zapytałem znów.
— Firma twojego starego oraz jego inwestorzy zapragnęli mieć tę część rzeki dla siebie — zakończył.
— Jak to? — zdziwiłem się. — Więc dokąd ich wysiedlili?
— Tam, gdzie zawsze — syknął. — Na drugi świat.
                    Nie podobał mi się sposób, w jaki przekonywał mnie do podjęcia decyzji. Nie miałem ochoty tego dłużej słuchać. Odczuwałem wówczas dziwny ból w sercu. Bałem się tego, co dzieje się w mojej podświadomości. Lecz już niedługo wszystkiego miałem się dowiedzieć.
— Sam powiedziałeś, że kochasz pieniądze — wycedziłem przez zęby, ale wyśmiał mnie, gdy tylko to powiedziałem.
— Przez całe dwa lata po zamordowaniu naszych rodziców, ja i Emily tułaliśmy się jako bezdomni gwarnymi ulicami Los Angeles — zaczął. Spojrzał wówczas w okno nieco zatroskanym wzrokiem. — Mężczyźni wielokrotnie proponowali jej pieniądze za seks, a ja widziałem, że niedługo się złamie. Dorabialiśmy w jakichś lewych interesach, jednak byliśmy zbyt młodzi i nigdzie nas nie szanowano. Prawie nie jedliśmy. Któregoś dnia Emily mocno zachorowała. Nie mogliśmy pokazać się w szpitalu, bo byliśmy ścigani. Tej samej nocy bez skrupułów obrabowałem jedną z sieciówek, przy której akurat mieliśmy swoją starą śmierdzącą kanciapę. Nigdy nie zapomnę jej wzroku, kiedy zobaczyła pieniądze. Myślała, że to cud, leżała zgorączkowana na obdartym fotelu i majaczyła, że to niemożliwe. Dlatego właśnie kocham pieniądze.
                    Wpatrywałem się w niego, a moje serce bolało coraz bardziej. Przez chwilę odnosiłem wrażenie, że sprawdza moją empatię, którą powinienem był porzucić, wstępując do czyścicieli. Mimo wszystko postanowiłem nie analizować jego zamiarów. Każda z tych dwóch historii, które mi wówczas opowiedział, była przerażająca. Ale czułem, jak stopniowo osiąga swój cel. W moim sercu zaczęły rodzić się coraz to większe pokłady nienawiści.
— Nie jesteś człowiekiem, który cokolwiek ukrywa... — wyszeptałem sam do siebie, kiedy krzątał się przy kredensie.
                    Zrobiłem to przypadkowo, dosłownie wymsknęło mi się z ust. Nie sądziłem jednak mimo wszystko, że to usłyszy. Odwrócił wówczas głowę w moją stronę i rzucił mi nieco zaskoczone spojrzenie. Oparł się plecami o blat i odpalił kolejnego papierosa, gapiąc się na mnie tym swoim dziwnym wzrokiem.
— Co miałbym ukrywać? — spytał nagle.
— Wiesz, tylko się zastanawiałem... — wyjąkałem. Chciałem na tym zakończyć, jednak słowa same wybrzmiewały — ...kiedy w końcu wyznasz mi miłość.
                    Nie zareagował zbytnio na to, co powiedziałem. Przeszedł mnie dreszcz. Zapragnąłem jak najszybciej stamtąd uciec, jednak świadczyłoby to o jakiejś mojej ukrytej słabości. Nie mogłem sobie pozwolić na takie zachowanie. Nie miałem przecież do czynienia z głupimi kolegami ze szkoły. Stał przede mną z krwi i kości czyściciel. Gdybym tylko miał inne wyjście zapewne skorzystałbym z niego. W takiej jednak sytuacji pozostawało mi tylko walczyć z nim na spojrzenia. Mimo tego, co udało mi się odczytać z jego oczu, nie był kiepskim aktorem. Chyba po prostu dotychczas mnie nie doceniał i z tego też względu zauważyłem coś, o czym miałem się nie dowiedzieć.
                    Kiedy tak wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem, ktoś wparował do kuchni, a ja odruchowo odwróciłem wzrok od Felixa. Po chwili zorientowałem się, że on z kolei sobie nie przeszkadzał. Przestraszyłem się nie na żarty. Do pomieszczenia wpadła bowiem kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem. Nikt nie wspominał mi, że w tej grupie znajdował się jeszcze jakiś czyściciel. Dziewczyna podeszła do Felixa i zaczęła się z nim szarpać. Nie do końca wiedziałem, co powinienem zrobić. Targała go za ubrania, jednak on zdawał się mieć to głęboko gdzieś. Nadal ze stoickim spokojem palił papierosa, zupełnie nie reagując na jej paniczne wrzaski. Wyrzucała mu coś, chyba jego styl życia, choć sam już nie byłem pewien. Jej krzyki brzmiały jak ultradźwięki, ciężko było cokolwiek z nich zrozumieć. Wyglądało na to, że Felix mimo wszystko panuje nad sytuacją, dlatego też skorzystałem z okazji i zmyłem się stamtąd. Chciałem wrócić do pokoju, lecz nie mogłem znieść hałasu, jaki wywoływała ta kobieta, dlatego też udałem się do Sheili. Rzadko kiedy opuszczała tę siedzibę, ponadto jej pokój był najbardziej oddalony od centrum budynku, stąd też panował tam największy spokój. Sheila jako jedyny czyściciel w tej grupie starała się unikać tematu mojej próby zaufania. Ceniłem ją za to. Zastanawiałem się tylko, jakiego typu zadania może dostawać młoda kobieta czyściciel, nie potrafiąca ani grać, ani czytać z oczu, ani walczyć wręcz, ani na odległość. Ponadto była miłą i empatyczną osobą. Wolałem jednak nie dowiadywać się zbyt szybko o tym, co przede mną ukrywa. Skorzystałem z okazji i zapytałem ją o kobietę, która zjawiła się nagle w kuchni.
— Wrzeszcząca brunetka? — spytała bez zaskoczenia. — To musiała być pani Mellark.
                    W zasadzie nie powiedziała mi zbyt wielu rzeczy na jej temat. Miała na imię Bridget i podobno często się tam zjawiała tylko po to, by móc czerpać satysfakcję z tyrania Felixa. Ponadto wiedziała o ich tożsamości. Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego zaufali tej nadpobudliwej kobiecie. Niektóre działania czyścicieli zdawały mi się kompletnie nie mieć sensu. Bałem się. Edward zapewne planował znów strategię o sto ruchów do przodu. Otaczająca mnie inteligencja sprawiała, że paliło mnie od wewnątrz. Byłem w piekle.


27.12.15

Próba zaufania

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi.



Jestem przerażona Waszymi wynikami w quizie.
__________________________________________________________

— Masz lepszy pomysł?
                    Usłyszane przeze mnie pytanie wyrwało mnie gwałtownie ze snu. Pokój, który otrzymałem na własność, znajdował się tuż przy kuchni. Drzwi były nieodpowiednio wykrojone, zdawały się być zbyt małe na tę framugę, na dole znajdowała się spora przestrzeń, przez którą wpadał strumień światła i głosy osób przesiadujących w tamtym pomieszczeniu. Przetarłem powieki. Nie miałem zielonego pojęcia, która jest godzina. Na zewnątrz nadal było ciemno. Musiał być środek nocy. Nie zdążyłem się jeszcze przyzwyczaić do tego, że o tej porze ktoś w domu nie śpi.
                    Nie byłem przekonany, czy tak silnie hamuję podświadome emocje, czy faktycznie takie życie podoba mi się bardziej niż to dotychczasowe. Z braku laku opuściłem pokój i dołączyłem do towarzystwa siedzącego w kuchni.
— Powinniśmy zamontować inne drzwi — zaśmiał się nerwowo Edward i podrapał się po głowie.
                    W pomieszczeniu poza nim znajdowała się tylko pani Livingstone. Miała oschły i chłodny wzrok, podobnie jak Felix, jednak w jej oczach nie było agresji. Ku mojemu zdziwieniu dostrzegłem w nich pewien rodzaj troski. Mimo pierwszego wrażenia zdawała się być osobą, której mógłbym szybko zaufać. Zważywszy jednak na to, że znajdowałem się wśród świetnie wyszkolonych czyścicieli, nie miałem pewności, czy to nie zwyczajna gra aktorska.
— Wybacz, nie zdążyłam cię jeszcze przeprosić — odparła, uśmiechając się delikatnie kącikiem ust. — Mam nadzieję, że ból głowy już ustał.
— Czuję się o wiele lepiej... — wymamrotałem.
— Jak wiele słyszałeś z naszej rozmowy? — spytał Edward, poważniejąc nagle. Nie wyglądał najlepiej. Wyczułem coś w rodzaju empatii, która wskazywała na wiszący nade mną niepewny los.
— W zasadzie nic konkretnego — odpowiedziałem cicho, po czym zasiadłem przy stole naprzeciw mężczyzny. Wpatrywał się we mnie w dziwny sposób, a pani Livingstone stała obok mnie.
— Im wcześniej mu powiesz, tym lepiej — powiedziała. — Pomysł Felixa może jest nieco drastyczny, ale wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że to doskonały plan na sprawdzenie zaufania.
— Zrobię to — odrzekłem, wywołując niemałe zaskoczenie na ich twarzach.
— Powinieneś najpierw nas wysłuchać — zaproponowała pani Livingstone.
— Muszę chronić własne życie. Tak jak powiedziałem ci wcześniej, nie mam zamiaru jeszcze umierać — odparłem cicho. — Zdążyłem już przemyśleć kilka spraw. Myślę, że wasze poczynania są słuszne, więc zrobię to, o co poprosicie.
— Sydney — zaczął niemrawo Edward. — Musisz zabić swojego ojca.
                   Zdawało mi się, że moje serce na chwilę stanęło. Dopiero po chwili mój puls przyspieszył niesamowicie, a ja sam nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa. Wpatrywałem się w Edwarda, który obserwował mnie z dziwnym smutkiem w oczach. Pani Livingstone pozostawała nieporuszona.
                    W zasadzie mogłem domyślić się czegoś takiego. Mój ojciec stał bowiem wyjątkowo wysoko w hierarchii, nie było mowy o czystej, legalnej pracy. Przecież to było oczywiste, że oszukiwał na swoją korzyść. Prawdopodobnie był również w pewnym sensie mordercą. Z czystym sumieniem okradał biedne rodziny, widział na własne oczy płaczące, umierające dzieci, podczas gdy ja cieszyłem się pięknym domem i pieniędzmi. Przegryzłem wargę. Mimo wszystko łączyły nas więzy krwi i wiele wspólnie przeżytych lat. Nigdy nie zrobił mi niczego złego. Czy byłbym w stanie to zrobić?
— Mam wybierać między życiem swoim a życiem mojego ojca? — upewniłem się.
— Miej na uwadze, że jeśli teraz się poddasz, twój ojciec tak czy inaczej zginie z naszych rąk — odparła pani Livingstone. Nadal była kompletnie niewzruszona aktualnymi zdarzeniami. — Szanse, że uda ci się uratować waszą dwójkę są minimalne. Jeśli w przyszłości przejmiesz jego firmę, także staniesz się naszym celem.
— Emily — przerwał jej Edward. — Wystarczy.
— Daj mu dużo czasu do namysłu — powiedziała. — Zapewnij mu spokój i bezpieczeństwo, dopóki nie podejmie decyzji, jakakolwiek by ona nie była.
— Wybacz mi, Sydney — odpowiedział cicho. — To jedyny sposób.
                    Uśmiechnął się krzywo i opuścił kuchnię. Był nadzwyczaj empatyczny jak na czyściciela. Wpatrywałem się martwo w stół. Nie mogłem uwierzyć, że poproszono mnie o coś takiego.
— Powinieneś porozmawiać o tym z Felixem — zaproponowała pani Livingstone.
— Nie wiem, czy na pewno chcę widzieć, jak mówi o morderstwie mojego ojca z tym stoickim spokojem — wyjąkałem cicho. Nogi zaczęły mi niekontrolowanie drżeć.
— Nie w tym rzecz — odparła. — On także zabił naszych rodziców.
                     Gwałtownie podniosłem głowę i rzuciłem jej przerażone spojrzenie. Wyglądała tak, jak gdyby nic ją to nie obchodziło. Dotychczas myślałem, że są małżeństwem, jednak, jak się okazało, byli rodzeństwem. Bliźniaczym, na co wskazywał ich wiek.
— Edward mu kazał? — spytałem drżącym głosem.
— Nie do końca — odpowiedziała. — Musieliśmy dostać się do czyścicieli. To był pierwszy krok, jaki mogliśmy postawić w tym kierunku.
— Zamordowaliście swoich rodzicieli, żeby wstąpić do czyścicieli, nie mając nawet pewności, czy to się uda? — dopytywałem. Dotychczas nie zdawałem sobie sprawy z tego, z jak bardzo nieuczuciowymi ludźmi mam do czynienia.
— Mniej więcej — odparła. — Połóż się, Sydney. I porozmawiaj z Felixem, jak tylko się obudzisz.
                    Po tych słowach opuściła kuchnię. Nadal nie dowierzałem temu, co działo się wokół. Moja niekończąca się pogoń za adrenaliną doprowadziła mnie do ślepej uliczki. Nie byłem w stanie logicznie myśleć, gdyż przed oczyma mojej wyobraźni co chwilę pojawiał się obraz mordowanego przeze mnie ojca. Wypiłem szklankę wody. Nie czułem się najlepiej. Postanowiłem jak najszybciej położyć się do łóżka. Z przyczyn oczywistych nie byłem w stanie zasnąć. Zdecydowałem się spróbować raz jeszcze przeanalizować wszystko.
                     Gdybym tamtego dnia nie poszedł za Sheilą, wtedy jeszcze - Mayą, nigdy nie znalazłbym się w tym miejscu. Lada chwila czyściciele pozbyliby się mojego ojca, na co ja zapewne zareagowałbym ogromną falą nienawiści w ich kierunku. Prędzej czy później i tak by mnie zabili. Czy powinienem traktować porwanie przez nich jako jedyną szansę na uratowanie swojego życia? W zasadzie był to jedyny scenariusz, który pozwalał mi zachować swój żywot na dłużej. Zacząłem zastanawiać się wówczas, dlaczego ojciec tak bardzo zaryzykował, stając się biznesmenem. Dobrze wiedział, iż żyjemy w dobie cholernego niebezpieczeństwa. Jednakże, patrząc zupełnie obiektywnie na tę sytuację, to nie mój ojciec był w tej historii pozytywnym bohaterem. Byli nim czyściciele.
                    Jedynym wnioskiem, jaki mi się nasunął, była myśl wyjątkowo czarna i pesymistyczna, acz dość obiektywna. Mój rodziciel musiał być chorym wręcz materialistą. Mojej rodzinie nie brakowało nigdy pieniędzy, a mimo to on nieubłaganie dążył na szczyt, chcąc wciąż więcej i więcej. Zabierał innym, biorąc dla siebie. Dlaczego nigdy wcześniej tego nie dostrzegałem? Może mógłbym to zmienić, gdybym cokolwiek zauważył? Czemu wszystko zaczynałem rozumieć tak późno?
                    Tej nocy nie udało mi się zasnąć. Zerwałem się z łóżka wyjątkowo wcześnie. Nie ścieląc posłania, udałem się prosto do kuchni, gdyż chwilę wcześniej usłyszałem dochodzący stamtąd szmer. Wyglądało na to, że Felix sam do mnie przyszedł. Nie potrafiłem już patrzeć na niego tak, jak patrzyłem na pana Smitha, mojego nauczyciela historii. Usiadłem przy stole, podczas gdy on krzątał się przy blacie, robiąc sobie kawę. I palił jak smok. Kiedy czajnik ucichł, postanowiłem zacząć tę dziwną rozmowę.
— Podziwiam twój profesjonalizm — odparłem.
                    Odwrócił się w moją stronę i zaczął dziwnie mnie obserwować, jednak nadal milczał. Zdawało się, że nie ma pojęcia, o czym mówię.
— Naucz mnie tego. Bez tego nie przeżyję — dodałem.
                    Zmrużył oczy. Zalał kawę, po czym oparł się tyłem o blat i utkwił wzrok w oknie. Wyraźnie nad czymś się zastanawiał.
— Jeśli masz określony cel, który jest dla ciebie sprawą życia i śmierci, nie powinieneś mieć w głowie niczego innego — powiedział szorstko.
— Jednak mam tu do czynienia z kimś, kto niegdyś ofiarował mi to życie — wymamrotałem cicho.
— To naturalna kolej rzeczy — odpowiedział, biorąc łyk gorącej kawy. — Żeby mogło narodzić się coś nowego, musisz pozwolić starej rzeczy odejść.
                    Odgarnąłem włosy do tyłu. Byłem kompletnie zaspany, choć tej nocy nie zmrużyłem oka. Wszystko powoli układało się w logiczną całość. Mimo to nadal nie byłem przekonany. Coś zasiewało w moim sercu ogromny strach i przerażenie. Prawdopodobnie fakt, iż żywiłem do ojca ogromną miłość, niezależnie od tego, jakim był człowiekiem. Darzenie złych ludzi dobrymi emocjami było przecież rzeczą nadzwyczaj ludzką i normalną. Przegryzłem wargę.
— Powiedz, jak będziesz gotów — odparł.
— Mówisz tak, jak gdybym podjął już decyzję — syknąłem.
— Nie tylko ty potrafisz czytać z oczu.
                    Uniosłem głowę i spojrzałem na niego z lekkim przerażeniem. Czy jego umiejętność była wyszkolona do tego stopnia, że zauważał takie rzeczy, nim jego ofiara sama zrozumiała w pełni, w jaki sposób rozumuje?

Bałem się ich jak cholera.



Bałem się czyścicieli.


26.12.15

Splamiony fałszem

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi.



Jak widzicie, na Snays pojawiła się lista, na której widnieją shoty i serie, które mam zamiar za jakiś czas napisać. W zasadzie nie wiem, kiedy to zrobię, więc w sumie stworzyłam ją tylko po to, żeby pamiętać, bo, jak dobrze wiecie, z pamiętaniem o czymkolwiek mam problem. I tyle w temacie.
A, i zachęcam do spróbowania swoich sił w quizie TUTAJ
_______________________________________________________

                    Potężna dawka adrenaliny sprawiła, że moje ciało zaczęło niekontrolowanie drżeć. Spuściłem głowę, by Sheila nie mogła dostrzec spomiędzy pasm moich długich włosów tego szerokiego uśmiechu psychopaty. Od dawien dawna nie czułem czegoś takiego. To było coś na wzór histerycznej wręcz euforii, podczas której mój umysł wołał o więcej i więcej, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż nigdy nie zostanie w pełni zaspokojony.
                     Nie miałem pojęcia, w jakim miejscu się znajduję. Siedziałem na środku sporawego pomieszczenia, przykuty do krzesła i unieruchomiony. Ściany miały ciepły brązowo-oliwkowy kolor, uspokajało mnie to w pewien sposób. Ciężko było mi pojąć, jak coś tak głupiego może mieć wpływ na samopoczucie. Dałbym sobie głowę uciąć, iż nie byłbym tak łagodny i zrównoważony, gdyby pokój pomalowany był na agresywną czerwień czy brudną biel rodem z psychiatryka. We wnętrzu panował ścisły minimalizm. Nie było w środku nic poza obdartym biurkiem i trzema trzeszczącymi ze starości krzesłami. Na jednym z nich siedziałem ja, na drugim Sheila - tuż obok blatu, trzecie krzesło natomiast stało wsunięte we wnękę tego drewnianego zaniedbanego stołu. Edwardowi najwyraźniej się nie spieszyło. Emocje stopniowo opadały i znów wracałem do stanu kompletnej monotonii i znudzenia, a naprawdę pragnąłem tego uniknąć. Aura Sheili nie zmieniała się, pozostawiając ją nadal w stresie i w wyrzutach sumienia. Taplała się w brodziku problemów, których prawdopodobnie nie była nawet twórcą. Mimo wszystko wzbraniałem się od darzenia jej empatią, gdyż jej intelekt zdawał się być o wiele bardziej rozbudowany niż umysły poznanych przeze mnie dotychczas ludzi.
                    Minęło naprawdę wiele czasu, nim się pojawił. Wszedł do pomieszczenia żwawym krokiem, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Okazał się być mężczyzną, którego spotkałem wcześniej - gdy obudziłem się z bólem głowy. Rozmawiał wtedy z panem Smithem czy też Livingstonem. Nie robiło mi to w zasadzie najmniejszej różnicy, jak się nazywał. Chciałem się tylko dowiedzieć, czego ode mnie chcą.
— Witaj, Sydney — przywitał mnie z szerokim uśmiechem.
                    Odsunął krzesło zza biurka, chwycił je jedną ręką i już po chwili zasiadł tuż naprzeciwko mnie, zupełnie nie zwracając uwagi na istnienie czegoś takiego jak granica prywatności. Nasze twarze dzieliło zaledwie trzydzieści centymetrów. Nie czułem się komfortowo, gdy ktoś znajdował się tak blisko. Gwałtownie wyprostowałem się niczym żołnierz, by dać sobie więcej miejsca do zagospodarowania.
— Nie obawiaj się, nie mam zamiaru zrobić ci nic złego — odparł. — Jeszcze.
                    Przez chwilę wgapiał się we mnie swoimi wielkimi niebieskimi oczyma. Wyraz jego twarzy spoważniał, a on sam zdawał się analizować coś skomplikowanego.
— Jesteś dość młody i niezbyt doświadczony, żeby działać w czymś takim, jednak coś mi mówi, że pozbycie się ciebie będzie niemałą stratą — zaczął, drapiąc się po podbródku.
— Powiedziałbym ci, co myślę, gdybym tylko wiedział, o czym mówisz — wycedziłem przez zęby.
— A, tak. Wybacz — zaśmiał się znowu. Nadal nie rozumiałem, co go tak strasznie bawi. — Jesteśmy jednym z tych anonimowych gangów, które są już na wymarciu.
— Mówisz o tych grupach motocyklowych? — spytałem cicho.
— Zgaduj dalej — zachęcał.
— Pasjonaci bicia policji? — zadałem pytanie. Emocje znów rosły.
— Też nie — odpowiedział. — Policja w pewnym sensie nam pomaga, choć nie jest to tak proste, na jakie brzmi.
— ...czyściciele — wyjąkałem, choć sam nie dowierzałem, że mogłem na nich trafić.
                    Edward uśmiechnął się szeroko i potaknął głowa, a ja zamarłem. Słowa nie byłyby w stanie opisać szoku, w jakim się wówczas znajdowałem. Nie mogłem uwierzyć, że trafiłem na czyścicieli. Wiele osób próbowało za wszelką cenę ich odnaleźć, co na pierwszy rzut oka wydawało się być proste, zważywszy na sporą liczbę grup czyścicieli obracających się w Ameryce, jednak trafienie na prawdziwego czyściciela graniczyło z niemożliwym. Nie byli to bowiem ludzie przechwalający się swoim fachem. Ponadto ich zawód był odbierany przez społeczeństwo kompletnie skrajnie. Można było ich albo kochać, albo nienawidzić. Nic innego nie wchodziło w grę.
                    Czyściciele byli w pewnym sensie hipokrytami. Geneza ich powstania sięgała osiemnastego stulecia, od tamtego czasu wiele ich poglądów uległo zmianie. Głównym założeniem tych grup było, jak sama ich nazwa wskazywała, oczyszczanie terenów. Początkowo czyściciele pragnęli zniszczyć wszelką nienawiść, poczynając od homofobii, przechodząc przez rasizm i skrajny nacjonalizm, kończąc na zwykłym dręczeniu niewinnych ofiar. Przez kolejne dwieście lat czyściciele wyewoluowali w grupy szczycące się wręcz nienawiścią, którą początkowo chciały zwalczać. Żywili ją przede wszystkim do ludzi odbierających wolność innym. Bez skrupułów masowo zabijali wysoko stojących biznesmenów i kierowników, którzy w dobie dwudziestego pierwszego wieku zaczęli cenić pieniądz bardziej niż dobro społeczeństwa. Byli to w większości oszuści, którzy zarabiali kosztem innych i manipulowali głupim ludem. Czyściciele poprzez swoje czyny chcieli pokazać, że na tym świecie jest również miejsce dla osób mało inteligentnych. Pragnęli zapewnić im równie dobry byt, co tym bardziej rozgarniętym intelektualnie. Mimo tego nie popierali równości. Ludzi czyniących zło uznawali za kompletnych śmieci.
                    W ciągu ostatnich dwustu lat, świat wielokrotnie wyrażał swój sprzeciw. Wiele grup społecznych stanowczo żądało wręcz od czyścicieli wycofania ich inicjatyw. Były to przede wszystkim sekty religijne, które dotychczas korzystały z pieniądza wierzących do woli, a także inne osobistości, które podjęły ryzyko bycia zamordowanym przez czyścicieli. Każdy, kto wnosił sprzeciw wobec nich, automatycznie odsłaniał swoje prawdziwe oblicze.
— Krążą o nas różne plotki, Sydney, ale zapewne wielu rzeczy nie wiesz — mówił. — Nie mamy prawa rozgłaszać swojej tożsamości. Jeżeli przypadkowo ktoś spoza naszych kręgów otrzyma zbyt wiele informacji, musi być natychmiastowo zgładzony. Z chęcią wytłumaczyłbym ci, jak konkretnie to działa, ale niekoniecznie mamy tyle czasu.
— Powiedziałeś wcześniej, że mogę nie podołać w tym fachu — odpowiedziałem cicho. — Miałeś na myśli przyłączenie mnie do czyścicieli?
— Owszem — odparł, jednak odczułem w jego głosie niepewność. — Masz coś, co byłoby nam przydatne, jednak musiałbyś najpierw zdobyć nasze zaufanie.
— W takim razie wymyśl coś. Nie mam zamiaru jeszcze umierać — syknąłem.
                   Edward uśmiechnął się kącikiem ust. Westchnął głęboko i wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Odpalił jednego z nich.
— Mógłbyś mi powiedzieć, dlaczego mnie tu przytargaliście? — spytałem z lekkim zażenowaniem. — Nie jestem nikim, kto powinien paść ofiarą czyścicieli. Biorąc to pod uwagę, nie mam zielonego pojęcia, co tu robię.
— Dostaliśmy błędne informacje — odparł. — Miałeś okazać się kimś innym. O błędzie zorientowaliśmy się po dwóch czy trzech tygodniach. Felix wykładał historię w twojej szkole. Jest świetnym obserwatorem. Zauważył w twoim zachowaniu coś dziwnego i zaczął grzebać w danych, by się upewnić. Początkowo chcieliśmy porzucić ten projekt, jednak obawialiśmy się, że zaczniesz szukać Mai, czyli nas. Gdybyś to zrobił, musielibyśmy cię wyeliminować. Nakazałem więc Felixowi ciągnąć to dalej, czym dałem sobie też więcej czasu do namysłu. Po wczorajszym spotkaniu znalazłem w tobie cechę, której się spodziewałem, jednak nie w tak sporym stopniu. Zaskoczyłeś mnie, Sydney. Dlatego też, mimo wielu sprzeciwów Felixa, wolałbym cię utrzymać przy życiu najdłużej, jak to możliwe.
— Więc mogę zginąć tylko dlatego, że jakiś imbecyl pomylił adresy IP? — zdenerwowałem się.
— Niestety — odpowiedział ze spokojem. — Jednak irytowanie się niczego tu nie zmieni. Podoba mi się w tobie coś, Sydney. Rozszyfrowałeś Sheilę przy pierwszym spotkaniu, choć została przeszkolona. Fakt faktem, nie przeszła całego kursu, ale przeciętny człowiek nie byłby w stanie z taką cholerną pewnością stwierdzić, że kłamie. Dodatkowym bonusem jest twoja umiejętność ukrywania się. Jeżeli dałbym radę nauczyć cię oszukiwać innych co do emocji i odczuć, byłbyś niezłym materiałem na czyściciela.
— Oszukiwać? — zdziwiłem się. — Co masz na myśli?
— Chcę, żebyś nadal tak trafnie określał stany, w jakich przebywają inni ludzie, jednak nie możesz pozwolić, by oni również czytali z ciebie jak z otwartej księgi — mówił. — Poza tym od teraz możesz trafiać na o wiele lepszych aktorów niż dotychczas.
— "Od teraz"? Więc już postanowiłeś? — spytałem.
— Dobrze słyszysz — zaśmiał się.
                    Zaprowadził mnie do małego ciemnego pokoju. Znajdowało się w nim łóżko, stare biurko stojące przy oknie i niska komoda. Żaluzja zwisała swobodnie do parapetu, uniemożliwiając promieniom słonecznym wdarcie się do środka. Usiadłem na podłodze i oparłem się o ścianę, wzdychając ciężko. Wyglądało na to, że nie zobaczę się więcej z rodzicami. Edward prawdopodobnie miał zamiar zadbać o odhaczenie mnie jak osoby zaginionej. Kto pomyślałby, że pogoń za Mayą uczyni mnie prawdziwym czyścicielem. Nie dowierzałem. Jednak ścieżka mojego życia w końcu zaczęła układać się po mojej myśli. Czułem, że nie będę musiał już do niczego się zmuszać. Adrenalina już niedługo miała stać się nieodłączną częścią mojej codzienności, a Edward, Sheila oraz państwo Livingstone - moją jedyną rodziną.


25.12.15

Emocje psychopaty

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi.



               Jako że strach sam w sobie był dla mnie pojęciem zupełnie obcym, cały dzień towarzyszyła mi błoga adrenalina. Kiedyś karciłem samego siebie za obsesyjne poszukiwanie wrażeń, gdyż łączyło się to w moich oczach ze swego rodzaju psychopatią, której nie chciałem być przedstawicielem. Skończyłem jako bankrut emocjonalny, jednak było to o wiele bezpieczniejsze niż mord dla zabawy. Uznałem wówczas, że długo noszona maska stanie się moją twarzą i po czasie bliżej nieokreślonym z własnej woli, bez przymusu, przestanę cieszyć się jak małe dziecko na myśl o adrenalinie. Byłem czystej krwi Shepherdem, nie żadnym seryjnym mordercą czy manipulatorem.
               Nauczyciele byli wyraźnie zainteresowani moim stanem. Motałem się w słowach, nie potrafiłem konstruować poprawnych wypowiedzi. W szkole zaczęły chodzić plotki, że mogę być ofiarą przemocy fizycznej w domu, a mój organizm przestał wytrzymywać nadmierną ilość nauki. Jak potężny wpływ miała na mnie dziewczyna, którą poznałem przez internet? Inteligentna bestia... Tylko jaki był jej cel? Przeanalizowałem chyba wszystkie możliwe sytuacje i wniosek nasunął się jeden. Maya musiała należeć do tych miernot społecznych, które czerpią satysfakcję z cierpienia innych, które same wywołują. Ta dziewczyna była kimś, kim mogłem omyłkowo się stać.
               Tego samego wieczora udałem się na miejsce przed czasem. Skorzystałem z mojej niecodziennej umiejętności ukrywania się. Byłem niczym kameleon - niezależnie od obszaru, na którym się znajdowałem, potrafiłem schować się tak, że nikt, naprawdę NIKT nie był w stanie mnie odnaleźć. Zamilkłem. Nie mogłem wydawać z siebie żadnych odgłosów. Obserwowałem badawczo teren, jaki mnie otaczał. Pomyślałem wówczas, że ojciec nie byłby dumny z moich poczynań. Zaraz... Przecież ja znowu to robiłem. Po tylu latach pracy nad sobą, wszystko wróciło. Wszak byłem świadom tego, co może się stać. Gdyby zależało mi na spokoju i bezpieczeństwie, zostałbym w domu i zerwał jak najszybciej kontakt z Mayą. Zamiast tego znów szukałem adrenaliny i silnych wrażeń.
                    Było już piętnaście po dziesiątej, a nigdzie wokół nie było śladu po Mai. W moim najbliższym otoczeniu znajdowała się tylko jedna postać, posturą przypominająca o wiele bardziej dojrzałego mężczyznę. Początkowo pomyślałem, iż to może być on, człowiek tylko udający Mayę. Przegryzłem wargę. Chciałem się wycofać, ale straciłem panowanie nad własnym ciałem, szczególnie kończynami. Nogi same zaniosły mnie na sam brzeg jeziora Michigan.
                    Rozświetlone budynki Chicago odbijały się w głębokiej i spokojnej tafli ciemnej wody. Warkot samochodów ustał, mimo że miasto nie narzekało na bogate życie nocne. Wszystko nagle ucichło, choć mogło być to jedynie moje wyobrażenie. Szedłem przed siebie, uśmiechając się szeroko, gdyż wiedziałem, że natknę się na coś, czego tym razem się nie spodziewam. Miałem dość sytuacji szablonowych, łatwo przewidywalnych, z jakimi spotykałem się na co dzień. Pożądałem wręcz przypadku, którego się nie spodziewam. Dlatego bez namysłu podążałem przed siebie, choć mój umysł w każdym ułamku sekundy podsuwał mi pomysły co do tego, co może za chwilę nastąpić. Tym razem nie chciałem prorokować niczego. Ostrzyłem pazury na mocne wrażenia, których dotąd nie znałem.
               Satysfakcja przepełniła moje ciało jeszcze bardziej, choć to, co zobaczyłem, mogło oznaczać koniec mojej frajdy, Kiedy zbliżyłem się do obcego mi mężczyzny, okazał się być bardziej znajomy, niż mogłem przypuszczać.
— Dobry wieczór, panie Smith — powiedziałem cicho. Nauczyciel historii był w rzeczy samej ostatnią osobą, jakiej się tam spodziewałem. — Czy nie widział pan tu może niskiej dziewczyny? Czekam na nią już dłuższą chwilę.
— A więc to ona jest powodem twoich ostatnich problemów z nauką? — zaśmiał się. — Spójrz tam, ktoś tam stoi, może to ona.
                    Wskazał palcem w kierunku obszaru usytuowanego pod mostem, również nad brzegiem Michigan. W ciemnościach udało mi się dojrzeć jedynie małą posturę, na pierwszy rzut oka kobiecą. Wpatrywała się w taflę jeziora. Jej postawa była spięta i nieśmiała. Nie miałem wątpliwości. To była Maya.
— Wybacz mi spóźnienie, nie zauważyłem cię — zacząłem.
— Sydney? — spytała, gwałtownie obracając się w moją stronę.
               Była niską i wyjątkowo szczupłą dziewczyną o rudawych włosach sięgających ramion. Na jej nosie spoczywała para okularów. Sama osoba sprawiała wrażenie kogoś, kto ma niezmiernie wielką łatwość wmieszania się w tłum. Uśmiechnąłem się krzywo. Mimo ciemności panującej wokół nas, moje przypuszczenia na każdym kroku się potwierdzały. Wystarczyło spojrzeć jej w oczy. Łgała jak pies. Nie należałem do ludzi, których można łatwo zdenerwować, jednak jej poczynania irytowały mnie niezmiernie.
— Idę do domu, Maya — syknąłem nagle. — Nie mam ochoty dłużej słuchać tych kłamstw.
— S-sydney, o czym ty... — wyjąkała.
— Chyba coś sobie ubzdurałaś — wycedziłem przez zęby. — Nie jestem osobą, którą można oszukać. Jaki był twój cel?
— J-ja... — wymamrotała. — Ja nie...
— Nadal masz zamiar brnąć w to bagno? — spytałem cicho. — Nie możesz po prostu się przyznać? Jeśli masz zamiar pójść naokoło i wmówić mi, że się pomyliłem, możesz od razu się poddać.
                    Zamilkła. Dostrzegłem jak zaciska pięści, a jej ciało drży. Jednak czułem, że to nie ten moment, w którym zaraz się rozpłacze. Ona była... wściekła.
— Pani Livingstone! — wrzasnęła nagle.
                    Próbowałem szybko przeanalizować to, co dzieje się wokół, ale nim się obejrzałem, zrobiło mi się ciemno przed oczyma i straciłem przytomność.
                     Musiała wziąć mnie za jakiegoś psychopatę. Asekuracyjnie przyszła na umówione miejsce ze znajomą, by mogła poratować ją w razie kłopotów. Czyżbym źle ją ocenił? Nie, ta opcja nie wchodziła w grę. Jedynym logicznym rozwiązaniem tej sprawy nadal była możliwość, że Maya nie ma konkretnie wytyczonych celów, zwyczajnie bawi się życiem innych ludzi. Analizując sytuację dogłębniej, uznałem, iż może jednak działa nieświadomie. Mogła przecież należeć do tych toksycznych ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia, jak konkretnie działają mechanizmy ich postępowań.
                    Kiedy się ocknąłem, pożałowałem tego. Głowa bolała mnie jak jasna cholera, nigdy wcześniej nie czułem tak okropnego bólu. Mimo że na moim czole znajdował się zimny okład, wykrzywiłem twarz w grymasie i zacisnąłem z całej siły zęby. Ból nie ustępował.
— P-pan Smith...? — zdziwiłem się, widząc przed sobą twarz nauczyciela historii. Zabrał mnie do swojego domu, czy jak? — Maya! T-ty...
— Felix Livingstone, Sheila Morgan — przerwał mi nauczyciel. Nie do końca rozumiałem jego wypowiedź.
— Panie Livingstone... — wyjąkała Maya. — Czy to w porządku? Chyba nie powinien wiedzieć...
— Nie ma sensu już niczego ukrywać, skoro chłopak znalazł się wewnątrz — odezwał się nagle blondyn, siedzący w rogu pomieszczenia. Nie zauważyłem go wcześniej. Obserwował całą sytuację, uśmiechając się z ciekawością. — Radziłbym raczej zastanowić się, co z nim teraz zrobić.
— Nie nadaje się na cel porwania — wtrąciła się czarnowłosa kobieta.
— Ma zamiar go pani zabić, pani Livingstone? — zapytała Maya.
                    Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. Dostałem wówczas tak potężną dawkę adrenaliny, o jakiej nie śmiałbym marzyć. Mimo wszystko sposób, w jaki rozmawiali o śmierci, wyglądał na dziwnie beztroski. Jak gdyby towarzyszyła im na co dzień.
— Co o tym myślisz, Felix? — zapytała, kierując się do pana Smitha. Nie miałem pojęcia, dlaczego nazywa go tym imieniem.
— To może być jedyne rozwiązanie — odparł.
— Jakie to uczucie, zabijać jednego ze swoich uczniów, profesorze Smith? — zaśmiał się znów blondyn. Nie miałem pojęcia, co tak bardzo bawi go w tej sytuacji.
— Wiem, co chcesz z nim zrobić, Edward — odpowiedział. — Myślę, że nie podoła.
— Daj mu szansę — odparł tamten. — Ma potencjał. Jesteś bardzo skrajnym człowiekiem Felix, ta cecha jest wyjątkowo przydatna w tym fachu, twoja ostrożność już nie raz uratowała mnie z opresji. Jednak... nie sądzisz, że może być użyteczny?
— Jesteś świadom ryzyka, jakie musiałbyś podjąć? — syknął nauczyciel.
— Znasz mnie — powiedział. — Niczego nie robię bez powodu.
                   Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się wokół mnie dzieje. Nie należałem do ludzi mało inteligentnych, a mimo to czułem, że rozmawiają ze sobą posługując się szyfrem. Skuli mnie w kajdany i zamknęli w zimnym pomieszczeniu. Blondyn nakazał Mai pozostać ze mną, dopóki skądś nie wróci. Nie dosłyszałem nazwy miejsca, o którym mówił. Dziewczyna usiadła naprzeciw mnie i wbiła wzrok w podłogę.
— Przepraszam za Mayę, Sydney... — wyjąkała.
— Chcesz mi powiedzieć, że nie ty nią jesteś? — zapytałem z lekką irytacją.
— Tak — odparła, jednak poczułem wyjątkową szczerość w jej głosie. — Prawdziwa Maya nie istnieje. Mam na imię Sheila. Tak, jak powiedział pan Felix.
— To nie żaden Felix, to Howard Smith, mój nauczyciel — syknąłem. Nie wiedziałem, co się tam odwalało.
— Mylisz się, Sydney — przerwała mi. — To Felix Livingstone. Reszty prawdopodobnie dowiesz się od Edwarda, gdy wróci. Nie rozmawiajmy o tym dłużej, proszę.
                    Byłem kompletnie zdezorientowany. Dziewczyna znów wbiła wzrok w ziemię. Wyraźnie dostrzegłem, że męczą ją wyrzuty sumienia. Czy została porwana i zwerbowana przez mojego nauczyciela? Czego oni wszyscy chcieli? Kim byli? Dlaczego to wszystko robili?


23.12.15

Twórca marionetek

Dział: CH(E)AT
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi.



               Nigdy nie negowałem poczynań moich rodziców, może też dlatego miałem tak udane dzieciństwo. Zawsze działałem przez pryzmat swojego wychowania, nie szukałem rozwiązań nieszablonowych, koncentrowałem się na swoim doświadczeniu, dlatego nic nie było w stanie mnie zaskoczyć. Ponadto byłem dobrym obserwatorem. Mimo samotniczej natury doskonale potrafiłem określić ludzkie intencje oraz zamiary. Ludzie nie umieli kłamać tak dobrze, jak im się wydawało. 
               Pomyśleć, że wtedy nadal moim celem było założenie rodziny i spokojny żywot gdzieś na przedmieściach Chicago w stanie Illinois. Myślałem wówczas, iż w mieście tym trzyma mnie sentyment i swego rodzaju przywiązanie. Dopiero po długim czasie dowiedziałem się, że był to zwykły strach. 
               Jak przystało na dziewiętnastolatka, urodzonego w dodatku w rodzinie Shepherdów, chodziłem do szkoły, zdobywając coraz to kolejne nagrody i stypendia. Za plecami nazywano mnie kujonem, oczywiście w pejoratywnym znaczeniu tego słowa. Nie identyfikowałem się z tym. Sądzono, że całe moje życie prywatne skupia się na nauce. Szczerze powiedziawszy nie poświęcałem jej zbyt wiele czasu. Nigdy nie wykazywałem najmniejszych problemów w szkole. Ubzdurano sobie na mój temat taką opinię, bo nikt nie potrafił mnie oswoić. Byłem kompletnym introwertykiem i nienawidziłem przebywać w towarzystwie. Zawsze znikałem na przerwach, nie rozmawiałem z rówieśnikami, ukrywałem się. Nigdy nie pomyślałbym, jak ta cecha pomoże mi w dalszym życiu. Myślę, że rodzice byliby źli, gdyby wiedzieli, co teraz robię. 


***


               Chicago stało się ekspansją w dziedzinie nauki, kultury i biznesu. Mój ojciec, głęboko poważany przez elitę Roland Shepherd, był człowiekiem mającym w tym mieście ogromne wpływy. Stał na szczycie hierarchii. Podziwiano go, a wręcz czczono. Matka często jeździła z nim na konferencje, gdyż stanowiła wzór żony w ich towarzystwie. Mi również zdarzało się tam pojawiać, gdyż moim obowiązkiem było przejęcie firmy ojca już za jakiś czas. Zdecydował więc wprowadzić mnie w to życie najwcześniej, jak to możliwe. Matka strasznie obawiała się, że stanę się w przyszłości ofiarą mobbingu zważywszy na mój introwertyzm oraz kobiecą urodę. Sugerowała wielokrotnie, iż powinienem przynajmniej ściąć swoje sięgające pasa włosy, lecz była to jedyna dziedzina, w której stawiałem się rodzicom. Nie naciskali. 
               Mając tak ogromne predyspozycje do nauki, byłem posiadaczem ogromnych pokładów wolnego czasu. Nie miałem jednak pasji ani zainteresowań, które mógłbym rozwijać. Mogłem jedynie zadbać zawczasu o swoją przyszłość, jednak jedynym moim celem było założenie rodziny. Postanowiłem więc poszukać drugiej połówki, choć zawsze byłem zdania, że to ona przyjdzie do mnie. Monotonia zaczynała pożerać mnie od wewnątrz, dlatego też musiałem wziąć się w garść. 
               Szkoła, w której się uczyłem, nie była bogata w delikwentów adekwatnych do moich poszukiwań. Otwartość nie była moją mocną stroną, dlatego jedynym wyjściem okazały się być cierpliwe poszukiwania drugiej połówki przez internet. Nie czekając na zbawienie założyłem konto na portalu randkowym, sam nie dowierzając temu, co robię. Tego typu poczynania kojarzyły mi się z naprawdę kiepskim życiem towarzyskim. Ale czy to nie zgadzało się z moim przypadkiem? Aż zanadto.
               Mimo wszystko czułem, że nie mogę napisać o sobie całej prawdy. Nie miałem pojęcia, czy wynika to z kompleksów, czy może z toksyczności, jaką nosiłem w środku. Nazwałem siebie samego otwartym człowiekiem szukającym kogoś do spokojnej rozmowy, bez zobowiązań, by nie przestraszyć zbytnio potencjalnego ochotnika. Nie pragnąłem także przyciągnąć tłumu niewyżytych seksualnie kobiet. W zasadzie dobrze wiedziałem, czego szukam, lecz nie nastawiałem się na odnalezienie ideału, dlatego zaniechałem dokładniejszych opisów obiektu moich poszukiwań. 
               Pomyślałem, że to przeznaczenie lub, że popełniłem gdzieś błąd. Ledwo zdążyłem aktywować konto, gdy pojawiła się pierwsza wiadomość. Uznałem, iż to pewnie powitanie od administratora i wskazówki odnoszące się do poruszania po serwisie. Myliłem się. W skrzynce znalazłem krótką wiadomość od dziewczyny imieniem Maya. 
                    Była rok młodsza ode mnie i wydawała się być przemiłą osobą. Nie grzeszyła inteligencją, ale właśnie kogoś takiego potrzebowałem do stworzenia schematu idealnej rodziny. Nie obchodził mnie jej wygląd, dlatego nie prosiłem o zdjęcia, a ona niczego nie proponowała. Przestawiłem jej siebie jako osobę wyjątkowo odważną, by mogła poczuć we mnie swego rodzaju wparcie. Nie było to kłamstwem, raczej niemówieniem całej prawdy. Nie odczuwałem strachu w czystej postaci, choć w sytuacjach, gdy zagrażało mi niebezpieczeństwo, ukrywałem się. Uznałem to za wystarczający argument, lecz zdecydowałem się nie mówić jej o szczegółach. 
               Było w niej coś dziwnego. Początkowo myślałem, że to fakt, iż napisała do mnie jako pierwsza. Rozmowy z wszystkimi kolejnymi dziewczynami nie kleiły się, a kontakt urywał się po kilku dniach czy też tygodniach. Nastały jednak dni, w których Maya zaczęła zachowywać się inaczej niż wcześniej. 
Maya: Uważasz, że jestem głupiutka, prawda?
               Początkowo odebrałem to jako niewinny żart, lecz po chwili doszło do mnie, że mogła napisać to na poważnie. Przegryzłem wargę. Nie byłem pewien, jak wybrnąć z tej sytuacji, a zależało mi na kontakcie z nią. Przez dłuższy czas pisaliśmy ze sobą dniami i nocami, przez co moje oceny lekko się pogorszyły. Nie żałowałem tego, jednak bałem się ją stracić. Nie miałem ochoty przeszukiwać całego świata, chcąc znaleźć drugą Mayę. 
Sydney: Dlaczego tak sądzisz?
Maya: Sydney... Masz australijskie korzenie czy to przypadek?
               Kiedy zmieniła temat, odetchnąłem z ulgą. Dopiero po chwili dopadł mnie niewyobrażalny stres. Początkowo nie potrafiłem zdefiniować tego uczucia. Zdawało mi się, że źle wybrnąłem z tej sytuacji i uraziłem Mayę. Nie chciałem tego robić, więc zacząłem niekontrolowanie ją przepraszać. Uznałem to za najlepsze i jedyne dobre rozwiązanie. Maya jednak znów mnie zaskoczyła.
Maya: Trzeba pamiętać o konsekwencjach swoich działań, czyż nie, Sydney? Nie wyglądasz na Australijczyka.
Sydney: Naprawdę nie chciałem. 
Maya: Nie mamy na to wpływu, Sydney. 
Sydney: Na co?
Maya: Na to, skąd pochodzimy.
               Wytrzeszczyłem oczy i wpatrywałem się w milczeniu w ekran. Nigdy nie uważałem się za obsesyjnego maniaka teorii spiskowych, jednak intuicja podpowiadała mi, że Maya świadomie manipuluje moim nastrojem. Czyżbym się pomylił, uznając ją za nie do końca inteligentną? A może mi się wydawało? Co prawda mogłem to sprawdzić, ale nie było to tak proste, jakby się wydawało. Jeżeli Maya działała świadomie, musiałem uśpić jej czujność. Jeśli miałem dowiedzieć się prawdy, Maya nie mogła poznać moich podejrzeń, gdyż zmieniłaby wtedy taktykę gry. 
Sydney: Myślę, że jesteś całkiem mądra.
Maya: To miłe! 
Sydney: Mam coś do zrobienia, będziesz tu wieczorem?
Maya: Obawiam się, że to niemożliwe.
                Przełknąłem głośno ślinę. Nigdy wcześniej tego nie dostrzegałem, lecz jednak moje życie wyraźnie się zmieniło, odkąd ją poznałem. Coś było nie tak. Moje samopoczucie nie było już przeze mnie kontrolowane. Wahało się, gwałtownie skakało i spadało. Byłem roztrzęsiony. Maya dawała mi kolejne powody do myślenia, iż jej działania są w pełni świadome. Jeśli jednak w rzeczywistości była o wiele inteligentniejszą osobą, musiała się zorientować, że stawiam co do niej pewne podejrzenia, dlaczego więc nie zmieniła strategii? Co chciała osiągnąć? 
Sydney: W sumie znamy się dość długo. Nie masz ochoty się spotkać?
Maya: Jasne! Co będziemy robić?
Sydney: Możemy spotkać się nad jeziorem Michigan.
Maya: Świetny pomysł, bardzo lubię tę okolicę.
Sydney: Naprawdę? Kiedy masz czas?
Maya: W zasadzie nawet jutro, ale tylko późne godziny wieczorne. Mam wykłady do dwudziestej, ale muszę jeszcze wrócić do domu. 
Sydney: Dziesiąta?
Maya: Niech będzie. Wiesz, gdzie było kiedyś wesołe miasteczko?
Sydney: Chcesz się tam spotkać? To niebezpieczna okolica.
Maya: Po prostu unikam tłumów ludzi. Jak cię poznam?
Sydney: Mam krótkie ciemne włosy. Do jutra, Maya. 
               Nie sądziłem, że dojdzie do takiej sytuacji, jednak naprawdę czułem, iż nie powinienem jej ufać. Zdecydowałem przemyśleć swój plan działania i dowiedzieć się wszystkiego, co było mi potrzebne. 




            



CH(E)AT - zwiastun

Tym razem bez rozkrzyczanych uke i romantycznych seme. Tym razem będzie nieco inaczej, no ale po co spojlerować. Dzięki za pomysł, Katty, mam nadzieję, że nie będziesz dzielić się znajomością fabuły z innymi czytelnikami. Miłego! 
PS Sydney to facet. Proszę nie wnikać w moją fascynację długowłosymi blond ukesiami. 
Pamiętajcie o ankiecie poniżej, bo może ona zmienić Wasze życia.


SYDNEY SHEPHERD [19]




EMILY LIVINGSTONE [27]




SHEILA MORGAN [23]




FELIX LIVINGSTONE [27]




BRIDGET MELLARK [25]




EDWARD SHAW [28]