Showing posts with label and. Show all posts
Showing posts with label and. Show all posts

27.10.14

Nierozerwalna więź.

Dział: Wet and moisture. 
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi. 



               Istnieją pewne nierozerwalne więzi. Możesz uciekać tak daleko, jak tylko chcesz, jednak nigdy nie uda ci się odnaleźć kryjówki. Bo to siedzi w TOBIE. Nie uciekniesz przed samym sobą. Nie zerwiesz łańcuchów, które od lat za sobą ciągniesz. Byłem pewien, że Ren żyje. Czułem jego zapach przy sobie. 
               Gale delikatnymi ruchami umył moje plecy. Nie miałem zielonego pojęcia, na co liczy, czego ode mnie oczekuje. Nie czułem do niego obrzydzenia, on ani trochę nie przypominał tego ohydnego Phera. Jednak zdawało się, że również coś do mnie poczuł. 
— Dlaczego mnie uratowałeś? — spytałem nagle. — Dlaczego robisz to wszystko? Skąd znasz moje nazwisko? 
— Dziwne, żebym nie znał — odparł z niechęcią. — Za kogo mnie masz? Nie jestem idiotą. Muszę znać wszystkie gangi, uważam ich wszystkich za równych sobie. 
               Coś we mnie pękło. Najwybitniejszy gangster, jaki kiedykolwiek stąpał po tym świecie nie zmierzał drogą złej sławy i egoizmu. Lepiej - czułem przejawiającą się w nim dobroć. 
— Oni wszyscy... stali się ludźmi, których od początku miałem zamiar tępić — powiedział. — Cały ten amerykański szłam przepełniony tętniącą, rosnącą głupotą.
— Co masz na myśli? — spytałem, niczego nie rozumiejąc. 
— Kupujemy ubrania, które rwą się na strzępy po kilku dniach. Kupujemy nowe — zaczął. — Smarujemy się kremami na zmarszczki, które w rzeczywistości tworzą zmarszczki, dlatego szukamy kolejnych i wyrzucamy kasę w błoto. Pijemy colę, której głównym składnikiem jest cukier mający na celu zamaskowanie smaku soli. Sól ma sprawiać, byśmy czuli się jeszcze bardziej spragnieni i kupowali kolejne litry. Jesteśmy masowo zmanipulowani i ogłupieni telewizyjnym szłamem, nikomu do głowy nie przyjdzie, że media mogą kłamać. Żadne wypowiedziane przez nich słowo nie jest prawdą. Żadne. Społeczeństwo siedzi przed telewizorami i chłonie wszystko, co od nich usłyszy. Nikt nie zdaje sobie sprawy. Wszyscy są ślepi. Nie ma miejsca na miłość, jest tylko seks. Są tylko pieniądze. Liczy się władza. Inteligencja została pochowana wieki temu. Skończyły się romantyczne wyznania, mężczyźni rzucają się z jęzorami na kobiece waginy, gwałcą je, a one uznają swoje dziewictwo za wstyd. Wszyscy ludzie, których zabiłem... Martwa Ameryka... Musiałem oczyścić ten święty obszar. Musimy zacząć tworzyć świat od nowa, rozumiesz? 
               Przegryzłem wargę. Wszystko to brzmiało tak prawdziwie. Masowa manipulacja niszczyła naród od środka. Z ukrycia. Nikt nie był tego świadomy.
— U stóp tej manipulacji stoi religia. Właśnie dlatego zaczęliśmy szturmy od kościołów i klasztorów — kontynuował. — Religia jako jedyna instytucja nie płaci podatków. Wpaja nam chore, wyssane z palca reguły i każe się do nich stosować. Czerpie źródła z astrologii, którą oskarża o sprowadzanie ludzi na ciemną stronę. Co się stanie, kiedy powiesz teiście, jak było naprawdę? Że pierwszym bogiem uznanym za ludzkość było Słońce, które codziennie wygrywało walkę z nocą, symbolizując odwieczną walkę dobra ze złem? To na jego podstawie powstał Horus i Set. Horus urodził się dwudziestego piątego grudnia. Zmarł i zmartwychwstał po trzech dniach. Jego narodziny zwiastowało przyjście trzech króli podążających za gwiazdą. Miał dwunastu uczniów. W rzeczywistości "Trzech Króli" to trzy gwiazdy ustawiające się w jednej linii z najjaśniejszą gwiazdą na niebie, Syriuszem, w dniu Bożego Narodzenia. Słońce przez cały rok wędruje po niebie, obniżając stopniowo najwyższy osiągalny punkt na niebie. Przez trzy dni zachowuje najniższą pozycję na niebie, potem natomiast ponownie wchodzi coraz wyżej. Zmartwychwstaje po trzech dniach. Teiści są zmanipulowani do tego stopnia, że na tę tezę odpowiedzą ci, że bóg podłożył nam kości dinozaurów, by nas sprawdzić. Oni naprawdę sądzą, iż świat ma jakieś trzy tysiące lat.
               Spuściłem wzrok. Gale popadł w obsesję. Chciał stworzyć idealny świat, jednak nie mógł tego uczynić. Byliśmy w końcu najgorszymi istotami w tym świecie. Ludźmi. Niesfornymi idiotami, którzy dążyli tylko i wyłącznie do władzy. Byliśmy źli z natury. Nie dało się już tego zmienić.
— Jeśli będziesz rozumował w ten sposób, dojdziesz do wniosku, że należy wszystkim wszczepić chipy, aby kontrolować ich emocje i zachowania — odpowiedziałem. — Jest naprawdę wiele rzeczy możliwych. Ale nie pokój. 
— Skąd ta pewność? — zdziwił się. — Może to właśnie pokój leży w naszej naturze, ale zacofanie, które nazywamy postępem, zmienia nas tuż po urodzeniu?
— Zacofanie? — zapytałem z zaskoczeniem.
— Wracamy do ery zwierząt, Wilson — odparł cicho. — Spójrz tylko, w jaki sposób cię traktowali. Taka Ameryka nie ma prawa istnieć. 
               Westchnąłem głęboko. Zataczaliśmy błędne koło. Ta sprawa nie miała rozwiązania. Trzeba było czekać na geniusza, który nie będzie miał w planach zmanipulować kolejnych pokoleń. Martwa Ameryka w końcu wydawała się być szczęśliwa.
— Nie mówmy o tym więcej — szepnął, kładąc mi głowę na ramieniu. — Powiedz mi coś o nim. O Renie.
— D-dlaczego o nim? — zapytałem arogancko.
— Chcę znać definicję miłości — powiedział. — Czystej miłości. 
— To nie do końca jest czysta miłość — odpowiedziałem, zdając sobie nagle sprawę z moich relacji z Renem. — Ja... nie wiem o nim prawie niczego. Nasze stosunki opierają się w zasadzie na stosunkach seksualnych.
— Więc dlaczego się w nim zakochałeś? — pytał dalej.
— On... Ciężko to ubrać w słowa — motałem się. — Tu nie chodzi o wygląd, ale... Po prostu czuję między nami pewną więź. Nierozerwalną więź. Dlatego możesz mnie przekonywać, ile ci się żywnie podoba, że Ren nie żyje. Możesz nawet pokazać mi jego zmasakrowane zwłoki. Ja i tak wiem, iż on po prostu siedzi gdzieś przyczajony. Nie mam pojęcia, czy mnie szuka. On nawet nie zdaje sobie sprawy z moich uczuć.
— Odwzajemnia je? — zadał pytanie. 
— Nie sądzę — odparłem. — Ale będę u jego boku chociażby po to, by móc od czasu do czasu w jakiś sposób go uszczęśliwić. Nawet, jeśli będzie to wkładanie mi igieł w tyłek. 
— Will — przerwał mi nagle. — Myślę, że Ren cię kocha.
— Nie pierdol głupot — zdenerwowałem się. Nie lubiłem, kiedy ktoś wkręcał mi kity. — Skąd możesz wiedzieć...
— Spójrz na mnie — powiedział. — Pozwalam ci.
               Z grymasem na twarzy od niechcenia przesunąłem się w wannie w bok i przechyliłem twarz w jego stronę. Czego mogłem się spodziewać? Braku jednego oka? Ohydnego niezadbanego zarostu? Problematycznej cery? Blizn na twarzy? Zniósłbym wszystko poza widokiem Phera. 




               Ale na to bym, kurwa, nie wpadł. Miałem ochotę wstrzymać oddech i jak najszybciej się udusić. Za wszystkie słowa, które dotąd wypowiedziałem. Tajemniczy ludzie zawsze sprawiają problemy. O niczym nie mówią, wszystko ukrywają. A kiedy tylko taki sekret wyjdzie na jaw, odnosisz wrażenie, że masz do czynienia ze zjawiskiem paranormalnym. Masz mroczki przed oczami i zupełnie nie wiesz, jaki odgłos z siebie wydać. W jaki sposób zareagować. 
— Znalazłeś mnie w końcu — odparł z uśmiechem. — Tym razem już nie uciekniesz.
               Wpił się głęboko w moje usta, całując tak zaborczo jak zwykle. Wplotłem palce w jego ciemne włosy, delikatnie masując jego uszy, nie uważając nawet na liczne zdobiące je kolczyki. Nic się nie liczyło. Gładziłem jego miękką bladą skórę, cicho pojękując, gdy nadgryzał moje sutki. Nie ucieknę ci już nigdy więcej, Ren. 












K O N I E C

______________________________________________________
Ha! Lis potrafi jednak zrobić happy end. Bo happy end po stu dwudziestu gwałtach to nadal happy end. 
.
.
.
.
.
No nie?
Teraz dylemat życia: kolejny dział zakończony, Mesu wyżyta (mam nadzieję), czytelnicy stali poszli fchuj, no ale przecież nie będę trzymać nikogo na siłę, no i pomysłów brak. Liczę na Wafla, który obiecał mi fajnych bohaterów i zalążek fabuły, chociaż ubolewam nad tym, iż nie będzie tam wątków komediowych. Chociaż 4. sezon Maniakalnego tak spartaczyłam, że może faktycznie lepiej brać się za jakieś sado-maso, cokolwiek... 
Dzięki, że czytaliście, jeśli czytaliście. Gdybyście mieli jakieś wskazówki, uwagi, hejty, krytykę - przyjmuję wszystko. Tutaj, tam, gdziekolwiek. Przyjmuję na klatę. 
I pytanie pozakonkursowe: jakim cudem nikt nie wie, jak wyglądam, ile mam lat i skąd jestem, skoro przez bite 3 miechy na Snaysie widniały takie 3 śmieszne ikonki prowadzące do fejsa mojego, Nazzu i Sagi? >:D Nikt nie ogarnął? Czy woli nie mówić, bo na nasz widok zaniemówił (w negatywnym sensie)? >:D

26.10.14

Goodbye, Dallas.

Dział: Wet and moisture. 
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi. 



               Przynajmniej w końcu wiedziałem, która jest, kurwa, godzina. Ale, cholera, nie miałem nawet własnego łóżka. Uzasadnili to tym, że przecież i tak co noc będę je zmieniał. Tak czy siak... tęskniłem za kuchnią Ricka. Za pomysłami Spencera. I arogancją Maxa. I jeszcze za stanowczością Ralpha. Nawet za głupotą Petera. Może nawet za sadyzmem Rena. I co miałem zamiast nich? Wielkiego członka Phera. Pierwszą noc spędziłem oczywiście w jego łóżku. Zdążył mnie już przejechać jakieś cztery razy. Gdy próbowałem zasnąć, powoli wpychał mi palce do odbytu będąc przekonanym, że sprawia mi ogromną przyjemność. Myślałem, że się zrzygam. 
               Nie spałem pół nocy. Czekałem tylko, aż zegar pokaże szóstą rano i będę miał dobrą wymówkę na opuszczenie pokoju Phera. Cóż to była za ulga, kiedy w końcu mogłem to zrobić. Pognałem do łazienki, by móc zmyć z siebie to piętno. Ale tam dopadła mnie dwójka dziwnych mężczyzn. No kto by się spodziewał...
               Zero kultury. Nic. Nie raczyli się nawet przedstawić. Złapali mnie za ramiona, ograniczając ruchy, usiedli naprzeciwko siebie, zachowując bardzo małą odległość i cisnęli mną na dół, prosto na swoje przyrodzenia. Trójkącik. Bardzo bolesny.
               W sumie ta robota nie była aż taka zła. Po tych wszystkich przygodach z Renem oddawanie swojego ciała w zamian za bezpieczeństwo nie było niczym nadzwyczajnym. Po tygodniu mieszkania z tą, podobno małą częścią gangu Gale'a, zdążyłem sprzedać się każdemu z nich minimum trzy razy. Szkoda tylko, że nie potrafiłem czerpać z tego przyjemności. 
               Ten tydzień wyjątkowo mi się dłużył. Zastanawiałem się, kiedy wyjdą na jakąś misję. Łudziłem się, że ktoś zabije Phera, nienawidziłem go z całego serca. Brzydziłem się go. A on brał mnie niemalże co noc. Po siedmiu dniach pieprzenia się z dwoma bądź trzema osobami na godzinę, mój odbyt stracił czucie. Oni nawet ze mną nie rozmawiali. Wchodzili we mnie, rzucali w kąt i szli w swoją stronę. Nikt nie pytał, jak się czuję. Ci ludzie nie byli jak Rick, Spencer czy Ralph. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak głęboka relacja łączyła mnie z moim gangiem. Od samego początku. 
               Szczerze mówiąc... samemu mi ciężko było w to uwierzyć, ale... nadszedł w końcu mój zbawienny dzień. Wyjątkowo szokujący, ale nadal zbawienny. Któregoś wieczoru mężczyźni postanowili zrobić sobie hulankę. Oni, alkohol, muzyka, nagi ja. Uczucie, którego każdy człowiek na Ziemi wolałby nie poznać. Trącano mną na prawo i lewo, podawano mnie z ręki do ręki jak butelkę wina. Traciłem chęci do życia. Wtedy jeden z mężczyzn popchnął mnie na ziemię, a ja przypadkowo wpadłem na innego z nich. Nie miałem ochoty nawet patrzeć na jego twarz, choć czułem, iż on wręcz zabija mnie wzrokiem. Delikatnym ruchem ręki przetarł moje powieki, jak gdyby chciał zapytać "człowieku, kiedy ty ostatnio spałeś?". 
— Przeleć go, jest świetny! — polecił mu siedzący nieopodal Pher. — My wszyscy już...
               Wtedy usłyszałem głośny huk. Chwilę po nim nastała grobowa cisza. Obróciłem się gwałtownie i zobaczyłem, jak z oczu Phera toczą się strugi krwi. Moment później runął na ziemię. nie żył. Trzymający mnie mężczyzna władował mu kulkę w łeb. Trzęsłem się z przerażenia.
— Gale, co ty, kurwa... — zaczął kolejny, jednak jego życie zostało nagle skrócone. 
          




"Gale".






"Gale".





"Gale".



"Gale".

"Gale".
"GALE".




               Czy to naprawdę on mnie obejmował? Czułem przed nim tak ogromny respekt, że nie miałbym nic przeciwko, by zginąć z jego rąk. Najlepszy gangster na świecie. Nikt nie mógł się z nim równać. Ponadto podporządkował sobie tylu ludzi.
               Tego dnia widziałem obrazy, które wolałbym wyrzucić z pamięci. Jeden człowiek. Jeden obejmujący mnie człowiek. Gale. On zabił wszystkich, którzy przyznali się do stosunku ze mną. Nie został ani jeden. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Kazał mi się ubrać. Zawiązał mi opaskę na oczach, bym nie widział jego twarzy. Później opuściliśmy martwą kryjówkę, pozostawiając w niej ciała. Zaprowadził mnie do samochodu. Cuchnął papierosami i marihuaną. Po chwili odpalił silnik i stary samochód zaczął toczyć się z górki. Nie mam pojęcia, jak długo jechaliśmy. Może osiem godzin. Może dziewięć. Czułem, że już nigdy nie wrócę do Dallas. 
               Opaskę zdjął mi dopiero podczas kąpieli. Jednak nie byłem w stanie dojrzeć jego twarzy. Siedzieliśmy bowiem w wannie. Opierałem się plecami o jego tors. Czułem jak jego sztywny członek pociera moją skórę. Mimo to nie wcielał w życie swoich brudnych myśli.
— Dziękuję — szepnąłem. Zachichotał cicho.
— Za co? — spytał szeptem. Odnosiłem wrażenie, że próbuje ukryć barwę swojego głosu. 
— Tamci ludzie byli obrzydliwi — odparłem. 
— Jeszcze nie wiesz, co z tobą zrobię — zaśmiał się cicho. Jego głos był naprawdę nienaturalny. 
— Pozwól mi wrócić do Dallas, błagam — powiedziałem trzęsącym się głosem. Byłem naprawdę rozchwiany emocjonalnie. — Tam jest ktoś, kogo kocham. 
— Jesteś pewien, że żyje? — zapytał krótko. Przegryzłem wargę. — Wiem, kim jesteś, Wilson. 
               Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia. Znał moją tożsamość. Uratował mnie. Kim dla niego byłem? Skąd mnie znał?
— Przedwczoraj jeden z gangów z Dallas napadł na twoich przyjaciół — szepnął. — Nie masz już do kogo wracać. 
— N-niemożliwe... — wyjąkałem, gwałtownie podkurczając kolana i chowając twarz w dłoniach. 
— Peter Parker, właściwie Peter John Morton was wydał — kontynuował. — Chciał dołączyć do większego gangu, nie znam jego motywów. Zabito go, gdy tylko wydał nazwiska. 
— Peter? — nie dowierzałem.
— Zaatakowali z zaskoczenia, dzięki temu szybko pozbyli się Ralpha Cohena i Erica Curtisa — mówił dalej. — Potem poszło z górki.
— Ren żyje — wycedziłem przez zęby. 
— Ren? — zdziwił się.
— Nie znam jego prawdziwego imienia — jęknąłem. 
— To jego prawdziwe imię. Ren. Nie ma nazwiska, bo chwilę po urodzeniu został porzucony przez rodziców — powiedział. — Potem włóczył się po domach i w jakiś sposób udało mu się przeżyć. Dziwię się, dlaczego o niego zapytałeś.
— Ren jest pierdolonym sadystą, nie znam większego gnoja od tego skurwysyna — wściekałem się. — Nie wierzę, że dał się tak łatwo zabić. 
— Kochasz go? — spytał.
— Tak. Znaczy... 
               Przegryzłem wargę. Dotychczas ukrywałem to przed całym światem, nawet przed samym Renem. Nie sądzę, by ktokolwiek z gangu się domyślił. A teraz... wszystko zniszczyłem. Doszczętnie. Wszystko. 
— Czy on żyje? — zapytałem. 
               Gale odpowiedział mi cichym westchnieniem. Nie mogłem uwierzyć, że Ren nie żyje. Postanowiłem nie wyciągać pochopnych wniosków i nadal być pewnym, iż kiedyś uda mi się go jeszcze spotkać. Mimo wszystko, Ren...


Znajdę cię. Gdziekolwiek jesteś. 

Jestem martwy.

Dział: Wet and moisture. 
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi. 



               Ciężko było mi się doprowadzić do pierwotnego stanu. Pozbyłem się intruzów ze swojego wnętrza i w miarę możliwości opatrzyłem rany, aczkolwiek ból ciągle dawał znać o stopniu poranienia skóry. Wziąłem również kąpiel, by odkazić skaleczenia. 
— Wilson, wychodzisz — nakazał mi Ralph. Jęczałem długo, że nie dzisiaj, że dlaczego dzisiaj, że jutro też jest dzień, ale nic na niego nie działało. Miał dla mnie misję i obawiałem się, iż polegnę. Aczkolwiek później okazało się, że nie będzie to typowe zlecenie - musiałem tylko ponownie znaleźć kogoś do tej brudnej roboty, skoro zachciało mi się mordować Nata.  
               Wypełznąłem spod ziemi jednym z wyjść ze schronu. Rozejrzałem się wokół, na szczęście nie było tam żywej duszy. Postanowiłem nieco zaryzykować i udać się do głównej części miasta, do tej, w której odnalazłem wcześniej Nata. Nie miałem pojęcia, co mogło się tam dziać przez ostatnie kilka dni. Musiałem minąć teren przypominający poligon. Nie należało to do najbezpieczniejszych, bowiem obszar był odsłonięty, a my nie byliśmy jedynym trzymającym się przy życiu gangiem. Ułożyłem skrzypce na ramieniu, zabezpieczając się przed ukrytymi minami. Dźwięki roznosiły się wśród duszącego smogu, torując mi drogę naprzód.
               Do centralnej części udało mi się dojść bez szwanku. Zauważyłem jednak, że min jest więcej, niż było dotychczas. Wiedziałem, iż Gale nie mógł tutaj wrócić, wyglądało więc na to, że ktoś chce mieć Dallas dla siebie. Było to z ich strony tak egoistyczne, iż miałem ochotę rozjebać ich gang samodzielnie. Ale Ralph by mnie zamordował za zakłócanie spokoju. Mieliśmy teraz na głowie inne rzeczy. 
               Mijałem kolejne to uliczki w poszukiwaniu jakiejś zbłąkanej duszy, aczkolwiek nie mogłem się na nikogo natknąć. Ostatnim razem było podobnie. Minęło wiele czasu od rozpoczęcia moich poszukiwań, kiedy w końcu znalazłem wtedy Nata. Łudziłem się, że tym razem znajdę kogoś nieco szybciej. Nudziło mi się. 
               Nic. Wszędzie tylko rozsypane ludzkie prochy. Dallas stało się miastem duchów. Cuchnęło krwią i rozkładającymi się ciałami, których nikt nie posprzątał. 
— Pomocy... — Usłyszałem nagle po swojej prawej. Zdławiony krzyk dochodził mnie zza jakiejś nie do końca zburzonej ściany. Bez namysłu udałem się w jego stronę, torując sobie drogę dźwiękami skrzypiec.
               Po chwili ujrzałem idealny materiał do tejże roboty. Był to młody chłopak, prawdopodobnie młodszy od Nata. Dałbym mu jakąś szesnastkę. Jego dłonie przywalił kawałek sypiącej się ściany, jedyne, co mógł zrobić, to bezsensownie wierzgać nogami. Postanowiłem wykorzystać nadarzającą się okazję. 
               Podszedłem bliżej, jego płacz i wołanie ustały, zmieniając się w błagalny wzrok. Pochyliłem się nad nim, składając na ustach bolesny, zaborczy pocałunek. Już po tym usiłował się wyrwać. Wsunąłem mu szybko dłoń w spodnie i najszybciej, jak potrafiłem, zacząłem manewrować ręką w górę i w dół. Darł się wniebogłosy, a jego przerażone wrzaski przerywały podniecone jęki.
— Powiedz, że ci przyjemnie — wycedziłem, chichocząc złowieszczo. — Powiedz, inaczej...
               W jednej chwili dwa moje palce znalazły się w jego wnętrzu. Z jego ust wydobył się jeszcze bardziej przeraźliwy krzyk. Błagał, żebym przestał, podczas gdy ja bawiłem się świetnie, wsuwając i wysuwając z niego już trzy palce. Nadal nie chciał wyrazić swojej przyjemności, dlatego rozpiąłem spodnie i bez ogródek zacząłem w niego wchodzić. Coraz głębiej. Coraz mocniej. Jego wrzaski czyniły mnie jeszcze bardziej nienasyconym. Przyspieszyłem. 
— Powiedz — nakazałem. 
— Jest... jest mi... — jąkał się przez łzy. — Jest mi dobrze...
— Więcej — syknąłem.
— ...jest mi... przyjemnie — szepnął powoli.
— To nadal nie wszystko — denerwowałem się.
               Wtedy w jednym momencie uniósł lekko biodra, a z jego ust wydobył się jeden długi rozkoszny jęk. 
— Pieść mnie... — szepnął.
               Moja dłoń powędrowała na jego członka, masując go szybkimi ruchami. Chłopiec krzyczał z przyjemności, co moment każąc mi przyspieszyć. Postępowałem wedle jego instrukcji. I wtedy nagle...








Bum?








               Ten stosunek skończył się dość niespodziewanie, jak przypuszczam... I zdecydowanie został zakończony zbyt wcześnie dla obydwu stron. Tak czy inaczej... czułem się zajebiście. To było coś na kształt ulgi połączonej z zupełną sielanką, idyllą. Po prostu leżałem nieruchomo i odnosiłem wrażenie, że mogę spędzić w tej pozycji całe swoje życie. Chwila... czy to oznacza, że umarłem? Nie, to nie było możliwe... ale... Gdyby ktoś faktycznie wykorzystał fakt, iż dwóch kolesi pieprzy się w centrum martwego Dallas, to mógłby skorzystać z okazji i... zabić ich? Czy ja naprawdę byłem martwy? Czy byłem tak samo martwy jak to pieprzone martwe Dallas?! 
— Długo ci to zajęło — Usłyszałem nagle niski głos. 
               Moje oczy się otworzyły. Powoli i z niemałym trudem, ale udało się. Żyłem. Jednakże nie miałem zielonego pojęcia, gdzie się znajdowałem, z kim rozmawiałem ani jakim cudem się tutaj, kurwa, znalazłem.
— Możemy zaczynać — zachichotał.
               W pomieszczeniu nagle zapaliły się światła. Pokój był ogromny i przypominał jedno z izb starych klubów nocnych. Ponadto znajdowałem się na scenie. Nagi. Obok mnie leżał ten sam chłopiec, którego miałem w zamiarach porwać. 
— Kim wy, kurwa, jesteście? — spytałem bez ogródek, wywołując głośny śmiech na sali. Wokół mnie siedziało ze stu dorosłych mężczyzn. Nigdy bym nie pomyślał, że w Dallas kiedykolwiek istniał tak wielki gang. Chyba że...
— Jesteśmy małą częścią gangu Gale'a, mój drogi — odparł z obrzydliwie szerokim uśmiechem. Wiedziałem, że nie mam szans. — Ty również wyglądasz na człowieka z kryminalną przeszłością, ale niezbyt nas obchodzi twoje pochodzenie. Przejdźmy do rzeczy.
               Robiło mi się niedobrze na widok tych wszystkich oblizujących się ust, dłoni wsuniętych w spodnie, głupich uśmieszków. Domyślałem się, że wymagać będą od nas czegoś... specjalnego.
— Każdy z was ma pięć minut na zadowolenie mnie. Któremu się nie uda, dostanie kulkę w łeb.
               Chłopiec pisnął głośno, gdy usłyszał słowa. Jego szloch wprowadził cały tłum w donośny śmiech. 
— Jeśli któryś przeżyje, zabierzemy go ze sobą jako naszą zabawkę — dokończył.
— Nuda — westchnąłem. — A ludzie powiadają: nigdy nie wchodź dwa razy do tej samej rzeki...
               Na moje słowa publika również zareagowała donośnym śmiechem. I w taki oto sposób wszyscy poznali mnie jako tanią męską prostytutkę. 
— Problem tkwi w tym — kontynuował mężczyzna — że mnie jest naprawdę trudno zadowolić. 
               Machnąłem ręką. Jako pierwszego wybrał nie mnie, a chłopca. Mogłem zaobserwować, co stanowi jego czuły punkt i co sprawia mu największą przyjemność.
— Czas... start! — zawołał ktoś na widowni, wystrzeliwując kulkę do góry. 
               Chłopiec w ataku rzucił się na członka mężczyzny. Robił z nim tak dziwne rzeczy, że chyba nawet Ren na coś takiego by nie wpadł. Jednak tamten ani nie drgnął. Chłopiec próbował osiąść na jego członku, ale okazał się zbyt duży, więc sam nie był w stanie nic zdziałać. Przeniósł wargi na sutki. Nadal nic. Nic. Nic nie działało. Cholerny wyżyty skurwysyn. Po pięciu minutach rozstrzelono go na moich oczach i zrzucono za scenę. Wzrok publiki skierował się na mnie. Wyglądało na to, iż liczą, że mnie się uda. Chyba faktycznie marzyli o seksie ze mną.
               Moment przed odliczaniem spojrzałem na nagiego mężczyznę. Założyłem, że sam seks zadowala go dopiero wtedy, gdy już wcześniej jest podniecony. Ale co, do cholery, mogłoby doprowadzić go do takiego stadium rozkoszy? Kurwa, gdyby tylko był tutaj Ren... Chwila... Ren! Przecież on dokładnie...
— Czas... start! — wykrzyknęła publika. 
               A ja spokojnie siedziałem sobie na scenie i patrzyłem w górę. Te lampy były naprawdę oślepiające. 
— Może mi ktoś podać moje spodnie? — zapytałem nagle, paraliżując wręcz widownię. Ktoś po chwili rzucił mi je na scenę, uprzednio sprawdzając, czy nie ma w nich broni. Z kieszeni wyjąłem kilka igieł, które dał mi Ren. 
               Znałem już ten ból, więc nie miałem się czego obawiać. Cztery igły. Tylko cztery miejsca na ciele. Wiedziałem, że jestem w stanie to zrobić.
               Pierwsze dwie, na cześć Rena, znalazły się pod sutkami. Dokładnie w taki sam sposób, jak dnia wczorajszego. Przebiłem je pod spodem. Wytarłem palcami spływającą z igieł krew i zlizałem to. Trzecia igła również znalazła się w podobnym miejscu. Bardzo wolnym ruchem przebiłem na wylot swojego penisa. W oddali słyszałem masturbację publiki. Czwarta igła była najdłuższa i niosła ze sobą spore ryzyko. Ryzyko bólu, którego nie zniosę. Ale co miałem do stracenia? Postawiłem igłę na wenflonie tak, że ustawiona była pionowo. Całkowicie rozłożona mierzyła jakieś czterdzieści centymetrów. Stanąłem nad nią i... powoli zaczynałem osuwać się w dół. Zostało tylko trzydzieści sekund. Musiałem wytrzymać. 
               Już po chwili poczułem ją w sobie. Rozrywający ból był nie do zniesienia, tym bardziej po rozżarzonych kulkach Rena. Wzdychałem ciężko, osuwając się coraz niżej. Czułem zapach krwi toczącej się z mojego odbytu. I wtedy nagle...
              Udało się. Mężczyzna doszedł. Na widowni rozbrzmiały owacje, a sam facet rzucił się na mnie, okładając szyję pocałunkami.
— Wspaniały... — jęczał cicho. — Cudowny...
               Na moje szczęście skończyło się na pocałunkach. Kazali mi się ubrać i przewieźli gdzieś z zasłoniętymi oczyma, bym nie znał lokalizacji ich kryjówek. Tak czy siak podczas podróży nie obeszło się bez zadowalania swoich klientów.
               Ten sam mężczyzna, którego wcześniej cudem udało mi się doprowadzić do takiego stanu, przedstawił mi się jako Pher. Był brzydszy nawet od Ralpha, nie sądziłem, że to możliwe. Poza tym jego członek był tak wielki, iż początkowo nie był w stanie we mnie wejść. Początkowo.
               Pher całą podróż trzymał mnie na kolanach. Delikatnie pieścił językiem moje sutki. Nie sądziłem, że jego gra wstępna jest tak lekka. Całował je, lizał, lekko nadgryzał. Wszystko było zupełnie bezbolesne. Członka zostawił w spokoju. Postanowił od razu zacząć we mnie wchodzić. Zdjął mi całkowicie spodnie, żeby było mi wygodniej, po czym podniósł moje uda i ułożył w odpowiedniej pozycji. Na początku powoli próbował we mnie trafić, jednak po kilku próbach zdenerwował się i po prostu mnie puścił. Z moich ust wydobył się zdławiony krzyk. Ren wkładał mi do tyłka tyle rozmaitych rzeczy, ale to coś było tak wielkie... myślałem, że umrę. A on posuwał mnie coraz szybciej. Gdy skończył, odnosiłem wrażenie, że mam poprzesuwane jelita, a mój odbyt zaraz pęknie. Co gorsza - Pher postanowił zostać w tej pozycji do końca podróży i nie opuszczać mojego ciała. Co kilka minut czułem jego ciepłą spermę w sobie. Ohyda. Poza tym cały czas podkreślał, że mnie kocha. I tak wiedziałem, że będę musiał pieprzyć się z wszystkimi. Jednak nadal miałem tę jedną myśl, która skutecznie podtrzymywała mnie przy życiu i kazała iść przed siebie, dopóki nie osiągnę celu. 

24.10.14

Zachcianki Rena.

Dział: Wet and moisture. 
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi. 



               Mój czyn mógł wydawać się nieco nieludzki, jednak nie w aktualnym otoczeniu, nie w zaistniałej sytuacji i nie w obecnym miejscu. Członkowie gangów mieli zbyt zaawansowane stadium znieczulicy, bo drgnąć chociażby na widok morderstwa, nawet, jeśli oprawca pozbawiał życia swojego wiernego adoratora. Poza tym czy moje zachowanie mogło dziwić kogokolwiek, kto żył w obsypanej ludzkimi prochami Ameryce? Śmierć była rzeczą codzienną - w zasadzie powinien był dziękować mi na kolanach za to, iż ginie w taki sposób. Miałem wyrzuty sumienia tylko z jednej przyczyny - obiecałem mu bezpieczeństwo. 
               Nadal czułem się zdruzgotany faktem, że takiemu robakowi udało się drasnąć Rena. Chłopak był pierwszą lepszą osobą zgarniętą z ulicy. Był świadomy siły mężczyzny, a mimo to sprzeciwił mu się. Ale dlaczego? Czyżby... zauważył? Wolałem, by miał inny powód, niż mi się wydawało. Tak czy inaczej zaciągnąłem Rena do swojego pokoju z wymówką opatrzenia go. Pragnąłem wypytać go o pewne rzeczy. 
— Ren, kurwa — wycedziłem przez zęby, wycierając mu krew z policzka. Sam nie wpadł na to, by to zrobić. Miał gdzieś taką małą rankę, ja wolałem jednak jego twarz bez blizn. — Co on ci, kurwa, powiedział? Nie wierzę, że udało mu się to tylko dzięki sprytowi i odrobinie szczęścia. No musiał ci, kurwa, coś powiedzieć. Coś, co na ciebie tak dziwnie wpłynęło, że w jakiś sposób postanowiłeś pozwolić mu na zadanie sobie rany. 
— Nie myśl za dużo, Will — odparł, kładąc się na plecach na łóżku. — Po prostu byłem skupiony na czymś innym, skorzystał z mojej nieuwagi.
— Byłeś tak blisko gangu Gale'a... — syknąłem. — Prawdopodobnie nawet cię nie zauważyli, a teraz...
— Skąd ta pewność? — spytał nagle. — A co, jeśli uciąłem sobie z nimi miłą pogawędkę przy kawce, a potem poszliśmy razem na dziwki?
               Rzuciłem mu aroganckie spojrzenie. Widziałem wyraźnie, że coś przede mną ukrywa. Prawdopodobnie nie tylko przede mną. Wątpiłem w to, iż Ralph cokolwiek wie na ten temat. Dlaczego pozwalał mu na tyle tajemnic? Ren zdecydowanie należał do ludzi, którzy mogliby tylko pstryknąć palcami, by nasz gang w ułamku sekundy przestał istnieć. Czemu więc...?
— Kładź się — przerwał moje rozmyślenia. Jeszcze nie zdążyłem go dobrze opatrzyć, siedziałem z nim tylko krótki moment, a on już zaczynał wcielać w życie swoje brudne myśli. Zdjąłem koszulkę i zacząłem rozpinać spodnie. Pokiwał palcem mówiąc, że dzisiaj tors w zupełności mu wystarczy. 
               Moje sutki nadal były w bardzo złym stanie. Ich końcówki były rozerwane na pół przez wyrwanie kolczyków. W dalszym ciągu bolały jak skurwysyn. Byłem pewien, że znowu się za nie weźmie. W najlepszym przypadku zapewne by mi je odciął. Przynajmniej było ciekawie. 
— Zabiłeś chłopca, więc wracasz do starej roboty, co nie? — zapytał z lekkim uśmiechem. 
— Dobrze, że mam pewność, iż mnie nie zabijesz — westchnąłem.
— Nic ci nie mogę obiecać — odpowiedział. 
               Oparłem się plecami o ścianę. Kazał mi założyć ręce za głowę i się nie ruszać - najmniejsze moje poruszenie przysiągł odpłacić siarczystym kuksańcem. Wolałem nie myśleć, co ma w planach. 
               Z drewnianej skrzyneczki wyjął świeczkę. Odpalił ją zapałkami, zapalając również papierosa. Spojrzał mi na krótki moment w oczy, kierując po chwili wzrok na mój tors. Powoli przysunął ogień do mojego prawego sutka i przytrzymał przez ułamek sekundy, gdyż po tym czasie zacisnąłem szczękę i zerwało mnie gwałtownie w bok. Natura ludzka kazała mi uciekać przed niebezpieczeństwem. W mgnieniu oka oberwałem z pięści prosto w nos. W pomieszczeniu rozległ się huk, bowiem poleciałem prosto na ścianę, uderzając w nią silnie głową. Zakręciło mi się przed oczyma, jednak w trybie natychmiastowym powróciłem do przyjętej początkowo pozycji. Spuściłem wzrok i głośno przełknąłem ślinę. Wziąłem kilka ciężkich oddechów. Ren kontynuował zabawę. 
               Przyłożył płomień do tego samego sutka na prawie minutę. Krew tocząca się z mojego nosa łagodziła nieco ból. Ren pozwolił spłynąć płynnemu woskowi na drugi z moich sutków, jednak ten rodzaj bólu był niczym w porównaniu do tego pierwszego. Kiedy tylko odłożył świecę, rzuciłem się na niego w gorącym pocałunku. Moje emocje znów były tak rozchwiane, iż nakazywały mi pieprzyć się z nim najmocniej, jak to możliwe. On jednak machnął ręką i położył się znów na łóżku, odpalając drugą fajkę. Tak czy inaczej ja nie miałem zamiaru już kończyć. Dlatego rozebrałem go szybko i postanowiłem zadowolić. Nie protestował. Pieściłem jego członka wargami, wzdychając przy tym namiętnie. Czułem, jak moje biodra odruchowo wyginają moje ciało w łuk, więc sam równie szybko pozbyłem się własnych spodni i przykucnąłem nad jego przyrodzeniem, by po chwili gwałtownie poczuć je w sobie. Podnosiłem się i opadałem przez bardzo długi czas, korzystając z faktu, iż jego członek wciąż był twardy. Tego dnia nie mogłem się zaspokoić. Porzuciłem gwałcenie go i usiadłem obok niego. 
— Ren, zrób mi coś złego, uderz mnie, złam mi coś albo wyrwij, cokolwiek, bo zajeżdża nudą — westchnąłem.
— Obyś nie żałował tych słów — odpowiedział niezwłocznie, gwałtownie podnosząc się do pozycji siedzącej. — To co, akupunktura?
               Otworzyłem szeroko oczy, żałując swoich słów. Jego akupunkturę przeżyłem tylko raz w życiu, w dodatku z niemałym trudem. Wtedy naprawdę mało brakowało i zacząłbym błagać go na kolanach o przestanie. A tego pragnął najbardziej. Próbowałem obmyślić jakikolwiek plan ucieczki, jednak było już za późno. 
               Kazał mi się położyć na plecach. Wykonałem polecenie. Tym razem wyjął ze skrzyneczki kilkanaście grubych igieł. Rzucił je na łóżko tuż obok mnie, sam zaś spoczął na moim ciele. Chwycił jedną z nich i szybkimi ruchami zaczął głęboko wbijać ją w okolice moich poparzonych sutków. Wbijał ją pod skórę i manewrował na boki, dokładnie przysłuchując się moim jękom. Nadal oczekiwał, iż zacznę błagać go, aby przestał. 
               Wbił dwie igły pod moje sutki. Wchodziły tuż przed, przechodziły pod spodem i wychodziły idealnie po drugiej stronie. Zlizał z nich całą krew, po czym zaczął gryźć. Odnosiłem wrażenie, że są już kompletnie zmartwiałe. Przestawałem odczuwać w nich ból. 
                Zsunął się niżej i wziął kolejną igłę. Przysunął ją do mojego członka. Serce stanęło mi w gardle. Wyglądało na to, że chce przebić go dokładnie w połowie, na wylot. Byłem przerażony, ale jednocześnie podniecało mnie to do tego stopnia, że już po chwili mój członek sztywno stanął. Ren zachichotał cicho, komentując mój masochizm. Postanowił przekłuwać go bardzo powoli, by dostarczyć mi jeszcze więcej bólu. Przełknąłem ślinę. Zaczął. Moje kolana drżały i miarowo rozsuwały się na coraz większą odległość. Biodra unosiły się samoistnie, dłonie pieściły jądra, a z ust wydobywały się namiętne jęki. Szczęka dygotała na boki. Tak, to sprawiało mi niewyobrażalną przyjemność, ale i niepojęty, niewyobrażalny rozrywający ból. Kiedy tylko przebił go na wylot, moje jęki zmieniły się w głośne sapnięcia z ulgą. Ren złapał igłę z dwóch stron i zaczął ruszać nią na boki. Podnosił mnie za jej pomocą do góry i opuszczał na dół. Modliłem się w duchu, by nie powyrywał mi igieł w ten sposób, co kolczyki. 
— Teraz na brzuch — nakazał. 
                Dopiero, gdy przewracałem się na drugą stronę, spostrzegłem, iż Ren wcale nie zgasił tamtej świecy. Zwyczajnie odstawił ją na bok, formując podstawek ze stygnącego wosku. Oderwał ją stamtąd i przyłożył do metalowej kulki. Trwało to tak długo, że omal nie zasnąłem. Leżałem na brzuchu, masując dłońmi swoje sutki, które odzyskały czucie. Wtedy nagle poczułem rozżarzoną kuleczkę w swoim odbycie. Wygiąłem się w łuk i wrzasnąłem głośno, drąc paznokciami pościel.
— W końcu — zaśmiał się. — Ale to chyba jeszcze nie twoje granice. 
               Wkładał we mnie coraz więcej małych kulek przypominających rozżarzone węgielki. Wbijał w mój odbyt igły i polewał spirytusem. Upychał wszystko czterema palcami, by dotarło tak głęboko, jak sobie życzył. Na koniec spuentował to wszystko swoim członkiem i wyjął ze mnie igły. Wpił się w moje wargi, gryząc je do krwi i uśmiechnął się szczerze. Wyglądało na to, że udało mi się go uszczęśliwić. Pomasował moje uda, przytulił mnie do siebie i zasnął. 

18.10.14

Nieetyczna reakcja.

Dział: Wet and moisture. 
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi. 



               Obudził mnie zapach spalonej trawy. Gwałtownie poderwałem się z łóżka. Płomień świecy dosięgnął jednego z liści stojącego obok fikusa. Skoczyłem jak na sprężynie w kierunku małego, obskurnego stolika i odsunąłem kwiat. Rozejrzałem się po pokoju. Nadal znajdowałem się w zabunkrowanej izbie Rena. Goły i wesoły. Pościel i ubrania walały się po całym pomieszczeniu. Bruneta nie było. Z kuchni dobiegł mnie zdenerwowany krzyk. Zacząłem w tempie ekspresowym zakładać na siebie ciuchy. Wybiegłem z pokoju. Nie mogło być...
— Jak to możliwe, że ktoś cię drasnął?! — wrzeszczał Ralph wniebogłosy. — Zwiałeś Gale'owi, a dałeś rozciąć sobie wargę takiemu szczeniakowi?!
               Ren siedział na jednej z obdartych puf i tamował silny krwotok z ust. W głowie łączyłem ze sobą wszystkie fakty i nie mogłem sam uwierzyć w wyciągnięte wnioski. Ralph spojrzał na mnie znacząco. Podirytowany udałem się do swojego pokoju. Wszyscy zdawali się traktować mnie jako jego opiekuna, nawet on sam twierdził, że znajdzie we mnie oparcie. I tym razem znów sam miałem doprowadzać wszystko do ładu. Wtargnąłem do pomieszczenia, trzaskając drzwiami ze złości. W głowie układałem już słowa, gdy nagle...










Nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem. 










               Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Nat przytulił mnie i pocałował głęboko. Odnosiłem wrażenie, że próbuje mną manipulować. Oczekiwał, iż załatwię jego sprawy i pozbędę się tylko i wyłącznie jego problemów? Odepchnąłem go na łóżko i rzuciłem zdenerwowane spojrzenie. 
— Co żeś narobił, szczeniaku? — zapytałem, zaciskając pięści. 
               Nie odpowiedział. Spuścił wzrok, jakby twierdził, że ujdzie mu wszystko na sucho. Skorzystałem z okazji, gdy opuścił gardę i z całej siły trafiłem go pięścią w nos. Odrzuciło go do samej ściany. W pomieszczeniu rozniósł się huk, w kuchni zaś - zapanowała zupełna cisza. Obróciłem Nata na plecy, sięgnąłem do szuflady po ćwiekowany pas, po czym rąbnąłem w niego siarczyście. Moich uszu dobiegł przeraźliwy wrzask. Ale byłem zbyt zniecierpliwiony, dlatego lałem go mocno, powstrzymując się od brudnych myśli na widok krwi. Robiłem to, póki wrzawa nie ucichła. Wskoczyłem wtedy na łóżko i kopnąłem chłopaka w taki sposób, iż w rezultacie wylądował na podłodze. Nie mogłem pozwolić, by ktoś taki jak on rozpieprzał nasz gang. Był nic nieznaczącym gnojkiem, który powinien był zginąć podczas ataku. Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie jest on aby szpiegiem celowo wprowadzonym w nasze podziemia. Przegryzłem wargę. 
— Lekko go potraktowałeś — odparł Ralph po moim powrocie do kuchni.
— Powstrzymuje mnie fakt, że nie mogę go zabić — syknąłem. — Po czymś takim w zasadzie wręcz powinniśmy to zrobić. 
— Zadecyduj. Należy do ciebie — odpowiedział.
— Nie należy do mnie — powiedziałem z wściekłością. — Tylko go tutaj przyprowadziłem. Na twoje zlecenie. Mam gdzieś tego człowieka, nawet go nie znam. Tak czy inaczej, zabiję go. Zabiję go własnymi rękoma we własnym pokoju. Teraz. 
               Wpadłem do siebie w białej gorączce, niemal nie wywarzając drzwi. Chłopaki rozeszli się do swoich izb. Spojrzałem na zwijającego się z bólu Nata. Wyglądało na to, iż odzyskał przytomność. Poza tym... płakał. Płakał i prosił, bym go wysłuchał. Jednak ja nie miałem ochoty tego robić. Kazałem mu wybrać sposób śmierci. 
— Cokolwiek, tylko nie każ mi patrzeć na siebie, kiedy spoglądasz na Rena — powiedział.
               Wzdrygnąłem się. Nie miałem pojęcia, o czym mówi. Biłem się z własnymi myślami, usiłując zrozumieć jego motywy. Wydawało mi się, że znowu mną manipuluje, próbuje wprowadzić w błąd, doprowadzając do szaleństwa. 
— Co ty, kurwa, pieprzysz? — wycedziłem przez zęby. 
— Nie mam pojęcia, za co można kochać takiego skurwysyna, naprawdę — westchnął. — Nie wiem, czemu, ale łudziłem się, że uda mi się go zabić. 
               Jego słowa brzmiały tak sucho, lecz naturalnie, że byłem skłonny mu uwierzyć. Jednak nie byłem w stanie zrozumieć. Niczego. 
— To nie ma znaczenia, w zaistniałej sytuacji i tak będę musiał cię zabić — odpowiedziałem szorstko.
              Spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Wyjąłem z kieszeni broń i wycelowałem w jego głowę. Podniecałem się na myśl o widoku krwi, jaki zaraz powstanie. Miałem zamiar stworzyć dzieło pełne emocjonalnego ekshibicjonizmu. 






Jeden strzał. Po chwili puls jego serca ustał, a ja zlizywałem z podłogi świeżą, ciepłą krew.

14.10.14

"Co ty sobie wyobrażasz, Will".

Dział: Wet and moisture.
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi. 



               Takiego zwrotu akcji nie spodziewałem się równie bardzo, co Nat. Obydwoje patrzyliśmy w kierunku mężczyzny, który właśnie przekroczył progi mojego pokoju. Spoglądał obojętnie raz na mnie, raz na Nata, jakby chciał nas zapytać, co tu się, do cholery, dzieje. 
— Rzuciłeś swoją robotę, Will — odparł swoim wiecznie nieporuszonym głosem. 
— Szybko wróciłeś, Ren — powiedziałem, odwracając wzrok. Nat wyglądał na naprawdę przerażonego. Strach malował się wręcz na jego twarzy i nie uciekło to uwadze Rena. Zauważył to i wyraźnie widziałem, że zaraz coś z tym zrobi.
               Nat zapewne zupełnie inaczej wyobrażał sobie Rena. W oczach jego wyobraźni wyglądał prawdopodobnie jak chimera Ralpha z jakimś olbrzymim potworem. Jak było w rzeczywistości? Miał przed sobą wysokiego, szczupłego mężczyznę o postawionych do góry czarnych włosach. Miał bladą karnację, a jego uszy zdobiły liczne kolczyki. Wyraz jego twarzy wyraźnie wskazywał na to, że ma zamiar zrobić coś złego. Fakt. W gruncie rzeczy nigdy nie był dobrym człowiekiem.
               Ren spoglądał na mnie, jakby oczekiwał, że podrzucę mu jakiś nowy sposób tortur. Wolałem jednak nic wypowiadać ani słowa, gdyż wiedziałem, iż jest w stanie zrobić swojej ofierze więcej niż wszystko. 
— Zdejmuj łachy, Will — rozkazał. — Nauczymy czegoś tego dzieciaka. 
               Postąpiłem zgodnie z jego życzeniem. Sam również się rozebrał. Rozejrzał się wokoło, pewnie szukał inspiracji. Jego wzrok zatrzymał się na moim torsie.
— Nadal je masz? — zdziwił się, wskazując palcem na kolczyki w moich sutkach.
— Miałeś rację, dostarczają niezłych doznań — powiedziałem, wyszczerzając całe swoje uzębienie w promiennym uśmiechu. 
— Masz gdzieś tutaj to, co ostatnim razem ci zostawiłem? — zapytał, znów się rozglądając. 
               Wstałem z łóżka i podszedłem bo biblioteczki. Odsunąłem kilka książek i wyjąłem z najdalszego zakamarka sporą drewnianą skrzyneczkę. Otarłem ją z kurzu i rzuciłem na posłanie. Ren otworzył ją z uśmiechem, jakby po długim czasie mógł zobaczyć swojego starego, dobrego przyjaciela. Domyślałem się, czego użyje na sam początek. 
               Kazał mi obrócić Nata na brzuch, zrobiłem to. Poprosił, bym rozchylił pośladki chłopca najmocniej, jak potrafię, i został w takiej pozycji. Usłuchałem. I wtedy on... wyjął ze skrzyneczki małą buteleczkę z napisem "spirytus", otworzył ją szybko i wylał czwartą część prosto w jego poraniony odbyt. Nigdy w życiu nie słyszałem podobnych krzyków. Nat darł się wniebogłosy, motał się na boki, szlochał, wrzeszczał jak opętany. Jego skowyt znacznie przerastał ryk ludzi zabijanych przez gang Gale'a. Zapewne cały schron wiedział już o nagłym powrocie Rena. 
               Wspólnymi siłami obróciliśmy chłopca z powrotem na plecy. Był tak sztywny, że ciężko było nam to uczynić. Sam Ren był zdziwiony stanem rzeczy. Nie mieliśmy jeszcze do czynienia z kimś, kto tak źle znosi ból. Ren postanowił więc uodpornić Nata i wylał całą resztę spirytusu na pogryzioną przeze mnie nogę. Po raz kolejny usłyszeliśmy przeraźliwy jazgot, niemający końca.
— A może złamać mu jakąś kończynę? — zaproponował Ren. Tak. Mówił w pełni poważnie. Jednak udało mi się odwieść go od tego typu idei. 
               Wyjął ze skrzyneczki strzykawkę i wenflon. Bez ogródek wbił mu igłę strzykawki w rękę i zaczekał, aż zbierze wystarczająco krwi. Zamknął pojemnik i odłożył na bok. Od razu rzuciłem się na spływającą spod jego skóry krew. Zlizywałem ją, póki krwotok się nie zatrzymał. 
— Trzymaj go teraz — nakazał. Wiedziałem, co ma zamiar uczynić. — Przechrzczę go. 
               Zająłem miejsce za chłopcem i złapałem go mocno za ręce, jednocześnie hamując jego ruchy kolanami. Ren wziął w dłonie wenflon i jednym, skurwysyńsko szybkim ruchem przebił jego poraniony przeze mnie wcześniej sutek, po czym założył tam srebrny kolczyk. Nat pisnął głośno. 
— To nie ma sensu, Will — westchnął cicho. — Szkoda, że nie mogę go zabić. W sytuacji zaistniałej muszę skończyć zabawę w połowie gry wstępnej. 
— Co robisz z tą krwią? — zapytałem, zupełnie ignorując jego wcześniejszą wypowiedź. 
— Coś za coś — zachichotał. — Chodź się ze mną wykąpać. Szybko się nie przyzwyczaję do nowej zabawki. 
— Stara miłość nie rdzewieje — odparłem z zawadiackim uśmiechem. 
               Ren zabrał strzykawkę, przykrył Nata kocem i szybko przebiegliśmy przez nago kuchnię, kierując się prosto do łazienki. Ren odkręcił wrzącą wodę. A już myślałem, że skończył na dziś z torturami. Kąpiel jeszcze nie była przygotowana, a Renowi najwyraźniej zaczęło się nudzić. Usiadł więc na zimnej podłodze i otworzył strzykawkę z krwią, wylewając całą jej zawartość na swojego członka. Wiedział, jak zareaguję. Już po chwili ze smakiem zlizywałem krew Nata zmieszaną ze spermą Rena. 
— Will, te kolczyki ci nie pasują — wycedził. — Poza tym nie po to je robiłem, żebyś je cały czas nosił. Wiesz, do czego miały służyć?
               Nie zdążyłem odpowiedzieć. Ren chwycił obydwa jednocześnie i silnym ruchem wyrwał spod skóry, raniąc wręcz na pół moje sutki. Otworzyłem usta, lecz nie pozwoliłem się z nich wydobyć krzykowi. 
— Powiedziałem ci kiedyś, że sprawię, iż będziesz wrzeszczał i błagał o litość, pamiętasz? — zapytał Ren. — Mam zamiar zrobić to dzisiaj. 
               Denerwowało go moje zachowanie. Nigdy nie krzyczałem, czasem pozwalałem sobie na ciche jęki, ale nic poza tym. Nie byłem typową ofiarą, jaką chciał ze mnie uczynić. 
               Przy samym suficie zwisało kilka powyrywanych kabli. Nie wiedzieliśmy, do czego służyły, aczkolwiek Ren postanowił znaleźć im nowe zastosowanie. Jednych ruchem wyciągnął je wszystkie ze środka, uformował z nich bicz i zaczął lać mnie do krwi. Skuliłem się na podłodze, by nie uszkodził mi głowy. W przeciwieństwie do Nata, nie miał obowiązku, by mnie nie zabijać.
               Zrobił sobie chwilę przerwy. Zakręcił wodę - wanna była pełna wrzącej wody. Podniósł mnie całego poranionego i wrzucił do środka, skazując na katusze. Woda nabrała czerwonej barwy. Kazał mi wstać, po czym kontynuował tortury, bijąc moje zakrwawione i poparzone ciało. Ustawiłem się twarzą do ściany. Lał mnie przez dobre kilkanaście minut. Woda wystygła. 
— Na co ty, kurwa, czekasz? — zdenerwował się.
— Jak to na co? — powiedziałem z uśmiechem, obracając się do niego przodem. — Obiecałeś mi wspólną kąpiel. 
                Ren wpił się w moje usta, nie dając mi chwili wytchnienia. Odkąd go poznałem, każdy z jego pocałunków był typowo męski i zaborczy. Stawiał również na granicy życia i śmierci. Zdarzyło mi się kilka razy, iż straciłem po nim przytomność ze względu na niedotlenienie. Tym razem jednak przerwał dość szybko. 
— Co ty sobie wyobrażasz, Will... — westchnął nieco zatroskanym tonem, przytulając się do mojego karku. 
               Pociągnąłem go lekko w swoją stronę i po chwili obydwaj wylądowaliśmy w zakrwawionej wannie, taplając się w czerwonej cieczy. Rozsunąłem kolana i zamknąłem oczy, odchylając głowę do tyłu. Ren balansował biodrami, posuwając się coraz mocnej w przód. Podczas jednego, krótkiego stosunku, każdy z nas doszedł kilka razy. Obmyłem twarz krwistą wodą i szeroko się uśmiechnąłem.

Niewolnicze bezpieczeństwo.

Dział: Wet and moisture. 
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi. 



               Wypełznąłem z łóżka, gdy jeszcze spał. W schronie ciężko było określić czas. Nie mieliśmy okien, więc nie widzieliśmy, kiedy zaczyna świtać. Pozbawiliśmy się telefonów komórkowych, by uniknąć namierzenia. Tylko w kuchni wisiał stary zegar i nie było nawet pewności, czy w środku nocy nie staje na kilka minut. Pojęcie czasu zostało zniszczone. Teraz można było liczyć tylko czas, który nam pozostał. 
                W starej lodówce znalazłem świeże naleśniki z syropem klonowym. Rzuciłem się na nie, nie fatygując się ogrzewaniem ich. Cieszyłem się, że Rick wrócił z misji, mięsne podeszwy Ralpha były niejadalne. Wrzuciłem w siebie wszystkie placki, nie zostawiając ani jednego dla innych. 
— Jak było? — zapytał Peter, przekraczając właśnie progi kuchni. Spojrzałem na zegar. Była piąta nad ranem, a on wyglądał rześko i nawet zdążył się uczesać. Wyglądało na to, że nie spał. 
— Bardzo smaczne — odparłem, pałaszując ostatniego. 
— Pytam o ciało tego nastolatka — powiedział, wyszczerzając swoje uzębienie. 
— No mówię, bardzo smaczne — odpowiedziałem, oblizując z warg syrop klonowy. — Ale trzeba go jeszcze wielu rzeczy nauczyć. 
— Po co? — zdziwił się. — Myślałem, że lubisz zaskakiwać swoje ofiary i przepełniać je bólem, czyż nie?
— Pomyśl, co może się stać, kiedy Ren wróci — syknąłem. — Moje zachcianki w porównaniu do jego są niczym. 
— Wiesz z doświadczenia, co? — zaśmiał się. Chciałem dać mu w pysk. Nat na szczęście nie wiedział, że uprzednio to ja zostałem porwany do tej roboty. Ale okazałem się być sprytny, więc przyłączono mnie do gangu. W przypadku chłopca nie liczyłem na podobny łut szczęścia. 
               Spojrzałem na pusty talerz. W mojej głowie znów zaczęły kłębić się myśli, których od zawsze starałem się pozbyć. Powiadają, że długo noszona maska staje się naszą twarzą. Mimo to każdy z nas posiada wspomnienie, którego nigdy nie zdoła się pozbyć, które do śmierci będzie wywoływać niepożądane uczucia. Tego nienawidziłem w byciu człowiekiem. 
               Nagle usłyszeliśmy głośny trzask w korytarzu. Ktoś wrócił do domu. Peter wyglądał na nieco zmieszanego, prawdopodobnie o czymś nie wiedziałem. Spojrzał na mnie znacząco, jak gdyby chciał życzyć mi powodzenia. Pędem zwiał do swojego pokoju.
— Wstałeś, widzę — zaczął mężczyzna, wchodząc do kuchni. — Prowadź mnie do niego.
— W podskokach! — krzyknąłem, biegnąc w kierunku swojego pokoju. Podążający przede mną Ralph nie pozwolił mi otwierać przed sobą drzwi. Zrobił to samodzielnie, po czym cisnął mną pod biurko, jakby chciał powiedzieć "patrz i się ucz". W przedziwnym uśmiechu oblizał wargi na widok śpiącego, nagiego Nata. A ja już wsuwałem dłoń w spodnie. 
               Ralph nie należał do mężczyzn grzeszących urodą. Miał co prawda szerokie grono swoich fanek w Dallas, ale wynikało to z jego siły i pewności siebie. Każda z nich zdawała sobie sprawę, jak bezpieczna byłaby u jego boku. Mężczyzna był bardzo wysokim, krótko ściętym brunetem. Przeważnie nosił czarną chustkę na głowie. Umięśnieniem dorównywał niejednemu bokserowi. Jego twarz zdobiła blizna przechodząca jakby skośnie przez oko - zaczynała się na czole, kończyła na kości policzkowej. Znamię jeszcze bardziej podkreślało jego niebezpieczną naturę. 
               Rozebrał się bezgłośnie. Wiedziałem już, że chce go zaskoczyć. Nat leżał na brzuchu. Ralph delikatnie, powoli i ostrożnie rozsuwał jego nogi. Chłopak spał jak zabity. Widać był nieźle wymęczony ostatnią nocą. Mężczyzna lekko wsunął palec w jego tył. Nie ruszył się. Nie reagował. Ralph uznał to za wystarczające. W jednym momencie udało mu się zrobić to, na co ja miałem zbyt mało siły. Wtargnął gwałtownie do środka, docierając w jednej chwili do samego końca, przy czym jego członek był wyraźnie większy od mojego. Usłyszałem nagle głośny, zdławiony wrzask Nata. Ralph opuścił jego ciało i nagle... znalazł się tam z powrotem, jednym pchnięciem! Powtarzał tę czynność kilkanaście, kilkadziesiąt razy. Krzyki Nata ani trochę nie cichły, wręcz przeciwnie - stawały się coraz głośniejsze i bardziej przeraźliwe. Ralph zaśmiał się donośnie. Klepnął chłopca w tyłek i zaczął szybko się ubierać. Wyglądało na to, że ma jeszcze wiele do zrobienia.
— Niezłą sztukę znalazłeś — powiedział do mnie, szczerząc się jak psychopata. 
               Postanowiłem skorzystać z okazji. Ralph opuścił pomieszczenie, zostawiając Nata płaczącego, w dodatku z zakrwawionym odbytem. Strużki krwi spływały po jego pośladkach i udach. Rzuciłem się na niego, zlizując energicznie wszystko, co się dało.
— Will! — wrzasnął, gwałtownie odwracając głowę. — Gdzie byłeś...?
— Siedziałem pod biurkiem — odparłem, z coraz większym podnieceniem napajając się jego krwią. 
               Kiedy już się zaspokoiłem, usiadłem na łóżku tuż obok niego i westchnąłem głęboko. I wtedy zdarzyło się coś nieprawdopodobnego. Nat gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej i... przytulił się do mnie. Jego szloch i płacz ustały. 
— C-co ty robisz...? — zapytałem, otwierając szeroko oczy. Postępował naprawdę głupio, znajdując we mnie swojego opiekuna. Jego bezpieczeństwo było tłumaczone raczej niewolnictwem, nie moją miłością do niego. Dlaczego więc...? 
               Odsunął się ode mnie. Nie wyglądał dobrze, jednak nie skarżył się. Oparł podbródek o kolana i siedział przez dłuższy moment w ciszy, jakby zastanawiał się, w jaki sposób powinien sklecić swoją wypowiedź. 
— Kiedy będę już na pełnym stażu, takie coś zapewne będzie spotykało mnie kilka razy dziennie ze strony każdego z was, tak? — zapytał niemrawo.
— Nie do końca — odpowiedziałem, odpalając papierosa. — Jeśli chodzi o Ralpha, który był tu przed chwilą, nie będzie tykał cię codziennie, a jego stosunki będą bardzo krótkie, jak już zauważyłeś. Nie jara go gra wstępna i szuka zaspokojenia tylko i wyłącznie dla swojego chuja. Nie obawiaj się go. Peter z kolei będzie z tobą sypiał bardzo sporadycznie, on nie lubi facetów, ale czasem musi się wyżyć. W porównaniu do Ralpha... niczego nie poczujesz. Rick i Max cię nie ruszą, są razem od lat i są sobie wierni. Aczkolwiek zażyłość Ricka w sytuacjach codziennych potrafi nieźle wkurwić. Jeśli chodzi o Spencera... Myślę, że wręcz ci się spodoba. Ten koleś jest po prostu do tego stworzony. Ludzie uwielbiają się z nim kochać, sam zrozumiesz, dlaczego. 
— A Ren? — zapytał. Przełknąłem głośno ślinę. Nie łudziłem się, że zapamięta jego imię. 
— Wiesz... Ren będzie potrójnie nadrabiał za wszystkich — zaśmiałem się nerwowo. — On jest bardzo... pomysłowym człowiekiem. Ale nie przejmuj się tym teraz, nawet nie wiemy, kiedy wróci. 
— Więc oznacza to, że mam dzisiaj wolne... — westchnął w ulgą, kładąc się na plecach.
— Możesz pomarzyć — wycedziłem z uśmiechem, standardowo gasząc niedopałek na jednym z jego sutków.
— N-nie, Will, proszę, zrób to wieczorem, ale nie teraz, nie — jąkał, usiłując się wyrwać. 
— Słuchaj swojego pana — rzuciłem krótko. 
               Znów potrzebowałem krwi. Byłem wampirem? Być może. Nie obchodziło mnie to, musiałem rozerwać mu w którymś miejscu skórę i tyle. Wybór padł na uda. Rozchyliłem jego kolana i wziąłem się za soczyste gryzienie wewnętrznej strony. Był tam naprawdę miękki. Jego tkanki pękały z taką łatwością, iż miałem wrażenie, że żywię się jedzeniem dla szczerbatych. Ale nadal było tam za mało krwi. 
               Ok, nie wytrzymałem. Pogryzłem mu całą nogę. Jęczał z bólu. Przynajmniej już nie szlochał ani nie krzyczał. Powoli przygotowywałem się, by wejść w jego poraniony odbyt, gdy nagle...

Nie daj mi umrzeć.

Dział: Wet and moisture.
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi



— Czas na szkolenie, Nat — odparłem, popychając go na łóżko. — Zdejmuj łachy. 
               Chłopak spoglądał na mnie z zupełnym zaskoczeniem, a jego wyraz twarzy pytał "o co chodzi?". Westchnąłem głęboko i oparłem się plecami o drzwi.
— Chyba nie myślałeś, że staniesz się członkiem gangu, co? — zapytałem obojętnie. — Poza tym nie chciałeś znać sposobu odwdzięczania się za własne bezpieczeństwo, to nic nie mówiłem. 
— Nie rozumiem... — wyjąkał. Chyba naprawdę nie zdawał sobie sprawy ze swojej nowej roboty. 
— Ściągaj łachmany, Nat, zaraz zobaczysz.
               Powoli i niepewnie wykonał moje polecenie, bo przecież co miał zrobić. Nie miał drogi ucieczki, znajdowaliśmy się pod ziemią, a cały teren obstawiony był przez członków gangu. Chyba uświadomił sobie swoje położenie.
— Zakładam, że to pierwszy raz, więc nie będzie nic strasznego — powiedziałem z ironicznym uśmiechem.
               Powoli rozpinając spodnie zasiadłem okrakiem na jego chudych, nagich kolanach. Nie trząsł się ze strachu, nie pytał o nic. Podejrzewałem, że w dalszym ciągu nie ogarnia. A może się podniecił? Odpada. Położyłem prawą dłoń na jego policzku, zamknąłem oczy i pocałowałem go głęboko. Nie miał żadnej wprawy, ale mimo to próbował. Wyglądało na to, iż jednak pogodził się z tym faktem. Popchnąłem go na łóżko, by się położył. Generalnie miałem w zamiarach tylko lekko go rozepchać, ale postanowiłem nie marnować takiej okazji. Zacząłem więc energicznie i mocno wgryzać się w skórę jego karku. Słyszałem trzask pękającej skóry, podniecał mnie. Później moich uszu dobiegł chrzęst rozrywanych tkanek. Na języku miałem już trochę ciepłej krwi, jednak to ani trochę mi nie wystarczało. Bolesne jęki Nata przerodziły się w płacz i donośny krzyk. Błagał mnie, bym przestał, podczas gdy ja dopiero zaczynałem. Jego postawa ofiary jeszcze bardziej wzmagała u mnie namiętność.
— Wilson, opanuj się, miałeś go tylko przeszkolić — wrzasnął Ralph, waląc pięścią w drzwi. Odnosiłem wrażenie, że zaraz je rozniesie.
— Daj się dołączyć, Will! — jęczał Rick.
               Nie odpowiadałem, kontynuując robotę. Nat lekko przycichł, podobnie koledzy za ścianą. Uprzedzili mnie tylko i dali spokój. Ja natomiast ich ostrzeżenia miałem głęboko gdzieś i nadal wgryzałem się w kark chłopaka. Dawno nie miałem w zębach tak delikatnego mięska. 
               Kiedy już okaleczyłem jego szyję wystarczająco mocno, zabrałem się za zlizywanie krwi. Jemu też przyniosło to lekką ulgę. Manewrowałem językiem po jego chłodnej skórze, oddychając ciężko. Całowałem ją mocno, by dobrze poczuć smak czerwonej cieczy. Byłem pewien, iż nasycę się choć trochę, ale nadal było mi mało. Skóra na tym obszarze była już zbyt poraniona i robiły się na niej skrzepy, dlatego musiałem zmienić miejsce zainteresowania. Zdjąłem koszulkę i rzuciłem gdzieś za siebie. Podjudzał mnie dotyk czyjegoś ciała na moim. Zsunąłem się trochę niżej i bez skrupułów i zbędnych pieszczot zacząłem obgryzać sutki, ciągnąć je i wykręcać palcami. Nat zasłonił usta, by nie wydobywały się z nich zbyt głośne krzyki. Chrupot gryzionych piersi wywoływał u mnie nieziemskie odczucia. 
— Spróbuj się podniecić, skorzystamy obydwoje — szepnąłem, na moment odrywając się od jego nagiego ciała.
               Był tak zapłakany, że prawdopodobnie nie usłyszał mojej rady. Postanowiłem mu pomóc. Wróciłem do zaspakajania samego siebie, jednocześnie pieszcząc dłonią jego członka. Jego krzyki stały się bardziej namiętne i rozkoszne. Cel został osiągnięty. Już po chwili mogłem zlizywać kolejne strugi krwi. Tym razem najadłem się do syta. Postanowiłem otworzyć kolejny etap. Podniosłem się z łóżka i silnym ruchem rozsunąłem jego kolana. Opierał się.
— Boję się, Will... — szepnął. Gdyby tylko wiedział, w jaki sposób działa na mnie używanie imienia, na pewno ubrałby to inaczej w słowa.
— Rozluźnij się, będzie mniej bolało — powiedziałem z uśmiechem. — Poza tym nie bez powodu akurat mnie zlecono przeszkolenie cię.
               Sam nie rozumiałem, dlaczego byłem w stosunku do niego tak pobłażliwy. W przeszłości, kiedy zdarzały mi się podobne sytuacje, bez ogródek gwałciłem ludzi, nie zważając na ich emocje. Jednak wyraz twarzy Nata nakazywał mi być ostrożnym. Dałem mu chwilę na złapanie oddechu i jeszcze raz, tym razem wolniej, rozszerzyłem jego nogi. Podniosłem jego biodra lekko do góry i oblizałem całą część dzielącą jego pośladki. Z jego ust wydobył się jęk, jednak nie był to tak przeraźliwy jęk jak poprzednie. Cholera, musiał być stworzony do tej roboty. Lekko wsunąłem język do jego wnętrza. Ku mojemu zdziwieniu zaczął balansować biodrami, jak gdyby oczekiwał więcej. Zachichotałem cicho i postanowiłem przejść do sedna. Przez chwilę pieściłem swojego członka dłonią, by stał się twardszy. Później postanowiłem wejść do samego końca jak najszybciej, nie zważając na ból, jaki sprawię chłopakowi. Jednak okazał się być zbyt ciasny. Nie miałem wyjścia - musiałem tracić czas na wpychanie się na siłę. Nat krzyczał jeszcze głośniej, a ja odnosiłem wrażenie, iż kumple stoją za drzwiami i korzystają z sytuacji. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle do pokoju wparował Ralph i zaczął stosować na chłopcu swoje brudne zachcianki. Pchałem coraz szybciej, oddychając ciężko. W którymś momencie zauważyłem coś bardzo dziwnego... Nat odsunął dłoń od ust i zaczął masować swojego penisa, dostarczając sobie jeszcze więcej błogości. Po jego wargach toczyła się strużka gęstej śliny. Uśmiechnąłem się sam do siebie i zacząłem jeszcze energiczniej balansować biodrami. Szybciej. Mocniej. Do samego końca. Orgazm był niesamowity. Nat doszedł chwilę po mnie. Niewyżyty gnojek. Oparłem się plecami o zimną ścianę i skinąłem do niego ręką. Był wyczerpany, mimo to od razu zareagował na moje zachowanie. Sięgnąłem dłonią pod poduszkę i wyjąłem stamtąd paczkę papierosów. Odpaliłem. Nat przykucnął naprzeciwko mnie. Rozłożyłem nogi i uśmiechnąłem się znacząco. Nie dyskutował. Wziął do ust na początku samą główkę i manewrował językiem tak, jak nauczyłem go podczas pocałunku. Położyłem dłoń na jego głowie i delikatnie przeczesałem mu włosy. Mimo kompletnego braku doświadczenia widziałem jednoznacznie, że będą z niego ludzie. Poruszał się coraz szybciej i łamał bariery. Krztusił się, ale nadal brnął coraz głębiej, do granic swoich możliwości. W końcu udało mu się wziąć całego do ust. Odruchowo połknął mój orgazm, dławiąc się po chwili, jakby miał zaraz zwymiotować. Usiadł naprzeciwko mnie. Wyszczerzyłem się w zawadiackim uśmiechu i zgasiłem papierosa na jego prawym sutku. Syknął z bólu i spuścił głowę. 
— No, także koniec gry wstępnej — zażartowałem, wywołując u niego niemałą panikę. 
               Ustaliliśmy, że zostaniemy w pokoju cały wieczór, z obawy, gdyby ktoś chciał go jeszcze dzisiaj przelecieć. Skarżył się na okropny ból całego ciała - rozerwany wręcz odbyt, ponadgryzane sutki i skóra, przypalona rana. Położyliśmy się obok siebie w łóżku. 
— Musisz uważać na Rena, Nat — odparłem, zaciągając się dymem kolejnego papierosa. — Jego zachcianki... Wiesz... on jest jak wcielony diabeł. W dodatku nieprzewidywalny diabeł. Możesz z trudem to przeżyć.
— Nie po to się z tobą pieprzyłem, żebyś teraz dał mi umrzeć — powiedział, chowając twarz w poduszce. Tą frazą miał mnie już w garści. Przestałem żałować, że go tutaj sprowadziłem. Dopaliłem papierosa do końca i rzuciłem go na ziemię. Obróciłem Nata na plecy i delikatnie zacząłem muskać językiem jego poranione sutki. 
— Pomaga? — zapytałem, na moment przerywając. Nie odpowiedział. Zamknął oczy i leżał bezbronnie, pozwalając mi na wszystko, co tylko sobie wymarzyłem. 


13.10.14

Pod osłoną nocy.

Dział: Wet and moisture. 
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi. 



Skorzystałam z podpowiedzi, dzięki Mesu. Btw... wczoraj wieczorem wrzucałam tutaj posta (nie pytajcie o powody) z moją datą urodzenia i zdjęciem ;_; Po kilku godzinach mogłam go na szczęście usunąć. Nikt go nie widział, prawda?

__________________________________________________


               Powoli - jedno po drugim przeistaczało się w pełną kurzu i pyłu ruinę. Smog pokrywał całą strefę, dławiąc się wydzielanym dwutlenkiem węgla. Niebo stało się żółte niczym cytryna. Dusząca mgła pozbawiała świat tlenu. W oddali zdawało się słychać ciche chichoty, ale nikt nie był w stanie ocenić, skąd dokładnie pochodzą. Woń dymu ukrywała między płomieniami zapach przelewanej krwi. 
               Czy to nadal była ta sama Ameryka? Puszczali z dymem kolejne miasta, porywając z nich kobiety i dzieci, mordując mężczyzn, rozsadzając budynki i podpalając parki. Skąd się wzięli - nie było wiadomo. Ale nie można było z nimi walczyć. 
               Przez każdą metropolię przechodzili tylko raz, zostawiając istną dżunglę. Więcej nie wracali, choć wiedzieli, że na pewno komuś udało się przeżyć. Wślizgali się pod osłoną nocy i od razu dawali znać o swojej obecności. Tym razem wdarli się do Dallas - amerykańskiego miasta w stanie Teksas. O dwudziestej pierwszej tętniło jeszcze życiem. Co stało się dwie godziny później? Wesołe śmiechy kibiców oglądających w pubach trwający mecz zmieniły się w przeraźliwy jazgot wystraszony widokiem przelewanej krwi. Spokój panujący w rezerwatach przyrody przeistoczył się w niebezpieczny taniec z płomieniami. Najwyższe, pełne ludzi budynki stanęły w ogniu. Kiedy wybiła północ, Dallas obróciło się w pył. Na ulicach słychać jeszcze było krzyki gwałconych kobiet, można było dostrzec cienie mężczyzn biegnących ślepo przed siebie i usiłujących uciec. 
               Zgiełk ucichł. W oddali ktoś grał na skrzypcach. Wyglądało na to, że groźne gangi opuściły już miasto, zostawiając pozostałych przy życiu na pewną śmierć. Całe miasto pokryte było minami, które mogły wybuchnąć lada chwila. Wystarczyło czekać, aż w schronach skończy się woda i prowiant. 
               Jakiś człowiek dusił się w jednym z wyburzonych budynków. Mgła przysłaniała mu pole widzenia. Siedział oparty o pozostałości białej ściany i czekał na pomoc. Dźwięki skrzypiec zdawały się do niego zbliżać. "Kto jest na tyle głupi, by paradować po zaminowanym mieście, beztrosko grając na strunach?" - zastanawiał się. Już po chwili się dowiedział. Mężczyzna zoczył średniego wzrostu ciemnego blondyna o dużych zielonych śmiejących się oczach. Wyglądał nieco złowrogo, acz skrzypce niweczyły ten wizerunek. Miał na sobie porozdzierane jeansy i lichą czarna koszulkę na ramiączkach. Był dość mocno umięśniony. "Pewnie dlatego nie urósł" - pomyślał mężczyzna, wyciągając do niego dłoń, by tamten pomógł mu wstać. 
— Nie przyszedłem tu wyświadczać przysługi — zachichotał cicho, kiwając palcem. — Jestem tu, by podpisać kontrakt o twoją duszę.
               Mężczyzna wzdrygnął się lekko. Był człowiekiem o wysokim poczuciu humoru, ale nie było mu do śmiechu w takim momencie. Przełknął głośno ślinę.
— Obiecam ci, że nie umrzesz. Będę sprawował nad tobą pieczę i zapewnię bezpieczeństwo — kontynuował. 
— Jeśli naprawdę jesteś w stanie to zrobić, nie interesuje mnie, co mam dać ci w zamian — odparł dotąd milczący mężczyzna. Blondyn w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko. 
















               Tak, to byłem ja. Will Wilson. I otrzymałem tajną misję sprowadzenia jakiegoś człowieka do podziemi, w których ukrył się nasz gang. Od dawna tworzyliśmy plany i strategie, dlatego nie zdziwił nas atak na Dallas akurat tej nocy. Przeżyliśmy ładunki wybuchowe, bomby i pożary, chroniąc się w kanałach, które przygotowywaliśmy na tę misję już kilka lat. Zdobyliśmy wystarczająco dużo informacji, by móc przeżyć po całym tym szturmie. Właśnie dlatego nie opuszczałem podziemi bez skrzypiec. Fale dźwiękowe odbijały się od min, dzięki czemu mogłem dokładnie określić ich położenie. Ale nie zdejmowaliśmy ich, nie chcieliśmy pozbawiać się satysfakcji czerpanej z nieszczęścia innych ludzi. Byliśmy nieco egoistyczni i sądziliśmy, że na tym świecie nie ma miejsca dla głupiutkiego społeczeństwa. Mieliśmy respekt do wielkiego gangu Gale'a, który dewastował Amerykę. Traktowaliśmy ich jak czyścicieli, którzy usuwali największe brudy kraju. 
               Mężczyzna, którego zwinąłem z ulicy, a raczej: chłopiec, którego uratowałem, okazał się mieć marne siedemnaście lat. Kiedy dowiedziałem się, że w zasadzie w niczym nie ma większego doświadczenia, przez moment miałem zamiar go zabić, ale później stwierdziłem, iż może w czasie najbliższym uda się coś z niego wykrzesać. Nie pytałem, jak się nazywa, uznałem, że Nat fajnie brzmi, więc tak zostanie. Nie wyglądał ani trochę charakterystycznie, zdawał się być wręcz pospolity - mysie włosy, szare oczy, chude nieumięśnione nogi. W dodatku sporo niższy ode mnie, a sam wzrostem modela ni trochę nie grzeszyłem. Przez całą drogą spoglądał pod nogi i mało mówił. Wzruszyłem więc ramionami i zacząłem nawijkę. 
— Właźże — odparłem obojętnie, wskazując palcem na wyłom w murze. Początkowo patrzył na mnie jak na idiotę, ale w końcu usłuchał mych rozkazów. 
               Podążaliśmy w zupełnej ciemności. Ciągnąłem go za ramię, by się nie zgubił. Woń krwi zupełnie przesiąknęła ogólnie panujący tu zapach wilgoci. Nie mogłem przywyknąć do tego smrodu. Zawsze wydawało się, że rozkłada się tu jakiś trup, a obecnie trupów tych były setki i nie zamierzały tak szybko gnić. 
               Po przebrnięciu przez zniszczone mury starego zamku, ponownie wyszliśmy na zewnątrz. Żółte światło było wręcz oślepiające. Brnęliśmy w coraz to głębsze bagno, ale nie było innej drogi. 
— Kiedy po mnie przyszedłeś, nie miałeś zabłoconego ubrania — zauważył trafnie. — Dlaczego przebijamy się najgorszymi ścieżkami?
— Sam bez problemu poszedłbym inną drogą — syknąłem. — Dla ciebie jest zbyt niebezpieczna. 
               Zalegaliśmy w błocie po pas, ale nadal staraliśmy się utrzymywać szybkie tempo. Bajoro nie było duże. Po kilkunastu minutach tułaczki udało nam się wydostać na ląd. Kopnąłem z całej siły w korę stojącego nieopodal drzewa. Gdy tylko się otworzyła, wepchnąłem Nata do środka, chichocząc z jego przeraźliwego jazgotu. Spadał dokładnie cztery sekundy. Po upływie czasu również wskoczyłem do środka i już po chwili wylądowałem na starym materacu. Chłopak siedział obok, zupełnie zdezorientowany, i rozglądał się wokół. Dla mnie nie było tu nic nowego. Wielki schron podziemny w samym centrum Dallas. Mieszkanie wyglądało jak stara rudera, chatka rockmanów z lat siedemdziesiątych - stare obite kanapy, pufy, poobdzierany stół i krzesła, odpadające drzwiczki szafek, schodząca ze ścian farba i małe stojące lampki bez kloszów. Wydawało się przytulnie. Ale ja podobno nigdy nie miałem gustu. 
— To... to jest to? To to przyprowadziłeś? — burknął wchodzący właśnie wysoki, rozrośnięty mężczyzna. Jego należało się bać bardziej niż mamy. Uwielbiałem go wpieniać, ale potem ciężko było uciec przed jego wielką, umięśnioną piąchą. To był Ralph Cohen, były właściciel kasyna. Odpowiednik przewodniczącego Yakuzy. Najbardziej niebezpieczny typ, z jakim miałem do czynienia w ciągu całego swojego życia. Będąc grubo po trzydziestce, stał się najstarszym członkiem gangu, a zarazem jego oficjalnym liderem. — Co to jest za dzieciak? 
— Sam powiedziałeś "weź pierwszego lepszego, jakiego spotkasz" — odburknąłem. Wywołaliśmy taki hałas, że zbiegli się wszyscy członkowie bandy. 
— Wilson, jesteś popierdolony — rzucił krótko Peter Parker. Wyglądał jak typowy informatyk niemający życia towarzyskiego. W jego przypadku pozory ani trochę nie myliły. W dodatku tak bardzo silił się na tajemniczość, że postanowił używać imienia filmowego Spider-mana. I co chwila poprawiał te swoje nerdowskie okularki. Albo raczej enerdowskie. Peter miał dwadzieścia siedem lat i był idiotą. 
— Rena nie ma? — przerwałem konwersację na temat Nata. 
— Lepiej dla nowego — odpowiedział tym razem Rick Curtis. Ricka na szczęście nie było trzeba się bać. Poza jego flirtami, które zbierały mnie na wymioty. Rick był bardzo wysokim brunetem, miał ciemną karnację i ciemne oczy. Zawsze powstrzymywał Ralpha, kiedy tamten wpadał nagle w swoje ataki i miotał wszystkim, co miał po ręką we wszystkich, których miał pod ręką. Rick był naprawdę dobrym człowiekiem. Dlatego dziwiłem się, iż tak porządny koleś jak on nadal współtworzy ten gang. — A mnie się on bardzo podoba. O, zobacz, jak się zarumienił!
— Idź go przeszkol, Wilson — nakazał mi Ralph. — Lepiej to zrobić, póki nie ma Rena. Swoją drogą udało mu się złapać gang Gale'a, prawdopodobnie go nie zauważyli. Jest tam ze Spencerem i Maxem, będą ścigać ich do samego Houston w celu zdobycia informacji. Oby wrócili. 
               Potaknąłem. Złapałem Nata za ramię i pociągnąłem w kierunku swojego pokoju. Znajdował się najdalej ze wszystkich. Minęliśmy kuchnię i udaliśmy się na sam koniec nieoświetlonego korytarza. Otworzyłem drzwi i wepchnąłem go do środka. 
               Nie był jakoś specjalnie przestronny. Kształtem przypominał długi, wąski prostokąt. Po jednej stronie pomieszczenia ulokowane było łóżko, które zajmowało całą szerokość pokoju. Po przeciwnej stronie, tuż przy drzwiach, znajdowała się biblioteczka pełna książek i starych map oraz planów. Izba była kiepsko oświetlona. 
— Czas na szkolenie, Nat.