Showing posts with label przypadek. Show all posts
Showing posts with label przypadek. Show all posts

3.12.15

Na wspólne orgie nie liczcie

Dział: Maniakalny przypadek
Numer rozdziału: 11
Gatunek: Yaoi.



                    Poddałem się jego delikatnemu, lecz jakże namiętnemu dotykowi. Ciężko dobrze opisać to, jak się wówczas czułem. Obraz rozmazywał się, ja natomiast pogrążałem się w otchłani gorącej przyjemności i dzikiej satysfakcji. Powinienem był mieć wyrzuty sumienia, sprzeczałem się bowiem sam ze sobą. Znów ogarniała mnie ta cholerna pewność siebie oraz świadomość, że robię to, czego naprawdę chce. Dlaczego, skoro jeszcze tego ranka moje myślenie było skrajnie inne, a czułem się dokładnie tak samo? Czy naprawdę kompletnie nie znałem swoich prawdziwych potrzeb?
                    Łóżko lekko uginało się pod moim ciężarem. Leżałem na plecach, a Chris klęczał nade mną, opierając się rękoma za moimi ramionami. Zmrużyłem oczy. Sprzeczności znów dawały o sobie znać, a ja poczułem się wewnętrznie rozdwojony. Mimo wszystko nie chciałem przerywać, bałem się wręcz kończyć, a jednak ta chora pewność w każdej sytuacji zaczynała mnie przerażać.
— Chris... — szepnąłem lekko zdławionym głosem. — Coś jest nie tak.
— Chcesz porozmawiać? — zapytał, po czym bezwładnie osunął się na łóżko tuż obok mnie. Położył się na boku i podparł głowę dłonią, delikatnie przesuwając palcem po moich ustach. — Że też akurat w takiej chwili.
— Wnerwiają mnie te sprzeczności — wyjąkałem. — Co chwilę mówię co innego, sam już nie wiem, co jest prawdą, a co nie.
— Ludzka rzecz — odparł ze spokojem. — Wszyscy jesteśmy pełni sprzeczności. Zajebista sprawa.
— Co w tym zajebistego? — wycedziłem przez zęby. Poczułem się tak, jak gdyby ktoś wmawiał mi, że czarne jest białe.
— Masz dwie przeciwległe sytuacje bądź cechy do wyboru i w zasadzie bierzesz sobie to, co chcesz — odpowiedział. — Gdybyś nie miał w sobie sprzeczności, nie miałbyś tak wolnej ręki i musiałbyś godzić się na to, czym natura cię obdarzyła. W dużym skrócie mówiąc. Więc jak? Co wybierzesz?
                    Obróciłem głowę w bok i nasze spojrzenia się spotkały. Chris uśmiechnął się szeroko. W jego oczach dostrzegałem tlące się iskierki. Zauważyłem je już wcześniej, dokładnie tego dnia, w którym wyznał mi swoje uczucia. Wtedy jednak zdawało się, że się wahają i mogą lada chwila zgasnąć. Teraz zaś miałem pewność, iż będą palić się już zawsze.
                    Uniosłem lekko podbródek i zamknąłem oczy. Doskonale rozumiał moją mowę ciała. W jednej chwili musnął mnie lekko ustami raz, drugi, trzeci, po czym wsunął język między moje wargi i zaczął tańczyć nim wokół mojego. Nie sądziłem nigdy wcześniej, że sam pocałunek może wywołać tak wiele emocji. Położył mi rękę na biodrze i wsunął ją pod moją koszulkę. Kiedy poczułem jego dotyk na swoim nagim ciele, przez moje plecy przeszedł ciepły, gorący wręcz dreszcz. Serce biło mi jak opętane, ciężko było mi złapać oddech i bałem się, że omdleję, a mimo to nie chciałem przestawać. Wizja kolejnego kroku naprzód także mnie przerażała. Oplotłem ręce wokół jego karku i wpiłem się w jego usta jeszcze mocniej, jeszcze namiętnej, lecz mój głód zamiast się zaspakajać, rósł w niewyobrażalnym tempie.
— Chciałbym cię zobaczyć nago — powiedział cicho. Na te słowa oderwałem się od niego i wtuliłem twarz w poduszkę, jednocześnie zasłaniając się rękoma, by nie zaczął mnie niespodziewanie rozbierać. — Nie chowaj się, chcę na ciebie patrzeć.
— Chris, bo ja... chcę tego, ale, wiesz, czuję, że to chyba jeszcze nie czas, ale z drugiej strony... Kurwa mać — wyjąkałem.
— Nie musimy się spieszyć, Michael — powiedział z troską i przeczesał palcami moje włosy. — Ale pozwól mi się chociaż dotknąć.
                    Nie miałem zielonego pojęcia, ile lat już z tym wszystkim zwlekamy. Jednego byliśmy pewni - przez ten długi czas tak bardzo sobie siebie nazwajem odmawialiśmy, że wszystko to skumulowało się i gwałtownie wylazło z nas w jednym momencie. Czułem, iż jeśli zajdziemy za daleko, nawet seks nas nie zaspokoi i spędzimy w łóżku cały dzień, nie mogąc mimo to się sobą nasycić.
                     Tak czy inaczej pozwoliłem mu się dotknąć. Gdybym jednak miał od początku świadomość, jak bardzo szaleją moje hormony, kazałbym Chrisowi natychmiast wyjść i spotkałbym się z nim wtedy, kiedy bym się uspokoił. Wtedy miałoby to więcej sensu, choć w zasadzie mieliśmy już przecież silny fundament w postaci wieloletniej przyjaźni. Chłopak powoli podciągał moją koszulkę do góry. Mięśnie mojego brzucha drżały. Latem często przesiadywałem z nim nie mając na sobie górnych części garderoby i nie stanowiło to dla mnie najmniejszego problemu. Tego dnia było jednak inaczej. Z każdym centymetrem odkrywanego ciała mój oddech przyspieszał, moje policzki stawały się coraz bardziej piekące, spodnie zaś - naciągnięte. Chris pochylał się nade mną i całował moje podbrzusze. Chciałem wspomnieć, że miał mnie przecież tylko dotykać, jednak żadne słowo nie chciało przejść mi przez gardło. Gładziłem go po głowie. Oderwał się na moment i posłał mi błogi uśmiech, który odwzajemniłem. Położył dłonie na moim torsie i zaczął bawić się sutkami, napawając mnie cholerną rozkoszą. Jęknąłem raz i od tego czasu nie mogłem przerwać kolejnych jęków. Przecież tylko mnie dotykał, dlaczego więc moje spodnie tak nagle stały się mokre? Jedynie lekko poszczypywał moje brodawki, a moje krocze zalewała fala spermy. Bałem się. Bałem się rezultatów naszych poczynań.
                    Znów się nade mną pochylił. Tym razem jednak zaczął pieścić mój sutek językiem. Całował go i nadgryzał lekko, ale delikatnie i bezboleśnie, jakby nie chciał zrobić mi krzywdy.
— Chris... N-nie tak... Boże... J-jakie t-to... wspaniałe... — wyjąkałem, nie mogąc złapać tchu. — Chris... P-posłuchaj...
                    On jednak nie słuchał. Coraz namiętniej wpijał się w skórę mojego torsu, pieszcząc palcami moje sutki, co jakiś czas pomagając sobie w tym językiem. Nie chciałem kończyć, bałem się, że pozostanę wówczas w wiecznym niezaspokojeniu swoich potrzeb.
— P-proszę... — wyjąkałem. — D-daj mi coś... powiedzieć...
                    Przeniósł usta na mój kark i zaczął namiętnie mnie całować. Moje oczy zaszkliły się od łez. Jego ciało opadło na moim. Spodnie znów stały się tak cholernie napięte. Z moich ust zaczęły wydobywać się głośne jęki błagające o więcej.
— Chris, k-kurwa... — stękałem, powoli wchodząc w szloch. — P-posłuchaj mnie...
— Słucham cały czas — szepnął, muskając lekko moje usta. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem i cierpliwie oczekiwał na to, co mu powiem.
— Zmieniłem zdanie — odparłem, łapiąc ze spokojem oddech.
— Zmieniłeś...? — spytał, pochmurniejąc automatycznie.
— Tak — powiedziałem cicho. — Zmieniłem, nie widzę innej opcji, musimy. Musimy, błagam.
— Musimy się rozstać? — zapytał cicho.
— Nie, debilu — syknąłem. — Rozbierz mnie, ale się pospiesz. Szkoda czasu.
                    Nie trzeba mu było drugi raz powtarzać. Zaczął wręcz zdzierać ze mnie ubrania i lada moment leżałem przed nim zupełnie nagi i zawstydzony. Zasłoniłem dłonią twarz i wypatrywałem jego reakcji. Mierzył wzrokiem moje ciało od stóp do głów.
— Piękny — wyszeptał. — Perfekcyjny.
                      Położył dłoń na moim nabrzmiałym kroczu i pomógł mi dojść. W pomieszczeniu rozległy się głośne krzyki, ale na nic już nie zważałem. Nic mnie nie obchodziło. Chciałem tylko się z nim przespać raz, dwa czy osiem, a potem zostać z nim już zawsze. Cała reszta mnie nie interesowała. Rozsunąłem kolana.
— Chris, B-boże... — jęczałem. — Pospiesz się, błagam... J-już... nie mogę...
                    Wziął mojego członka do ust zaraz po poprzednim wytrysku. Z moich oczu potoczyły się łzy. Wygiąłem się w łuk i zacząłem znów krzyczeć. Chris nie odsunął się, kiedy powiedziałem, że wytrysk się zbliża. Połknął całe moje nasienie, a resztkę zlizał z mojego podbrzusza.
— B-błagam... Szybciej... — stękałem.
— Ale co szybciej? - zapytał.
— No wejdź we mnie, pieprz mnie na całego — jęczałem.
— Muszę cię przygotować - odparł cicho.
— N-nie chcę, pospiesz się... Nic mi nie będzie, no, Chris, b-błagam... Chcę cię poczuć w sobie... — gderałem.
— Pragniesz mnie? — zapytał ze stoickim spokojem.
— Jak cholera — odparłem cicho.
— Kochasz mnie? — pytał dalej.
— Już mówiłem — odpowiedziałem.
— Marzysz o mnie? — spytał znów.
— Chris, zamknij się, marzę, pragnę, kocham, ale wejdź już we mnie i pieprz mnie, bo zaraz nie wytrzymam...!
                     Szybko zsunął z bioder spodnie, zarzucił sobie moje kolana przez barki i jednym ruchem znalazł się już w moim wnętrzu. Czułem, że umrę, jednocześnie rodziłem się na nowo. Krzyczałem coraz głośniej, a on wchodził we mnie coraz głębiej. Wygiąłem się w łuk i zacząłem powtarzać, jak bardzo go kocham. Ból był niewyobrażalny, choć przyjemność i rozkosz, jakiej Chris mi dostarczał wynagrodziła mi wszelkie nieszczęścia, jakie spotkałem dotychczas w swoim życiu.
- J-jeszcze... - wyjąkałem, kiedy poczułem, że chce się już wycofać.
                   Na moje życzenie wszedł we mnie najgłębiej, jak tylko był w stanie. Spuścił się we mnie, co przyniosło jeszcze więcej satysfakcji i upojenia. Nasycił mnie sobą samym. Wyszedł ze mnie i delikatnie mnie pocałował. Z moich ust sypały się kolejne wyznania miłosne. Mówiłem szybko i niewyraźnie, popadając w totalny bełkot. On tylko leżał obok i przyglądał się mi z taką troską i lekkim rozżaleniem, nie przerywając mi i cierpliwie słuchając tego, co mam do powiedzenia.
                    Kiedy skończyłem, zrobiliśmy to jeszcze raz. Pościel zesztywniała od wielkiej ilości spermy. Chris wtulił się w mój tors i zasnął, delikatnie gładząc moje biodra. Nigdy nie spodziewałbym się, że coś takiego będzie miało miejsce, że zakocham się w swoim najlepszym przyjacielu na śmierć i życie. Ale naprawdę nikogo innego nie pragnąłem tak bardzo jak jego.
                    Przebudziłem się dopiero pod wieczór. Chris zaczął mnie całować, kiedy tylko zauważył, że już nie śpię. On również nie potrafił się mną nasycić. Zaproponował mrożoną herbatę i seks zaraz po niej, a mi ta propozycja cholernie się spodobała. Gdybym go w porę nie powstrzymał, kolejność, jaką podał, prawdopodobnie by się zmieniła. Rozłożyłem się na łóżku, nadal będąc zupełnie nago, i zmrużyłem oczy, pozwalając sobie jeszcze na kilka minut snu. Chris jednak udaremnił moje plany, gdyż jak wyszedł, tak wszedł z powrotem. Na jego twarzy malował się taki szok i niedowierzanie, że automatycznie podniosłem się do pozycji siedzącej i zmarszczyłem brwi, bojąc się pytać, o co mu chodzi. Nie mówiąc ani słowa podszedł do mnie i usiadł na łóżku. Wpatrywał się martwo w jeden punkt. Po chwili uniósł brwi i westchnął cicho.
— Nie mam prawa się denerwować w sumie — powiedział cicho.
— Co się stało? — zapytałem.
— Myślę, jak to ładnie ubrać w słowa — odparł.
— Bądź bezpośredni — poprosiłem.
— Nasi ojcowie pieprzą się w kuchni — powiedział. — Chyba myśleli, że nas nie ma. Spaliśmy i było cicho, no i...
— Co ty chrzanisz? — zdziwiłem się.
                    Wstałem z łóżka i w trybie natychmiastowym zacząłem zakładać ubrania. Nim zdążyłem wyjść z pokoju, do pomieszczenia wszedł Ryan i zmierzył nas wzrokiem.
— Nie ma sensu wymyślać na siłę wersji, nie? — zapytał.
                     Chris podrapał się po głowie. Ryan poprosił, żebyśmy zeszli na dół. Spodobało mi się to podejście. Chcieli być z nami szczerzy, niezależnie od tego, co zrobili. Zapewne mieli świadomość, że możemy nieźle się wkurzyć, a mimo to prawdomówność i zaufanie stanęły na pierwszym miejscu.
                    Usiedliśmy razem w jadalni i czekaliśmy na rozwój akcji. Chris położył mi rękę na kolanie, jak gdyby chciał mnie uspokoić. Wyglądał jednak na o wiele bardziej zdenerwowanego niż ja sam. Kiedy mój ojciec zaczął mówić, adrenalina zmieniła się w kompletny szok.
— To nielogiczne... — wyjąkał Chris. — Jak to możliwe, że ta sama sytuacja powtarza się od tylu lat? Tym bardziej, że żaden z nas nie miał pojęcia...
— To dlatego powiedziałeś, że jestem gejem? — spytałem Ryana, psując nieco klimat sytuacji. — Kurwa, nie mogę tego wszystkiego pojąć.
— Czy to dlatego nasze matki odeszły? — zapytał Chris. — Wiedziały o tym wszystkim?
— Nie miały pojęcia — odpowiedział Ryan. — Po prostu się rozeszliśmy.
— I życie osobno nie miało sensu, nie mogliśmy się ukrywać — dodał mój ojciec.
— Przecież nie mieszkacie razem — zauważył Chris.
— Kto by z nim wytrzymał — wycedził przez zęby Ryan.
— Myślę, że wszystko już wiemy i nie ma sensu gadać o tym dalej — powiedział Chris. Jego głos drżał dziwnie. — Nie mamy wam za złe, róbcie, co chcecie, ale na wspólne orgie nie liczcie.
                     Złapał mnie za rękę i poprowadził z powrotem do pokoju. Początkowo myślałem, że jest na coś wściekły, ale on po prostu chciał mi jak najszybciej coś powiedzieć. Nie zdążył jednak. Kiedy tylko zamknął za nami drzwi, wybuchnął niepohamowanym płaczem. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Rzadko płakał, lecz zawsze miał do tego prawdziwy powód. Usiedliśmy na łóżku, a on położył głowę na moich kolanach. Przeczesywałem palcami jego włosy tak długo, aż się nie uspokoił. Powiedział wtedy, że musi się opanować, bo zaczyna boleć go głowa. Mimo wszystko zapytałem, co się stało.
— Co to za chora definicja miłości... — wyjąkał. — Oni... Oni mówią, że tak bardzo kochają, a mimo to wszyscy się wzajemnie zdradzają, co pokolenie rodzą się dzieci. Rodzą się dzieci w niby stałych ułożonych gejowskich związkach. To nie jest normalne, Michael. Poza tym to, co mówił mój ojciec. Dopasowane charaktery... Powinienem podziękować twojemu ojcu za to, jak mnie wychował. Za to, że pozbawił mnie tego skurwysyństwa, które leży w moich genach. Dlaczego miałbyś mnie kochać za to, że nic o mnie nie wiesz, za to, że na każdym kroku staram się ci dowalić, za to, że traktuję cię przedmiotowo? Nienawidzę tego, nie chcę taki być. Nie chcę być tym pierdolonym Carterem, tym gnojkiem, który ma wszystkich w dupie. Chcę ci mówić o wszystkim i być z tobą zawsze, i pokazywać ci przez cały czas, jak ważny dla mnie jesteś. Te wszystkie ich relacje to pic na wodę, gówno, kurwa, gówno, oni nazywają to gówno miłością. Idioci...
                    Po chwili z jego oczu znów zaczęły toczyć się strugi łez. Chciałem go uspokoić, lecz byłem zbyt zszokowany tym, co mówił. Jego słowa rozgrzewały moje serce.
— Obiecaj mi, błagam — powiedział, gdy nieco się uspokoił. — Żadnych kobiet, żadnych dzieciaków. Nie chcę nikogo poza tobą. Nigdy, przenigdy. Nie popełniajmy tych samych błędów. Nikt już nie będzie musiał cierpieć. Proszę, Michael. Nie wyobrażam sobie życia z nikim innym.
                    Przeznaczenia czasem nie można zmienić, lecz można spróbować zabrać mu możliwość istnienia. Zakończyć je w odpowiednim momencie. Nasi przodkowie musieli wiele przejść, żebyśmy mogli poczuć się szczęśliwi. My jednak wiedzieliśmy, że to właśnie my byliśmy tym pokoleniem, które może przestać pracować na przyszłość. Bo to właśnie nasze stopy stąpały po tym świecie jako stopy ostatnich Carterów i Bennettów.


_________________________________________________________________
K O N I E C

oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma prawo do własnych poglądów, dlatego wiem, że odczucia po tym sezonie będą bardzo skrajne. mówiłam już o tym w ostatnim filmiku, a teraz macie uzasadnienie w czystej postaci. ostatnią nieobecność musicie wybaczyć, w sumie nie musicie, ale już się tłumaczyłam - problemy z netem dodatkowo wzbogacone cholernie małą ilością czasu, bo moja "kariera" zaczyna się rozwijać i faktycznie nie narzekam na ilość koncertów. ale mimo to nie mam zamiaru kończyć z pisaniem, bo to lubię i co najwyżej mogę pisać nieco rzadziej, ale nie porzucę tego, chociaż nie raz pewnie jeszcze Was będę tym straszyć.
druga sprawa - kochany Ślunsku, pojawimy się w Waszych stronach z Sagą w połowie stycznia, szukamy też jakiegoś noclegu, jeżeli macie coś do zaoferowania, bo chcemy się tam zatrzymać na jakiś tydzień. nie chcę pisać publicznie tego, kiedy dokładnie i gdzie dokładnie się tam zjawimy, dlatego, jeśli potrzebujecie jakichkolwiek info z tym związanych, na Snays jest kontakt do mnie i będę to ustalać tylko i wyłącznie na priv.
i proszę się ze mnie nie śmiać, że zapłaciłam 350,- za to, żeby mi na Slashu Doda zaśpiewałamój ulubiony kawałek Gunsów, bo zajebię. ale chłopaki się spisali, pierwsza klasa, lepiej niż rok temu, polecam.                          

27.11.15

Sam na sam z samym sobą

Dział: Maniakalny przypadek.
Numer rozdziału: 10
Gatunek: Yaoi.



wybaczcie nieobecność ale koncert za koncertem i brak neta 
_________________________

                    Wizja utraty przyjaciela została przyćmiona wyobrażeniem naszej wspólnej przyszłości, która w mojej głowie zdawała się być istną apokalipsą, lecz przeciągniętą na dłuższy okres czasu. Zerwanie kontaktu miało być ukojeniem rozdrapywanych ran zarówno moich, jak i Chrisa. Miałem świadomość efektów, jakie mogłyby nastąpić, gdybym nie potrafił zakończyć naszej relacji w odpowiedniej chwili. Mój przyjaciel wydawał się być z dnia na dzień coraz bardziej zakochany. Łgał jak pies, kiedy mówił, że to nie ma znaczenia i możemy przecież nadal się przyjaźnić. Jego iskierka nadziei w końcu zgasła, choć dotychczas pomimo wielu moich negujących to słów, on nadal widział oczyma wyobraźni nasz związek. Tym razem jednak zagasiłem ten tlący się płomień raz na zawsze. Nie chciałem go ranić jeszcze bardziej, dlatego zakończyłem to w dość drastyczny sposób. Teraz pozostawało tylko stopniowo zacząć ograniczać kontakt.
                    Tego dnia wyszedłem z domu stosunkowo wcześnie, w zasadzie bez żadnego konkretnego celu. Wbrew pozorom nie czułem się źle z powodu tego, co musiałem zrobić, myśl o uratowaniu Chrisa była silniejsza. Dusiłem się otaczającym mnie powietrzem, dlatego postanowiłem udać się do pobliskiego lasu. W otoczeniu tylu roślin zwykłem zapominać zarówno o kłopotach, jak i o spalinach. Musiałem udać się wówczas w stronę domu Carterów, niezależnie, czy wybrałbym się tam pieszo, czy jakimkolwiek środkiem transportu. Każda możliwa trasa przebiegała właśnie tamtędy, mogłem jednak przejść się naokoło, co jednak zabrałoby co najmniej trzy razy więcej czasu. Postanowiłem mimo wszystko właśnie tak zrobić. Dochodziła ósma rano, Chris zapewne wstawał właśnie z łóżka i zastanawiał się, jak pójdą mu praktyki w firmie tego dnia. Wyglądało na to, że ten biznes naprawdę przypadł mu do gustu. Korporacja Carterów rozrastała się coraz bardziej, niszcząc wszystkie inne spółki na rynku. W zasadzie nawet nie skupiali się na współzawodnictwie i rywalizacji, mieli to wszystko głęboko gdzieś i stawiali przede wszystkim na rozwój. Może i na początku niezbyt im się to opłacało, lecz teraz zbierali plony ciężkiej pracy.
                    W powietrzu unosiła się dziwna aura, która w jakiś sposób pchała mnie do przodu. Nie pozwalała się zatrzymać choćby na chwilę, bo równałoby się to z odwrotem i porzuceniem czegoś, co miałem zamiar zrobić. Mimo wszystko czułem się pewnie postępując w taki, a nie inny sposób. Byłem pewien, że właśnie to jest właściwie, że właśnie to przyniesie mi niewyobrażalne korzyści i zyski. Że karma do mnie wróci i w przyszłości inni ludzie nie skrzywdzą mnie. Uśmiechnąłem się kącikiem ust i zamknąłem oczy, skupiając się na chłodnym wietrze wiejącym mi w twarz. Powietrze nie było jednak wówczas tak czyste i świeże, o jakim marzyłem. Nie mogłem się wręcz doczekać momentu, w którym znajdę się w lesie i odetchnę od całego tego syfu. Tylko tam potrafiłem się odciąć i zostać sam na sam z samym sobą.
                    Coś trochę mnie przytłaczało, lecz były to prawdopodobnie skutki stanu fizycznego. Być może nie powinienem był jeszcze opuszczać mieszkania, dopiero co bowiem wyzdrowiałem. Chęć odcięcia się, choćby chwilowego, była jednak silniejsza od czegokolwiek innego. Mimo wszystko stan, w którym wówczas przebywałem, niefortunnie przypominał rannego nieszczęśliwego kaca. I poza chamską pewnością siebie związaną z moim postępowaniem, odczuwałem tylko cholerny ból brzucha i lekki odruch wymiotny, nie wspominając nawet o opanowującym mnie coraz mocniej zmęczeniu zarówno fizycznym, jak również psychicznym.
                    Droga do ziemi obiecanej dłużyła mi się niewyobrażalnie, lecz zdecydowanie warta była zachodu. Niecierpliwiłem się, chcąc jak najszybciej poczuć świeżość powietrza, a także umysłu. Wtedy jednak nie spodziewałem się jeszcze, jaką gorycz wprowadzi do mojego życia zapach świerkowych igieł.
                    Byłem już na tyle blisko celu, że pozwoliłem sobie skupić juz myśli na swoim wnętrzu. Odciąłem się wówczas od otoczenia zbyt szybko, zbyt wcześnie, dlatego...
— Michael!
                    Nagłe powroty do stanu trzeźwości myślenia zawsze sprawiały mi nie lada problem. Przez dłuższą chwilę zalegałem na chodniku w pozycji siedzącej i analizowałem to, co miało właśnie miejsce. Byłem w zasadzie przyzwyczajony już do faktu, że notorycznie zdarzało mi się wpaść prawie pod tramwaj, poczuć gwałtowne szarpnięcie za ramię i już po chwili wylądować na ziemi ze swym wybawcą, Chrisem, u boku. Tym razem sprawy potoczyły się nieco inaczej. Faktycznie usłyszałem jego głos i znalazłem się w mgnieniu oka po drugiej stronie, lecz przyjaciel zniknął. Zniknął, a ja wpatrywałem się z szokiem w szyny, na których zatrzymywał się właśnie pojazd. A ciemno-czerwona ciecz strugami wypływała spod niego, jak gdyby sam zaczął wówczas krwawić, przejęty tym, co właśnie się wydarzyło.
                    Zalegałem na ziemi i czułem, jak płonie moja głowa, z jaką szybkością toczą się strugi łez z moich oczu. Choć dotychczas byłem święcie przekonany, że Chris nie jest mi już potrzebny, w tamtej chwili zrozumiałem, że stanowi przecież nieodłączny element mojego życia. Część, która jest niezbędna wręcz do mojego funkcjonowania. Czy dane mi było w takim razie już umrzeć? Umrzeć, tracąc jeden z ważniejszych organów, którego dopiero co chciałem się pozbyć? Czy naprawdę byłem aż tak rozchwiany, że nie potrafiłem odróżnić swoich przekonań od chwilowych głupich zachcianek?
— Michael! — Usłyszałem znowu.
                    Dałbym sobie wtedy rękę uciąć, że tego dnia ani w zasadzie żadnego innego nic już bardziej mnie zaskoczy. Poczułem się jednak o wiele dziwniej, kiedy moje usta połączyły się nagle z ustami Chrisa, w dodatku zupełnie z mojej woli.
                    Zacząłem biec. Biegłem w stronę lasu, a w moim sercu rozbudziła się najsilniejsza chęć, jaką może powstać w człowieku. Było to bowiem pragnienie, które dziedziczyliśmy po najdalszych przodkach, a także otrzymywaliśmy w postaci swego rodzaju lekcji od rodziców i otoczenia. Obudziła się we mnie chora wręcz chęć przetrwania, która nakazała mi uciekać jak najdalej. Adrenalina rosła, gdy zauważyłem, że Chris biegnie za mną.
                    Do kogo należała krew? Byłem pewien, że zginął... A gdy tylko zobaczyłem, że jednak znów zdołał oszukać śmierć,  tak po prostu do niego przylgnąłem, przecząc wszystkiemu, co wcześniej powiedziałem i czego dokonałem. Dlaczego...? Czy naprawdę właśnie tego podświadomie pragnąłem? Czy widziałem o tym przez cały ten czas, usiłując jednocześnie, zupełnie bez powodu, oszukać wszystkich wokół, a przede wszystkim siebie samego?
— Uspokój się... — powiedział z troską, kiedy udało mu się mnie w końcu dorwać. Bezwładnie osunąłem się na ziemię i usiadłem na mokrym od rosy mchu.
                    Kac moralny i fizyczny łączyły się wówczas z cholernym szokiem, w jakim się znajdowałem. Chris patrzył na mnie z troską, a ja bałem się spojrzeć mu w oczy. Cały ten czas płakałem i nie potrafiłem przestać. Straciłem panowanie nad emocjami.
— Dlaczego płaczesz? — zapytał cicho. Często w takich momentach zadawał banalne pytania tylko po to, bym sam mógł uświadomić sobie, co się dzieje.
— Ja... myślałem, że zginąłeś — wyjąkałem.
— Zginąłem? — zdziwił się.
— No wiesz... Krew... Krew przy tramwaju... — mówiłem, nie mogąc złapać oddechu
— Michael, jesteś w szoku — odpowiedział. — Masz halucynacje. Dlaczego przede mną uciekałeś?
— Bo... zrobiłem coś niezgodnego z własnymi przekonaniami — szepnąłem. Uśmiechnął się kącikiem ust.
— Niezgodnego? — zaśmiał się cicho. — Czy postępowanie w sytuacji potencjalnego zagrożenia może być niezgodne z przekonanami? Wydaje mi się, że nie miałeś po prostu czasu na zastanowienie się,  w jaki sposób by mnie tym razem oszukać.
— Udowodnij mi, że kłamię — wycedziłem przez zęby.
— Zrób to jeszcze raz — zaproponował. — i skup się na tym, co czujesz.
                    Wyglądało to na manipulację, lecz czułem, że taki sposób może zadziałać. Podniosłem wzrok i z przymkniętymi nieco powiekami spojrzałem mu w oczy i zbliżyłem się do niego. Musnąłem delikatnie jego wargi, sam nie wiedząc do końca, co robię, a on w odpowiedzi subtelnie wsunął język do moich ust. Jego ruchy były tak lekkie i tak delikatne, że wbrew woli zacząłem się rozplywać. Z jakiegoś powodu bałem się od niego oderwać. Nie chciałem przestać. Uświadomiło mi to tylko, że Chris, mój ojciec i cala reszta, najzwyczajniej w świecie mieli rację. Kiedy odsunął się ode mnie, moja głowa bezwładnie osunęła się na jego ramię, a ja sam popadłem w nieopanowany chichot. I mimo dziwnego uczucia, jakie mnie wówczas ogarnęło, nie byłem w stanie wykrztusić słowa, a naprawdę wiele chciałem mu wtedy powiedzieć. Objął mnie w pasie i przytulił do siebie, drapiąc lekko po plecach.
— Chodźmy do domu — odparł ciepłym tonem głosu. I mówił tak, jak gdyby mówił i był tylko dla mnie.
                    Bałem się analizować to, co działo się w moim wnętrzu, dlatego zwyczajnie postanowiłem nie myśleć o tym i robić to, co czułem, że powinienem robić. Samochód Chrisa był zaparkowany nieopodal przystanku tramwajowego, przy którym stało się to wszystko. W milczeniu, lecz z uśmiechami na twarzach, dotarliśmy do auta i bez słowa zajęliśmy miejsca. Kiedy Chris zajęty był zapinaniem pasów, delikatnie położyłem dłoń na skrzyni biegów. Moja twarz zaczęła płonąć, dlatego skierowałem szybko wzrok ku szybie samochodowej. Usłyszałem wówczas jego cichy chichot, a po chwili poczułem dotyk jego ręki na swojej, kiedy odpalił silnik samochodu. Moje ciało ogarnęła fala ciepła, lecz tym razem przyjemna i wołająca o więcej. Chris przez całą drogę ciągnął jakiś mało interesujący temat. Nie potrafiłem się skupić. Kiedy zatrzymał się przed jego domem, uległem pokusie i posłuchałem głosu serca. W jednym momencie położyłem mu dłoń na policzku i skierowałem jego twarz ku sobie.
— Kocham cię — wyszeptałem, całując go głęboko.
                    Pogłębiał pocałunek coraz to mocniej, czyniąc go zaborczym i zazdrosnym, a także nieco agresywnym. Pozwalałem mu na to wszystko, a moje ciało domagało się więcej i więcej. Więcej. Więcej. Proszę, więcej. 

17.11.15

Febra emocjonalna

Dział: Maniakalny przypadek.
Numer rozdziału: 9
Gatunek: Yaoi.



                    Mimo że cały boży dzień spędziłem w łóżku, choroba i tak postanowiła mnie dopaść. Nigdy nie miałem końskiego zdrowia, może dlatego, że byłem wychudzony, wątły i kiepsko się żywiłem. Źle przyswajałem magnez, przez co moje mięśnie często niepohamowanie drżały. Z jednej strony utrudniało mi to niektóre codzienne czynności, z drugiej jednak nie przeszkadzało do tego stopnia, by się tym zająć.
                    Następnego wieczora nadopiekuńczy i troskliwy ojciec chciał wziąć sobie wolne od roboty, by zająć się schorowanym synalkiem. I nie byłoby w tym kompletnie nic dziwnego, gdyby nie fakt, że synalek skończył dziewiętnaście lat. Powiedziałem więc tatkowi, żeby dał sobie spokój, poza tym to tylko katar i ogólne osłabienie organizmu. O wysokiej gorączce wolałem nie wspominać, kręciło mi się przez nią w głowie jak jasna cholera. Po dłuższych namowach ojciec zdecydował się iść do pracy. Zdążyłem go już trochę poznać, lecz nie spodziewałem się, że wpadnie mu do głowy aż tak durna myśl. Przynajmniej uzmysłowiłem sobie, po kim odziedziczyłem tę skrajną głupotę.
                    Stałem akurat w kuchni przy blacie, nerwowo poszukując w szufladzie jakiegokolwiek leku posiadającego w składzie paracetamol. Ojciec na moje szczęście wyjątkowo dbał o wyposażenie apteczki. Łyknąłem jedną tabletkę i wróciłem do pokoju, od razu pakując się pod kołdrę. Nienawidziłem gorączki latem głównie dlatego, że lek rozgrzewał moje ciało, choć i tak byłem już rozpalony, a wszystko to potęgowała ta cholernie wysoka temperatura panująca na zewnątrz.
                    Mimo wszystko uchyliłem okno. Zgasiłem także górne światło, ale pozostawiłem włączone lampki, które przez okrągły rok zdobiły jeden z rogów mojego pokoju. Nie obchodziło mnie, czy to dziecinne, czy też nie. Wprowadzały do pomieszczenia przyjemną atmosferę, dzięki czemu czułem się lepiej. Z tego samego powodu też zupełnie nie przejmowałem się docinkami na temat mojego ubioru. Dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, że zakładam to, w czym czuję się komfortowo. Skoro w takich właśnie ciuchach czułem się szczęśliwy, dlaczego miałbym to zmieniać na swoją niekorzyść tylko dlatego, że przypadkowy człowiek miał odmienny gust?
                    Położyłem się do łóżka, lecz nie mogłem się przemóc, by owinąć się kołdrą. Umierałem w czeluściach piekieł, dokładnie tak się czułem i to miałem przed oczyma. Lampki migotały niebieskim światłem, a ja pogrążałem się w panującym mroku. Obraz stawał się coraz bardziej rozmazany. Błyski rozpływały się, tworząc iluzję niebieskich plam igrających z ciemnością. Zawsze tak było. Światło wygrywało z mrokiem, dlatego ciemność zwykliśmy nazywać niczym innym, jak tylko brakiem światła. Nadal nie zdawałem sobie sprawy z tego, co dzieje się wewnątrz mnie. To uczucie... zdawało mi się, że stoję właśnie na rozstaju dróg. Pierwsza z nich była pewna i usłana różami, druga zaś mogła oferować mi lepsze zakończenie, lecz nie czułem się na tyle silny, by pokonać stojące na niej przeszkody. Jednak czy byłem w stanie odmówić? Czy byłem w stanie wybrać tę pierwszą drogę i porzucić to, co rozgrzewało wówczas moje ciało jeszcze bardziej? Powoli przyzwyczajałem się do tej sytuacji. Zamilkł w końcu. Skończył mówić mi te wszystkie nieprzyjemne rzeczy, przez które jeszcze bardziej rozdwajałem się w sobie. Ojciec powinien był dać mi spokój, jednak bał się zostawiać mnie samego. Dlaczego nie zadzwonił po Ryana? Kogokolwiek...? Ten wieczór mógłbym spędzić z kimkolwiek, lecz nie z nim. Potrzebowałem odpoczynku. Dlaczego na najważniejsze decyzje życiowe potrzebowaliśmy tyle czasu, a odpowiedzi trzeba było udzielić od razu? Może dla niego była to błaha sprawa, tak po prostu wyznać swoje uczucia i czekać, aż druga osoba też to zrobi. Dla mnie nie było to tak proste. W normalnym stanie rzeczy powinienem był otworzyć się przed nim wtedy, kiedy on to zrobił. Czemu więc zamykałem się coraz bardziej? Dzieląca nas przepaść pogłębiała się z dnia na dzień. Byłem pewien, że to zauważa. Nie reagował. Być może wmawiał sobie, że to przejściowe i niedługo minie. Ale to we mnie rosło. To była jedyna rzecz, której byłem pewien. Może moje uczucia przypominały mu te rozmazane niebieskie światła, nie do końca sformułowane i konkretne, ale nadal palące się głębokim blaskiem. W moich oczach wyglądało to zupełnie inaczej. Nawet wtedy, kiedy z pełnym spokojem wtulał się w mój kark i przeczesywał palcami moje włosy. Naprawdę tego nie chciałem. Druga z dróg przerażała mnie, choć jeszcze na nią nie wkroczyłem. Byłem w stanie przyznać się przed samym sobą, że próbowałem. Za każdym razem jednak moje ciało stawało się dziwnie sparaliżowane, jak gdyby coś na to nie pozwalało. Choć dobrze wiedziałem, że zawsze mogę wrócić, zmienić drogę. Strach znów opanował moje ciało. Byłem tak rozdwojony w sobie, iż uznałem, że pierwsza ze ścieżek również nie jest do przejścia. Moje życie stało się bowiem na tyle uzależnione od Chrisa, że nie mogło funkcjonować bez jego obecności. A panująca obecnie sytuacja wykluczała przyjaźń. Zdałem sobie z tego sprawę naprawdę szybko. Musiałem wybrać, czy Chris stanie się moim kochankiem, czy obcym człowiekiem. Nie miałem ochoty mu o tym mówić, dobrze wiedziałem, jak zareaguje. Zanegowałby moją opinię i powiedział, jak zawsze zresztą, że przecież możemy nadal być przyjaciółmi. Może jednak nie znał mnie tak dobrze. Z mojej perspektywy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Nie byłbym w stanie znieść jego kocich oczu patrzących na mnie w taki sposób i nazywać go przyjacielem. Czułem, że niedługo nadejdzie ostatnia już okazja do dokonania wyboru. Dotychczas na próżno szukałem trzeciej ścieżki wiodącej gdzieś między tymi dwoma. Nie potrafiłem jej tam wydeptać. Byłem zmuszony pogodzić się z losem i wziąć to, co mi oferuje. Był wystarczająco łaskawy, by ukazać mi dwie opcje. Może powinienem był okazać wdzięczność?
— Chris... — wyjąkałem.
                    Nadal wpatrywałem się w niebieskie światła, lecz tym razem wyglądały wyraźniej. Wszystko stało się sprecyzowane i jasne. Odczułem cholerny ucisk w klatce piersiowej. Przyjaciel musnął wargami moją szyję. Obróciłem głowę w jego stronę tak, że nasze czoła się zetknęły. Mimo panującego w pomieszczeniu mroku, byłem w stanie spojrzeć mu w oczy i odczytać z nich emocje tlące się wówczas w jego sercu.
— Musimy przestać — szepnąłem.
                    Zdawało mi się, że dostrzegłem łzę w wewnętrznym kąciku jego oka. Jednak taka była kolej rzeczy w tym świecie. Człowiek cierpiał, by móc dać szczęście drugiemu. Położyłem mu dłoń na policzku i naciągnąłem jego skórę tak, by wymusić uśmiech.
— Musisz to zaakceptować — mówiłem powoli. — Tak, jak ja zaakceptowałem ciebie. Wiesz, uczucia też się równoważą. Czasem zdarza się, że w nieodpowiednich przypadkach. Możemy się pod tym względem uzupełniać. Dlatego nigdy więcej o tym nie mów. Nie mów, że kochasz. Niech to będzie nasz osobisty temat tabu. Podjąłem taką decyzję. Nie chcę, żebyś cierpiał.
— Michael... — szepnął. — Powinienem się teraz wynieść, prawda?
— Proszę — odpowiedziałem.
— Pozwól mi przenocować na ziemi — powiedział. — Nie chcę zawieść zaufania twojego ojca. Obiecałem mu, że będę przy tobie.
                     Tej nocy Chris płakał. Nie widziałem tego ani nie słyszałem. Po prostu czułem zapach jego łez i cierpienia. Ale doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jego cierpienie minie szybciej, niż gdybym powiedział mu o tym później. Musiałem być z nim szczery, bo za bardzo mi na nim zależało. Przez chwilę zastanawiałem się, kiedy to wszystko się zaczęło. Zmrużyłem oczy. Jedna z niebieskich lampek zgasła, choć dotychczas tliła się najgłębszym i najjaśniejszym światłem pośród wszystkich. Zaraz za nią gasły kolejne. Chris pociągnął nosem. Po chwili zniknął za drzwiami prowadzącymi do mojego pokoju. Obserwowałem jak gasną kolejne lampki. Nie byłem pewien, czy to tylko moje wyobrażenia i wielka iluzja, czy naprawdę tak szybko wypalają się i kończą swój marny żywot. Brak niebieskiego światła sprawił, że zacząłem pogrążać się w ciemności. Pustka. Niedopełniona pustka. Modra ścieżka zniknęła. Teraz wybór zdawał się być o wiele prostszy. Na bramie prowadzącej do drugiej drogi zawiesiłem kłódkę, a klucz do niej wyrzuciłem za siebie zaraz po zamknięciu. Wszystkie dotychczas tlące się na niej światła momentalnie zgasły. Zapanował mrok, spokój i cisza. Z uśmiechem zmrużyłem oczy, powoli oddając się w objęcia Morfeusza.


16.11.15

Jedzenie lodów łopatą

Dział: Maniakalny przypadek.
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi.



mam nadzieję, że nowy wygląd przypadł do gustu. 
ważne info dla bloggerów - uważajcie na dodatki (gadżety), jeśli dotąd tego nie robiliście, bo kilka dni temu zawirusowały mi bloga. na szczęście już wszystko działa, wystarczyło się ich pozbyć. gdybyście jednak zauważyli coś podejrzanego, warto mi to zgłosić.
__________________________________________________________

                    Chris pokusił się wówczas o zadanie mi pytania, na które w gruncie rzeczy nie umiałbym odpowiedzieć, jednak tego ranka cały towarzyszący mi dotychczas stres nagle zniknął, pozwalając mi tym samym znów prowadzić normalne rozmowy z przyjacielem. Zapytał mnie bowiem, dlaczego w zasadzie aprobuję jego zachowanie, czemu daję mu wolną rękę w jego zboczonych manierach. Odparłem wówczas, że do pewnego sposobu bycia idzie przywyknąć, jednak w tym momencie Chris, dostawszy palec, zażądał całej ręki - zapytał wtenczas, gdzie są w takim razie granice i na ile może sobie pozwolić.
                    Nie chciałem, by odwozili mnie do domu. Postanowiłem wrócić pieszo. Tego dnia nie miałem ochoty narzekać na letni ukrop, choć odkąd zaczął się czerwiec, zdarzało mi się to nagminnie. Psychicznie czułem się rewelacyjnie, jak gdyby zabobon wstawania prawą nogą z łóżka okazał się być prawdziwy. Albo po prostu przyroda zachowywała równowagę, fizycznie bowiem czułem się cholernie kiepsko. Znów nie przemyślałem konsekwencji swoich działań. Gdybym tylko cieplej się ubrał, wybiegając nocą z domu, nie byłoby mowy o zaczątkach grypy, tym bardziej na samym początku lata.
                    Kiedy tylko wróciłem do mieszkania, ogarnął mnie strach pomieszany z totalnym zaskoczeniem. Ojciec sprosił sobie gości i nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że znałem ich doskonale z popijaw urządzanych w moim poprzednim domu, przez mojego poprzedniego ojca. Nie przypuszczałem, że Ryana i tatka łączy tak wiele rzeczy. Dotychczas myślałem, iż znają się co najwyżej z widzenia, może mieli kiedyś jakąś stłuczkę samochodową albo załatwiali wspólne interesy. Nie spodziewałem się, że dzielą nawet towarzystwo.
— Cześć, ciotka, cześć, wuja — wymamrotałem ospale. Zawsze wnosili swoim zachowaniem taką półżywą, zdechłą wręcz atmosferę do chaty. Nie należeli do entuzjastycznych ludzi. — Nie spodziewałem się was tutaj, prawdę mówiąc.
                    Zająłem miejsce przy stole. Jedli akurat śniadanie, pijąc do niego wytrawne wino. Nie znosiłem tego typu nawyków dorosłych ludzi. Alkohol kompletnie nie pasował do tak wczesnej pory dnia, mimo tego zupełnie ich to nie obchodziło. Ciotka Rita więcej wypijała niż jadła, wujek Spooky palił jednego papierosa po drugim, jedynie ojciec zachowywał jako tako pozory normalności.
— Co to za impreza była, że wracasz tak wcześnie? — zapytał wuja, obserwując dym unoszący się z fajki.
— U kumpla spałem — odparłem niechętnie, sięgając po kanapkę.
— To twój chłopak? — spytał znowu.
                    Zmrużyłem oczy i poczułem, jak trzęsą mi się nogi z wściekłości. Co im, do licha, odbiło? Czy kolejna osoba miała zamiar uznać mnie za geja bez wyraźnych przyczyn?
— Nie, spałem u kumpla, jak już powiedziałem — syknąłem. — Wyglądam ci na kogoś, kto jest zainteresowany tę samą płcią?
— Że niby jesteś hetero? — zdziwiła się ciotka. Zaskoczenie malowało się na jej twarzy tak wyraźnie, że po raz pierwszy w życiu naprawdę miałem ochotę uderzyć kobietę.
— A moglibyście mi powiedzieć, jaki jest powód tego, że tak z góry uznaliście mnie za geja? — zadałem pytanie. — Rozumiem, że pewnie chodzi wam o mój styl ubierania, bo, nie wiem, lubię obcisłe spodnie czy swetry, w dodatku jestem chudy i dbam o swój wygląd. Ale bez przesady.
— Michael — zaczął wtedy Spooky i wiedziałem już, iż walnie zaraz we mnie meteoryt. — A lubisz, kiedy facet ma żółte oczy?
— Daj już spokój — odparł ojciec, lecz widziałem, jak uśmiecha się kącikiem ust i hamuje nagły wybuch śmiechu.
— Pójdę do siebie, chyba mnie przeziębienie bierze — poinformowałem wstając od stołu.
— Przy takiej temperaturze? — zdziwiła się ciotka.
                    Chyba naprawdę wolałbym, by niekulturalnie zaczęli rozmawiać o polityce, która zupełnie mnie nie interesowała, zamiast mieszać się w moje życie prywatne, o którym nie mieli najmniejszego pojęcia. Zostałem uznany za geja przez sześć osób z mojego najbliższego towarzystwa. Co za sparszywiałe gnoje. Uznałem to za atak na moją osobę i momentalnie straciłem cały entuzjazm, marząc o izolacji i kwarantannie od ludzi.
                     Położyłem się do łóżka, choć nie miałem ochoty spać. Wszystko mnie jakoś przytłaczało, a szczególnie głośny śmiech ciotki Rity dochodzący z kuchni. Nie chciałem spotykać się ze znajomymi ze szkoły, choć proponowali wspólne wyjścia. Wizja wypicia kawy na mieście z Billem wywoływała u mnie obrzydzenie i wstręt, choć także lekką dezorientację. Gdyby nie mój stan zdrowia, pojechałbym do Grace, by się schamić i ogłupić jej dziwnym poczuciem humoru. Pozostawała mi jeszcze opcja zaczekania, aż Chris wróci z firmy ojca, lecz Ryan zwykł przesiadywać tam tak długo, że zapewne umarłbym, nim jego syn by stamtąd wrócił.
                     Przerzuciłem się na drugi bok i przymknąłem oczy, chcąc odpocząć. Modliłem się, by towarzystwo jak najszybciej wyszło, tym bardziej, że słyszałem, jak rozmawiają o tenisie. Albo penisie. W każdym razie wizja wolnej chaty wprawiała mnie ponownie w entuzjazm i fascynację. Westchnąłem cicho. Wtedy jednak do głowy przypadkowo przyszła mi myśl, której nie zapraszałem, której się nie spodziewałem, której nawet nie chciałem, lecz czułem, że była moja. Gwałtownie poderwałem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem wokół. Przetarłem czoło dłonią. Serce biło mi coraz szybciej, zaś ja sam byłem wystraszony swoim stanem. Myśl brzmiała: "W sumie przespałbym się z Chrisem". Skąd to cholerstwo wzięło się w mojej głowie? Czy było wynikiem tych wszystkich wpajanych mi hipotez? Czy stawałem się gejem, bo otoczenie w jakimś sensie tego ode mnie wymagało? Paradoksalnie odczułem potrzebę porozmawiania o tym z Chrisem. Postanowiłem mimo wszystko najpierw zaczekać, aż rodzina opuści dom. W tym czasie próbowałem przeanalizować tę myśl, jednak na próżno.
                   Siedzieli jeszcze jakąś godzinę czy dwie, a ja męczyłem się, leżąc bezsensownie w łóżku. Kiedy tylko usłyszałem silnik samochodu ojca, wyskoczyłem z wyra i udałem się do kuchni. Nadal miałem na sobie ubrania Chrisa, nie miałem jednak ochoty przebierać się w cokolwiek innego. Nie dlatego, że należały do niego, po prostu nie chciało mi się wygrzebywać nic z szafy. Posprzątałem resztki jedzenia, jakie zostawiło po sobie towarzystwo, schowałem resztkę wina i zmyłem naczynia. Wyjąłem z zamrażarki lody, usiadłem przy stole i wybrałem numer Chrisa. Odebrał. Chyba udało mi się trafić na dobry moment.
— Chris, mam dylemat — wyjąkałem z paszczą pełną lodów. — Znasz Spooky'ego i Ritę, nie?
— Ta, przychodzili do Joe'go często, do ojca też przychodzą — odparł. — Ostatnio dowiaduję się na ich temat dziwnych faktów.
— Co masz na myśli? — zapytałem.
— Spooky nie jest jakąś wybitnie ciekawą osobistością, ale Rita...! — mówił. — Ma wspólne korzenie z moim starym. W szkole średniej zmieniła nazwisko na "Carter" razem z siostrą bliźniaczką, która miała obsesję na punkcie swoich przodków. I gejów, ale to już inna historia.
— Rita ma siostrę bliźniaczkę? — zdziwiłem się. W mojej głowie tworzyły się już scenariusze dziwnych podmian ludzi.
— Niezupełnie — odparł nieco ciszej. — Już nie ma. Ale nie wiem, w jaki sposób zginęła. Zawsze unikają tego tematu. O czym chciałeś gadać?
— Byli u nas niedawno i w sumie razem z moim ojcem postawili mi ciekawą diagnozę — wymamrotałem.
— Powiedzieli, że jesteś gejem? — zapytał, a mnie ścisnęło w gardle. — W zasadzie, Michael... Zapomnij o tym, co ci powiedziałem.
— Zapomnieć? — zdziwiłem się.
— Zapomnij, bo widzę, że to sprawia ci jakiś problem. Poza tym, wiesz... — westchnął. — Możesz uważać, że świetnie cię znam, ale nie miej mnie za wyrocznię. Jestem tylko człowiekiem, mogę się mylić.
— Ale kiedy trzecia osoba mówi ci, że jesteś osłem... — wyjąkałem.
— Nieistotne — przerwał mi. — Nikt nie siedzi w twojej głowie, prawda? Tylko ty wiesz, co w niej jest. Dlatego nie słuchaj innych ludzi, bo to niczego nie wniesie. Póki co muszę kończyć, ojciec woła. Więc pa, też cię kocham, do zobaczenia.
                   Siedziałem przy stole, a lasery z moich oczu strzelały w ekran telefonu. Chris, ten tępy gnojek, przekonał mnie przed chwilą, że mogę być w pełni heteroseksualnym mężczyzną, a po chwili pożegnał się słowami "też cię kocham".
— Kurwa — wycedziłem przez zęby.
                    Położyłem telefon na stole i zająłem się jedzeniem lodów łopatą. Ten dzień nauczył mnie tylko tego, że jeśli masz zły humor, tak czy siak zaraz ktoś go spierdoli. Dzięki, Chris.



15.11.15

Moglibyście ruchać się ciszej?

Dział: Maniakalny przypadek.
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi.



Trwają prace nad blogiem, nie przeraźcie się tym, co zobaczycie
_______________________________________________________________________

                    Tamtego dnia okropnie pokłóciłem się z Chrisem. Emocje wzięły nade mną górę, a w rezultacie wręcz ze łzami w oczach zacząłem się z nim szarpać krzycząc, by dał mi spokój. Powiedziałem mu, że dokonuje za mnie wyborów życiowych, że rzekomo nie chce mnie do niczego zmuszać, a jednak przez cały czas właśnie to robi. W zaawansowanym stanie złości dodałem także, iż nie mam ochoty się z nim widzieć. Nieumyślnie wypowiedziałem również słowo "nigdy". 
                    Sam nie wiedziałem, czy postępuję prawidłowo. Czułem się bowiem jednocześnie lepiej, lecz także gorzej. Na podstawie swoich skrajnych odczuć nie byłem w stanie określić, czy moje działania będą miały pozytywne skutki. Jednego byłem jednak pewien - nie miałem najmniejszej ochoty go widzieć. Zdawało mi się, że odkąd wyznał mi miłość, wszystko umarło, zostało doszczętnie zniszczone i nie ma nawet nikłych szans na zmartwychwstanie. Było za późno na jakikolwiek ratunek. Zmuszony byłem przeboleć jakoś stratę najlepszego przyjaciela a zarazem najbliższej mi osoby. Nie miałem przecież wyjścia, miałem obowiązek przeć naprzód ile sił i nie poddawać się, bo jeśli bym upadł, zbyt ciężko byłoby wstać i wszelką moc musiałbym poświęcić na podniesienie się na nogi zamiast na bieg na sam szczyt. Wybacz Chris. Dziękuję, że towarzyszyłeś mi tak długo, ale dalszą część drogi mojego życia mam zamiar przejść sam. 
                    Nie ukrywałem, że czułem się kiepsko po rozstaniu z przyjacielem. Starałem się zawsze nie oszukiwać samego siebie, choćby nie wiem co, dlatego przeanalizowałem wszystko i w rezultacie dogłębnie zrozumiałem swój stan. I nie było w tym kompletnie nic dziwnego, iż miałem się nie za dobrze. To oznaczało tylko tyle, że nie jestem psychopatą i odczuwam emocje w sytuacjach, które tego wymagają. 
                    Zastanawiałem się tylko, co myśli o tym sam Chris. Podejrzewałem, że przyjdzie, zadzwoni jakiś czas później, bo uznał moje zachowanie za chwilową chimerę i zdenerwowanie. Ale on nie dzwonił, nie przychodził, kontakt zupełnie się urwał. W zasadzie właśnie tego pragnąłem, lecz czułem także, że nie do końca załatwiłem swoje sprawy. Głowiłem się godzinami, jak rozwiązać ten problem. Ojciec znów poprosił mnie o wyjście do sklepu. Położył mi ręce na ramionach i potrząsnął mocno. Zauważył, że cały dzień jestem w innym świecie. Wcisnął mi do dłoni karteczkę z zakupami i popchnął w kierunku drzwi. Przez całą drogę na miejsce myślałem i myślałem, snułem dziwne refleksje i zagłębiałem się w rozważaniach, lecz nie potrafiłem dojść do tego, jak powinienem rozwiązać tę nietypową sytuację. Uznałem wtedy, iż muszę dać sobie więcej czasu. Poczułem się lepiej, bo uświadomiłem sobie, jak wspaniałe jest takie rozwiązanie problemu. Na moje nieszczęście natknąłem się na obiekt niepożądany, kiedy tylko wkroczyłem do marketu. Stał przy półce z przyprawami razem z Billem. W zasadzie uciekałbym, gdzie pieprz rośnie, lecz zauważyli mnie jako pierwsi. Byłem zmuszony podejść i przynajmniej kulturalnie się przywitać. Bill wyraźnie podążał za mną wzrokiem, kiedy kierowałem się w ich stronę. Chris zaś odwrócił go automatycznie, gdy mnie zauważył. 
— Ja myślę, że bazylia będzie lepsza niż oregano. — Usłyszałem z ust Chrisa, kiedy podszedłem bliżej nich. — Powinniśmy zjeść coś wartościowego na obiad. 
                    Przegryzłem wargę i utkwiłem wzrok w ziemi. Często jadaliśmy razem obiady, choć nie mieliśmy jeszcze okazji niczego razem ugotować. Westchnąłem cicho. 
— Cześć — przywitałem się cicho. Ton mojego głosu nie zabrzmiał przyjacielsko, choć starałem się ze wszystkich sił, by było inaczej. 
— Oregano nie pasuje do takich potraw, smaki się gryzą — kontynuował Chris, nie zwracając na mnie uwagi. Bill zaś przyglądał mi się z ciekawością, ale także nie reagował na moje towarzystwo.
— Chris, pomyślałem, że powinniśmy jeszcze coś wyjaśnić między sobą... — gderałem. Nie dawałem za wygraną.
— Wyjaśnić? — zdziwił się. Nie zabrzmiało to pozytywnie, lecz przynajmniej zauważył moją osobę. — Wszystko zrozumiałem, dostosowałem się. Nie mam ochoty babrać się z twoim niezdecydowaniem.
— Słucham? — zapytałem. Jego wypowiedź mną wstrząsnęła. 
— Nigdy nie jestem dla ciebie nieżyczliwy, zawsze robię wszystko, o co mnie poprosisz, a mimo tego tobie nigdy nic nie pasuje — mówił. — Jestem zmęczony byciem kimś, kto całe życie marnuje dla ciebie. Ustaliłeś, że zrywamy kontakt, a mnie to wyjście bardzo się podoba. Nie mamy niczego do wyjaśniania.
                    Wziął jedną z przypraw z półki i odszedł, odwracając się uprzednio na pięcie i uśmiechając złośliwie. Bill udał się za nim, a ja zostałem na miejscu, choć również powinienem był pójść. Moje nogi momentalnie stały się tak ciężkie, że nie byłem w stanie ich podnieść. Oddychałem ciężko, lecz czułem, jak tracę oddech. Obraz zaczął się rozmywać przez zaszklone oczy. Nie mogłem tego znieść. Nie mogłem znieść tego, że...
                    Zaczerpnąłem tlenu i upewniłem się, iż jestem w stanie oddychać. To wszystko było tylko złym snem. Tylko złym snem. Cholera, co za ulga. Nie było żadnej kłótni, nigdy nie powiedziałem Chrisowi takich głupot. Właśnie, Chris. Muszę...
                    Nie zważając na to, że dochodziła trzecia w nocy, założyłem pierwsze lepsze trampki i, nie fatygując się o koszulkę, wybiegłem z domu. Pijani przechodnie wracający z imprez głośno zastanawiali się, czy aby też nie powinni zacząć swojej przygody z joggingiem. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się, że potrafię tak szybko biegać. Szkoda było mi czasu na środki transportu. Odetchnąłem z ulgą, że nie mam prawka, bo po drodze co najmniej dwa razy prawie spowodowałem wypadek. Co by było, gdybym siedział wówczas za kółkiem?
                    Dotarłem na miejsce. W kilkanaście minut przebiegłem kilka przecznic. Nie chciałem budzić Ryana dobijaniem się do drzwi, zadzwoniłem więc do Chrisa z nadzieją, że odbierze. Choć miałem pewność, iż to zrobi. 
— Tak? — Usłyszałem jego zaspany głos. Momentalnie uśmiechnąłem się szeroko.
— Pod drzwiami jestem — powiedziałem.
— Głos ci drży — zauważył.
— Bo biegłem — wymamrotałem. 
                     Po drugiej stronie słuchawki rozległa się cisza. Chris po chwili się rozłączył. Stałem pod drzwiami i marzłem mimo pory roku. Nocy bywały naprawdę chłodne. W mieście panował taki spokój, że moich uszu dobiegł dźwięk kroków stawianych na schodach wewnątrz mieszkania. Poczułem się lepiej, kiedy zaczynałem rozumieć, że Chris i ja nadal się przyjaźnimy. Kiedy tylko otworzył drzwi, rzuciłem mu się w ramiona, kurczowo przyciskając twarz do jego torsu.
— Cały się trzęsiesz — odparł.
— N-nie mów do mnie tak szorstko — wyjąkałem. Zauważyłem wtedy, że faktycznie nie mam panowania nad swoim głosem. Zacząłem płakać, choć nie wiedziałem dlaczego.
— Co się stało, Michael? — zapytał z troską.
— Miałem zły sen... — powiedziałem cicho.
— Jak bardzo zły? — pytał dalej. 
— Okropny — odpowiedziałem.
— Ale już zniknął i więcej się nie pojawi — odrzekł, wplatając palce w moje włosy. 
— Mogę zostać? — zapytałem. 
                         Kiedy spaliśmy w jednym łóżku, za każdym razem układaliśmy się w ten sam sposób. Leżeliśmy w tej samej pozycji, kiedy mieliśmy po trzy lata, po dziesięć, czy też po trzynaście. Zawsze obejmował mnie ramieniem, a ja chowałem głowę w jego karku. Tym razem jednak wtuliłem się w jego ciało jeszcze bardziej, by, w razie koszmaru, móc obudzić się i mieć totalną pewność, że Chris nie zniknie. Położył prawy nadgarstek na moim biodrze, a jego dłoń bezwładnie osuwała się na moje pośladki. Byłem jednak zbyt przerażony, by się na niego wkurzyć i kazać mu ją zabrać. 
                    Tej nocy nie dręczyły mnie już złe sny. Od rana jedynie bolała mnie głowa i czułem, jak bierze mnie powoli grypa. Chris wyszedł z łóżka około ósmej. Kazał mi wstać, ale nie miałem ochoty. Poszedł przygotować coś na śniadanie. Musiał niedługo wychodzić, bowiem Ryan zwerbował go do czegoś, do czego mnie wybrać nigdy nie chciał. Był bowiem właścicielem przekazywanej z pokolenia na pokolenie firmy. Stanowczo zanegował możliwość przejęcia jej przeze mnie, jednak kiedy zmienił sobie syna, wydał się on idealnym kandydatem na to stanowisko. Tego dnia Chris chciał pojechać do roboty z ojcem i podjąć praktyki. 
                    Kiedy Chris opuścił pokój i udał się do kuchni, otworzyłem szafę z jego ubraniami. Nie miałem ochoty wracać do domu w samych bokserkach do spania. W szufladzie z bielizną znalazłem jakieś całkiem przyzwoite gacie, a z wieszaka zdjąłem zwyczajną czarną koszulkę z krótkim rękawem. Strasznie ją lubiłem, a Chris bardzo rzadko ją zakładał. Szybko odziałem się w te dwie części garderoby i, zupełnie zapominając o spodniach, zacząłem paradować przed dużym lustrem stojącym w pokoju. Wyciągnąłem ręce wysoko do góry, przeciągając się i ziewając przeraźliwie. W tym samym momencie do pomieszczenia wrócił Chris. Zatrzymał się w przejściu z dziwnym szokiem wymalowanym na twarzy. Ja zaś zastygłem w tej pozycji, dziwiąc się jego zaskoczeniu. I nie ruszałem się nawet wtedy, kiedy zamknął za sobą drzwi i zaczął iść z moim kierunku. Miałem refleks szachisty i wiele rzeczy zauważałem po fakcie. Nawet to, że zostawił mi na odkrytym biodrze krwistą malinkę. Chciałem go odepchnąć, lecz było już za późno. Rzucił się na mnie z łapami, popchnął na łóżko i zaczął łaskotać. Nienawidziłem tego. Łaskotki miałem chyba w każdym możliwym miejscu. Krzyczałem głośno i motałem się po całym łóżku, a on nie dawał za wygraną.
— Pozwól mi zrobić drugą, to sam ci spokój — powiedział ze śmiechem. 
— N-nie ma mowy... A... Ała, Chris, to boli! — wrzeszczałem. — Dobra, no, niech będzie, kurwa, ała! Ale w jakimś mało widocznym miejscu...
                    Wytrzeszczyłem oczy i poczułem zimny dreszcz. Chris powoli rozszerzył moje kolana. Po chwili jego usta znalazły się na wewnętrznej stronie mojego uda. Jego policzek ocierał się o moją męskość, a ja starałem się nie przypominać sobie o tym, do jakiego stanu doprowadził mnie nieumyślnie jakiś czas temu. Sam w zasadzie nie wiedziałem, dlaczego mu na to wszystko pozwalam. 
                    Po chwili wyszliśmy z pokoju. Chris poszedł smażyć amerykańskie naleśniki, ja zaś udałem się do łazienki. Nie zamknąłem za sobą drzwi, bo postanowiłem tylko umyć zęby. Chris mawiał, że szorowanie zębów jedną szczoteczką to prawie jak bezpośredni pocałunek, ale gówno mnie to obchodziło. Jak gdybym używał jego szczoteczki po raz pierwszy. 
— Dobrze, że jesteś, Michael — przywitał się ze mną Ryan. 
— Cześć, tato — odparłem odruchowo. W zasadzie nie chciałem zwracać się do niego po imieniu.
— Miałem akurat do ciebie pewną prośbę — odparł, opierając się o wannę i wyciągając gazetę. Miał na sobie ten śmieszny, długi zielony szlafrok. 
— Tak? — zapytałem z ustami pełnymi piany.
— Moglibyście ruchać się ciszej? — zapytał, a cała piana wylądowała nagle, na moje szczęście, w umywalce. Zakrztusiłem się i nie mogłem zaczerpnąć powietrza. 
— My nie... — wyjąkałem.
— Chris! — krzyknął wtedy. — Moglibyście, tak na przyszłość, ruchać się trochę ciszej? 
— Jasne, tata!


Jebane Cartery.

13.11.15

Kołdra dająca szanse na przyszłość

Dział: Maniakalny przypadek.
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi.



ej, ten Eminem z Dido, co poleciliście to mega spoko, ale błagam, nie zarzucajcie mnie J-Rockiem, bo do tego, co mam zamiar zrobić, muszę trochę posłuchać tego, co podacie, a ja leżę aktualnie na ziemi i sram przygnieciona Yohio, kimkolwiek ten facet jest
pls coś, co nie jest J-Rockiem, przyjmę wszystko poza tym i Disco Polo xs
____________________________________________________

                         Chris nie zabrał jeszcze swojego pianina, a ja miałem zamiar z tego korzystać. Był upalny, wolny od zajęć wtorek, a ja siedziałem prawie nago przy instrumencie, usiłując zapomnieć o przytłaczającej mnie temperaturze. W zasadzie kompletnie nie znałem się na muzyce, lecz nudziło mi się jak jasna cholera i byłem zbyt wyczerpany gorącem, by być w stanie malować. Lato zabijało moją pasję i rozwój. Nie miałem ochoty tego dnia widzieć się z Chrisem. Nie zdążyłem go jeszcze zapytać, jak mu idzie w relacjach z nowym ojcem. Nadal bałem się rozmawiać z przyjacielem, bo odkąd powiedział mi o swoich uczuciach, jakoś nie czułem się komfortowo w jego towarzystwie. Sam nie wiedziałem dlaczego. Uznałem, iż najlepszym lekiem na to będzie czas. Tak długowieczna przyjaźń nie mogła się przecież zepsuć z tak błahego powodu. 
                         Ojciec poprosił mnie, bym zrobił zakupy, nim wyszedł do pracy. Bardzo chciał wziąć sobie wolne od roboty na jak najdłużej, by przeznaczyć swój czas tylko i wyłącznie dla mnie, lecz nie pozwoliłem mu na to. Rozleniwiłby się i zapewne nie wróciłby już do firmy. Tak czy inaczej miał przecież wolne poranki, a ja zwykłem wstawać dość wcześnie, bo był to jedyny czas poza późnym wieczorem, kiedy pogoda nie utrudniała mi wszelkich działań i czynności. Wyszedł więc ze smutną miną, zostawiając uprzednio kartkę z listą zakupów na lodówce. Był zwolennikiem tradycyjnych metod, jeśli o to chodziło. Nie wystarczyło wysłać wiadomości ani zapisać sobie spisu w notatce w telefonie. Trzeba było zabrać z domu siatkę z tkaniny oraz papierową karteczkę z nabazgranymi przedmiotami do kupienia. W jakiś sposób mnie to bawiło, ale na szczęście pozytywnie. 
                         Myślałem, że zejdę na zawał, kiedy opuściłem dom. Moja skóra zdawała się topić. Obawiałem się, iż nie będę w stanie przebyć czwartej części mili, nim się nie rozpłynę. Oczyma wyobraźni widziałem już, jak moje ręce pokrywa żar i pali je doszczętnie. Ojciec miał samochód z klimą, że też sam nie mógł tego załatwić! Najbliższy market spożywczy na szczęście nie znajdował się daleko. Skręciłem w zacienioną przecznicę i odetchnąłem z ulgą. Różnica była kolosalna. Jeszcze większe wytchnienie odczułem, kiedy postawiłem swoje stopy w sklepie, który posiadał zbrojenia obronne przed latem. Klimatyzacja była wspaniała. Chciałem się jej oświadczyć. 
                         Wyciągnąłem z tylnej kieszeni szortów małą pogniecioną karteczkę. Ojciec miał obsesję na punkcie zdrowego żywienia. Wyglądało na to, że całkiem dobrze zna się na dietetyce. W zasadzie sam wyglądał jak warzywo. Nie lubił chodzić na siłownię ani biegać, dlatego był wychudzony, choć zdrowy. Ja zaś byłem hipokrytą, gdyż wyglądałem dokładnie tak samo jak on. Udałem się powoli w stronę koszy z warzywami, zaciągając się chłodnym powietrzem klimy niczym palacz cygarem. 
— Nie sądziłem, że cię tutaj spotkam. — Usłyszałem nagle niski męski głos tuż obok siebie. Obróciłem nerwowo głowę, choć po chwili okazało się, że niepotrzebnie się zestresowałem.
— Cześć, Bill — rzuciłem obojętnie.
— Jak ci idzie? — zapytał.
— Ogórki wybieram — odparłem szorstko. 
— Widzę, że nie zmuszasz się już do rozmów ze mną — powiedział. — Czyli już nie oszukujesz samego siebie?
— Kurwa — wycedziłem przez zęby. — Wiesz, ja bardzo nie lubię, kiedy ktoś mi wmawia coś, co nie jest prawdą.
— Jesteś przekonany swojego braku uczuć czy tylko strzelasz? — zapytał. Przemilczałem ten moment, dlatego postanowił gderać dalej. — Nie fantazjowałeś nigdy na jego temat?
— C-co? — zadałem pytanie, nie ukrywając szoku.
— Wyobrażałeś sobie jakiekolwiek sceny mniej lub bardziej erotyczne ze swoim i jego udziałem? — pytał dalej.
— Nie, dlaczego miałbym... — wyjąkałem.
— Spróbuj — polecił. — Wtedy może coś zrozumiesz. 
                              Mawiano, że jeśli trzecia osoba mówi ci, iż jesteś osłem, należy kupić siodło. Zarówno Ryan, jak i Chris, a nawet Bill, uznali mnie za geja. Zaczynałem poważnie się nad tym zastanawiać, choć nadal brzmiało to dla mnie głupio i nielogicznie. Miałbym się podkochiwać w najlepszym przyjacielu? Ponadto Chris powiedział, że poczuł coś do mnie długi czas po tym, gdy zauważył coś z mojej strony. Ile więc lat trwała iluzja, której nie dostrzegałem? To było przecież totalnie niemożliwe, żebym zakochał się w kimś i nie wiedział o tym, choć otoczenie odbierałoby moje zachowanie wyjątkowo jednoznacznie. To się kupy dupy nie trzymało. 
                                Wróciłem do domu. Ojciec kończył robotę koło północy, a dochodziła dziesiąta. Na dworze powoli się już ściemniało. Spojrzałem na ogórka wystającego z papierowej torby. Pomyślałem, że życie jest cholernie niesprawiedliwe. Mimo wszystko postanowiłem spróbować, niezależnie od tego, jak mój eksperyment by się skończył. Udałem się do swojego pokoju i zasłoniłem do połowy żaluzje. Rzuciłem okiem na swoje łóżko. Czułem, że moje serce bije nieco szybciej, a wszystko przez tę cholerną adrenalinę, która wzięła się nie wiadomo skąd. Nie skakałem przecież na bungee. Czyżbym obawiał się efektów doświadczenia? 
                         Odsunąłem na bok kołdrę i położyłem się w półmroku na łóżku. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się martwo w sufit, głęboko oddychając. Nie spieszyło mi się, choć byłem trochę ciekaw. Z drugiej strony odczuwałem falę dziwnego strachu. I ekscytacji. Nie potrafiłem zdefiniować genezy swoich odczuć. Kiedy poczułem, że nadszedł czas, zamknąłem oczy i pozwoliłem działać wyobraźni. Jako kreatywny człowiek z ogromną pasją do malarstwa i niezliczonymi pokładami dziwnych, abstrakcyjnych myśli, wiedziałem, iż nie będę mieć problemu z obrazowym ujrzeniem tego, co będę chciał zobaczyć. Dlatego już po chwili przed oczyma mojej wyobraźni pojawił się Chris. Nadal nie byłem przekonany, czy dobrze postępuję, jednak propozycja Billa kusiła mnie niewyobrażalnie, choć tego typu poczynania nigdy wcześniej nie przyszły mi do głowy. Aby nadać iluzji nieco pikanterii, Chris pozbawił się koszulki, został w zasadzie w samych bokserkach. Leżałem na łóżku tak, jak w rzeczywistości, jednak w mojej imaginacji znajdowałem się w swoim starym domu, w obecnym łóżku Chrisa. Siedział na skraju i przypatrywał mi się z ciekawością. Poczułem wówczas, jak płoną moje policzki. Cieszyłem się, że nikt poza mną nie posiada klucza do moich prywatnych myśli. Chris przysunął się wtedy do mnie i zaczął powoli zdejmować ze mnie ubrania. W rzeczywistości zacząłem powoli się rozbierać, raz po raz przy okazji, niby przypadkowo, delikatnie ocierając się dłońmi o skórę swojego torsu czy też ud. Wedle złudzenia był to oczywiście dotyk Cartera, który wywołał na całym moim ciele zimny dreszcz. Przełknąłem głośno ślinę. Zacząłem powoli pieścić swoje sutki, mając przed oczyma wyobraźni podniecony wzrok Chrisa, którego podnieceniu postanowiłem dać upust. Jęknąłem cicho. Przesunął swoje duże męskie dłonie po moim torsie i, z cichym chichotem, zaczął finezyjnie strzelać gumką moich bokserek. Przesunął rękę po mojej męskości, która momentalnie stanęła na baczność. Wygiąłem się w łuk. Pozbawił mnie bielizny i oto leżałem przed nim w całej swojej nagiej okazałości. Patrzyłem mu prosto w oczy i uśmiechałem się delikatnie. Zaczął delikatnie pieścić mojego członka, gdy nagle... 
— Coś się tak wystraszył? — zapytał wtedy. 
— Możesz pukać następnym razem? — spytałem z nieukrywanym zdenerwowaniem. — Ledwo zdążyłem przykryć się kołdrą.
— Przecież jest ciepło — odpowiedział ze śmiechem. 
— Ale... nie mam na sobie ubrań — wyjąkałem. 
                        Chris, który pojawił się znienacka w moim domu, rzucił mi wtedy dziwne spojrzenie. Przegryzł wargę i uśmiechnął się zawadiacko, a moja agresja automatycznie wzrosła. Wiedziałem bowiem, że zacznie się ze mnie wyśmiewać, dodatkowo kokietując i usiłując zobaczyć, jak wyglądam nago. Kurczowo trzymałem się kołdry, która jako jedyny przedmiot na świecie dawała mi szansę na przyszłość. 
— Więc w zasadzie mogę zrobić z tobą, co tylko zechcę — mówił, idąc w moim kierunku i uśmiechając się złośliwie. Ale mnie nie było do śmiechu. 
— Jak zwykle kiepskie poczucie humoru — syknąłem. 
                        Chłopak usiadł okrakiem na moim brzuchu i zaczął zsuwać ze mnie pościel. Jakimś cudem szło mu całkiem nieźle i już po chwili cały mój tors był zupełnie odkryty. Bałem się, że na tym nie poprzestanie. 
— I co teraz? — zapytał, pochylając się nade mną. 
                         Wtulił twarz w moją szyję, a ja zapłakałem w duchu. Tylko Bóg wiedział, jak ta patologia się zakończy. Poczułem, jak obsypuje mój kark pocałunkami, choć wyraźnie kazałem mu przestać. Zsuwał się coraz to niżej, nieumyślnie ocierając się kroczem o moje. Oddychałem głęboko i kurczowo zastanawiałem się, co zrobić. Nie mogłem go nawet odepchnąć, gdyż musiałbym puścić kołdrę, a skończyłoby się to dla mnie katastrofą. Chris nie przestawał. Całował mój tors, a po chwili przeniósł się na moje sutki, które umiejętnie pieścił językiem. 
— Przestań, nie chcę, rozumiesz...? — wyjąkałem. 
— Więc dlaczego tak zesztywniałeś? — zapytał, podnosząc głowę. 
— Wydaje ci się — wycedziłem przez zęby. — Podam cię o gwałt, jeśli nie przestaniesz. 
                         Roześmiał się głośno, po czym spojrzał mi głęboko w oczy. Oblizał usta, nie urywając kontaktu wzrokowego. 
— Gdybyś tylko wiedział, jak słodko teraz wyglądasz — powiedział, zbliżając swoją twarz do mojej. Nasze nosy otarły się, lecz wiedziałem, że nie ma zamiaru mnie całować. — Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciał zdjąć z ciebie kołdrę. 
— Nie próbuj — syknąłem.
— Nie martw się, nie zrobię tego — powiedział, schodząc ze mnie. — Byłbym śmieciem. Mówiłem już, że nie będę cię do niczego zmuszać. Przyszedłem tylko oddać ci książki. Zwijam do siebie, może wpadnę jutro. 
                         Wyszedł, nie gasząc światła. Pozostawałem w bezruchu, dopóki nie usłyszałem, jak zamyka drzwi wyjściowe. Westchnąłem wtedy z ulgą i zrzuciłem z siebie pościel. Na moich udach ujrzałem spływającą białą ciecz, która znajdowała się również na prześcieradle. Przekląłem samego siebie w myślach. 


12.11.15

Mój były ojciec

Dział: Maniakalny przypadek.
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi.



A więc Akai, która wygrała karę, jako miasto wybrała coś, co Was bardzo ucieszy, bo jest całkiem niedaleko Ślunska. Otóż Szczecin. 
Jeśli ktoś z Was poza Akai ma zamiar się tam pojawić, pisać do mnie na fejsie, będę informować o terminach. 
Do zobaczenia, smrody!
PS. Chcę od Was ulubione kawałki, niezależnie od gatunku muzycznego. W komentarzach, pls. Sami zobaczycie, co mam zamiar z tym zrobić. 
_______________________________________

                         Z jednej strony pojawiający się nagle ojciec uratował mi tyłek, nie wiedziałem bowiem, w jaki sposób rozmawiać z Chrisem. To było, kurwa, dziwne. Z drugiej jednak wprowadził do mojego życia kolejną część nieustającego ostatnimi czasy niepokoju, gdy powiedział, że ma pewne przypuszczenia i chce porozmawiać z ojcem Chrisa. Byłem prawie pewien tego, o czym chce gadać. Musiał słyszeć naszą rozmowę. Zapewne był jednym z tych chorych homofobów, w których odzywa się żądza mordu na samą myśl, że ktokolwiek w otoczeniu jest homoseksualistą. Musiał zażartować, kiedy zdiagnozował mi bycie gejem. A teraz wewnętrznie pewnie czuł się cholernie wkurzony, bo stwierdził może, że Chris swoim wyznaniem chce mnie do czegoś zmusić. Mój przyjaciel jednak nie skomentował tej sytuacji. Jego ścisły kodeks moralny na pewno nakazał mu wypełnić polecenie mojego ojca i stawić się tego dnia ze swym rodzicielem u progu naszych drzwi. Było za późno, by cokolwiek zmienić. 
— W każdym razie, Michael — mówił dalej. — Niezależnie od tego, co zrobisz, czy coś poczujesz, czy też nie poczujesz. Nie mów więcej w taki sposób, jakbyś chciał mi coś odebrać.
— A co, jeśli nie chcę cię ranić? — spytałem. — Masz zamiar całe życie dotrzymywać mi kroku? Nawet, kiedy będę stać na ślubnym kobiercu i poproszę cię o bycie drużbą?
— Oczywiście — odpowiedział, śmiejąc się cicho. — Na pierwszym miejscu wśród moich priorytetów stoi twoje szczęście. Niezależnie od tego, czy to ja ci je dam, czy ktoś inny. 
— Jesteś chory psychicznie — syknąłem. — Żaden logicznie myślący człowiek nie rozumuje w tak masochistyczny sposób.
— Może — westchnął. 
                              Później w zasadzie rozmawialiśmy tak jak kiedyś i stres zniknął. Starałem się zapomnieć o tym, co mi powiedział i ewentualnie przeanalizować to raz jeszcze w przyszłości. Chyba się bałem, że to zniszczy naszą przyjaźń. A może nie chodziło o to? Nie miałem zielonego pojęcia, jednak czułem, iż nie jest to czas na przemyślenia. Chris zadzwonił do ojca z pytaniem, czy tamten mógłby wyrwać się na dwie godziny z pracy. Jego stary był tak ucieszony prośbą swojego syna, że postanowił wziąć sobie cały dzień wolnego, by przeznaczyć swój czas dla syna. Chris z zażenowaniem drapał się po głowie, kiedy mi o tym opowiadał. 
                              Tego dnia czas mijał naprawdę szybko. Nim się obejrzałem, siedzieliśmy już z ojcem przy stole w kuchni, niecierpliwie czekając na przyjazd Bennettów. Wypytywałem, by się trochę uspokoić, lecz rodziciel nie chciał mi o niczym mówić. Gderał jedynie, że nie jest czegoś pewien, więc nie będzie jeszcze zaczynał rozmowy. Wkrótce goście przybyli. 
                              Mój ojciec nakazał Chrisowi usiąść obok siebie, co zaskoczyło zarówno mnie, jak i mojego przyjaciela. Pan Bennett posłusznie zajął miejsce obok mnie. Był chyba tak samo skołowany, kompletnie nie wiedział, co się dzieje i na co komu takie spotkanie rodzinne. 
— No co tam, Ryan? — zapytał, śmiejąc się. — Dawnośmy się nie widzieli. 
— Wiesz, Joe — zaczął. — Jest taka sprawa niecierpiąca zwłoki. 
                              Ich relacje wyjątkowo bardzo przypominały te, jakie działały między mną a moim najlepszym przyjacielem. 
— Spójrz na mnie — nakazał mój ojciec. — A potem spójrz na swojego syna, który siedzi obok mnie. 
— O kurwa — syknął. — Tośmy się chyba trochę późno zorientowali. 
— I co teraz? — zapytał.
— Nie wiem, no, może do szpitala pojedziemy? — zaproponował. 
                         Chwilę później siedzieliśmy już w samochodzie. Chris dopytywał się o szczegóły, ale nasi ojcowie mieli nas głęboko gdzieś i ucinali sobie dziwną pogawędkę, mimo że sytuacja wyglądała na poważną. Mój przyjaciel wyglądał na wkurwionego. Oparł się łokciem o szybę i przez całą drogę spoglądał przez okno, nie mówiąc do mnie ani słowa. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nadal rodziciele nas ignorowali. Szli przed nami, załatwili coś w recepcji i poszli na górę. Postanowiliśmy zostać przed budynkiem, chyba nawet nie zauważyli, że nas zgubili.
— Pojebani — syknął Chris.
                         Usiadłem na ławce tuż przed nim i oczekiwałem erupcji wulkanu. Może nie takiej, jaką on wyobrażał sobie u mnie na jego widok. Raczej ciekaw byłem, kiedy z agresją zacznie rozpieprzać wszystko, co znajdowało się wówczas wokół. Starał się jednak zachować stoicki spokój. Wyraz jego twarzy zmienił się dopiero wtedy, kiedy ojcowie wrócili i z pełną beztroską oznajmili:
— Bo w sumie to was pomylono po narodzinach. 
                         Chris sarkastycznie uniósł jedną brew. Zapewne czuł się wtedy tak jak ja, gdy wyznał mi miłość. Podrapałem się z lekkim zażenowaniem po głowie. Oczywiście ruszyło mnie to w jakiś sposób, lecz nie byłem w stanie zdefiniować, w jaki konkretnie. 
— To wyjaśnia dlaczego nie mogliśmy dogadać się z ojcami, Chris — wymamrotałem licząc na to, że mój głos go uspokoi.
— Mówicie to z takim cholernym spokojem, jakby nic to was nie obchodziło... — wycedził przez zęby przyjaciel.
— Synu — zaczął pan Bennett. — Albo i nie synu... W sumie zawsze będziesz moim synem tak czy inaczej, ale często narzekałeś, że jestem kiepski w roli ojca, w dodatku miałeś gdzieś to, jak się wtedy czułem. Więc czy tak nie będzie dla ciebie lepiej?
— Więc nazywam się Michael Bennett... — odparłem sam do siebie. — Chris, to brzmi tak, jakbyśmy wzięli ślub!
                        Chris strzelił buraka i wtedy zorientowałem się, że nie powinienem był mówić czegoś takiego. Wpadka, która nie powinna była mieć miejsca, cholera. 
— Żałuję, że mój syn nie będzie miał charakteru typowego Cartera — odezwał się mój były ojciec. — Przez twoje wychowanie, Joe, musiał stracić wszelkie swoje walory. 
                        Chris uśmiechnął się wtedy krzywo. Zdecydowaliśmy spróbować zamienić się miejscami. Udaliśmy się do urzędu, żeby zmienić nazwiska. Trwało to cholernie długo, ale jakoś czułem, że powinniśmy to zrobić. Wieczorem przewoziliśmy rzeczy z domu do domu, choć Chris nalegał, bym zostawił mu chociaż swoją bieliznę. Dostał w łeb, ale i tak nie spoczął na laurach. Zorientowałem się potem, że brakuje mi jednej pary bokserek. Niewyżyty kretyn. 
                         Kiedy skończyliśmy, wybiła jedenasta wieczorem. Prawdziwy Carter wrócił z moim byłym ojcem do mojego byłego domu, a ja zostałem ze swoim nowym ojcem w nowym domu i z nowym nazwiskiem. Gdyby nie fakt, że często bywałem u Chrisa, pewnie czułbym się dziwnie w tym mieszkaniu. A tak - byłem w pełni bezpieczny. Usiedliśmy z ojcem w moim pokoju na łóżku. jedliśmy ciastka i piliśmy drinki. 
— Też masz tu pieprzyk! — krzyknął z entuzjazmem, wskazując na mój łokieć. — Zobacz...
— Faktycznie — zdziwiłem się. — A tutaj masz?
— Tutaj nie mam — odparł. — A nie, mam, trochę dalej.
                        Rozmawialiśmy o totalnych głupotach, o których zawsze chciałem pogadać z Ryanem Carterem, ale tamten uznawał mnie za idiotę i szedł do siebie. W końcu czułem, że mam prawdziwego ojca. I odnosiłem dziwne wrażenie, iż Chris jest w podobnej sytuacji. Odczuwałem tak cholerne wsparcie, kiedy mój tatek patrzył na mnie z takim szerokim uśmiechem i zwracał się do mnie "synu". Oczywiście nie miałem najmniejszego zamiaru zapominać o zasługach Ryana, bowiem poświęcił mi całe dziewiętnaście lat. Było mi mimo wszystko cholernie przykro, tak przykro jak było też Chrisowi i naszym rodzicom. Każdy z nas był zmuszony zacząć nowe życie z nową osobą u boku, jednocześnie w jakiś sposób tracąc tę, z którą żyliśmy przez całe nasze życie bądź przynajmniej większość. Musiałem nauczyć się przestawiać jako Michael Bennett, choć wiedziałem, że początkowo odruchowo będę nazywał sam siebie Carterem. Z kolei nazwisko "Bennett" zdawało mi się o wiele lepiej pasować do imienia, usposobienia, nawet wyglądu. Sam nie wiedziałem dlaczego. Lecz wiedziałem przynajmniej, po kim odziedziczyłem bujną blond czuprynę. 


Znam twojego ojca

Dział: Maniakalny przypadek.
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi.



                         Przyjaciel był chyba trochę zdziwiony, że nie zaproponowałem mu noclegu z soboty na niedzielę mimo wolnego mieszkania. Musiał zauważyć, iż coś jest nie tak, chociażby po mojej minie. Tym razem jednak nie wypytywał o szczegóły, jedynie uśmiechnął się, potaknął głową i wyszedł, prosząc jeszcze na odchodne, bym dzwonił, gdybym chciał porozmawiać. Kiedy tylko opuścił mój dom, rzuciłem się bezwładnie na łóżko. Nie mogłem znieść myśli, że mnie okłamuje i nawet mu brewka nie tyknie. Prawie dorównywał Kurskiemu. Co mu odbiło po tych wspólnie spędzonych dziewiętnastu latach? Naprawdę aż tak bardzo wolał kłamać, niż mnie zranić? Ranił mnie bardziej długotrwale, czyniąc w ten sposób. Zawiodłem się. Chris był przecież człowiekiem, który zawsze wiedział, co będzie dla mnie najlepsze. Dlaczego więc tak bardzo cierpiałem?
                         Ojciec wrócił do domu nad ranem. Był to pierwszy poniedziałek wakacji. Wtarabanił się do domu dość głośno, chyba się wywalił, bo około czwartej moich uszu dobiegło donośne "kurwa", szybko wyciągające mnie z krainy Morfeusza. Może i lepiej, że wrócił, bo tej nocy nie mogłem spać. Zszedłem więc na dół i usiadłem w kuchni. Gdy ojciec zapytał, co robię, powiedziałem, że to chwilowa bezsenność. Nie miałem ochoty mówić niczego więcej. Dobrze wiedziałem, że się nie dogadamy. Przyjrzałem się jego ciemnym włosom. 
— Tato, mama była blondynką? — spytałem nagle. 
— Nie, była ciemna fizycznie i psychicznie — syknął.
— To po kim jestem blondynem? — zapytałem wtedy. 
— Cholera wie — odpowiedział, po czym zniknął za drzwiami swojej sypialni.
                         Nie lubił mówić o matce. Nie wzięli ze sobą nawet ślubu i rozstali się niedługo po tym, jak się urodziłem. Wiedziałem tylko tyle, że zwiała, gdyż uznała, iż jest zbyt młoda, by kończyć swoje życie dzieciakiem. Szczerze mówiąc miałem to głęboko gdzieś. Nie zwykłem przejmować się idiotami. Zastanawiałem się tylko, do czego tego typu kobieta była potrzebna ojcu. Jednak zawsze, kiedy pytałem, urywał temat i znikał. Domyśliłem się, że jest to dla niego niewygodne. Dlatego starałem się nie nadużywać i nie wnikać w to zbyt często. Choć powinien był powiedzieć mi cokolwiek. Nie wiedziałem nawet, jak ma na imię. 
                         Wybiła czwarta, a ja siedziałem w kuchni. Na dworze powoli świtało. Czułem się cholernie źle. Nie miałem nawet z kim się spotkać, pomijając już fakt, że nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić z kimkolwiek. Byłem wściekły na Chrisa. Zacząłem mimo wszystko zastanawiać się, czy nie powinienem tego z nim wyjaśnić, może jednak miał jakieś super ekstra motywy do kłamstwa. Przecież nigdy wcześniej nie popełniał takich błędów. Poza tym zawsze mnie wspierał, zasłużył przecież na drugą szansę, prawda? Gówno prawda, nadal byłem wściekły. Mimo wszystko sięgnąłem po leżący na stole telefon i zadzwoniłem do niego. Zawsze odbierał, nawet gdy wkurzałem go telefonami w środku nocy.
— Co tam? — spytał na powitanie. Nigdy nie zaczynał od "cześć". Przywitał się zaspanym tonem głosu.
— Musimy pogadać, o której będziesz mieć czas? — zapytałem cicho.
— Za pół godziny u ciebie będę — odpowiedział.
                         Upewniłem się, że drzwi wejściowe są otwarte, a następnie udałem się do swojego pokoju. Panował tam cholerny zaduch, w dodatku mieszkałem od strony wschodu, dlatego postanowiłem wykorzystać ten czas na wywietrzenie pomieszczenia. Usiadłem po turecku na łóżku i w myślach próbowałem poukładać wszystko, co chcę mu powiedzieć. Jednakże naszło mnie dziwne wybaczenie. Nie miałem najmniejszej ochoty się z nim kłócić ani nawet zapytać, czy kłamie i dlaczego. Pragnąłem porozmawiać z nim chociażby o pogodzie. Rozum podpowiadał mi jednak, bym nie był zbyt naiwny, nawet w stosunku do przyjaciela. Byłem zmuszony załatwić tę sprawę dla spokoju ducha, choć wiedziałem, iż nie będzie to proste. Sięgnąłem po szklankę wody stojącą na szafce nocnej i wziąłem łyk. Wszedł w tym samym momencie, nie pukając, a ja omal się nie zadławiłem. Otworzył gwałtownie drzwi i uśmiechnął się tak radośnie, że ja również się uśmiechnąłem. Posiadał taką magiczną moc, rozdawał szczęście garściami. Usiadł obok mnie, a ja spuściłem wzrok. Westchnąłem cicho. 
— Chciałem o czymś pogadać... — zacząłem powoli.
— Pozwól mi zacząć, bo też mam coś do powiedzenia — odpowiedział. 
                         Spojrzałem na niego z ciekawością i przegryzłem wargę. Widziałem w jego oczach coś, co mówiło mi, że zaraz powie mi najważniejszą rzecz w moim życiu. Ale on nadal siedział w milczeniu, jedynie śmiał się cicho. Z zakłopotaniem podrapał się po głowie. I wtedy nagle spoważniał, jak gdyby chciał podejść do sprawy jeszcze raz, na nowo, z większą dojrzałością i odpowiedzialnością. Wziął wdech.
                         Obserwowałem bacznie ruch jego warg i wszystko wskazywało na to, że właśnie to powiedział. Ale nie mogłem uwierzyć w to, co do mnie mówi. Obraz znów stał się zamglony, choć byłem w pełni trzeźwy. Nie byłem w stanie sprecyzować tego, co dzieje się w moim wnętrzu. Nie miałem pewności, czy jestem smutny, czy radosny. Patrzyłem się na niego zszokowany, a on wgapiał się we mnie oczekując jakiejkolwiek reakcji z mojej strony.
— Wybacz, ale nie dosłyszałem, co powiedziałeś — wyjąkałem, a on uśmiechnął się delikatnie.
— Powiedziałem, że Cię kocham, Michael — odpowiedział z wyjątkową pewnością siebie. 
— Nie rozumiem, Chris... — powiedziałem cicho. Moje oczy tak nagle zaszkliły się łzami, jednak kiedy je otarłem, nie pojawiły się już drugi raz. — Przecież ty i Bill... 
— Bill jest zamieszany w tę sytuację, masz rację — westchnął. — Ale to tylko dlatego, że domyślił się dzięki swoim obserwacjom. 
— Czego się domyślił? — zapytałem.
— Chwila... To ty nie o tym chciałeś dzisiaj ze mną gadać? — spytał zszokowany.
— Chyba o czymś innym trochę — odburknąłem.
— Kurwa, pospieszyłem się — syknął. — Nie przewidziałem tego... O czym więc chciałeś rozmawiać...?
— Odkładając na chwilę na bok ten temat... — wyjąkałem. Ta sytuacja mnie przerastała. — Chciałem, żebyś się wytłumaczył, bo jestem na ciebie wściekły. 
— Za co? — spytał. Miał taką minę, jak gdyby kompletnie nie wiedział, o co może mi chodzić.
— Bill zrobił ci malinkę na szyi, a podobno jesteś zakochany — odpowiedziałem rozdrażnionym tonem głosu. — Gdzie tu logika, Chris? Poza tym szlajasz się z nim i masz dla mnie coraz mniej czasu. I mówisz mi, że on mi się podoba. O co w tym wszystkim chodzi?
— Michael? — zdziwił się, unosząc brwi. — Nie obraź się, ale o czym ty, do chuja pana, teraz rozprawiasz?
— Jak to o czym? — zapytałem, podnosząc głos. Chris mnie denerwował. 
— Od początku... Bill zrobił mi malinkę? — zadał pytanie, uśmiechając się lekko. 
— Wróciłeś z nią rano, a mówiłeś, że widziałeś się z nim jako ostatnim — wycedziłem przez zęby.
— Michael — zaśmiał się nagle. — To nie Bill. To ty. 
— JA?! — wrzasnąłem. Byłem w szoku. — Zresztą nieważne, może byłem pijany, przepraszam. Sory, naprawdę.
— Nie mówiłem poza tym, że Bill ci się podoba — mówił dalej ze śmiechem. 
— Owszem — odparłem. — Znaczy, powiedziałeś, że jestem gejem, bo się za nim szlajam.
— Kurwa — syknął. — Serio tak to zrozumiałeś?
— A jak inaczej miałbym to zrozumieć? — zapytałem szorstko.
— Kiedy Bill powiedział mi o swoich domysłach, okazało się, że są takie same jak moje, więc może coś w tym jest — zastanawiał się. — Ogólnie to jest świetnym kumplem, nic poza tym. Ale zważywszy na to, jak bardzo cię jego postać zaintrygowała, jak wiele robiłeś, żeby poznać człowieka, którego nie znosisz, jak wkurwiony na mnie byłeś, kiedy z nim przebywałem, wyszło na jaw coś trochę innego. Powiedz mi jeszcze, czemu się zdenerwowałeś na to, że ktoś zrobił mi malinkę?
— Co? — spytałem, a moje ciało przeszedł ciepły dreszcz. — Bo nie mówiłeś mi całej prawdy. I myślałem, że nasza przyjaźń się zepsuje. Więc jaka jest prawda? Dlaczego miałbym być gejem?
— Co do mnie czujesz, Michael?
                         Spojrzałem na niego, a moje ciało ponownie przeszedł dreszcz. Jednak sam nie wierzyłem, że to może być możliwe. Nigdy nie dopuściłbym do siebie takiej myśli. Nie miałem zielonego pojęcia, kiedy to się zaczęło i dlaczego. Może mówiłem mu jakieś głupoty po alkoholu? Nie, Chris by na coś takiego nie poszedł. Co się, kurwa, stało?
— Chris, to nie jest możliwe — powiedziałem cicho. 
— Nie ma problemu — odpowiedział.
— Chris, kurwa, czy ty znowu uznałeś, że muszę dojrzeć do tego, żeby to zrozumieć? — zapytałem z wściekłością.
— Skądże — odparł.
— Chris, nie wkurwiaj mnie, bo...
— Mogę cię pocałować? — spytał nagle. 
                         Jego pytanie mnie sparaliżowało. W tym momencie nie potrafiłem nawet spojrzeć mu w oczy. Nie przysuwał się do mnie ani nie próbował nic mi zrobić na siłę, ale milczał i czekał na moją odpowiedź, a ja czułem się tak skurwysyńsko, że nie potrafiłem nawet tego opisać. 
— Chris, to nie jest możliwe... — powtórzyłem. 
— Naprawdę? — zdziwił się. — Nie wyobrażałeś sobie nigdy, że się ze mną całujesz?
— Pomyślmy... — zastanowiłem się. — Śniło mi się to raz, jakiś czas temu.
— I jak się wtedy czułeś? — zapytał z uśmiechem. 
                         Znów zamilkłem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, w dodatku nie miałem pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Ta sytuacja była krępująca jak jasna cholera.
— Chris, nie możesz mnie kochać — powiedziałem cicho.
— Kurwa, Michael — wkurzył się. — Możesz dać mi kosza, ale nie odbieraj mi prawa do kochania kogokolwiek, dobra? Jeśli chcesz, nie będę tego okazywać. Ale nie mam zamiaru kochać nikogo innego, nigdy. Zrób z tym, co uważasz.
                        Wtedy podziękowałem Bogu za istnienie mojego głupiego ojca, który nagle wpieprzył się do pokoju. Spojrzał na nas i sarkastycznie uniósł jedną brew. Z kolei Chris znów zaczął mu się dziwnie przyglądać.
— Chłopcze — zwrócił się ojciec do mojego przyjaciela. — Pozwól, że zapytam. Nazywasz się Chris, prawda?
— Tak, proszę pana — odpowiedział, będąc chyba w lekkim szoku. 
— Chris Bennett? — pytał dalej.
— Tak — odparł. Nie mieliśmy pojęcia, skąd ojciec go zna. 
— Czy mógłbyś dziś wieczorem przyjechać ze swoim ojcem? — zapytał.
— J-jasne... — powiedział cicho Chris. — Dlaczego chce pan z nim porozmawiać? Jeśli zrobiłem coś nie tak, najmocniej przepraszam.
— Nic z tych rzeczy — odpowiedział, uśmiechając się lekko. — Znam twojego ojca, jest sprawa, o której musimy pogadać. Dobrze by było, gdybyście przy tym byli. Ale to chyba nic strasznego, mam po prostu pewne przypuszczenia, które warto byłoby sprawdzić.