Showing posts with label nightmare. Show all posts
Showing posts with label nightmare. Show all posts

8.11.14

W dupie to mam.

Dział: In the middle of nightmare.
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Hentai.



NAJKRÓTSZY POST ŻYCIA, BO ZARAZ ZACZYNAM TRZYDNIOWĄ DRZEMKĘ, LEL
______________________________________________________


               ...Marshall? Dlaczego ja krzyczę? Dlaczego płaczę? Dlaczego cię biję? Przecież właśnie takie zakończenie naszej wspólnej historii sobie wymarzyłam. Czy to zwyczajny emocjonalny ekshibicjonizm? A może znowu czegoś mi brakuje?
               Problem tkwił zupełnie w czymś innym. Zwieńczenie naszej przygody było wspaniałym przeżyciem, jednak nadal pozostawało zwieńczeniem. Chyba o to chodzi w romansie, prawda? Emocje narastają stopniowo, prowadząc do punktu kulminacyjnego. A kiedy już do niego dochodzi... to koniec. Później nic już nie jest takie samo. 
               Z jednej strony pragnęłam wyjechać jak najdalej od Youthen, zabierając Marshalla ze sobą. Trzymać się z dala od Alice i nigdy więcej nie pokazywać się jej na oczy. Z drugiej jednak... Co, jeśli to niewypał? Co, jeżeli po tygodniu będę zmuszona powiedzieć mu, że emocje opadły do tego stopnia, iż kompletnie nic nie czuję? Nie wierzyłam w zwyczajne przywiązanie i przyzwyczajenie, które rzekomo były fundamentem stałej i długiej miłości. Nie tłumaczyło to niczego i nie przekonywało mnie. Ani trochę. Czy to oznaczało, że powinien walczyć o mnie i starać się każdego dnia na nowo, żebym nie miała czasu zapomnieć, czym jest prawdziwa namiętność? Niemożliwe. Każdy dałby w końcu spokój, znudzony swoją wieczną tułaczką. To syzyfowa praca. W rezultacie nigdy nie mógłby powiedzieć, że w pełni mnie zdobył. 
               Kiedy powiedział, iż tylko on ma prawo mnie dotknąć... Nie odczułam tego jako romantycznego wyznania. Racja, byłam manipulantką od zawsze. Myślałam tylko, w jaki sposób ktoś może mnie dotknąć tak, by Marshall to zauważył i zainteresował się tym. Życie w monotonii nie było dla mnie. Pragnęłam, by codziennie działo się coś nowego. Nie chciałam zmiany na lepsze. Chciałam zmiany na cokolwiek. 
— Kim dla ciebie jestem? — zapytał nagle.
               Poczułam odpychającą barierę. Zawsze bałam się okazywać swoje uczucia, dlatego często kłamałam, gdy ktoś mnie o nie pytał. Jednakże wiedziałam, że ta odpowiedź zdecydowanie zaważy na moim przyszłym losie. Gdybym teraz powiedziała coś nie tak... to byłby definitywny koniec tej relacji.
— Jesteś księciem z bajki, który uratował księżniczkę — zaczęłam — przy okazji mordując jej rodziców i rozrywając pochwę swoim rumakiem. 
               Jak zwykle nie miałam wyczucia. Mężczyzna spojrzał na mnie z lekką dezorientacją, po czym uśmiechnął się nerwowo. Czekałam z niecierpliwością na gadkę, że wolał mnie kulturalną i wychowaną. Jakże byłby zszokowany, gdyby wiedział, iż nigdy taka nie byłam. Ten człowiek... żył w kłamstwie. Jak wszyscy inni ludzie wówczas mnie otaczający. Mimo to nie miałam najmniejszego zamiaru dzielić się z nimi moim sekretem. A przynajmniej jeszcze nie teraz. 
— Jakieś inne pomysły? — spytał z uśmiechem.
— Jesteś rycerzem, który, wkładając miecz w pochwę, przypadkowo wepchnął go za głęboko — podsumowałam krótko. 
— Rany... — westchnął. — Widzę, że masz dzisiaj specjalną wenę... Może jednak?
— Jesteś szachistą, który miał dzisiaj dobre posunięcia? — upewniłam się. Złapał się za głowę. — Najłatwiej zwalić to wszystko na mnie...
— Claire, koniec, wystarczy — powiedział z lekkim szokiem. — Nie wolisz zapytać, kim ty jesteś dla mnie?
— Nauczycielką, która stawia pały?
               Tego dnia Marshall jakoś nie miał ochoty ze mną rozmawiać. Uznał mnie chyba za zbyt ordynarną dziewczynę. Nie rozumiałam tego do końca - dlaczego tylko mężczyznom przysługiwało prawo do prawienia zbereźnych żartów? 

W dupie to mam. 

4.11.14

Nikt poza mną nie ma prawa cię dotknąć.

Dział: In the middle of nightmare. 
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Hentai. 



               Zdębiałem, kiedy z uśmiechem podawała mi piwo. Postanowiłem jednak nie wszczynać awantur wewnątrz baru, dlatego cierpliwie czekałem, aż skończy zmianę. Czas dłużył mi się i dłużył. Na szczęście udało mi się dorwać ją podczas kilkuminutowej przerwy. Udała się akurat na zaplecze, a ja, korzystając z nieobecności Alice, pognałem za nią. Dopiero wtedy dowiedziałem się o istnieniu ukrytego w dachu niewielkiego tarasu. Claire wyjęła z kieszeni paczkę papierosów, jednak wytrąciłem ją z jej dłoni. 
— Claire... — westchnąłem, próbując ją zbluzgać lub chociażby użyć wobec niej stanowczego tonu. Coś mnie powstrzymywało. Dziewczyna spoglądała na mnie ze strachem. Wyglądało na to, iż nie zauważyła, że za nią biegnę. — Nie rób tego. 
               Spuściła wzrok. Udało mi się odebrać jej paczkę papierosów. Obwiniałem się za pozostawienie jej w rękach właścicielki baru. 
— Nie musisz stosować się do jej rozkazów... — odparłem. — Nie musisz pracować, przecież...
— Sama o tym zadecydowałam — odpowiedziała nagle. — Chcę się stąd wydostać najszybciej, jak to możliwe. 
               Wytrzeszczyłem oczy. Naprawdę podjąłem najgorszą decyzję. Poza tym... przywiązałem się do kogoś. A do nikogo ani niczego nie należy się przywiązywać. Wtedy bowiem pragniemy zatrzymać tę rzecz dla siebie. A zatrzymać nie jesteśmy w stanie niczego. W głowie powoli układałem to, co chcę jej przekazać, gdy nagle...
               Nie wytrzymałem. Pod wpływem emocji zacząłem rozpinać jej obcisłe spodnie, po czym zsunąłem je na dół. Wpatrywałem się w jej uda i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. 
— Claire, kto ci to, kurwa mać, zrobił? — zapytałem ze stoickim spokojem. Moja wściekłość opanowała mnie do tego stopnia, iż jedynym, o czym myślałem, było zamordowanie oprawcy. Spoglądałem na jej jasną, delikatną skórę, która splamiona była zaschniętą krwią. Ktoś ją bił. — Kto to, kurwa, zrobił, pytam?
               Przechyliła głowę w bok. Za wszelką cenę chciała uniknąć odpowiedzi. Trzęsłem się cały ze złości. Oddałem Alice radosną, miłą dziewczynę. Minęło zaledwie kilka dni, a ona zmieniła się w tanią dziwkę, palącą papierosy i podającą piwo w klubie. W dodatku miała pręgi na udach. Gdzie podziało się bezpieczeństwo, które obiecała mi ta kobieta?!
— Kto ci to zrobił? — zapytałem po raz kolejny. 
— Pozwól mi odpowiedzieć, kiedy po mnie wrócisz... — szepnęła. Moje ręce zacisnęły się mocno na jej ramionach. Przegryzła wargę, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie. 
— Wracasz ze mną teraz — syknąłem, szarpiąc ją za rękę. Odepchnęła mnie.
— Marshall, nie traktuj mnie jak świeżo przygarnięte zwierzę domowe — powiedziała. — Nie targaj mną na wszystkie strony. Obiecałeś Alice zostawić mnie pod swoją opieką, wiele już nie zostało. 
— Claire... — westchnąłem. — Nie obawiaj się wyrazić swojego sprzeciwu, jeśli Alice będzie kazała zrobić ci coś złego. Nie traktuj jej jak wyroczni. 
               Oddałem jej paczkę papierosów i opuściłem bar. Stojąc na ulicy widziałem jeszcze unoszący się z dachu ciemny dym. Postanowiłem dać jej wolną wolę. Była przecież prawie dorosła.
               Następnego dnia obudził mnie zapach smażonych jajek z bekonem. Poderwałem się na równe nogi i popędziłem do kuchni, nie zważając kompletnie na mój ani trochę nie ogarnięty łeb. Co, a raczej kogo ujrzałem? Oczywiście. Claire. Nie zauważyła nawet, że wszedłem do pomieszczenia. W jakiś sposób poczułem się szczęśliwy, aczkolwiek postanowiłem udawać bardziej zaskoczonego, niż byłem. Przyzwyczajałem się powoli do jej nowego wyglądu. 
— Co tu robisz? — zapytałem, hamując nasuwający mi się na twarz uśmiech. Odwróciła głowę w moją stronę i przywitała się. 
— Płacą mi na rękę, a ty miałeś pustą lodówkę — odpowiedziała. Podrapałem się po głowie, nie bardzo mając pomysł na odpowiedź. 
                Śniadanie zjedliśmy w zupełnej ciszy. Bałem się pytać o cokolwiek, bo mogłoby to wytrącić mnie z równowagi. Ona prawdopodobnie myślała w podobny sposób, dlatego nie przejmowała inicjatywy. Była całkiem niezłą kucharką, wolałem powoli kosztować jej posiłki, zamiast denerwować się zamiarami Alice. Jednakże po skończeniu jedzenia... Naprawdę ciężko było mi żyć w niepewności.
— Co u ciebie? — zapytałem, przeżuwając ostatni kęs.
— Wszystko dobrze — odpowiedziała niezwłocznie. Czułem, że muszę bardziej pociągnąć ją za język.
— Alice zleciła ci jakieś nowe misje? — zadałem pytanie. Przez chwilę trwaliśmy w niezręcznej ciszy. Czułem już, jak powietrze gęstnieje, a atmosfera robi się coraz ciemniejsza.
— Rozmawiałam z Fredem — zaczęła. — Skoro on również tak uważa, to znaczy, że powinnam działać w ten sposób. Skoro ma mi to wyjść na dobre, nie powinnam tego w pełni odrzucać.
— O czym konkretnie mówisz? — spytałem. — Bądź szczera do bólu, nie masz się czego obawiać. 
— Niech będzie, ale wyrzucę to z siebie najszybciej, jak potrafię — dodała. — Alice stwierdziła, że ze względu na opinie stałych bywalców Nightmare na mój temat, grozi mi pewne niebezpieczeństwo, szczególnie kiedy będę samotnie szlajała się nocami po ulicach Youthen. Dlatego, czysto asekuracyjnie, kazała mi tej nocy przespać się z Tracem. 
               Naprawdę rzadko traciłem rozum do tego stopnia, że przestawałem panować nad swoimi ruchami. Targała mną wtedy nieziemska siła i nie do końca wiedziałem, co robię. Emocje. Wściekłość. Adrenalina. I domieszka strachu. To wszystko płodziło niewyobrażalną motywację, a zarazem nienawiść. Dlatego. Właśnie dlatego już po chwili...
               Jak to się stało? Nie wiem. Smakowały jak maliny, a tuż pod nimi znajdowała się truskawka. Nawet kolory miały podobne. 
               











Tak. 









Właśnie tak było. 











               Jej sutki naprawdę smakiem przypominały maliny. Kazała mi przestać, mimo że powinna była to zrobić, kiedy Alice powitała ją z taką propozycją, a raczej zamiarem. Dlaczego opierała się mnie, zamiast jej? Nie reagowałem. Miałem kompletnie gdzieś jej szloch i bełkot. Zszedłem niżej i delikatnie zacząłem muskać językiem jej łechtaczkę. Wtedy nieco się uspokoiła, jednak poczułem, że mimowolnie zaczyna napinać mięśnie ud. Położyłem na nich dłonie i zacząłem powoli je masować. Kiedy nieco się uspokoiła, wsunąłem w nią dwa palce i manewrowałem nimi na boki, całując ją głęboko w tym samym czasie. Osunąłem ją na łóżko, po czym potarłem lekko członka o jej pochwę. Jęknęła. Zmrużyłem oczy i pocałowałem ją raz jeszcze. Stopniowymi ruchami wchodziłem w nią coraz głębiej. Przy każdym gwałtowniejszym porywie z jej ust wydobywał się przeraźliwy, lecz namiętny jęk, który jeszcze bardziej motywował mnie do działania. Przerwałem błonę. Postękiwałem cicho. Odsłoniłem jej twarz, kiedy zakrywała się ze wstydu rękoma. Spoglądała na mnie w taki sposób, jak gdyby chciała przeszyć mnie wzrokiem i czytać ze mnie niczym z otwartej książki. Kiedy pościel pokryła plama krwi zmieszanej ze spermą, odsunąłem się od niej i... dostałem siarczystego kuksańca w policzek. Mimo to uśmiech nie schodził mi z twarzy. W końcu pozbyłem się problemu.
— Nie ma mowy, Claire — powiedziałem, przytulając ją do swojej piersi. — Nikt nie ma prawa cię dotknąć. Nikt poza mną. 

3.11.14

W moich oczach nadal jesteś królewną.

Dział: In the middle of nightmare. 
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Hentai. 



               Alice... coś ty zrobiła? Rzadko spotykałem takie okazy, jak piękne i kulturalne kobiety. Nie minął jeden dzień, a Claire stała się... stała się monstrum, którego sam się obawiałem. Co prawda pociągała mnie niewyobrażalnie, jednak nie byłem w stanie uwierzyć, że zmieniła się w coś takiego. Alice splamiła jej szlachecką godność. Właśnie dlatego obawiałem się tam zostawiać tę dziewczynę. Kobiecina zamiast nauczyć ją podstawowych sztuczek, przeistoczyła ją w tanią, pustką laskę szukającej wszędzie jakiejkolwiek nadarzającej się okazji do seksu. Przedobrzyła. 
— Nie możesz dać mi wolnej ręki po prostu? — zapytała później. — Nie ufasz mi?
— Alice, kurwa — wycedziłem przez zęby. — Co ty jej zrobiłaś? To nie jest ta sama osoba...
— Miałbyś lepszy pomysł? — zdenerwowała się.
— Alice, cokolwiek... — westchnąłem. — Cokolwiek, ale nie to... 
               Musiałem się napić. Kobieta nie pozwoliła mi wejść na górę. Nie czułem się dobrze przez to, co miałem okazję zobaczyć. Dosiadłem się do stolika, przy którym siedziała akurat Mia z Tracem. 
               Trace Dowland był zdecydowanie najgłupszym człowiekiem, jakiego dotąd poznałem. Koleś był tylko rok młodszy ode mnie, a sprawiał wrażenie chorego umysłowo. Podczas rozmowy odnosiłem wrażenie, że jego mózg nie rozwinął się dobrze podczas ciąży jego matki. Youthen naprawdę nieciekawie wychowywało społeczność... Dlatego potrafiłem się cieszyć z mojej drastycznej przeszłości. Prawdopodobnie tylko dzięki niej udało mi się wyjść na ludzi. 
              Mia przeczesywała delikatnie długie blond włosy mężczyzny. Wydawał się być najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, kiedy opierał głowę na jej kolanach, tuż pod piersiami. Starałem się nie patrzeć w ich stronę i zalewałem się następnymi to kolejkami whiskey. W którymś momencie spizgali się do tego stopnia, iż zaczęli uprawiać seks na kanapie, nie zważając na obecność Freda i mnie. Przysiadłem się do baru, nie chcąc widzieć szczegółów. Po incydencie Trace popędził do łazienki, a Mia poprosiła mnie o odprowadzenie do domu. Była moją oddaną przyjaciółką, dlatego nie miałem prawa jej odmawiać. 
— Kiedy się z nim tak spoufaliłaś? — zapytałem, pomagając jej założyć płaszcz. 
— Nie mam pojęcia, Marshall — odpowiedziała, zanosząc się śmiechem. — Wiesz, że lubię takie niezobowiązujące przyjemności. Poza tym Trace skutecznie potrafi poprawić mi humor. 
— Jesteś pewna, że to nie zasługa alkoholu? — spytałem. — Tak czy inaczej powinnaś dać sobie spokój z tym człowiekiem. 
— Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? — zadała pytanie, krztusząc się wręcz niepohamowanym śmiechem. — Zapewnienie bezpieczeństwa i zaspakajanie pragnień nie jest niczym złym, ale...
— Chyba żartujesz, to jeszcze młody dzieciak, nie ma niczego do zaoferowania — odparłem z zażenowaniem. — Ale z drugiej strony wiesz, kiedy przygarniasz zwierzątko, wypadałoby o nie dbać, no nie?
               Odnosiłem wrażenie, że pochwa Mii jest wielkości dziury ozonowej. Była w stanie pieprzyć się nawet dwanaście razy dziennie, w dodatku z różnymi mężczyznami. Mimo tego, że byłem rodowitym mieszkańcem Youthen i stałym bywalcem Nightmare, nie odpowiadał mi taki tryb życia. Jak wielu inteligentnych z nas, pragnąłem wyjechać stąd jak najszybciej. Jednak zarobki mi na to nie pozwalały. 
               Kiedy wróciłem do domu, bezwładnie osunąłem się na łóżko i zasnąłem. Byłem zbyt pijany, by zadręczać się myślami o Claire. Poza tym przytłaczał mnie fakt, że... prawdopodobnie już ją straciłem. Pragnąłem, by wyszła na ludzi. Być może traktowałem ją bardziej niczym córkę niż siostrę. Nie chciałem, aby wdawała się w złe towarzystwo, wolałem, żeby nie piła alkoholu, póki jest niepełnoletnia. Do mojej głowy przychodziły tak dziwne myśli, iż momentami żałowałem, że wtedy jej nie zabiłem. Jej cierpienie musiało być teraz niewyobrażalne. 
               Następnego dnia około piątej po południu ponownie udałem się do Nightmare. Na próżno szukałem Claire. Nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Podczas rozmowy z Alice dochodziło niemalże do rękoczynów.
— Jakim prawem utrudniasz mi z nią kontakt, Alice?! — wrzeszczałem, zupełnie nie hamując emocji. — Dlaczego traktujesz ją, jakby należała do ciebie?!
— A ty tego nie robisz? — zapytała ze stoickim spokojem, zamykając mi tym samym gębę. — Jeśli poprosi o spotkanie z tobą, zawiadomię cię niezwłocznie. Przyjmij do wiadomości, że być może Claire nie ma ochoty cię widzieć. 
— To niemożliwe... — syknąłem, trzaskając drzwiami. Nie chciałem kontynuować tej konwersacji. Opuściłem bar i udałem się na spacer po mieście. 
               Fred wyjątkowo dziwił się mojej postawie. Pytał, dlaczego tak bardzo o nią zabiegam, martwię się. Miałem do niego ogromny szacunek, często słuchałem jego rad.
— Gdybym był na twoim miejscu, nie pozwoliłbym tak po prostu paść się na swoich dochodach. Tym bardziej, że zbyt kolorowo nie masz — powiedział. — Każ jej znaleźć pracę i zarobić na własne utrzymanie.
— Nie musisz mi tego mówić... — westchnąłem, dopijając piwo.
— Muszę, Marshall — zaśmiał się. — Wyglądasz, jakbyś chciał jej gwiazdkę z nieba podarować. Nie wierzę, że stanowczo jej nakażesz, by zaczęła szukać roboty. Intuicja mi podpowiada, że o stokroć wolałbyś sam harować jak wół, niż obarczać ją pracą.
               Ona po prostu w moich oczach nadal była królewną. Koło niej się przechodziło, jej się usługiwało. Ciosem była dla mnie jej nagła metamorfoza, a co dopiero... Szczerze mówiąc wizerunki księżniczek znałem tylko z bajek. Nigdy nie widziałem, żeby zmywały naczynia, sprzątały dom, pracowały. One jedynie wychodziły na długie spacery, zachwycały się przyrodą i pięknie śpiewały. I dokładnie w taki sposób spoglądałem na Claire. 
— Wszyscy próbujecie zrobić z niej jakąś tanią prostytutkę... — zdenerwowałem się lekko. 
— Nie, Marshall. Musisz ją wychować na pewną siebie kobietę — odpowiedział. — Jeśli tego nie zrobisz, nigdy nie uda jej się wybrnąć z tego bagna. Nieważne, ile ma lat. Znalazła się w takiej sytuacji, iż musi zacząć sobie radzić. Nie pochwalam działań Alice, która jak zwykle idzie na skróty, jednak bliżej mi do jej poglądów niźli do twoich, chłopie. 
               Zaciągnąłem się odpalonym papierosem. Po raz pierwszy nie mogłem zrozumieć toku myślenia Freda. Czy moja opinia była subiektywna? 
— Fred, miałeś kiedyś rodzeństwo? — zapytałem, wpatrując się w ścianę.
— ...nie mów, że ty... — wyjąkał. — Poważnie, Marshall? Uratowałeś laskę i teraz obciążasz się czymś takim?
— No w chuj właśnie... — westchnąłem. 
— Chłopie... — zaśmiał się. — Ty zawsze byłeś zbyt empatyczny. Obyś się na tym nie przejechał w przyszłości. 
               Zastanawiałem się, czy Claire naprawdę mogła mnie unikać. Myślałem również, czy ta erotyczna propozycja z jej strony była prawdziwa. Nie byłem w stanie w to uwierzyć, jednak... jednak gdyby to było szczere... miałaby się za co gniewać?





2.11.14

Cel, który trzyma przy życiu.

Dział: In the middle of nightmare. 
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Hentai. 



               Nie rozpoznał mnie. Naprawdę nie byłam w stanie uwierzyć, że nie rozpoznał tej samej Claire w przebraniu rodowitej mieszkanki Youthen. Dopiero teraz zauważałam, jak bardzo przydawała się kilkuletnia frekwencja na zajęciach aktorskich. W zasadzie nigdy wcześniej nie grałam prostytutki, aczkolwiek czytałam wiele na ich temat w rozmaitych książkach, dlatego nie sprawiało mi to większego problemu. Nie sądziłam, że wypalę z taką sentencją, lecz nie myślałam również, że Marshall będzie się zastanawiał nad odpowiedzią na tego typu propozycję. Czy stałam się piękniejsza? Czy właśnie takiej kobiety szukał? Niegrzecznej, nieco pustej, nierozgarniętej, taniej? Cierpliwie oczekiwałam jego decyzji. Początkowo miałam w zamiarach wyśmiać go i dodać po chwili, że jestem osobą, której szuka, jednakże cisza przedłużała się coraz bardziej, jednocześnie wywołując u mnie coraz większe podniecenie. Namiętność podjudzał jeszcze fakt, iż Rita i Kim zostawiły mnie moment przed kulminacją, minutę po minucie każąc mi fantazjować na temat mężczyzny, który właśnie stał tuż przede mną. 
— Wybacz, nie tym razem — odparł nagle, wprawiając mnie w kompletne osłupienie. Poczułam, jak moje ego spada. Czyżbym nie wyglądała zbyt dobrze?
— Co jest ze mną nie tak? — spytałam półgłosem. Nie mogłam uwierzyć, że mi odmawia.
— Nie o to chodzi — odparł niezwłocznie, uśmiechając się szeroko. — Po prostu priorytetem jest teraz odnalezienie tej osoby. 
— ...kim ona jest, że tak bardzo o nią zabiegasz? — zapytałam, nie dowierzając w jego słowa.
— To osoba, za którą ponoszę pełną odpowiedzialność — odpowiedział. — Póki znajduje się pod moimi skrzydłami, nikt nie ma prawa jej skrzywdzić. 
               Po tych słowach opuścił pomieszczenie i zbiegł na dół, nadal poszukując nerwowo swojej ciemnowłosej siostry. Naprawdę ciężko było mi uwierzyć, że człowiek, który teoretycznie powinien uważać mnie za swojego wroga, tak bardzo o mnie zabiega. Czułam, jak tworzy się między nami nierozerwalna więź, której nikt nigdy nie będzie w stanie zerwać. 
               Tylko czego tak naprawdę mógł chcieć? Dlaczego tak bezinteresownie i bezwzględnie mnie bronił? Kim dla niego byłam?
               Bez zastanowienia zbiegłam na dół i wbrew zakazom Alice udałam się do głównego pomieszczenia, wywołując lekki szok wśród klientów. Słyszałam szepty na swój temat, jednak ignorowałam je. Jedynym, co przykuwało wówczas moją uwagę, był widok Marshalla obściskującego się z czerwonowłosą kobietą, której imienia nie pamiętałam. Szłam przed siebie jak ślepa owca, nie zważając na nic. Nie czułam się w zasadzie jak zdradzona kobieta, to uczucie smakowało zupełnie inaczej. Odnosiłam wrażenie... pustki. Zupełnej pustki zarówno w sercu, jak i w umyśle. Nie reagowałam na bodźce z zewnątrz, jakby czas się zatrzymał. Być może po prostu moja wola nie dopuszczała do siebie silnych emocji, jakie powinny były wtedy mną targać. Podeszłam do obściskującej się dwójki i położyłam Marshallowi dłoń na ramieniu. Obrócił głowę w moją stronę. Tu, w głównym pomieszczeniu baru, światło było o wiele lepsze. Mężczyzna wytrzeszczył oczy. Zorientowałam się, że w końcu mnie poznał. Zmrużyłam powieki.
— Dlaczego przestałeś szukać? — zapytałam cicho. 
               Obydwoje patrzyli na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Nasza trójka stała się obiektem zainteresowania wszystkich obecnie zgromadzonych. Nie wiedzieć czemu, poczułam się w tym momencie winna. To życie chyba jednak nie było dla mnie. 
— Claire! — krzyknęła na powitanie Alice, przekraczając progi baru. 
               Z zażenowaniem i lekką wściekłością spojrzała na Marshalla. Przedstawiła mnie klientom, sprzedając im wersję, którą wcześniej sama przygotowała. Nie byłam nikim na rodzaj grzecznej, ułożonej królewny. Byłam tanią dziewczynką, która straciła pamięć i ktoś odnalazł ją w lesie. Moja szlachecka krew przeobraziła się w zwyczajną, niedrogą lurę, którą mógł dostać pierwszy lepszy przechodzień na ulicy. 
— Chodź, muszę ci coś pokazać — zaczęła kobiecina z uśmiechem, podczas gdy wielu klientów zapraszało mnie do swojego stolika. Kiedy tylko doszłyśmy na zaplecze, wymierzyła mi siarczystego kuksańca w policzek. — Ostrzegałam cię, dziecko... Czy naprawdę chcesz zesłać na nas pogardę i pewną śmierć?!
               Postanowiła w jakiś sposób ukarać mnie za ten występek. Koniec końców zwolniła Freda z nocnych obowiązków sprzątania po klientach i kazała wykonać to mnie. Była szósta nad ranem, a ja harowałam w kuchni, zmywając zarzygane talerze. Wiedziałam, że moje dłonie już nigdy nie powrócą do pierwotnego stanu. Jednak na tym kara się nie skończyła. Alice wystawiła mnie na balkon, kazała się rozebrać, przywiązała do barierki, po czym ubiczowała kilkanaście razy tak mocno, że po moich nagich udach spływały strugi krwi. Taras na moje szczęście był osłonięty, dlatego nikt nie widział mojego ciała. 
               Alice pozostawiła mnie tam na cały dzień i noc, mimo padającego deszczu i ogólnie panującego zimna. Tego dnia nie dostałam nic do jedzenia ani picia. Tęskniłam za Marshallem, mimo że w głowie miałam jedynie widok jego obściskującego się z tamtą kobietą. Straciłam dom, rodzinę, przyjaciół. Stałam się tanią prostytutką, na którą gwizdali pijani mężczyźni w nocnym barze. W dodatku zakochiwałam się w mężczyźnie, o którym nie wiedziałam zupełnie niczego. Niedrogim dziwkom dużo nie było do szczęścia potrzebne. 
               Tej nocy życzyłam sobie umrzeć. Tu nie chodziło o wymierzoną mi karę. Raczej o słowa, które usłyszałam. 
               Kiedy zaczynało świtać, słyszałam głośne pojękiwania piętro niżej. Wskazywało to jednoznacznie na to, iż jakiejś parce zachciało się uprawiać seks w miejscu publicznym. Jednakże... byłam w stanie słyszeć ich dokładniej, kiedy opuścili bar. Poznałam ich głosy. To był Marshall i jego czerwonowłosa przyjaciółka. Byli kompletnie pijani.
— Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? — zapytała w którymś momencie, dławiąc się śmiechem. — Zapewnienie bezpieczeństwa i zaspakajanie pragnień nie jest niczym złym, ale...
— Chyba żartujesz, to jeszcze młody dzieciak, nie ma niczego do zaoferowania — odpowiedział, również zanosząc się śmiechem. — Ale z drugiej strony wiesz, kiedy przygarniasz zwierzątko, wypadałoby o nie dbać, no nie?








"młody dzieciak"








"nie ma niczego do zaoferowania"








"przygarniasz zwierzątko"








"wypadałoby o nie dbać"





               Czułam, jak jego słowa rozcinały mnie na pół. Po raz pierwszy czułam się tak upokorzona. Naga. Przywiązana do barierki tarasu. Mokra od deszczu. Trzęsąca się z zimna. Pobita do krwi. Słysząca, jak mężczyzna jej marzeń kocha się z inną kobietą. Nazwana dzieciakiem niemającym niczego do zaoferowania. Porównana do zwierzęcia, o które wypada dbać, kiedy już się je przygarnie. Czułam, że nie ma tu dla mnie miejsca. Co gorsza nie miałam się nawet gdzie ukryć. Mogłam uciekać, jednak co mogła począć siedemnastolatka niemająca ani grosza w kieszeni? Wyzwoleniem okazała się być Rita, która wyszła akurat na balkon zapalić. Prawdopodobnie znów była zbyt zdenerwowana na klientów, dlatego postanowiła palić tutaj.
— C-Claire...? — zdziwiła się, widząc mnie przywiązaną do barierki. Domyślałam się, jak tragicznie muszę wyglądać.
— Nie ruszaj — odparłam, kiedy próbowała mi pomóc. — Kiedyś ci wyjaśnię. Zasłużyłam na to. 
               Rzuciła mi zdezorientowane spojrzenie. Usiadła obok mnie, zupełnie nie przejmując się zimnymi, mokrymi kafelkami balkonu. Westchnęła głęboko.
— Mogę cię o coś zapytać? — spytałam nagle. Potaknęła. — Gdybyś chciała stąd uciec... jakbyś się za to zabrała?
               Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, odpaliła papierosa, po czym jej niepohamowany wybuch śmiechu zagłuszył wszystkie inne dźwięki dochodzące moich uszu.
— Jakbyś czytała w moich myślach... — powiedziała. — Od dawna to planuję. Właśnie dlatego zatrudniłam się w tym miejscu. Jest śmierdzące tak samo jak jego klienci, jednak ta pensja jest najwyższą, jaką oferują osobom z moim brakiem wykształcenia. Od ponad dwóch lat usiłuję się wydostać z tej dziury.
— Kim byłaś wcześniej? — pytałam dalej.
— Mieszkałam w innym miasteczku, niedaleko stąd — zaczęła. — Moja matka poznała mężczyznę i zapragnęła się do niego wyprowadzić. Ja byłam przeciwna temu związkowi, jednak nie miałam prawa zakazywać czegokolwiek mojej matce. Dlatego przyjechałam tutaj. Mój bliski przyjaciel zaoferował mi stały nocleg i obiecał pomóc w znalezieniu pracy. Mówię o Fredzie, barmanie. Od razu zaznaczał, że nie dogadam się z ludźmi. Miał rację, skurwysyn. 
               Wypuściła dym z ust. Podziwiałam jej stanowczość i pewność siebie. Była niewiele starsza ode mnie, mimo to wiedziałam, że poradzi sobie świetnie w życiu. Ja natomiast byłam zagubioną owieczką, która nie miała pojęcia, dokąd iść. Dlatego postanowiłam objąć cel, który trzymałby mnie przy tym nic niewartym życiu.


__________________________________________________
Mój chentaj staje się romansem, czy mi się wydaje? O rany, w życiu nie posądziłabym siebie o pisanie takiego gatunku (romansu w sensie) oO" To co, ostra scena w następnym rozdziale? :D Kurna nie no... Wam też romanse kojarzą się z typowymi nastolatkami, które przelewają swoje życie prywatne na opowiadanka, które później wrzucają na bloga? Coś typu... 
Był tak przystojny, nie mogłam mu się oprzeć... Istne ucieleśnienie moich najskrytszych marzeń... Tak bardzo grzywka na bok... Tak bardzo obcisłe rurki, w które nawet zesrać się nie można... Tak bardzo korektor na ryju... Wystarczyło spojrzeć na niego, a już czuło się mokrą bieliznę...
Nigdynigdynigdy. Ale spoko, jeśli chodzi o to, raczej nie przelewam własnych doświadczeń na pisanie. :D Moje życie towarzyskie, jeśli chodzi o facetów, nie jest zbyt bogate. Szczerze mówiąc planuję zacząć robić listę o tytule "ilu facetów udało mi się spławić w tym roku". Serio, robię to. Uzasadnieniem może być autentyczny dialog, który zdarzył mi się jakiś czas temu:
Facet: Spójrz, jaki piękny księżyc. W dodatku pełnia. Nie zastanawiałaś się nigdy, czy...
Lis: Ej, srać mi się chce. 
Najbardziej wytrwali wytrzymywali trzy miesiące! Innych trzeba było spławiać tekstem "muszę ci coś powiedzieć... bo ja tak naprawdę... jestem homo". Tak, zrobiłam to. No ale co mam poradzić, za wysokie progi. 
>:D

PS.1 Rany, rany. Na chwilę obecną wiecie o mnie całkiem sporo, tym bardziej po tych wszystkich ciekawostkach wrzucanych na Snays. Powiedzcie, kim jestem w Waszych oczach? 
PS.2 Chizu, zrobiłam specjalnie dla Ciebie fotkę z pięcioma fajami w twarzy. Wrzucę na jakąś tam okazję czy tam bez okazji. Ale jest robiona pralką, tzn. szajsungiem kumpeli. Gówno widać. 
~lisu

Możesz się ze mną przespać.

Dział: In the middle of nightmare.
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Hentai. 



               Pierwsza noc nie pozwoliła mi zmrużyć oka. Uczestniczenie w wojnie wprawiało mnie w niewyobrażalne zmęczenie, a mimo to myśl o Claire spędzała mi skutecznie sen z powiek. Co prawda w pełni ufałem Alice, jednak to nie wystarczało, by móc tak po prostu powierzyć jej człowieka, którego sam ledwo co poznałem. Poprzysięgła mi czuwać nad nią i ofiarować jej bezpieczeństwo, aczkolwiek podejrzewałem, iż pójdzie w zupełnie inną stronę, niż ta, którą sam uważałem za odpowiednią. Była czwarta nad ranem. Nic nie było w stanie powstrzymać mnie od pójścia do Nightmare, mimo obietnicy złożonej właścicielce. 
               Podniosłem się z łóżka, które wydało z siebie głośny brzęk starych sprężyn. Założyłem buty i, celowo omijając szerokim łukiem lustro, opuściłem mieszkanie. Mój wygląd musiał przerażać bardziej niż zwykle. 
               Mijałem wąskie ciemne uliczki, które swoją wonią przyprawiały mnie o mdłości. Moje zmęczenie osiągnęło tak wysokie stadium, iż zastanawiałem się, czy aby na pewno jestem trzeźwy. Szedłem slalomem, powstrzymując się od nagłego zwymiotowania. Nienawidziłem u siebie tej cechy - zawsze musiałem ponosić konsekwencje za własne czyny. Dlatego skręcało mnie w środku na samą myśl, iż uratowana przeze mnie dziewczyna zostanie przez kogoś skrzywdzona, poniekąd w dodatku z mojej własnej woli. Być może traktowałem ją trochę jak siostrę. Młodszą siostrę, która nie potrafi poradzić sobie sama w życiu. Zagrożenie rosło. 
               Cholera, w stanie skrajnego wyczerpania emocje powinny słabnąć, nie nasilać się jeszcze bardziej. Tak przynajmniej sądziłem dotychczas. W chwili obecnej moje ciało naginało się od wyrzutów sumienia. Prócz swojego krzyża, miałem na plecach jeszcze jeden, co więcej zgodziłem się nieść je obydwa bez niczyjej pomocy. Trzymałem w garści więcej niż jedno życie. 
— Marshall, co z tobą — powtarzała, popychając mnie w ramię. — Wyglądasz gorzej niż zwykle.
               Odpowiedziałem jej mrocznym spojrzeniem, na co zareagowała odskokiem w bok. Tuż obok mnie stała Mia. Nikt nie znał jej nazwiska, tłumaczyła się nienawiścią do swojej rodziny, dlatego używano tylko jej imienia. Była zdecydowanie najbardziej pożądaną kobietą mieszkającą w Youthen. Miała śniadą cerę, czerwone włosy i ciemne, czekoladowe oczy, a swoim poczuciem humoru i otwartością przyciągała do siebie tłumy ludzi. Była stałą bywalczynią Nightmare. Wielu sądziło, iż czegoś ode mnie chce, jednak znałem ją na tyle dobrze, że wiedziałem, iż zwyczajnie okazuje swoją towarzyskość. Zawsze zachowywała się w ten sam sposób. 
— Szukam pewnej dziewczyny — wymamrotałem, rozglądając się nerwowo wokół.
               Zareagowała głośnym piskiem, po czym zaczęła wypytywać mnie o szczegóły. Bez zbędnych ogródek wparowałem na zaplecze. W pomieszczeniu spotkałem Ritę i Kim, paliły papierosy i ze zdenerwowaniem relacjonowały sobie jakieś wydarzenie. Nie mogłem znaleźć Alice, dlatego postanowiłem skupić się na szukaniu Claire.
— Nie kręciła się tu gdzieś dziewczyna z długimi ciemnymi włosami? — zapytałem. Pokręciły głowami i, zupełnie mnie ignorując, wróciły do poprzedniego tematu. Zdecydowałem się udać na górę. Wiedziałem, że Alice posiada tam jeszcze jeden pokój i być może tam się ukrywa. Podejrzewałem, iż mogły pójść gdzieś razem. Opcja ta wydawała się bardzo prawdopodobna, jednak przerażała mnie myśl szukania ich po całym mieście. 
               Światło na górze było zgaszone. Powoli zacząłem przesuwać dłonią po ścianie w poszukiwaniu włącznika. Zabrało mi to dobrą chwilę. Kiedy już go odnalazłem - okazało się, że żarówka zakończyła swój marny żywot.
— Kurwa — syknąłem, niemalże przewracając się o jakiś ciężki przedmiot. Szedłem po omacku przed siebie, usiłując znaleźć cokolwiek, co byłoby w stanie oświetlić pomieszczenie. Wtem... światło się zapaliło.
               Tuż przede mną siedziała młoda dziewczyna. Miała długie i proste włosy w kolorze jasnego blondu. Jej nos zdobił spory kolczyk, ponadto jej krótka koszulka odsłaniała większość brzucha. Zrobiło mi się gorąco. Nie widziałem jej tu nigdy wcześniej.
— Nie widziałaś tu czasem dziewczyny z ciemnymi długimi włosami? Kręconymi jakby — wymamrotałem, z trudem sklecając zdania. Początkowo wpatrywała się we mnie z niemałym szokiem, po chwili jednak wybuchnęła śmiechem. 
— Koleś, wyglądasz na tak zdesperowanego, jakbyś właśnie szukał najtańszej dziwki w mieście — zaśmiała się. Czułem, jak moja twarz nabiera lekkiego rumieńca. Podrapałem się po głowie.
— Nie, to nie tak... Szukam... jakby... siostry — wycedziłem, sam nie dowierzając w to, co mówię. Dziewczyna wydawała się być zażenowana. 
— Jeśli się lepiej zastanowię... — zaczęła. — Wydaje mi się, że jeszcze przed chwilą widziałam, jak pieprzy się z Philem i Tracem jednocześnie.
— Ghaaa, chyba sobie kurwa żartujesz kurwa — wrzasnąłem, niemalże wywracając się na ziemię. 
— Tak to musiała być ona — kontynuowała, podczas gdy ja zalewałem się łzami. — Mówisz o tej dziewczynie w czerwonych włosach?
               Rzuciłem jej kompletnie zażenowane spojrzenie. Jak bardzo męską psychikę trzeba mieć, by pomylić Claire z Mią? Złapałem się za głowę.
— Tak czy siak... jeśli nie spieszy ci się szukanie jej, możesz się ze mną przespać.
               Spojrzałem na nią dziwnym wzrokiem. Kobieta oferująca swoje ciało już na pierwszym spotkaniu nie sprawia dobrego wrażenia, nawet w takim mieście jak Youthen. Mimo to jej wygląd, ubiór i styl bycia w moich oczach przewyższał nawet Mię. A może po prostu tamta mi się znudziła. Znałem już jej wszystkie sztuczki łóżkowe, które za każdym razem wykonywała dokładnie w ten sam sposób. Zastanowiłem się. Obawiałem się, że Alice nagle wróci i przyłapie mnie na gorącym uczynku. W końcu miałem omijać Nightmare szerokim łukiem. W dodatku zobaczyłaby mnie też Claire... Czy jakikolwiek starszy brat cieszyłby się, gdyby jego mała siostra przyłapała go podczas stosunku? Nie sądzę. Jednakże czułem, iż tego typu okazja może się nie powtórzyć. Dziewczyna naprawdę była seksowna. Nie byłem w stanie opisać swoich myśli, kiedy wyobrażałem sobie, jak mniej więcej mogłoby to wyglądać. Jej ciemny makijaż ani trochę mnie nie odstraszał, wręcz przeciwnie - sprawiał, iż napalałem się jeszcze bardziej. Oddychałem ciężko i czułem, jak moje spodnie stopniowo się napinają. Spoglądałem na jej nagi, lekko umięśniony brzuch, pragnąc dotknąć go dłonią, by po chwili przesunąć ją nieco wyżej. Czułem zapach jej włosów. Naprawdę nie byłem w stanie się dłużej opierać, jednak...

1.11.14

Myśl o Marshallu.

Dział: In the middle of nightmare. 
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Hentai. 



               Chyba nie powinnam była się na niego gniewać - w końcu uratował mi życie. Jednak przez to, że nie miał serca mnie zabić, czułam się u jego boku bezpieczna. Brał bowiem odpowiedzialność za swoje czyny, dlatego postanowił ponieść wszelkie konsekwencje przyprowadzenia mnie do tego miasta. Bałam się zostać z tą kobietą. 
               Jeszcze wczoraj, dokładnie o tej samej porze, siedziałam w jednej z bibliotek w Snowhill, zupełnie nie zdając sobie sprawy z sytuacji politycznej mojego rodzinnego miasta. Beztrosko biegałam po zatłoczonych ulicach, witając się z przyjaciółmi, podczas gdy pod ziemią trwały już przedwczesne nabory do wojska. Nie byłam w stanie zrozumieć ich motywów. Dlaczego chcieli niszczyć innych ludzi tylko dlatego, że byli odmienni? 
               Nie minęło dużo czasu, a ujrzałam widok, którego wolałabym nie widzieć. Marshall opuszczał bar, zostawiając mnie na pełny tydzień pod opieką Alice. O stokroć wolałabym wcześniej obiecać mu, że przenigdy nie wytknę nosa z domu, pod warunkiem, iż nie wyśle mnie w takie miejsce. Marshall...
               Ten dwudziestopięcioletni mężczyzna był tylko trochę wyższy ode mnie. Miał przydługie blond włosy, spod których wyłaniało się kilka dość długich dredów. Wyglądał jak narkoman. Jednak wierzyłam, że ma dobre serce. W tych wiecznie podkrążonych oczach doszukiwałam się radości i wesołości, choć znajdowałam jedynie zmęczenie i arogancję. 
— Nazywam się teraz Claire Ennis — odparłam niskim tonem, nim jeszcze o cokolwiek mnie zapytała. 
— Tak, to odpowiednie imię — powiedziała, potakując głową. — A jeśli chodzi o moje zamiary... nie masz się czego obawiać. Czynimy to dla twojego dobra, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jesteś niebezpieczeństwem dla mnie i Marshalla, gdyby ktoś teraz dowiedział się o twojej prawdziwej tożsamości, cała nasza trójka lada moment wąchałaby kwiatki od spodu. On powinien był cię zabić, nie zrobił tego, ufam, iż miał dobry do tego powód. 
— Rozumiem — odpowiedziałam niezwłocznie. Postanowiłam oddać się w ich ręce. Było to najbezpieczniejsze dla mnie wyjście. 
               Tego samego wieczora Alice zaczęła wcielać swoje plany w życie. Wszystko toczyło się naprawdę szybko. Zaczęła od zmiany wyglądu. Powiedziała, że zawsze, gdy zakłada suknię, czuje się bardziej kobieco, niż gdy wciąga na siebie szerokie spodnie. Uznała wizualną odmianę za pierwszy krok, który pomoże mi przeobrazić moją szykowną klasę w coś bardziej codziennego, zwykłego. Spodobała mi się ta idea, od dawna pragnęłam spróbować czegoś nowego, jednak na wiele mi nie pozwalano. 
               Rozsiadłam się wygodnie na fotelu i pozwoliłam Alice czynić z moimi włosami, co chce. Nudziły mnie już te długie kasztanowe loki wymagające godzin pielęgnacji i stylizacji. Marzyła mi się fryzura lekka i zwiewna, niewymagająca długich przygotowań. Zamknęłam oczy i zaczęłam rozmyślać. W Youthen byłam dopiero jeden dzień, a styl bycia tutejszych mieszkańców już powoli zaczynał na mnie wpływać. Efektem było chociażby to, iż moja tęsknota za najbliższymi stopniowo wymierała. Prawdopodobnie pogodziłam się z faktem, że już nigdy więcej ich nie zobaczę. Obwiniałam się jedynie trochę za to, iż... w zasadzie to wszystko mogło być moją winą.
               Wczoraj o tej porze postanowiłam wyjść na spacer. Źle się poczułam i potrzebowałam tlenu, czystego tlenu. Dlatego otworzyłam bramy Snowhill i udałam się w głąb lasu, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Kiedy wróciłam do domu, zastałam tam istną rzeź. Widziałam palące się zwłoki i czułam swąd krwi. Uciekłam stamtąd co sił w nogach. Gdyby nie Marshall, już niedługo umarłabym z głodu i pragnienia, ewentualnie zostałabym zamordowana przez mieszkańców jednego z pobliskich miasteczek. Skąd mogłam wiedzieć, że moje nazwisko jest tak źle odbierane w sąsiedztwie?
— Zostawimy to tak póki co — odparła Alice, zagniatając mi na włosach coś, co przypominało aluminium. Stanęła tuż przede mną i wtedy...
— Aaaaałć! — krzyknęłam, motając się na boki.
— Nie ruszaj się, do cholery, bo będzie bardziej bolało — wrzasnęła na mnie. Momentalnie spoważniałam i zastosowałam się do polecenia. Chwilę później w swoim lustrzanym odbiciu zobaczyłam małe srebrne kółko zdobiące płatek mojego nosa. 
               Alice postanowiła nauczyć mnie robienia makijażu. Najpierw dokładnie opisała mi każdy kosmetyk oraz jego wykorzystanie. Kilka razy powtórzyła, w jakim celu i jakiej kolejności powinnam ich używać. Dzięki doświadczeniu w malarstwie, nie miałam większego problemu z umalowaniem się. Poza tym nie po raz pierwszy to robiłam. Jednak nigdy wcześniej nie pozwalano mi na tak mocny makijaż. 
               Po dwóch godzinach nie byłam w stanie poznać samej siebie. Moje kasztanowe loki przeistoczyły się w długie, proste włosy w kolorze bardzo jasnego blondu. Miałam kolczyk w nosie i ostry, ciemny makijaż. Miałam na sobie też króciutką czarną koszulkę i poprzecierane jeansy. Poczułam się rodowitym mieszkańcem Youthen. 
— Teraz posłuchaj uważnie — szepnęła nagle, przysuwając mnie do siebie. — Nikomu więcej nie zdradzaj swojej tożsamości. Nigdy. Od teraz już zawsze będziesz Claire Ennis. Marshall znalazł cię gdzieś za miastem, a ty straciłaś pamięć, dlatego nie jesteś w stanie powiedzieć, skąd tak naprawdę pochodzisz. Zrozumiałaś?
— Tak — odpowiedziałam ze strachem. Kobieta była naprawdę stanowcza. Nie mogłam zapałać do niej jakąkolwiek serdecznością.
— Przedstawisz się zaraz kelnerkom Nightmare — poinformowała. — Póki co leź na górę i siedź tam. 
               Wskazała palcem na stare, drewniane drzwi. Otworzyłam je powoli, bojąc się, że wypadną z framugi. Tuż za nimi znajdowały się równie stare schody prowadzące na górę. Stąpałam po kolejnych to stopniach, wsłuchując się w zgrzyty dobiegające moich uszu. Kiedy udało mi się dojść na piętro, znalazłam się w malutkim pokoju urządzonym na kształt sypialni. Jednak widać było, iż od dawna nikt nie spędzał tutaj nocy. Rozsiadłam się na idealnie zaścielonym łóżku i zapaliłam starą, nocną lampkę. Rozejrzałam się wokoło. Wszystko było ciemne. Czarny dywan, meble w kolorze hebanu. Jedynie posłanie było w kolorze ciemnego rubinu. 
— Witaj, nieznajoma — Usłyszałam nagle. W moim kierunku szły dwie kobiety po dwudziestce. Były kelnerkami, o których wspominała Alice. Usiadły na łóżku naprzeciwko mnie i przedstawiły się. 
               Jedną z nich była Kimberly Ownham, blondynka o długich lokach, ubrana w stylu pin-up. Miała malutki pieprzyk obok nosa, który zdecydowanie nadawał jej uroku. Miała również duże ciemne oczy i wyjątkowo jasną, nieskazitelną cerę. Nie wydawała się być specjalnie inteligentna. Drugą z nich była Rita Morgan, która zdawała się być przeciwieństwem Kimberly. Była posiadaczką pięknych, błyszczących, długich czarnych włosów i zadbanej, mocno opalonej cery. Jej ręce zdobiły liczne tatuaże. 
— Zdejmij koszulkę i połóż się na brzuchu, Claire — zleciła mi Rita. — Zrobię ci masaż, wyglądasz na zmęczoną. 
               Kim uśmiechnęła się do mnie szeroko. Uznałam, że to miłe z ich strony, iż przyszły mi pomóc. Nie miałam co prawda pojęcia, o czym rozmawiały wcześniej z Alice, aczkolwiek ufałam Marshallowi, a on z kolei ufał właścicielce. Dlatego też niezwłocznie zdjęłam top i ułożyłam się na środku łóżka. Już po chwili poczułam kojące ruchy dłoni Rity na swoim ciele. 
               Niepokoiły mnie jedynie szmery ubrań, które dochodziły moich uszu. Początkowo stwierdziłam, że to pewnie Kim dorwała się koszulki, którą zdjęłam. Jednak kiedy lekko przechyliłam głowę w bok, ujrzałam stos ubrań, który wcześniej na pewno się tam nie znajdował. Moje serce przyspieszyło puls. Postanowiłam jednak nic nie mówić i zaczekać na rozwój wydarzeń.
               Po kilkunastu minutach poczułam, że ktoś rozpina mój stanik. Nadal czułam masujące moje plecy dłonie Rity, więc musiała to być Kim.
— Co robisz? — spytałam nerwowo, próbując podnieść się z łóżka. 
— Przeszkadza mi — odpowiedziała. — Spokojnie... Dlaczego się zdenerwowałaś?
               Odetchnęłam z ulgą. Wyglądało na to, że wszędzie doszukuję się spisków. Ledwo co je poznałam i już wyrobiłam sobie nieciekawą opinię. Przynajmniej tak mi się wydawało, dopóty...
               Dłonie Rity stopniowo zsuwały się coraz niżej. Trwało to tak długo, że nie poczułam nawet, jak nisko zostały opuszczone moje spodnie. Zauważyłam to dopiero wtedy, kiedy dziewczęta obróciły mnie na plecy i zdjęły stanik. Ściągnęły mi wtedy jeszcze spodnie i bieliznę, a ja zszokowana i naga leżałam przed nimi, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Jak przypuszczałam - obydwie również były nagie. Przestraszyłam się obecnym stanem rzeczy. 
— Claire, pokażę ci coś — zachichotała Rita. — Ale nie będę robić nic wbrew twojej woli. Pozwolisz mi na to?
               Dziewczyna doskonale władała zdolnością manipulacji. Nie miałam pojęcia, co ma zamiar zrobić, mimo to pozwalałam jej na wszystko, bowiem mówiła o tym w taki sposób, jak gdyby faktycznie nie planowała niczego złego.
— Spójrz tylko... — powiedziała z uśmiechem, po czym...
— Ahh... — westchnęłam, mrużąc oczy. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego, nie wiedziałam nawet, że można wprowadzić się w taki rozkoszny stan. 
               Rita delikatnie całowała moje piersi, lekko ssąc sutki. Pocierała o nie swoimi, szczypała i nadgryzała. Poczułam, że są sztywne. Kim przyłączyła się po chwili, pomagając przyjaciółce. Odchyliłam głowę do tyłu i pozwoliłam im na wszystko, czego tylko sobie życzyły. 
               Rita po chwili rozsunęła lekko moje nogi. Zaczęła powoli masować moje okolice intymne, podczas gdy Kim w dalszym ciągu pieściła moje sutki. Wzdychałam z przyjemności. 
— Claire... — szepnęła Rita prosto do mojego ucha. — Pomyśl o Marshallu. Myśl o nim intensywnie. 
               Otworzyłam oczy i spojrzałam prosto przed siebie. Wyobraziłam sobie blondyna liżącego delikatnie moje sutki. Po chwili przesunął się niżej i zaczął przesuwać językiem po łechtaczce, dostarczając mi masę przyjemności. Moje biodra unosiły się do góry i opadały, kiedy powoli wkładał środkowy palec między moje wargi sromowe, zsuwając go coraz niżej i niżej, by nagle wepchnąć go gwałtownie go środka. Krzyknęłam z rozkoszy. Gładziłam go po głowie, mierzwiąc jego gęste włosy. Wsunął drugi palec i zaczął manewrować nim na wszystkie strony. Oddychałam ciężko, nie próbując nawet powstrzymywać swoich głośnych jęków i skomleń. 
               Rita wsunęła mi do ust coś ogromnego i poruszała tym do przodu i do tyłu sprawiając, że traciłam dostęp do tlenu. Kazała mi oblizywać to i gryźć, podążałam za jej wskazówkami. Po chwili przysunęła to do mojej łechtaczki i zaczęła lekko ją tym pocierać. Wsuwała ją płytko do środka, obracając dookoła. 
— Myśl o Marshallu... — szepnęła jeszcze raz. 
               Oczyma wyobraźni widziałam, jak wpatruje się we mnie zmęczonymi oczyma. Na jego czole widnieją krople potu, które wycieram delikatnym ruchem ręki, a on wsuwa się we mnie coraz głębiej. Czuję, że jesteśmy jedną całością. Dopełniamy się.
— ...dziewica? — zapytała nagle zdziwiona Rita, zaprzestając swoich działań. Wyjęła przedmiot z mojej pochwy i odłożyła go na bok. — Ty jeszcze nigdy nie...?
— Nigdy nie co? — spytałam, zupełnie nie rozumiejąc, co ma na myśli.
               Dziewczęta spojrzały po sobie z nieukrywanym zdziwieniem. Powiedziały mi tylko, że na dzisiaj koniec i zaczęły się ubierać. 
— Dlaczego...? — zapytałam cicho. Nie miałam ochoty jeszcze kończyć.
— Nie powinnyśmy tego robić, nie za pierwszym razem — odparła Kim. — Pierwszy raz musisz spędzić z mężczyzną, Claire. 
               Nadal nie rozumiałam, czego ode mnie chcą. Nie miałam najmniejszego pojęcia, o czym mówiły. Aczkolwiek odnosiłam wrażenie, że już niedługo się dowiem. 

Stań się jedną z nas.

Dział: In the middle of nightmare. 
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Hentai. 



               Odnosiłem wrażenie, że spełniły się moje najgorsze koszmary. Wróg, który dotychczas pragnął wytępić całe moje miasto rodzinne, znalazł się nagle wewnątrz mojego domu. Jednak mały, naiwny i bezbronny. Przeciwnik, ale o zawieszonej broni. Antagonista wywołujący poczucie, iż ani trochę nie zdaje sobie sprawy z obecnej sytuacji. Prześladowca nieznający swojego prawdziwego celu. Zastanawiałem się dłuższy moment, czy ona sama czemukolwiek była winna. Zdradziła mi, że ma marne siedemnaście lat. Wyglądało na to, iż nie znała nawet przyszłych planów swoich rodziców. Cieszył mnie ten fakt. Przynajmniej nie zapałała do nas ogromną nienawiścią. Nie od razu. 
               Tej nocy zmuszony byłem do spania na podłodze. Bałem się ogromnie, że ktoś rozpozna jej tożsamość. Postanowiłem jej nie zabijać, jednakże w takowym razie wyjście było tylko jedno - przeciągnąć ją na swoją stronę, dostosować do naszej kultury, zmienić jej zachowanie. Była to najtrudniejsza rzecz, z jaką miałem okazję spotkać się twarzą w twarz w tym życiu. 
               Leżałem w bezruchu na ziemi. Nie mogłem zmrużyć oczu, poza tym zaczynało już świtać. W głowie kłębiło mi się od myśli, idei, ale żadna nie wydawała się adekwatna. Wiedziałem, że miasto rozerwie mnie na strzępy, jeśli dowie się o moim postępku. Najzdrowszą reakcją byłoby zamordowanie dziewczyny podczas głębokiego snu. To zadanie zdecydowanie mnie przerastało.
— Słuchaj uważnie — zacząłem, kiedy tylko się przebudziła. Przetarła powieki i niepewnie rozejrzała się po pokoju. Widok schodzącej warstwy farby na ścianach nie wydawał się zachwycający. — Porzucasz teraz swoje prawdziwe nazwisko. Od dziś nazywasz się nie Clarine les Enileose, a Claire Ennis.
— Dlaczego? — zapytała poważnym tonem. — Upieram się przy moim szlacheckim nazwisku.
               Złapałem się za głowę. "Upieram się przy...". Używanie archaizmów było dość hipsterskie jak na ten wiek. Tego typu wyrażenia już dawno wymarły w naszych dzielnicach. Staraliśmy się mówić najprostszym i najkonkretniejszym słownictwem, unikając niepotrzebnego lania wody. Jak widać, sytuacja za murem była nieco... zacofana?
— Jeśli chcesz, możesz spróbować przedstawić się jako potomkini rodu Enileose — westchnąłem, biorąc łyk herbaty. — W najlepszym przypadku cię rozstrzelają. 
                Jak przystało na siedemnastolatkę - ryk, płacz, szloch, zgrzytanie zębów. Cały boży dzień zajęło mi tłumaczenie jej, gdzie się znajdujemy i kim teraz jesteśmy. Mówiłem, że powinna zmienić podejście do ludzi, bo grozi jej wielkie niebezpieczeństwo, jeśli ktokolwiek dowie się o jej prawdziwej tożsamości. 
               Koniec końców postanowiłem zaprowadzić ją do baru Nightmare, a konkretniej - udać się po radę do właścicielki. Znaliśmy się jak łyse konie, miałem do niej pełne zaufanie i wiedziałem, iż udzieli mi dobrej wskazówki. Kiedy tylko przekroczyliśmy progi knajpy, przyciągnęliśmy uwagę wszelkich znajdujących się wewnątrz gapiów. Cóż, miasteczko było małe, tu każda twarz każdemu była znajoma. Claire przedstawiła się kilku osobom, podając jedynie dłoń i uśmiechając się krzywo. Nie zyskała wielkiej sympatii mieszkańców, ale takiego typu powitanie w zupełności wystarczyło, by nie ściągać na siebie fali nienawiści. 
— Siemasz, Fred — przywitałem się z barmanem. — Jest Alice? Sprawa życia i śmierci. Muszę z nią pogadać. Natychmiast. 
               Fred Rogerson był niskim, grubszym blondynem o długich, związanych w kitkę włosach, lekkim zaroście i wyjątkowo małych, ale szerokich, ciemnych oczach. Faceta cechowała wyjątkowa szczerość i cholerne lenistwo doprowadzające ludzi do szału. Był kolejną osobą, której mogłem się zawsze poradzić. Skierował mnie na zaplecze. Wyglądało na to, że Alice znajduje się jeszcze w swoim "drugim domu". 
— Co u ciebie? — zapytałem, uśmiechając się szeroko. Rzuciła mi zażenowane spojrzenie, po czym z ciekawością zaczęła przyglądać się Claire. 
               Zaplecze baru było jeszcze bardziej zaniedbane niż sam parkiet. Wszędzie walały się puste puszki po piwie. W rogu zamontowany był urywający się zlew, a z kranu kapała woda. Stół wydawał się być niedomyty, wszędzie rozsypany był tytoń. 
— Co jest, Marshall? — zapytała, zaciągając się papierosem. — Wiem, że nie przyszedłeś z pustymi rękoma. Gdzie leży problem?
— Ta dziewczyna to córka rodu Enileose — odparłem cicho.
               Kobieta zakrztusiła się dymem, Podniosła się ze starego, poobdzieranego fotela, rzucając mięsem na prawo i lewo, wyzywając mnie od najgorszych, aż w końcu próbując pozbawić życia Claire. Kiedy udało mi się już ją uspokoić, opowiedziałem jej całą historię, jaka przyprowadziła tutaj dziewczynę.
— Przykro mi, nigdy wcześniej nie słyszałam o relacjach między moją rodziną a waszymi miasteczkami — przerwała nam nagle brunetka. Alice spojrzała na nią, ironicznie unosząc jedną brew, jednak wiedziałem, że ją przekonała. 
— Marshall, zostaw mi ją na tydzień, wróci odmieniona — odpowiedziała staruszka.
— Tydzień? — zdziwiłem się. — Nie po to ryzykuję życie, żeby teraz tak po prostu ci ją tutaj zostawić. 
— Proszę, zrobię wszystko, tylko odnajdźcie moich rodziców... — szepnęła Claire. — Wiem, że oni żyją...
— Nie pierdol, Marshall zajebał ich własnymi, gołymi rękoma, jak mniemam — wycedziła przez zęby, wywołując u dziewczyny kolejny niepohamowany wybuch płaczu. Alice spojrzała na mnie znacząco. Wiedziała, że sytuacja do łatwych nie należy.
— Wrócę po nią tutaj w przyszłą niedzielę — odparłem bez dłuższego namysłu. — Do tego czasu nie zjawię się w barze ani razu. Wolę nie widzieć tych twoich przebiegłych gierek, Alice.
— Zaufaj mi, nic jej nie zrobimy — powiedziała mi. — Skupimy się na ukryciu tożsamości i zmianie zachowania, nie będziemy się zbytnio babrać w innych rzeczach. 
— Nie wiem, czy jestem skłonny ci uwierzyć. 

30.10.14

Wróg w samym sercu miasta.

Dział: In the middle of nightmare. 
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Hentai. 



Kurczę, szczerze powiem, że nie byłam pewna, w jakim gatunku to umieścić. Myślałam o romansie, ale zbyt lekki. Stwierdziłam, iż nie ma sensu zakładać osobnego gatunku ecchi, gdyż Snays i tak opiera się przede wszystkim na yaoi. Wyszło, co wyszło. Czekam na reakcje! :D
____________________________________________________



               Gdyby ktoś zapytał mnie o definicję ludzkości, zacząłbym od nienawiści. Obdarowujemy nią bezinteresownie większość świata, bez okazji, bez powodu. Szczególnie skupiamy się na osobach zupełnie nam nieznanych. Czy tak jest lepiej? Uczyć się na własnych błędach, by później pamiętać, że pozory mylą?




               Nightmare. Stary bar na przedmieściach małego miasteczka, niegdyś jeden z mniejszych klubów nocnych. Ciepły kąt należący do posiwiałej kobiety chwilę po pięćdziesiątce, Alice Feder. To tutaj spędzaliśmy popołudnia, obijając się, pijąc piwo, rozmawiając na najróżniejsze tematy. Tutaj czas nie płynął. To miejsce było wyrwane z rzeczywistości. Zdawało się być czymś więcej niż dom. 
              Kilka mil za miastem znajdowała się przepaść. Przepaść między dwoma różnymi światami, które nie miały prawa się spotkać. Postawiono tam wysoki mur z ciemno-czerwonej cegły. Plotki głosiły, iż znajduje się za nim potężny pałac zamieszkany przez szlachecką rodem rodzinę. "Enileose". Każdy drżał, słysząc to nazwisko. Nie z przerażenia. Nie z respektu. Z nienawiści. Nienawidzono ich za wysokie standardy życia, na które my nie mogliśmy sobie pozwolić. Ród ten dążył do wyplenienia takich wyrzutków jak my. Pragnęli uczynić ten świat lepszym, oczyszczając go z "brudów", jak nas nazywano. Mogliśmy ich tolerować. Jednak nie byliśmy w stanie szanować ludzi mówiących o nas w ten sposób. Ta nienawiść działała w dwie strony.
               Dobra strategia zaczyna się wtedy, kiedy wiesz, że wróg niedługo na ciebie napadnie, dlatego rzucasz się na niego, zanim zacznie zbierać siły zbrojne. Wszystkie ciemne miasta położone dookoła zamku postanowiły natrzeć na niego tej nocy. Tej nocy, która miała wszystko zmienić. 
               Ciemność, zapach wilgoci i pogłos mokrych liści, po których stąpaliśmy. Cisza. Ciemność. W oddali było już widać wznoszący się ku niebu wysoki mur. Czułem silne kołatanie serca w piersi. 
— Czy my możemy tutaj zginąć? — Usłyszałem szept, który jeszcze bardziej podjudzał adrenalinę. 
— Chyba będziemy mieć przewagę liczebną, chociaż sprzęt niekoniecznie lepszy... — odpowiedział inny głos. — Bądź gotowy na wszystko.
               Jedyną pocieszającą mnie myślą był fakt, iż nie miałem rodziny. Nie musiałem obawiać się tego, iż ktoś załamie się po stracie bliskiej osoby. Walczyłem o wolność. Nic więcej mnie nie interesowało.
               Kiedy dotarliśmy do bram, nie pożałowaliśmy sobie gromkiego chichotu. Zastanawialiśmy się początkowo, czy to aby nie zasadzka, jednakże nikt nie miał pojęcia o naszym zgromadzeniu. Otóż bramy były otwarte na oścież. Nie obawialiśmy się już o niemożność przekroczenia muru. Zwyczajnie weszliśmy na teren obcego, uśpionego miasta i rozpętaliśmy piekło. 
               Czułem się jak jeden z czterech jeźdźców apokalipsy. Nie mam pojęcia, jak wielu ludzi wtedy zamordowałem. Zapach krwi i krzyki to jedyne moje wspomnienia z tej nocy. Ludzie biegali po ulicach, usiłując odnaleźć pomoc. Oprawcy gonili ich i śmiali się donośnie, gdy odcięte głowy z hukiem odbijały się od kamiennej posadzki. Rozpaliliśmy wielkie ognisko z cuchnących zwłok. Ukradliśmy tyle rzeczy, ile mogły pomieścić nasze bagaże. Wymordowaliśmy wszystkich, robiąc ucztę tuż obok palących się ciał. Ten smród przyprawiał mnie o mdłości, dlatego postanowiłem wcześniej wrócić do miasta. 
               Przedzierałem się przez krzaki tworzące istną dżunglę. Było tak ciemno, że nie byłem w stanie nawet odnaleźć drogi wydeptanej przez tłumy zabójców. Powoli torowałem sobie ścieżkę, uważając na dzikie zwierzęta, w szczególności węże. Jednak w którymś momencie...
— Kurwa... — syknąłem, przewracając się na ziemię. 
               Moja stopa zahaczyła się o jedną z lian. Podniosłem głowę do góry i zamarłem. Byłem pewien, że coś poruszyło się tuż nade mną. Modliłem się, by mnie nie pożarło. Moje oczy nadal nie przyzwyczaiły się do ciemności, więc nie mogłem od razu stwierdzić, co się przede mną znajduje. Po chwili jednak...
— Co tu robisz? — spytałem cicho, powoli się podnosząc. Przede mną siedziała skulona przerażona kobieta. Wgniatała się w pień mokrego drzewa i zasłaniała usta dłońmi. — Musiałaś za dużo zobaczyć, jak przypuszczam... Z którego miasta jesteś?
               Nie była w stanie mi odpowiedzieć. Trzęsła się ze strachu. Nie miałem serca, by tak po prostu ją tam zostawić. Po długich namowach udało mi się podnieść ją z ziemi. Postanowiłem zaprowadzić ją do swojego rodzinnego miasta, uspokoić i dopiero wtedy pomyśleć, co dalej. 
               Kiedy minęliśmy najgęstszy las, światło księżyca poszerzyło moje pole widzenia. Kobieta miała brudną, lecz alabastrową, porcelanową cerę i gęste, ciemne loki. Nie była zbyt kształtna, podejrzewałem więc, że jest wyjątkowo młoda. Miała na sobie podartą białą halkę, co wskazywało, iż pochodziła z grupy medyków wspierających nasze wojsko. 
               Wróciliśmy nad samym ranem, nim jeszcze zaczęło świtać. Nie wyglądała na zadowoloną, widząc warunki mojego życia. Kazałem jej się wykąpać, w międzyczasie zaparzyłem wodę w jednym ze starych zgruchociałych czajników. Jedynym, co miałem w lodówce, były jajka, szczypior i mleko. Gdybym tylko wcześniej wiedział, że przyjdzie do mnie na noc kobieta... 
— Skąd pochodzisz? — spytałem podczas kolacji. Nie ruszyła ani kęsa, jednak herbata najwyraźniej jej zasmakowała. Nie odpowiadała, więc postanowiłem zapytać o coś innego. — Jak się nazywasz?
— Clarine les Enileose.