Showing posts with label dziennikarza. Show all posts
Showing posts with label dziennikarza. Show all posts

23.12.15

Kości zostały rzucone

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 8
Gatunek: Yaoi.



                    W piątek wieczorem znów urządziliśmy sobie w mieszkaniu popijawę. Dopiero wtedy zauważyłem, jak doskonałymi kłamcami są Jeff i Sheena. Ukrywali i zacierali ślady swoich kłótni tak dobrze, że, gdybym nie znał sytuacji, nigdy w życiu nie wpadłbym na to, co się między nimi stało. A może po prostu się uspokoili, wyjaśnili problem? Zważywszy na choleryczną naturę Sheeny, szczerze w to powątpiewałem.
                    Mimo wszystko postanowiłem zaproponować coś Jeffowi, kiedy zostaliśmy na chwilę sami. Fakt faktem byłem ostro wstawiony, ale uznałem, iż bez alkoholu nie będę miał odwagi rzucić mu takiego wyzwania. Nie było ono łatwe do spełnienia. Powiedziałem Jeffowi, że następnego ranka musimy załatwić raz na zawsze swoje sprawy miłosne - wziąć się w garść i dowiedzieć się, na czym aktualnie stoimy, a potem popchnąć to do przodu.
— Stary — wymamrotałem. — Jutro pod wieczór spotkamy się nad rzeką, tam, gdzie zawsze. I będziemy świętować swoje nowe związki.
                    Przyjaciel uśmiechnął się krzywo, jednak przystał na moją propozycję. Nie mieliśmy nic do stracenia, dlatego staliśmy się ryzykantami. Obydwaj mieliśmy już po dziurki w nosie tej cholernej wiecznej niepewności. Musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Nie zwlekając, wysłałem do Matthewa wiadomość, czy ma czas sobotniego ranka. Odpisał od razu i umówiliśmy się na kawę w jednej z mniej zatłoczonych kawiarni. Była jego ulubioną, dlatego czułem, że szczęście mi dopisze i zaraz po spotkaniu udamy się do jego domu. Postanowiłem jednak zbyt dużo o tym nie myśleć, by nie pozbawić się satysfakcji z osiągniętego sukcesu. Alkohol tylko przypominał, jak bardzo jestem spragniony wątłych ust tego mężczyzny.
                    Rano oczywiście obudziłem się zbyt późno. Nadal pachniałem wódką, a moje włosy śmierdziały papierosami Coco. Zawsze palił w przedpokoju, choć pozostali lokatorzy za tym nie przepadali. Pieprzony arogant. Wziąłem szybką kąpiel i pozbawiłem się niechcianych woni. Spryskałem się perfumami Prady i wybiegłem entuzjastycznie z mieszkania, po drodze jeszcze klepiąc zaspanego Jeffa po ramieniu i życząc mu powodzenia. Na jego twarzy pojawił się znów ten sam krzywy uśmiech. Uznałem, że chyba nie palił się do całego tego wyzwania. Ale kości zostały rzucone.
                    Matthew powitał mnie całusem w policzek. Wyglądał i pachniał zniewalająco. Sukces był pewny. Nasza pierwsza poważna randka wyglądała oficjalnie, ale mimo to czułem się z nim dość swobodnie, choć moje ciało paraliżował stres. Po prostu wiedziałem, że moje miejsce jest właśnie u jego boku.
                    Początkowo rozmawialiśmy o pogodzie. Siedzieliśmy w dość ustronnym miejscu, więc nikt nas nie widział. Dopiero, gdy podano nam kawę, zaczęliśmy właściwy temat. Spiąłem się wówczas jak jasna cholera i cała swoboda uleciała.
— Przemyślałem wszystko, co mi ostatnio powiedziałeś, Charlie — odparł z uśmiechem.
— Jakie wnioski? — spytałem, biorąc łyk kawy. Udawałem, że jestem wyluzowany, ale wewnątrz mnie się gotowało.
— Wiesz... — powiedział cicho, wyciągając w moim kierunku dłoń. Pogłaskał mnie po policzku, a potem po włosach. — Przypomniały mi się dawne czasy.
— Pamiętam — wyjąkałem. — Zawsze mnie to wkurzało. Przychodziłeś, nazywałeś sam siebie "niańką" i przesiadywałeś ze mną dzień i noc, niezależnie od tego, jakie głupoty bym wyczyniał.
— Ani trochę nie żałuję — zaśmiał się.
— Co masz zamiar teraz zrobić? — spytałem. Nie mogłem wytrzymać tej presji.
— Jesteś uroczy, Charlie — odpowiedział. — Ale pomyliłem miłość z fascynacją. Wybacz mi, to był mój błąd.
— Chwila... — wymamrotałem. — Jesteś pewien?
— Zdecydowanie... — odparł. — Wybacz mi, Charlie. Niepotrzebnie zrobiłem ci nadzieję. Po prostu nie mogłem się opanować, kiedy zobaczyłem cię po tylu latach.
— Ale... kiedy spaliśmy ze sobą... — jęczałem. Nie mogłem uwierzyć.
— Zbyt szybko oceniłem sytuację — powiedział cicho. — Nie miej mi za złe...
— ...co z Seanem? — zapytałem, choć po chwili zacząłem żałować swojego pytania.
— Czuję, że to jest to — odpowiedział, uśmiechając się kącikiem ust.
— Czego mi brakuje? — dopytywałem z desperacją.
— Nie powinieneś zastanawiać się nad... — zaczął.
— Nieistotne — przerwałem mu. — Bądź szczery do bólu.
— Wiesz, ja... — wyjąkał. — Potrzebowałem kogoś, kto otwarcie mówi o swoich uczuciach.
                    Spuściłem głowę. Wiedziałem, że nie jestem w stanie przełamać niektórych swoich barier, które przysporzyło mi wychowanie. Byłem na przegranej linii.
— Czy Sean na pewno jest z tobą szczery, Matthew? — spytałem cicho.
— Zmienił się. Jestem tego pewien.
                     Dał mi kilka chusteczek na drogę. Naprawdę nie spodziewałem się takiego scenariusza. Długo zajęło mi pogodzenie się ze swoimi uczuciami, które nagle zostały tak prostacko odrzucone. Czego on chciał? Żebym na pierwszym spotkaniu wyznał mu miłość? Poza tym... jak widział zdrowy związek, skoro po długiej przerwie zaczęliśmy czymś takim? W zasadzie jak ja sam sobie to wszystko wyobrażałem...? Modliłem się w głębi duszy, by Jeffowi poszło lepiej niż mnie. Błagałem wręcz o to Boga, w którego istnienie nie do końca wierzyłem. Miałem nadzieję, że pomoże mi ten jeden raz, bo przecież nigdy wcześniej o nic go nie prosiłem. Kurwa... Dlaczego to tak cholernie bolało? Odnosiłem wrażenie, że coś ściska i wyrywa mi serce. Jak gdybym krwawił od wewnątrz. Nie mogłem tego znieść. Byłem w szoku. Matthew chciał mnie odwieźć, ale nie chciałem nawet na niego patrzeć. Wybiegłem z kawiarni i udałem się prosto na przystanek. Autobus dowiózł mnie prawie na miejsce, w którym umówiłem się z Jeffem. Kiedy wysiadłem, pognałem prosto nad rzekę. Przyjaciel jeszcze nie przyszedł. Ściskałem w dłoni mokrą od łez chusteczkę. Nie musiałem długo czekać na Jeffa. Chciałem mu coś powiedzieć, lecz, widząc jego minę, pozostawało mi jedynie poczęstować go suchą chusteczką. Widocznie też mu się nie powiodło. Jego łzy nie wyglądały na łzy szczęścia.
— Pogłaskał mnie po policzku i dał kosza — zakończyłem. — Więc jak było u ciebie, Jeff?
— Bardzo dużo krzyczała — odparł cicho. — Była naprawdę wściekła i kazała mi nie drążyć znowu tego samego tematu, ale obiecałem ci.
— Co ci powiedziała? — spytałem.
— Że po ostatniej imprezie spała z Coco — wyjąkał.
— N-niemożliwe... — wymamrotałem. Doznałem szoku. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak inteligentna kobieta pozwoliła temu dupkowi na coś takiego. Przecież świetnie zdawała sobie sprawę z tego, jaki jest. — J-jak zwierzę...
— To nie był ich pierwszy raz — dodał. Nie dowierzałem. — Sypiali ze sobą raz na jakiś czas. Kiedyś zdarzyła im się wpadka.
                   Rzuciłem mu kompletnie zdezorientowane spojrzenie. Przez chwilę myślałem, że zwariował, że popadł w obłęd przez to, co się stało. Ale to nadal był Jeff. Szczery, grzeczny i miły Jeff.
— Jak to wpadka? — zdziwiłem się. — Przecież...
— Usunęła — odparł, nim skończyłem wypowiedź.
                    Nie zadawałem więcej pytań. Doskonale znałem podejście Jeffa do aborcji. Zawsze mówił, że powinno się brać odpowiedzialność za swoje czyny, chyba że nie miało się na coś wpływu. Jeff nie patrzył przychylnie na kobiety, które pozbywały się swoich dzieci. Prawdopodobnie ten fakt pozwolił mu zapomnieć o Sheenie w mgnieniu oka. Szczęście w nieszczęściu?
— Gdybyś był gejem, Jeff, życie byłoby łatwiejsze — odparłem, rzucając kamień do wody.
— Co to za dziwny wniosek? — spytał, śmiejąc się przy tym cicho. Cieszyłem się, że choć trochę poprawiłem mu humor.
— Dziwny? — zadałem pytanie. — Zobacz tylko, znamy się jak łyse konie. Nie byłoby niedopowiedzeń, byłby silny fundament przyjaźni i zaufania. Czego chcieć więcej?
— Jesteś zdesperowany, Charlie... — odpowiedział, łapiąc się za głowę.
— Zdesperowany byłbym, gdybym próbował cię pocałować — wycedziłem przez zęby.
— Co masz zamiar zrobić?
                    Spojrzałem na niego i zaśmiałem się cicho. Chciał się chyba ze mną podroczyć, a ja nie miałem nic przeciwko. Przysunąłem twarz do jego twarzy. Nieumyślnie musnąłem jego wargi swoimi, ale wtedy jakoś przestało nam być do śmiechu. Spojrzałem mu w oczy i dopiero wtedy wyczytałem z nich wiadomość, o jakiej nigdy wcześniej mi się nie śniło.


K O N I E C
____________________________________________________

nie wiem, co teraz będę pisać, ale zacznę niebawem
przypominam o poście wigilijnym, czwartek, godzina 17 00
i o śląsku w połowie stycznia, ale o tym będę pisać chyba pod każdym postem, nawet w czerwcu
PS do dzisiaj nie wiem, czy imię "Matthew" można odmieniać, ale było śmiesznie przynajmniej
PS 2 Poniżej jest ankieta z pytaniem, które opowiadanie yaoi powinno być kontynuowane na tym blogu, zachęcam do głosowania



22.12.15

Maniaczka przygodnego seksu

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 7
Gatunek: Yaoi.



— Jeff, bo ja się cieszę, że moja babka umarła.
                    Był chłodny późny wieczór, a my siedzieliśmy sami w mieszkaniu. Coco polazł na jakąś biznesową imprezę i zabrał ze sobą Sheenę jako osobę towarzyszącą, przez co Jeff był wściekły. Czasem wydawało mi się, że coś do niej czuje, jednak nigdy słowem o tym nie wspomniał. W grę wchodziła także opcja zwyczajnego przerażenia, ile wypije Sheena i jak wykorzysta to Coco. Osobiście darzyłem tę kobietę ogromnym zaufaniem, dlatego nie obawiałem się, iż wpadnie w ramiona kumpla.
— Dlaczego? — spytał z ciekawością. Nigdy nie negował czyichś poglądów, jedynie starał się je lepiej zrozumieć.
— Wiesz, zawalałem wszystko, żeby jej pomóc, a ona zawsze miała to gdzieś... Mam spokój — odpowiedziałem. — Wiem, że brzmi źle, ale...
— Jest okej — odparł z uśmiechem.
— Martwisz się o Sheenę, co nie? — zapytałem. Wyraźnie spochmurniał.
— Martwię się o wszystkich ludzi, którzy są w pobliżu Coco — westchnął. — W zasadzie to... Po prostu nie mogę zrozumieć, dlaczego zgodziła się tam z nim pójść.
                    Jeff mówił od czasu do czasu coś, co wyglądało na nieświadome wygadanie największego ze swoich sekretów. Czułem, że nie chce powiedzieć tego wprost ze względu na nią. Ona nie była osobą potrzebującą faceta. Zdawała się być kompletnie niezależna i samodzielna. Już od dłuższego czasu nie spotykała się z kolesiami. Mogłem sobie wmawiać, iż to z powodu Jeffa, może też była w nim zakochana? To nie brzmiało logicznie. Aczkolwiek na jej miejscu zrobiłbym wszystko w tę stronę. Gdyby się z nim związała, byłoby jej naprawdę wygodnie, miałaby wszystko pod nosem, czułaby się naprawdę szczęśliwa. Zastanawiałem się, co ona o tym wszystkim myśli.
                         Przyjaciel położył się spać dość wcześnie. Ja sam zaś nie czułem się zmęczony. W mieszkaniu z kolei nie było nic do roboty. Stanąłem wówczas przed podjęciem wyjątkowo trudnej decyzji. Uznałem jednak, że powinienem załatwić to jak najszybciej, bo, jeśli zacznę się roztkliwiać, dzień się skończy. W rezultacie już po chwili wsiadałem w autobus. Starałem się o niczym nie myśleć, jednak w mojej głowie pojawiały się dziwne twory.
— Dobry wieczór, panie Brown — zacząłem z uśmiechem.
                    Mężczyzna był w niemałym szoku. To było pewne, że się mnie nie spodziewał. Z kuchni dobiegło mnie słodkie "kto przyszedł, kochanie?", ale wprawiło mnie to jedynie w śmiech, bo nigdy nie mogłem wyobrazić sobie Seana jako typowego pantoflarza. Matthew wpuścił mnie do środka i już po chwili zasiadaliśmy na sofie przed kominkiem.
— Pamiętam, jak się tu pieprzyliśmy — odparłem, wprawiając Seana w stan totalnej wściekłości. — Sean, podałbyś swojemu panu i gościowi po szklaneczce whiskey, gdzie twoja kultura?
— Nie ma problemu — wycedził przez zęby. Matthewa chyba bawiła ta sytuacja.
— Matthew, męczy mnie ta sprawa ze starymi — zacząłem. — Może ci się wydaje, że to nieistotne, ale, mówię ci, to może wiele zmienić.
                     Wyglądało to niczym scena z bardzo przewidywalnego filmu. Mężczyzna podniósł się z sofy i udał się w kierunku stojącej nieopodal biblioteczki. Wyjął spomiędzy książek album na zdjęcia i po chwili położył go na stoliku przed nami. Przewracał strony, szukając odpowiedniej fotografii, a ja upajałem się idealnie schłodzonym whiskey. Było tak doskonałe, że zupełnie straciłem umiar i dolewałem sobie, kiedy tylko ciemny płyn w kanciastej szklance się kończył.
— Przypominasz sobie coś? — spytał z uśmiechem, wręczając mi jedno ze zdjęć.
                    Ujrzałem na nim małego dzieciaka w roztrzepanych blond włosach, który śmiał się do rozpuku. Obok niego siedział wysoki, czarnowłosy nastolatek. Wszystko to miało miejsce w bogato urządzonym domu, choć z dziwnych powodów czułem, jak wieje od niego chłód i brak zainteresowania. I wtedy coś we mnie pękło. Przypomniałem sobie wszystko.
— Ty gnoju, dlaczego mi nie powiedziałeś...? — spytałem cicho. — Wygląda na to, że wiesz o mnie więcej niż ja sam.
— Łudziłem się, że sobie przypomnisz — odparł.
— W takim razie byłeś pedofilem — westchnąłem.
— Nie do końca — zaśmiał się. — To przyszło... przy kolejnym spotkaniu. Sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że byliśmy ze sobą dość bardzo związani, a potem tak po prostu zniknąłeś.
— Panowie czegoś jeszcze sobie życzą? — wtrącił się Sean.
— Wszystko już wiem, muszę to przemyśleć. Powinienem już wra...
                    Automatycznie przewróciłem się na Seana. Ku mojemu zdziwieniu - złapał mnie i usadowił z powrotem na kanapie. Kręciło mi się w głowie.
— Zero umiaru do alkoholu... — syknął Sean.
                     Przez dłuższą chwilę zastanawiali się, gdzie mnie położyć. Ustalili, że tej nocy zostanę na kanapie, bo nie mogę przecież spać z jednym z nich. Niedługo potem Sean poszedł do sypialni i zgasił światło, składając jeszcze na odchodne Matthewowi brudne propozycje. Mój szef przykrył mnie zaś kocem i również postanowił pójść się położyć. Moje ciało po alkoholu działało nieco wbrew mnie.
— Dlaczego łapiesz mnie za rękę? — zdziwił się.
— Bo nie chcę, żebyś sobie poszedł — odparłem niemrawo.
— Jesteś pijany, Charlie... — westchnął cicho.
— Słowa pijanego myślami trzeźwego — syknąłem. — Dobrze wiesz, że nie potrafię mówić o uczuciach.
                    Usiadł obok mnie i położył mi dłoń na czole, jak gdyby sprawdzał, czy mam temperaturę.
— Nie dotykaj — wycedziłem przez zęby, odsuwając jego rękę. — Przestań mnie jeszcze bardziej rozpalać, już wystarczająco mocno chce mi się z tobą pieprzyć.
— Ty... — zaczął.
— Ale nie mogę cię o nic poprosić, dopóki jesteś z Seanem — dodałem. — Chociaż, gdybyś mógł mnie chociaż pocałować...
                    Rzuciłem mu nieco zalotne spojrzenie. Stopniowo pochylał się nade mną, a ja przechodziłem w stan kompletnej rozkoszy. Miałem ochotę znów poczuć jego smak.
— Nie mogę. Wybacz — powiedział nagle.
                    Zaraz po tym wrócił do sypialni, gasząc za sobą światła. Modliłem się w myślach, by nie pieprzyli się tej nocy, nie zniósłbym tego. Na szczęście moich uszu nie dobiegły żadne odgłosy. Choć może dlatego, że szybko zasnąłem.
                    Rano zerwałem się na równe nogi, gdy tylko wybiła siódma. Miałem zamiar wpaść jeszcze do domu, gdyż nie lubiłem brać prysznica w czyimś domu, tym bardziej po tak kłopotliwych sytuacjach. Mimo wszystko byłem głodny jak cholera. Naszło mnie coś, żeby zrobić śniadanie Matthewowi i pokazać temu tępemu Seanowi, kto się bardziej stara. Jeff i Coco tyle razy uczyli mnie gotować, że musiałem cokolwiek zapamiętać.
— Charlie, co to za czarny dym? — zapytał Matthew, wyłaniający się ze swojej sypialni razem z Seanem.
— Bolą mnie biodra... — jęknął Sean. Zdenerwowało mnie to, ale ukryłem to.
— Chciałem ci zrobić śniadanie, Matthew — wyjąkałem. Sean wybuchnął śmiechem. — Ale chyba nie dałem rady.
                    Sean zabrał się za czyszczenie mikrofalówki. Był chyba idealną panią domu. Było mi tak głupio, że nie potrafiłem tego ubrać w słowa. Nie zważając na obecność Seana, powiedziałem na koniec:
— Przepraszam za wczoraj, przepraszam za narobienie syfu. Mimo wszystko, Matthew... Gdybyś jednak zmienił zdanie co do mnie, zadzwoń, napisz, cokolwiek.
                    Szok malował się na jego twarzy. Zapewne nie sądził, że potrafię mówić o takich rzeczach na trzeźwo. Uznałem także, iż skoro już zaczynam gderać takie głupoty, powinienem odwalić coś, co na pewno zapamięta. Zbliżyłem się więc do niego i szepnąłem mu do ucha:
— Kocham cię, Matthew. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
                    Nie nawiązując z nikim kontaktu wzrokowego, szybko udałem się w kierunku drzwi i spierdalałem jak najszybciej do domu. Serce biło mi jak oszalałe. Sam nie dowierzałem swojej szczerości.
                     Myślałem, że tego dnia nic już mnie nie zszokuje. Kiedy wróciłem do mieszkania, szybko czmychnąłem do swojego pokoju. Coco i Sheena musieli dopiero co skończyć imprezę, gdyż przez otwarte drzwi słyszałem, jak ktoś bardzo cicho wynurza się z pomieszczenia obok. To musiał być Jeff uważający, by nie obudzić kumpla. A Sheena brała kąpiel. Usiadłem na łóżku modląc się, by nikt nie zadawał pytań, gdzie znajdowałem się całą noc. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że żaden z moich współlokatorów nie zauważył mojego powrotu. Coco spał jak zabity, dlatego Sheena i Jeff uznali, iż mogą szczerze pogadać. W towarzystwie nigdy tego nie robili.
— Dobrze się bawiłaś? — zapytał z troską. Jego głos brzmiał tak, jak gdyby się uśmiechał.
— Wspaniale, Jeff — odparła. — Jednak dobrze wiesz, że ja nie wierzę w tak skrajną dobroć ludzi. Nie jestem w stanie uwierzyć, że życzyłeś mi dobrej zabawy zamiast modlić się, żebym wracała.
— Masz rację... — wyjąkał.
— Myślałam, że już to uzgodniliśmy — wycedziła przez zęby.
                    Moje przypuszczenia okazały się być prawdziwe. Tylko dlaczego Sheena była w stosunku do niego tak niemiła?
— Jeff, jesteś świetnym przyjacielem — mówiła. — Ale nic poza tym.
— Nawet nie spróbowałaś — odpowiedział cicho.
— Wiesz, jakie są kobiety — zaśmiała się. — Wolimy najgorszych łobuzów, choć często mamy pod ręką takich facetów, jak ty, Jeff.
— To znaczy jakich? — dopytywał.
— To znaczy idealnych do związku — odparła. — Za to ja szukam spontaniczności i braku rutyny.
— Jesteś maniaczką przygodnego seksu czy jak? — spytał.
— Wiedziałam, że zaraz dojdzie do tego tematu — syknęła. — Różnie bywało, Jeff. Jednak wydoroślałam.
— W twoich oczach jest coś dziwnego, Sheena.
                    Ich rozmowa zabolała mnie tak bardzo, że zwyczajnie wyszedłem z pokoju. Przeprosiłem ich i udałem się do łazienki. Nie miałem pojęcia, czy rozmawiali o tym dalej. Jednak na myśl o cierpiącym Jeffie stawałem się coraz smutniejszy i coraz bardziej załamany. Dlaczego taki człowiek jak on miał problemy miłosne? Zawsze pomagał ludziom i stawiał ich dobro wyżej niż własne. Gdzie podziała się wdzięczność?
                    Wziąłem długą kąpiel, a gdy skończyłem, śniadanie czekało na mnie na stole. Sheena siedziała w naszym pokoju, a Jeff krzątał się przy blacie, stojąc do mnie tyłem. Kiedy poprosiłem, by na mnie spojrzał, odmówił. Prawdopodobnie płakał.


21.12.15

Molestowanie z jego strony

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 6
Gatunek: Yaoi.



Zapowiadam świątecznego speciala, dodam w wigilię koło 17.00, chociaż nie cierpię świąt, ale to dla Was <//////3
_______________________________________

                    Tego dnia obudziłem się zbyt wcześnie. Kiedy powoli podnosiłem się z łóżka, przebudziła się także Sheena. Przetarła oczy i zapytała, czy wszystko w porządku. Potaknąłem i zarzuciłem na siebie szlafrok, a gdy wychodziłem z pokoju, położyła się z powrotem. Zaparzyłem kawę. Nie miałem ochoty jeść, jednak potrzebowałem choć trochę energii, by przetrwać ten dzień. Mimo wszystko ograniczyłem się do tostów, a w zasadzie suchych spieczonych grzanek. Dałbym sobie rękę uciąć, że, gdybym tylko zjadł coś więcej, zwymiotowałbym lada chwila.
                     Wszystko tego dnia było szare. Na dworze było pochmurno, a nisko latające jaskółki zwiastowały nadchodzący deszcz. Na ulicach nie słychać było muzyki, jedynie warkot samochodów. Kolorowe reklamy ledwo przebijały się blaskiem przez szarą mgłę. I wszędzie unosił się ten cholerny ludzki smród.
                    Wizyta w gabinecie szefa nie mogła wyglądać normalnie. Spodziewałem się wszystkiego - Paula, Seana, Matthewa, nawet Keiry czy Edgara, ale co tam, do cholery, robiła mała dziewczynka? Czyżby pan Brown znów zmienił fetysze? Bo pod tym względem był naprawdę dość rozwinięty.
— Dzień dobry! — wrzasnęła. Biegała po pomieszczeniu, jakby miała robaki w dupie. Wiedziałem, że coś nas łączy. Nie, żebym miał robaki w dupie. — Jestem Felicia i jestem młodszą siostrą Matta! Miło mi cię poznać!
                    Chciałem powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale ta sytuacja zdecydowanie się do tego nie nadawała.
— N-no cześć, miło mi — wyjąkałem. W zasadzie może to i lepiej, że spotkałem tam ją, a nie nikogo innego. — Jestem Charlie.
— Charlie... — wymamrotała ze świecącymi oczyma. — Więc to ty... Przed chwilą poznałam kogoś, kto, tak biorąc na logikę, mógł być Charliem, ale w sumie to od razu wiedziałam, że to nie będzie Charlie, bo nie wyglądał na Charliego z opowieści, a takie rzeczy widzi się przecież na pierwszy rzut oka i...
— Stary, ile ty nawijasz... — westchnąłem, zatykając jej dłonią usta. — Sorry, dziewczę drogie. Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Jakie opowieści?
— Matt często mówi o jakimś Charliem i dzisiaj przedstawił mi chłopaka, który idzie z nami do wesołego miasteczka za chwilę — odpowiedziała. — Ale okazało się, że to nie Charlie. A kiedy zapytałam, gdzie jest Charlie, obydwaj zamilkli. Więc może pójdziesz dziś z nami, Charlie?
— Obawiam się, że to kiepski pomysł, ale na pewno będziesz się świetnie bawić z Seanem — westchnąłem.
— Obydwaj jesteście trochę... — zaczęła, ale przerwał jej dźwięk otwierających się drzwi.
— Opierdalacie się znowu, zamiast pracować — rzuciłem na ich widok. Felicia zaśmiała się cicho. Zapomniałem, że nie mówi się takich rzeczy przy dzieciach.
— Dobrze, że jesteś, Charlie — przywitał się Matthew. Nie wyglądał na szczęśliwego tego dnia.
— Chciałem ci tylko powiedzieć, że jeszcze przemyślę to, czy złożę wypowiedzenie — odparłem. Sean zaśmiał się cicho. Nie chciałem, by myślał, iż to dzięki niemu chcę odejść, dlatego powiedziałem coś więcej. — Szczerze powiedziawszy nie wiem, co robić z pieniędzmi. Kiedy moja babka żyła, prawie cała moja pensja była przeznaczana na jej leczenie. Nie potrzebuję tyle kasy, więc znalezienie mniej stresującego stanowiska chyba byłoby dobre dla moich nerwów, nie uważasz?
                    Sean spoważniał, a Felicia rozdziawiła buzię ze zdziwienia. Matthew rzucił mi jedynie lekko zaniepokojone spojrzenie.
— Potrzebuję takiego pracownika jak ty — powiedział.
— Matt, nie możesz po prostu powiedzieć mu tego, co mamie? To na pewno by go przekonało! — zachęcała Felicia.
— To zdecydowanie go nie przekona — odparł cicho.
                    Byłem trochę ciekaw tego, co miała na myśli Felicia, ale nie mogłem tego okazywać. Sam nie wiedziałem dlaczego. Po prostu chciałem stać się neutralnym pracownikiem w jego firmie i pozbyć się tych wszystkich toksycznych relacji.
— Matt! Gadasz o nim w kółko, odkąd tylko pojawił się w twojej firmie, a teraz pozwolisz mu tak po prostu odejść?! — wrzeszczała dziewczynka.
                    Byłem w szoku. Więc jego fascynacja zaczęła się już wcześniej? Jakie były jego motywy? Nie mogłem kompletnie zrozumieć jego postępowania. Zakochiwał się od pierwszego wejrzenia, a potem porzucał uczucia i tworzył nowe, którymi zaczynał darzyć zupełnie inną osobę?
— Pójdź z nami do wesołego miasteczka, proszę — jęczała Felicia, ciągnąc mnie za kieszeń spodni. Sięgała mi zaledwie do pasa, a sam do wysokich nie należałem.
— Nigdzie nie idę — syknąłem. — Źle się czuję w takim towarzystwie.
— Wszyscy jesteście kłamcami... — odparła cicho, a jej oczy zaczęły zalewać się łzami. — Wiem, że jestem tylko dzieckiem, ale czy to powód, żeby tak mnie traktować?!
— Felicia... — zaczął Sean, podchodząc do niej, ale odepchnęła go i cofnęła się w róg pomieszczenia.
— Cały czas robisz wszystko, żebym cię polubiła, Sean. Nigdy cię nie polubię! Jesteś sztuczny i udajesz, że chcesz dobrze. Może dorośli tego w tobie nie widzą, ale ja wiem jak jest — płakała. — A ty, Charlie, pozwalasz się tak traktować. Patrzysz na mojego brata w taki sposób, w jaki on patrzy na ciebie, ale i tak dajesz pierwszeństwo temu głupiemu Seanowi! I nie dasz nawet sobie szansy!
— Mylisz się, Felicia, ja nic... — zacząłem.
— Nie kłam! — krzyczała. — Widzę, jak na niego patrzysz! I nie potrafisz mu tego powiedzieć, więc on... on... szuka ciepła gdziekolwiek indziej, bo nigdy go od nikogo nie dostał...
                    Nie miałem ochoty słuchać wrzasków jakiegoś bachora. Wyszedłem z gabinetu Matthewa i udałem się do swojego działu, spóźniony jakieś piętnaście minut. Przeprosiłem Edgara, ale jak zwykle nie był zły. Sean tego dnia nie pokazał mi się więcej na oczy. Spostrzegłem jedynie przez okno, jak wychodzą z budynku i wsiadają do czarnego mercedesa Matthewa. Nie miałem ochoty o tym wszystkim myśleć. Łudziłem się nadzieją, że wezmą sobie jakiś ślub, zamieszkają razem, a ja nie będę musiał znosić widoku Seana na co dzień w robocie. Ale mimo wszystko wkurzało mnie coś. Z Matthewem nie łączyło mnie kompletnie nic, ale jednak denerwował mnie fakt, że ktoś bawi się jego kosztem, a on sam na to wszystko pozwala. Nie miałem co prawda obowiązku pomagania ludziom, lecz nie znosiłem, gdy ktoś postępował w taki sposób. Czy Matthew naprawdę tego nie widział? Ślepy był, czy co?
— Chciałam pana przeprosić, panie Mathis — wyjąkała Keira, kiedy mieliśmy krótką przerwę. — Przypadkowo podsłuchałam rozmowę w gabinecie pana Browna dziś rano. Źle pana oceniłam. Sean przedstawił nam sytuację kompletnie subiektywnie. Ale proszę się nie martwić, wszystkim już powiedziałam prawdę.
— Jaką prawdę? — zapytałem, choć czułem, że nie chcę znać odpowiedzi.
— No, wie pan... — wyjąkała. — Że sprzedawał pan tyłek, bo babka chorowała, a teraz już nie będzie pan tego robił, bo nie żyje. Ale za to Sean chce kasy.
                    Złapałem się za głowę i odszedłem jak najdalej od niej, by nie słuchać dłużej tego bełkotu. Przynajmniej współpracownicy zaczęli znów odnosić się do mnie z szacunkiem. I nikt nie zadawał niepotrzebnych pytań.
                     Kiedy skończyłem zmianę, postanowiłem wstąpić jeszcze do Matthewa. Sprawa męczyła mnie niemiłosiernie, a wolałem tej nocy spać spokojnie. Jak się okazało, ledwo co wrócili z wesołego miasteczka. Felicia siedziała wygodnie w wielkim fotelu Browna, Sean stał oparty o biurko, Matthew natomiast wpatrywał się w coś za oknem, paląc papierosa. Chyba wszyscy mieli zdrowie fizyczne i psychiczne dzieciaka głęboko gdzieś.
— Matthew, musimy pogadać — rzuciłem na wejściu. — Ale reszta won.
— Nie chcę z nim siedzieć! — zaczęła drzeć się Felicia, którą Sean próbował wyciągnąć na zewnątrz.
— Jasne, mała, ale pięć minut cię nie zbawi, więc spierdalaj stąd — syknąłem. Posłuchała. — Matthew, nie zrozum mnie źle, ale czy ty na pewno świadomie postępujesz, angażując się w jakiś chory związek z Seanem?
                    Spojrzał na mnie z kompletnym zdziwieniem. Podszedł do mnie bliżej, ale odruchowo odsunąłem się z obawy o molestowanie z jego strony.
— Po prostu... — wymamrotałem. — On chce kasy. I nie wyssałem sobie tego z palca. Powiedział mi o tym otwarcie.
— Wiem o tym — odparł, zaciągając się papierosem.
— Masz ze sobą poważny problem, stary... — powiedziałem, marszcząc się z zażenowania.
— Masz rację — odpowiedział z szerokim uśmiechem. Zabolało mnie coś w środku. — Też chciałem ci coś powiedzieć. Zmiana roboty nic ci nie da. Wiem, że jesteś przywiązany do tego miejsca.
— A może chcę zacząć od nowa? — spytałem ironicznie.
— Ile razy już to robiłeś? — zapytał. — Nie idź w ślady rodziców, Charlie.
— Powiedział facet, który brnie w bagno, bo chce być jak ojciec — syknąłem. — A-ale... skąd ty, kurwa, znasz moich starych?
— Zupełnie tak jak myślałem...
                    Cieszył się jak ostatni idiota i gapił się nadal przez okno. Nie raczył odpowiedzieć na moje pytanie. Może mnie śledził? Wygrzebywał moje dane osobowe, bo popadł w obsesję na moim punkcie, kiedy mnie spotkał? To nie brzmiało logicznie. Skąd mógł znać moich rodziców? Chwila... Czy to mogło oznaczać, że i mnie znał wcześniej? I na tej właśnie podstawie żywił do mnie uczucia już wtedy, kiedy się pojawiłem w jego firmie? Brzmiało to jak dziwna fantazja, kompletnie niezgodna z rzeczywistością. Owszem, zdarzały się na świecie dziwne przypadki, zrządzenia losu, ale czy aż do tego stopnia? Cała ta sytuacja kupy dupy się nie trzymała.


Niewyżyty seksualnie szef

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 5
Gatunek: Yaoi.



                    Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Moje ciało stało się momentalnie sparaliżowane. Mimo wszystko było to w jakiś sposób miłe. Moje serce znów zabiło szybciej. Nie miałem pojęcia, jak zachować się w takiej sytuacji, dlatego zaczęła rozpierać mnie agresja. Byłem cholerykiem czystej krwi.
— Jak, kurwa? — zapytałem drżącym głosem. — Przecież kompletnie mnie nie znasz.
— Doprawdy? — spytał, znów się uśmiechając. — Jesteś narcystycznym, egoistycznym, wrednym, małym dupkiem wyżywającym się na swoim otoczeniu, największym źródłem agresji w tej firmie, choć z drugiej strony szukasz spokoju i chwili na złapanie oddechu. Dodatkowo po problemach żołądkowych wszystkich pracowników po ostatnim spotkaniu, mniemam, że kompletnie nie potrafisz gotować.
— Dobra, racja, wiesz o mnie wszystko — westchnąłem. — Ale to i tak mnie nie przekonuje. Nie wiesz, jaki jestem w środku. Znaczy... Fizycznie może i wiesz...
— Dlaczego nie dasz mi szansy? — zadał pytanie, poważniejąc nagle.
— Mówiłem już — odpowiedziałem szorstko. — Wolę kobiety. A teraz odsuń tyłek, muszę wracać do pracy.
— Mimo wszystko... będę czekał wieczorem — powiedział mi na odchodne.
                    Wróciłem do swojego działu, starając się nie myśleć o tym wszystkim. Bałem się to analizować, bo mogłem dojść do wniosków, których nie chciałem znać. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.
— Keira, jesteś tak głupia, że nawet nie mam ochoty ci cisnąć — syknąłem z zażenowaniem, patrząc, w jaki sposób robi kawę. Gdyby robiła naleśniki, zapewne zaczęłaby od wałkowania ciasta.
                    Rozsiadłem się na kanapie. Do końca zmiany nie zostało już wiele czasu. Zająłem się więc przeglądaniem artykułów moich podwładnych. Nawet nie szło im tak źle. Zanim jednak dorwałem prace Keiry, postanowiłem udać się najpierw do toalety, by zwymiotować na zaś. Na moje nieszczęście doszło tam do ponownego spotkania z szefem, które zadziałało na mnie jak płachta na byka. Ponadto pogadanka z kimś jego pokroju w takim miejscu jak tamto nie mogła skończyć się dobrze, dlatego szybko czmychnąłem do kabiny. Mimo wszystko chyba miałem jednak refleks szachisty. Matthew dopadł mnie, nim zdążyłem zamknąć drzwi. Znów zaczął mnie molestować, jak gdyby stwierdził, że kibel w robocie to świetne miejsce na przygodny seks. I nie był to koniec pasma niepowodzeń. Przyłapano nas. Najgorsza możliwa osoba zobaczyła, jak szef się do mnie dobiera. Znałem tego człowieka wystarczająco dobrze, by wiedzieć, co z tym zrobi i jak to wykorzysta. Był to jeden z moich podwładnych, Sean Pierre, który prawdopodobnie był już w drodze na nasz wydział, by powiadomić współpracowników o tym, w jaki sposób stałem się prawą ręką szefa. Nie do końca tak było, lecz miał świetne argumenty, by sobie coś dopowiedzieć. Matthew oderwał się ode mnie, a ja spojrzałem na niego z wściekłością. Byłem pewien, że stracą do mnie szacunek. Początkowo uznałem, iż nie muszę już tego dnia tam wracać, lecz do końca zmiany została cała godzina i nie miałem wyboru. Wróciłem na swój wydział.
— Keira, ten artykuł jest do dupy — spuentowałem, kiedy skończyłem czytać.
— Skoro jest do dupy, może dostanę awans — odparła cicho. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Poczułem, że moja pozycja jest zagrożona. Sean wpatrywał się we mnie z dziwnym uśmiechem. Chciał mnie zniszczyć. To było pewne. Edgar z niepewnością obserwował to, co działo się wokół.
                    Skończyło się tak, że mimo piątku wywaliłem szklane drzwi prowadzące do naszego wydziału. Wyszedłem dobre pół godziny przed końcem zmiany, bo ich docinki wkurwiały mnie jak jasna cholera. Napisałem do Jeffa wiadomość, że mam coś ważnego w robocie i powinni pojechać beze mnie. Od miesiąca planowaliśmy z Coco i Sheeną wspólny wyjazd na weekend, ale naprawdę odechciało mi się przebywać z ludźmi. Cieszyłem się jak małe dziecko na myśl o wolnej chacie. Nie miałem ochoty jechać do szpitala do babki, gdyż wiedziałem, że nie zmieniła zdania. Udałem się więc do pobliskiego pubu, gdzie pogadałem z znajomym barmanem i wypiłem dwa piwa. Potem wróciłem do mieszkania, nie biorąc nawet pod uwagę opcji odwiedzenia Matthewa. Ten głupi chuj niszczył mi życie.
                    Dopadła mnie chandra. Cały weekend spędziłem w kocu przed telewizorem. Nie jadłem prawie nic, nie miałem ochoty nawet na kąpiel. Byłem tak zdesperowany, że zwinąłem papierosy Coco i wypaliłem dwie paczki w ciągu tych dwóch dni, choć nie znosiłem tego gnojstwa. Wieczorem zadzwonił do mnie Edgar.
— Dobry wieczór, panie Mathis — przywitał się. — Pomyślałem, że przyjdę jutro wcześniej. Dwa tygodnie temu poprosiłem pana o wykonanie mojej roboty papierkowej, teraz przyszedł czas, żebym się odwdzięczył. Proszę się nie fatygować na dziewiątą rano, myślę, że dwunasta to lepsza godzina. Deklaruję, że pracownicy będą doprowadzeni do porządku. Proszę się o nic nie martwić, panie Mathis.
                    Edgar miał naprawdę dobre serce. Lecz co mi było po tym, że dłużej pośpię, a potem głupi podwładni nie będą mi docinać, skoro na pewno w głębi duszy będą mi złorzeczyć? Postanowiłem zmienić robotę, kiedy tylko babka wyleczy się z raka.
                    Kiedy wróciłem do roboty, postanowiłem najpierw udać się do gabinetu szefa i powiedzieć mu, jakie zgotował mi piekło. Tym razem nawet nie fatygowałem się pukaniem do drzwi. Wszedłem niczym do siebie. Lecz widok, jaki tam wówczas zastałem, nauczył mnie kultury. Stanąłem jak wryty i nie miałem pojęcia, co się dzieje. Z jednej strony łączyłem fakty, z drugiej zaś - to wszystko było totalnie nielogiczne.
                    Sean. Pierre. Był obejmowany. Przez Matthewa. I tak słodko patrzył mu w oczy, co za kretyn! W zasadzie chciałem coś powiedzieć, ale tak mnie zatkało, że nie byłem nawet w stanie. Więc w taki sposób Matthew interpretował "miłość"? Spojrzałem na niego i zacząłem się śmiać, bo na nic innego nie miałem siły. Obydwoje byli nieco zdezorientowani. Cóż, uznałem, że trafił swój na swego. Ten chory plotkarz atakujący ludzi psychicznie postanowił wykorzystać okazję do dobrego zarobku i poderwać szefa. A szef, półgłówek, niewyżyty seksualnie w dodatku, uznał Seana za dobry obiekt do wyżycia się, mimo swojego pseudo-zakochania w człowieku, którego kompletnie nie zna. Pozostawiłem to bez komentarza. Wyszedłem bez słowa i udałem się na swój wydział. Edgar faktycznie opanował stado dzikich zwierząt. Kawa już na mnie czekała. Ta praca coraz bardziej działała mi na nerwy. Nie mogłem się doczekać, aż będę mógł zacząć żyć na własną rękę i przestać finansować leczenie babki. Ale jeszcze tego wieczora skarciłem samego siebie za takową myśl. Zadzwoniono do mnie z informacją, że babka zmarła chwilę temu.
                    Leżałem akurat zmęczony w łóżku, w swoim pokoju. Moi współlokatorzy wydzierali się na siebie w kuchni, nie pozwalając mi spać. W jednym momencie poczułem, że straciłem wszystko. Zniszczyłem przyjaźń z Jeffem, sprzedałem swój tyłek, moja najbliższa osoba z w rodzinie zmarła, współpracownicy zaczęli się ze mnie wyśmiewać. Pierwszą moją myślą było wyniesienie się z tej posranej roboty. Bez chwili namysłu zadzwoniłem do Matthewa. Starałem się ignorować głos Seana w tle. Nie zdziwiło mnie, że przebywał u niego w mieszkaniu.
— Tak tylko dzwonię, jutro przyniosę wypowiedzenie i problem z głowy — wymamrotałem, pociągając nosem. — Nie potrzebuję już twojej zasranej kasy, moja babka właśnie zmarła na raka i już nie muszę sprzedawać ci dupy, żeby ją wyleczyć. W zasadzie cały czas miała mnie gdzieś, więc nie wiem, po chuj jej pomagałem. Spierdoliłeś mi życie Matthew, cieszę się, że jutro zobaczymy się ostatni raz.
— Nie rób tego, Charlie... — odparł. W jego głosie słyszałem troskę, ale nic mnie to nie obchodziło.
— Dlaczego mam cię słuchać? Ostatnio ci uwierzyłem w to, że się zakochałeś, ale jednak twoje czyny pokazały coś innego — jęczałem. Mówiłem rzeczy, których nie chciałem mówić. Byłem w stanie kompletniej desperacji.
— Gdzie jesteś? — spytał. — Spotk...
                    Rozłączyłem się. Pomyślałem wtedy, że muszę uciec i zerwać kontakt z Jeffem i resztą współlokatorów. Zawsze chciałem wyjechać do Sidney. I w końcu miałem okazję. Rozryczałem się jak baba przez to wszystko. Niestety do pokoju wszedł wtedy Jeff. A ja naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, co mu powiedzieć. Za dobrze mnie znał, żebym mógł kłamać w takiej chwili.
— Uciekam stąd, Jeff... — mówiłem niewyraźnie, szlochając jak małe dziecko. — Jutro wyjadę, więcej się nie zobaczymy. Schrzaniłem sprawę. Już tego nie naprawimy. Przepraszam Jeff, mam nadzieję, że znajdziesz prawdziwych przyjaciół, którzy nie będą tak skretyniali jak ja.
— Stary, o czym ty mówisz? — zdziwił się. — Co się stało? Słuchaj, wszystko można naprawić. Może nie będzie tak jak kiedyś, ale dlaczego nie spróbować?
— Spierdoliłem wszystko, Jeff.
                    Mimo wszystko nalegał, żebym mu opowiedział o tym, co się stało. Naprawdę nie chciałem tego robić, ale towarzyszył mi przez bite dwie godziny i siedzieliśmy tak w milczeniu, dopóki nie zacząłem gadać. A kiedy skończyłem, złapał się za głowę.
— Charlie — odparł cicho. — Spierdoliłeś. Ale można to naprawić.
                      Powiedział mi wtedy, żebym zajął się pogrzebem babki. Jako osoba zamieszana w całą tę historię pogadał ze mną szczerze i kazał mówić zawsze, co mi leży na sercu. I obiecał, że mnie nie zostawi i nie pozwoli uciec, bo mimo wszystko nadal jestem jego przyjacielem i zrobi wszystko, żeby mi pomóc. Zdziwił mnie fakt, iż odradził mi rzucenie roboty. Doradził, bym poszedł tam z uniesioną głową i pokazał tępym podwładnym, jak powinni się do mnie odnosić. Nie spodziewałem się, że Jeff będzie przekonywał mnie do zemsty, ale zrobił to. Powiedział w zasadzie, iż nie do końca ma na myśli odwet, ale ubrał to tak w słowa, gdyż wiedział, że to do mnie trafi. Kazał mi walczyć o swoje i rozwalić Seana, który zapragnąć wdać się w łaski szefa tylko i wyłącznie dla kasy.
— Jeśli ktoś ma coś zrobić w twoim życiu, to tylko ty, Charlie — powiedział na koniec. — Poza tym... Jak wiele razy już zaczynałeś od nowa? To nie gra, Charlie. Zaakceptuj swoją przeszłość, idź do przodu i wykorzystaj swój wielki bagaż doświadczenia.
                    Zrobił mi herbaty z rumem, przygotował kąpiel i kazał położyć się spać. Sheena wyglądała na wyjątkowo zatroskaną, nawet Coco był zdziwiony widząc mnie w takim stanie. Dali mi spokój. Przez pół nocy zastanawiałem się, co powiem Matthewowi następnego ranka. Mimo tego, co powiedział mi Jeff, nadal o wiele bardziej podobała mi się opcja ucieczki. Nie odrzuciłem tej opcji. W sumie mogłem zostawić im pożegnalne listy i nawiać, kiedy będą w pracy. Dobrze znałem ich grafik i wiedziałem, kiedy mogę zabrać torby. W stanie totalnej desperacji nie obchodził mnie nawet fakt, że moja przyjaciółka Sheena musiałaby zacząć płacić za dwuosobowy pokój sama, a nie zarabiała kokosów. Czułem się naprawdę źle.


20.12.15

Sprzedałem swój tyłek

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 4
Gatunek: Yaoi.



Prawdopodobnie będzie teraz dużo postów, bo nie spędzam świąt, bo nie mam z kim aktualnie. W sumie pojawił się adres, na który możecie wysyłać te swoje zboczone rysunki, które zbieram, bo są fascynujące, a jednak posiadanie oryginałów jest lepszą opcją niż drukowanie skanów X.x 
& widzimy się za niecały miesiąc na Śląsku! 
_______________________________________________________

— Zdobyłem wystarczająco, żeby to opłacić. I spełnić twoje największe marzenie — powiedziałem powoli. Miałem pewność, że wywoła to u niej wielki entuzjazm, jednak bardzo się pomyliłem.
— Chłopcze — odparła z uśmiechem, lecz był on bardziej ironiczny niż troskliwy. — Jesteś młodym mężczyzną, musisz teraz zadbać o siebie zamiast myśleć o mnie.
— Przecież masz dopiero sześćdziesiąt trzy lata! — podniosłem głos. — Dlaczego zawsze się poddajesz?! Całe życie marzysz, by zobaczyć z bliska Statuę Wolności, a odkąd tylko wyprowadziliśmy się do Nowego Jorku, zalegasz w szpitalnym łóżku, choć podobno czujesz się dobrze!
                    Nienawidziłem tego podejścia, nie cierpiałem ludzi, którzy postępowali w taki sposób. Byłem wyczulony na tego typu zachowania. U mojej babki jakiś czas temu wykryto zaawansowane stadium raka i już wtedy założyła, że walka nie ma najmniejszego sensu. Na świecie zdarzyło się wiele przypadków, gdzie ludzie wychodzili z tego dzięki silnej woli, bowiem psychika jest nieodłącznie związana ze stanem fizycznym. Czułem się jak ścierwo, słysząc od babki, że jest za późno, choć jeszcze poprzedniego dnia sprzedałem swój tyłek, by jednak miała szanse na normalne życie. Siedziała przede mną łysa i roześmiana, ale raczej nie z powodu akceptacji swojego stanu, tylko prędzej dziwnej satysfakcji z tego, jak bardzo potrafi mieć wyjebane. Naprawdę miałem ochotę powiedzieć jej, ile mnie to wszystko kosztowało, lecz bałem się usłyszeć, że zupełnie nic ją to nie obchodzi.
                    Podczas gdy Coco i Sheena zdawali się niczego się nie domyślać, Jeff wyglądał na wyraźnie zatroskanego i w zasadzie ciężko mi było powiedzieć, czy wolałbym, żeby zasmucał się swoimi problemami, czy też widział, że u mnie coś nie gra. Gdyby tylko dowiedział się o moich postępkach, zawiódłby się i zapewne stwierdziłby, iż nie jest dobrym przyjacielem, skoro nie prosiłem go o pomoc. Wolałem tego uniknąć, ale w rezultacie brnąłem w to kłamstwo coraz głębiej, stopniowo wyniszczając naszą przyjaźń.
                     Ten wieczór niczym nie różnił się od pozostałych. Jeff i Coco grali w "kamień, papier, nożyce" o pierwszeństwo przy garach. Zawsze gotowaliśmy co najmniej dwa posiłki naraz, gdyż Jeff, w przeciwieństwie do Coco, był fanatykiem zdrowego odżywiania. Mi i Sheenie było przeważnie wszystko jedno. Gadaliśmy o tym, co dzieje się w mieście, ale szybko porzuciliśmy ten temat, gdyż było to dla mnie niczym rozmawianie o robocie. Coco mówił o młodych dziewczynach, które pojawiły się tego dnia w SPA, gdzie pracował na recepcji. Mimo że były najlepszymi przyjaciółkami, zdobył obydwa numery telefonu. W zasadzie nikogo to nie dziwiło, mężczyzna od zawsze cieszył się dużym powodzeniem u płci przeciwnej. Kiedy zaczął mówić o swoich fantazjach, Sheena rzuciła się na niego z pięściami. Znali się naprawdę długo, a mimo to kobieta nadał łudziła się nadzieją, że pozbędzie Coco dziwnych nawyków życiowych.
                    W pracy nic specjalnego się nie działo. Nadal oczerniałem pracowników, a oni nadal zdawali się mieć ujemne IQ. Matthew nie wzywał mnie do siebie, ale wiedziałem, że jego propozycje nadal są aktualne. Nie skłamałbym, gdybym powiedział, iż cały tydzień go unikałem. Ciężko było mi nawet samemu zrozumieć, dlaczego tak postępuję. Gryzło mnie nieco sumienie i o pewnych rzeczach wolałem nie myśleć. Dopiero w piątek pojawiła się okazja, a raczej przymus odwiedzenia go w jego gabinecie. Keira trafiła bowiem na jakiegoś inwestora, jego udziały mogły pozwolić nam na szybszy rozwój, a mnie - na spokojniejsze życie w pracy. Mimo wszystko nie chciałem wysyłać do szefa tej głupiej blondynki, profesjonalizm stał u mnie na pierwszym miejscu, nawet w tak skrajnych sytuacjach.
                    Wdrożył mi się już ten brak kultury i etyki pracy, dlatego, jak zwykle zresztą, zapukałem raz i wszedłem do środka, nie czekając na odpowiedź. Zobaczyłem Matthewa stojącego przy oknie, wpatrywał się wgłąb miasta, chciałem wówczas jakoś sarkastycznie go powitać, ale sam zaczął gadać. Jak się okazało, nie do mnie.
— Nie możesz tak postępować, Matthew — powiedział stanowczo. Początkowo przeszło mi przez myśl, że ma jakieś rozdwojenie jaźni. Dopiero po chwili zorientowałem się... że to nie był mój szef. — Jeśli nadal będziesz tak żył, skończysz się. Całe życie podążasz za ojcem, z którym żaden z nas nie miał właściwie zbyt dobrych relacji. Rozumiem, że jest dla ciebie swego rodzaju idolem, ale czy naprawdę sądzisz, że warto?
— Owszem — odpowiedział. Tym razem byłem pewien, że to głos Matthewa. Siedział w swoim fotelu, tyłem do mnie. Dlaczego pomyliłem z nim tego faceta? Byli cholernie podobni. Z rozmowy wnioskowałem, że mogą być braćmi. — Nie wpajaj mi swoich priorytetów, Paul.
— Jestem od ciebie jednak trochę starszy, więcej przeżyłem — mówił. — Początkowo działałem tak samo, ale nauczyłem się na swoich własnych błędach, że to nie ma sensu. Ty nie musisz tego robić, bo znasz moją przeszłość i dobrze wiesz, jak to wszystko się skończy.
                    Stałem nieruchomo i milczałem, nie do końca wiedząc, co powinienem zrobić. Musiałem w sumie dać im jakoś znać o swojej obecności, lecz ich rozmowa była tak ciekawa, że chciałem jej posłuchać do końca. Mimo wszystko nadal niczego nie wiedziałem o Matthewie. Był najbardziej tajemniczą osobą w moim otoczeniu.
— Powinieneś znaleźć kobietę, założyć rodzinę i nie skupiać się aż tak na pracy — odezwał się znów Paul. — Jestem pewien, że poczułbyś się lepiej. Póki co, zmierzasz ku autodestrukcji. Naprawdę tego nie dostrzegasz? Dobrze wiesz, że nie życzę ci złego.
— Jak już powiedziałem, nie wpajaj mi swoich priorytetów — odpowiedział szorstko. — Rodzina stoi u mnie na niskim szczeblu w hierarchii. Chcę się zająć pracą i liczyć tylko na siebie, bo jestem jedyną osobą, która mnie nie zawiedzie.
                     Skądś znałem te słowa. Mimo wszystko brzmiały cholernie boleśnie. Wyglądało na to, że Matthew też jest człowiekiem, który nie ma umiejętności ufania ludziom. Nigdy nie pomyślałbym, iż tak wiele nas łączy.
— Będę robił to, co chcę — spuentował Matthew. — Znam jedyną drogę do sukcesu.
                    W tym samym momencie zauważyli moją obecność. Na swoją obronę dodałem, że dopiero wszedłem i nie chciałem przerywać. Nie skarcili mnie. Paul pożegnał się ze swoim bratem i wyszedł. Ja zaś podszedłem do biurka i zacząłem monolog. Wyrzuciłem na blat wizytówkę inwestora i papiery, powiedziałem mniej więcej to, co przekazała mi Keira.
— Co o tym sądzisz, Charlie? — zapytał. Poczułem zimny dreszcz na plecach. Moje imię dziwnie brzmiało w jego ustach.
— Myślę, że to doskonały sposób na rozwój firmy i jesteś szczęściarzem, że trafiło akurat na ciebie — odpowiedziałem. Zauważyłem wówczas, że rozmowy z nim przestały mnie stresować. Atmosfera była dziwnie luźna.
— Nie mówię o tym — odparł szorstko. — Co myślisz o tym, o czym rozmawiałem z Paulem?
                  Wydąłem wargi i zrobiłem dziwną minę. Nie spodziewałem się, że zapyta mnie o coś takiego. Kim dla niego byłem? Wujkiem dobrą radą?
— Myślę, że dróg do sukcesu jest wiele — zacząłem. Uniósł wtedy głowę i przyjrzał mi się z zaciekawieniem. — Tym bardziej, że sukces możesz interpretować na wiele sposobów i może się on tyczyć wielu dziedzin życia. Dla Paula sukcesem jest założenie rodziny i spokojny żywot, dla ciebie sukcesem jest kariera, dla mnie... coś innego. Ale nawet jeśli sięgasz po to, co złapał twój ojciec, niekoniecznie musisz postępować w ten sam sposób.
                     Wstał i zaczął przechadzać się po gabinecie. Przywykłem już do wiecznie unoszącej się w nim woni papierosów.
— Dlaczego pytasz? — zadałem pytanie.
                    W jednej chwili objął mnie w pasie, zachodząc od tyłu, a potem zaczął delikatnie całować mój kark. Odepchnąłem go gwałtownie.
— C-co robisz, kurwa...? — zdziwiłem się. Byłem nieco przestraszony.
— Ile chcesz? — zapytał.
— Kiedy gadasz o kasie w takich momentach, zdecydowanie nie jesteś zbyt romantyczny — westchnąłem.
— A powinienem łudzić się nadzieją, że się we mnie zakochasz? — spytał znowu. Nie spodziewałem się czegoś takiego z jego strony. Mimo wszystko nie chciałem stamtąd wychodzić. Może i atmosfera stała się napięta, lecz czułem, że wyniosę z tego coś interesującego. — Poza tym... jesteś twardy.
— A jak mogę nie być, skoro zaczynasz mnie tak nagle obmacywać?! — wrzasnąłem.
— Pomogę ci — zaproponował.
— Nie będę ci się zwalał w gabinecie — syknąłem.
— Więc przyjdź do mnie wieczorem — powiedział.
— Jeśli zadam ci krótkie pytanie, odpowiesz szczerze? Jest coś, co mnie ciekawi — powiedziałem nagle. — Dlaczego to wszystko robisz? Dlaczego zaproponowałeś mi pieniądze w zamian za seks? Dlaczego akurat mnie i dlaczego akurat w taki sposób? Co tobą kieruje, Matthew?
— To było to twoje krótkie pytanie? — zapytał. Oparł się wtedy dłońmi o biurko tak, że blokował mi drogę ucieczki. Stałem przed nim, również oparty o blat. Uśmiechnął się lekko kącikiem ust i spojrzał mi w oczy. — Naprawdę nie wiesz dlaczego?
                    Moje serce zabiło szybciej. Z jednej strony zalałem go masą pytań, z drugiej jednak nigdy nie spodziewałbym się, że ma na to wszystko jedną, gotową już odpowiedź. Myślałem, iż będzie wiekami zastanawiał się nad tym, co powinien odpowiedzieć. Mężczyzna wszystko jednak przemyślał. Więc co nim, do kurwy nędzy, kierowało?


15.12.15

Seks za pieniądze

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 3
Gatunek: Yaoi.



                    Tego ranka odczuwałem efekty okropnego kaca, choć nie tknąłem dnia poprzedniego ni grama alkoholu. Mój nastrój wynikał więc zapewne z niedospania, zmęczenia i obolałego ciała, również z tego, że nadal nie do końca zdawałem sobie sprawę z wydarzeń, jakie miały miejsce tamtego wieczora. Po cichu wślizgnąłem się do swojego mieszkania. Sheena na moje szczęście szła do roboty na pierwszą zmianę, dlatego nasz pokój był pusty, gdy się w nim pojawiłem. Panowie spali jak zabici w pomieszczeniu obok. Nie wymyśliłem jeszcze wersji, jaką mógłbym im sprzedać odnośnie do mojej nocnej nieobecności, aczkolwiek miałem zamiar dać upust swojej kreatywności już tego popołudnia, po powrocie z pracy. O robocie i ponownym spotkaniu z panem Brownem starałem się mimo wszystko nie myśleć. Wziąłem więc dłuższą uspokajającą kąpiel, jeść nie byłem w stanie, więc zaniechałem tych poczynań, a potem wyszedłem z domu z kamienną twarzą tak, jak gdyby nic złego w moim życiu się nie stało.
                        I mimo moich usilnych starań, podwładni zauważyli mój stan. Tego ranka bowiem nie krzyczałem i nie wyżywałem się na nich psychicznie, nie miałem na to najmniejszej ochoty. Początkowo współpracownicy rozleniwili się nieco, byli bowiem przyzwyczajeni do motywacji w postaci nękania. Edgar na szczęście opanował sytuację. Podstawił mi również pod nos kawę, co należało do jego obowiązków, choć tę czynność wykonywał zawsze z ogromnym entuzjazmem. Odsunąłem ją od siebie. Chciało mi się wymiotować, dlatego wchłanianie jakichkolwiek pokarmów bądź napojów nie było wskazane.
— Czy mógłbym panu w czymś pomóc? zapytał Edgar, kiedy siedziałem niemrawo na sofie i wpatrywałem się w jeden punkt.
— Dziękuję — odparłem szorstko.
— Jeśli znajdzie pan chwilę teraz lub później, pan Brown prosił, by złożył mu pan wizytę — powiedział. — Żadnych konkretniejszych informacji mi nie udzielił.
                    Zmarkotniałem wówczas jeszcze bardziej. Spuściłem wzrok na podłogę i westchnąłem cicho. Ogarnął mnie lekki stres, który zdecydowanie nie polepszał mojego nastroju. Z uwagi na to, że towarzyszyłby mi zapewne tak długo, dopóki nie odwiedziłbym gabinetu Browna, postanowiłem jak najszybciej się tam udać. Przeszło mi w sumie także przez myśl to, iż wychodząc stamtąd mogę poczuć się gorzej, ale to akurat nie był pewnik. Bezpieczniej wbrew pozorom było w tej sytuacji zaryzykować.
                    Nie ociągając się, podniosłem się gwałtownie z kanapy i, ku zdziwieniu podwładnych, jak gdyby nigdy nic opuściłem nasz wydział. Nie myślałem o niczym, przemieszczałem się długim korytarzem, gapiąc się przed siebie i nie fatygując się nawet witaniem osób, które mijałem. Stanąłem przed drzwiami gabinetu Browna, zapukałem dwa razy i, nie czekając na odpowiedź, wszedłem do środka. Mężczyzna siedział w swoim wielkim skórzanym fotelu i opierał łokcie na blacie, a twarz - na dłoniach. Uśmiechał się kącikiem ust, a w jego oczach dostrzegłem coś na kształt troski. Stałem się nagle tak wkurwiony, że nawet nawiązanie z nim kontaktu wzrokowego po tym, co razem robiliśmy, nie stanowiło dla mnie problemu. Stałem tak przed nim w ciszy, czekając aż sam zacznie mówić o tym, czego ode mnie chce. Milczał. Milczał w nieskończoność. Walczyliśmy na spojrzenia i jedynym, co dochodziło moich uszu, był dźwięk wskazówek wiszącego na ścianie zegara. Nie mam pojęcia, ile to trwało. Stałem nieruchomo i zacząłem odpływać. Mimo wszystko panowała tam błoga cisza, o jakiej ostatnimi czasy marzyłem. Nadal patrzyłem Brownowi w oczy, lecz myślałem o czymś zupełnie innym. Zastanawiałem się, co robi Jeff i nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego zacząłem to analizować. Być może dlatego, że w jakiś sposób czułem się w stosunku do niego winny. Zamyśliłem się do tego stopnia, iż nie zauważyłem nawet, kiedy Brown wstał i oparł się o biurko. Z tego cholernego stanu wyrwał mnie dopiero moment, w którym mnie pocałował. Byłem tak zszokowany, że nie potrafiłem przez chwilę go odepchnąć. Kiedy z końcu zebrałem siły, oderwałem się od niego i w tym samym momencie cała moja agresja skierowana do świata powróciła.
— Po co kazałeś mi przyjść? — spytałem, zasłaniając ręką usta i marszcząc czoło.
— Właśnie po to — odparł, znów się uśmiechając. — Chciałem tylko dodać, że gdybyś potrzebował więcej pieniędzy...
                    Wychodząc, trzasnąłem drzwiami. Nie miałem ochoty słuchać tego, co mówi, tym bardziej, że dobrze wiedziałem, co chce powiedzieć. Po tej rozmowie poszedłem do swojego działu i wszystko wróciło do normy.
— Robert, ten papier jest tak twardy, że ekolog nadal krzyczy "nie ścinajcie tego drzewa"! — wydarłem się.
                        Ekipa zaczęła pracować bardziej wydajnie, a ja wypiłem swoją kawę. Z agresją było mi do twarzy. Mimo wszystko była o wiele lepsza niż smutek. Zdecydowanie wolałem wyżywać się na innych niż na sobie samym.
                        Kiedy wyszedłem z pracy, udałem się prosto na przystanek z chęcią powrotu do domu. Byłem zmęczony i potrzebowałem odpoczynku. Coś jednak mnie naszło i pobiegłem do najbliższego bankomatu i sprawdziłem stan konta. Szczęka opadła mi do samej ziemi i naprawdę ciężko było mi ją podnieść. Wyglądało na to, że Brown uwzględnił podwyżkę na każdy dzień minionego miesiąca, zamiast zacząć doliczać ją dopiero od tego dnia. W jakiś sposób mnie to wkurzyło, jednak byłem świadom tego, jak bardzo potrzebuję kasy. Złapałem szybko za telefon i podzwoniłem do kilku osób. Rezultat był wyjątkowo kiepski. Złapałem się za głowę. Okazało się bowiem, że pieniędzy nadal jest zbyt mało. Spojrzałem ku niebu, uśmiechnąłem się sarkastycznie, po czym wyciągnąłem w jego stronę środkowy palec, przyciągając tym samym uwagę przechodniów. Chwilę po tym byłem już w sumie na miejscu.
— Nie pytaj, nie komentuj — powiedziałem, wpraszając się do środka. — Pozwolisz, że zrobię coś do jedzenia, jestem głodny jak cholera.
— Gdybym wiedział, że przyjdziesz, zrobiłbym obiad — odparł.
                       Na stole w jadalni walało się pełno papierów, które zaczął wówczas sprzątać. Zaproponował pomoc w przygotowaniu jedzenia, odmówiłem, ale zdawał się tego nie słuchać. Stanął przy blacie i zajął się surówkami, podczas gdy ja zabrałem się za mięso, gdyż miał je akurat w lodówce. Na szczęście nie zadawał niepotrzebnych pytań, które mogłyby jeszcze bardziej mnie zdenerwować. Kiedy wrzuciłem je na patelnię, mężczyzna spojrzał na mnie dziwnie, chciałem zapytać, o co mu chodzi, ale akurat zadzwonił mi telefon. To był Jeff. Wyświetlające się jego zdjęcie na ekranie strasznie mnie zestresowało. Mimo wszystko odebrałem.
— Charlie! Gdzie ty się podziewasz? — zapytał ze śmiechem. W jego głosie czułem wyraźnie troskę. Jeff był wspaniałym człowiekiem.
— Sorry, zapomniałem ci powiedzieć, coś mi wypadło tak... nagle — skłamałem. — Jestem u rodziców, poprosili mnie, żebym czymś się zajął. Długa historia, jak wrócę, to wszystko ci opowiem.
— Gdybyś czegoś potrzebował, nie wahaj się zadzwonić! — krzyknął triumfalnie. — Daj znać, odbiorę cię stamtąd, żebyś nie musiał tłuc się przez miasto.
— Jasne. Dzięki, Jeff.
                        Matthew nadal nie wypytywał o nic, co cieszyło mnie coraz bardziej. Czułem się swobodnie. Wróciłem do przygotowywania mięsa. Gotowaliśmy w kompletnej ciszy. Z jednej strony nie mieliśmy o czym rozmawiać, z drugiej zaś - nie miałem najmniejszej ochoty z nim gadać. Przytłaczała mnie myśl, że znowu do niego przyszedłem. Ale nie pytał. Nie pytał, po co mi tyle pieniędzy. Nie pytał, kim jest Jeff i dlaczego go tak okłamuję. Nie pytał, co, do chuja pana, wyprawiam z mięsem.
— Kurwa! — wrzasnąłem na pół mieszkania, kiedy zacząłem konsumować kurczaka. — Jak mogłeś to, kurwa, jeść?!
                    Na moje szczęście spróbowałem mięsa na samym końcu. Matthew od niego zaczął i w zasadzie zjadł prawie wszystko. Smakowało jak gówno. Było spalone i źle przyprawione, choć wyglądało nieźle. Byłem kulinarnym beztalenciem, a on jak gdyby nigdy nic siedział spokojnie i pożerał kolejne kawałki kurczaka.
— Smakuje mi — odparł.
— Matthew, rozumiem, że masz dziwny gust, ale to jest, kurwa, okropne — syknąłem.
— Nie może być okropne, skoro ty to zrobiłeś — odpowiedział.
                   Dopiero wtedy coś sobie uzmysłowiłem. Matthew mówił mi dziwne rzeczy, ponadto płacił mi za seks, choć wyszłoby mu o wiele taniej na dziwce. Dlaczego więc postępował tak, a nie inaczej? Czy on był... zakochany? Mimo że kompletnie mnie nie znał?
                    Nie sprzątając po jedzeniu, przenieśliśmy się na sofę. Wpatrywałem się w ogień w kominku, który znajdował się tuż przed nami. Matthew namiętnie obcałowywał moją szyję, a ja zmrużyłem oczy. Wsunął mi dłoń pod koszulkę i zaczął masować mój tors.
— To okropne... — westchnąłem, odchylając szyję do tyłu. — Dlaczego płacisz mi za coś takiego? Dlaczego robię coś takiego za pieniądze...?
— A co, jeśli daję ci te pieniądze z dobrego serca? — zapytał, odrywając się na moment od mojego karku. — Co, jeżeli robisz to z miłości?
— Miłości? — spytałem, unosząc brwi. — Mimo wszystko, Matthew... Moje związki z kobietami faktycznie były nieudane, ale to nie oznacza, że jestem gejem.
— Rozumiem — odpowiedział.
                         Wbrew pozorom naprawdę nie przepadałem za tym człowiekiem, choć czasem byłem dla niego całkiem miły, ale lubiłem w nim pewną rzecz. Nie drążył tematu, nie przełamywał na siłę psychicznych barier.
                        Nim się obróciłem, leżeliśmy już nadzy na sofie przed kominkiem. Przeczesywał palcami moje włosy i uśmiechał się w dziwny sposób. Tego wieczora uprawialiśmy seks kilka razy. Wchodził we mnie za każdym razem coraz głębiej, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie mógł nasycić się moim ciałem. Pieścił namiętnie mojego członka i gryzł z rozkoszą moje wargi. Przy ostatnim stosunku nie wyszedł ze mnie, tylko został przez dłuższą chwilę w środku. Pochylił się wtedy nade mną i powiedział, że da mi tyle pieniędzy, ile potrzebuję. Odparłem, że wbrew pozorom wolałbym mieć czyste sumienie i odpłacić się mu chociażby w taki sposób. Wyśmiał mnie. Nie miałem zielonego pojęcia, co się roi w jego głowie. Nie pytał nawet, do czego mi tyle pieniędzy. Zadał tylko jedno pytanie: czy mógłby mi jeszcze w czymś pomóc.



11.12.15

Czy chodzi panu o seks?

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 2
Gatunek: Yaoi.



— Ten artykuł jest tak niedokończony, że Electronic Arts próbowało go wydać!
               Na tym świecie było wiele kwestii nierozwiązanych, między innymi problem polegający na rozważaniu, czy poniedziałek, czy może wtorek jest w tej branży bardziej nerwowy.
               Keira zwierzyła mi się, że ma poważne problemy miłosne i z tego też względu powinienem choć z dobrego serca nieco jej odpuścić. Ale dzień bez znęcania się psychicznego nad podwładnymi był dniem straconym. Zdecydowanie bardziej odpowiadało mi wyżycie się na współpracownikach niż na szefie, u którego tego dnia miałem ponownie się stawić. Zaniechałem wewnętrznych analiz tego, co może stać się podczas rozmowy z nim. Zdecydowałem się pójść za radą przyjaciół i zwyczajnie walczyć o coś, co moim zdaniem mi się należy.
— Keira, kurwa mać! — Tego dnia naprawdę nie mogłem się opanować. — Te strony są tak czarne, że właśnie ukradły mi telewizor!
— Bo to fragment o uprowadzeniu tej ostatnio zaginionej kobiety, czarne kartki mają dodać... Wie pan... Zgrozy — odparła.
— Boże! — wrzeszczałem dalej. — W tym pomieszczeniu jest więcej dymu niż w garderobie Boba Marleya!
                    Kserokopiarki znów zaczynały szwankować, wydając przy tym głośny szum oraz wydalając masę czarnego śmierdzącego pyłu. Przerwałem rozmowę z Keirą, by przypadkowo nie zwolnić jej z roboty. Z jakiegoś powodu oni wszyscy myśleli, że na dobry artykuł składa się jedynie wysoka umiejętność pisarska. Czasem zastanawiałem się, czy szef nie ma zamiaru w bliższej bądź dalszej przyszłości poszerzyć horyzontów firmy. Otworzenie działu drukarskiego byłoby dla mnie nie lada ułatwieniem, bowiem moi podwładni zajmowali się drukiem gorzej niż moja nieżyjąca prababka. Postanowiłem powierzyć sytuację Edgarowi i wyjść. Wkurwiłem się tak bardzo, że ciężko byłoby to ubrać w słowa. Nakazałem mu opanować chaos, jaki wybuchł właśnie w naszym dziale, a potem zrobić mi kawę z mlekiem i bez cukru. Poczułem jakże wielką satysfakcję, gdy udało mi się poskromić nerwy i nie rozwalić drzwi. Na moment udałem się na duży taras, by odetchnąć.
                    Kiedy zaczynałem pracę w tej firmie, Nowy Jork wydawał mi się być czymś obcym, a wręcz nieosiągalnym. Czułem, że nigdy nie pojmę tego miasta, a także mieszkających w nim ludzi. Wszystko było tu dla mnie niezrozumiałe i początkowo usilnie próbowałem to analizować. Kiedy wychodziłem na ten sam taras jeszcze kilka miesięcy temu, rozglądałem się wówczas z dumą po otaczających mnie monumentalnych wieżowcach. Popadłem wtedy w lekki samozachwyt, stanąłem bowiem na szczycie jednej z najważniejszych gazet manipulujących ludźmi na tym obszarze. A myśl, że właśnie ten obszar odpowiadał za manipulację na całym świecie, jedynie mnie podjudzała. Do Nowego Jorku przeprowadziłem się z rodzicami i babką, ale dość szybko udało mi się usamodzielnić. Znalazłem wtedy mieszkanie, które zajmowały już wtedy trzy osoby i w ten właśnie sposób poznałem swoich obecnych przyjaciół. Kontakt z nimi wyplenił ze mnie narcyzm i głupotę, i od tego czasu spoglądałem na swoje życie dość obiektywnie, nie przeżywając niepotrzebnych uniesień. Fakt faktem stałem się wrakiem człowieka, a jedyną emocją, jaką okazywałem, była agresja. Ale nie miałem najmniejszego zamiaru zaprzyjaźniać się ze współpracownikami. To mogłoby zniszczyć ich karierę, popadliby w dzikie lenistwo. Nie pracowałem tam po to, by mnie lubiono. Potrzebowałem tej cholernej kasy.
                    Gdy nieco się uspokoiłem, postanowiłem pójść do pana Browna i powiedzieć o swojej decyzji. Dotarło do mnie, iż powinienem załatwić to jak najszybciej, bo szef nie spojrzy na mnie przychylnie, jeśli będę odkładał podejmowanie decyzji. Musiałem pokazać mu, że posiadam cechy lidera. Dlatego z kompletną pewnością siebie zapukałem do drzwi jego gabinetu, nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Odnosiłem wówczas dziwne wrażenie, że na mnie czekał, lecz szybko wyrzuciłem tę myśl z głowy.
— Dzień dobry, panie Brown — zacząłem. — Zjawiam się ponownie z tą samą prośbą. Wiem, że zasłużyłem na podwyżkę.
— Niech będzie, zwiększę ci płacę o dwadzieścia dolców tygodniowo — odparł.
— Dwadzie... — wyjąkałem. Rękę dałbym sobie uciąć, że moje tęczówki zmieniły się wówczas w znaki przypominające kształtem symbol naszej waluty.
— Za mało? — zapytał z lekkim zdziwieniem, po czym zsunął okulary z nosa i położył je na biurku. Jak na trzydzieści jeden lat, wyglądał naprawdę młodo. — Trzydzieści pięć.
— Stoi — odpowiedziałem, starając się przywrócić sobie głos pełen pewności siebie. — Więc jakie ma pan dla mnie zlecenie?
                    Wyjął z szuflady biurka swoją wizytówkę i wręczył mi ją. Patrzyłem na nią, potem na niego, znowu na nią i tak w kółko, lecz nie mogłem zrozumieć, co ma przez to na myśli.
— Bądź o dwudziestej — odparł.
                     Co to miało, kurwa, znaczyć?! Ale nie, musiałem się opanować. Przecież nie powiedział niczego wprost, a ja już miałem przed oczami gwałty i sado-maso. W głowie słyszałem już śmiech Coco. Miałem wielkie szczęście, że ze mną nie pracował, chociaż kto przyjąłby takiego imbecyla do tak poważnej pracy? Mimo wszystko postanowiłem porzucić swoje zboczone skojarzenia względem wszystkiego i zapytać konkretnie, co ma na myśli mój szef.
— Czy może mi pan powiedzieć coś więcej? Nie do końca rozumiem — powiedziałem, choć moje słowa zamieniły się w niezrozumiały bełkot. Moje ciało ogarniał stres.
— Powiedziałem ci wczoraj, że musisz zrobić wszystko, co zechcę — odparł szorstko.
— Czy chodzi panu o seks? — wypaliłem prosto z mostu.
                    Uznałem, że najwyżej mnie wyśmieje, pochwali za kreatywność czy cokolwiek. Jednak widziałem, że nie zbiera mu się na mówienie wprost, dlatego zapytałem go konkretnie, by wiedzieć, na czym stoję.
— Masz jakieś wątpliwości? — zapytał. — Myślę, że wyraziłem się jasno.
— T-to wbrew prawu... — wyjąkałem.
— Żeby mnie to jeszcze obchodziło — syknął. — Potrzebujesz tej kasy czy nie?
                    Stałem tak przed nim w kompletnym szoku, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Tym razem moja intuicja się nie pomyliła. Coco również miał rację. Byłem pewien, że jeśli powiem o tym wydarzeniu Jeffowi, każe mi zmienić pracę i pożyczy mi pieniądze. Ale ja naprawdę nie chciałem żyć na czyjś koszt. Z drugiej strony sprzedawanie tyłka było pierwszą rzeczą, jaką mógłbym zrobić, by stać się szmatą bez godności i honoru.
— Będę o dwudziestej — wymamrotałem cicho i opuściłem pomieszczenie.
                     Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, zakręciło mi się w głowie. Sam nie wierzyłem w to, co powiedziałem. W głowie miałem jedynie to, że potrzebuję pieniędzy i muszę zdobyć je w jakikolwiek sposób. Tylko ze względu na to zdecydowałem odstawić na bok inne potrzeby i obowiązki. Wziąłem głęboki wdech i wróciłem do swojego działu. Edgarowi z pomyślnością udało się opanować zgiełk. Usiadłem więc przy stoliku i w ciszy wypiłem kawę, którą dla mnie przygotował. Odechciało mi się opieprzać podwładnych. Czułem, jak stopniowo tracę do siebie szacunek. Uśmiechnąłem się sztucznie kącikiem ust. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moi przyjaciele nie mogą się o tym dowiedzieć. Nie chodziło tu nawet o reakcję Coco na moje postępowania. Ja po prostu... nie chciałem, by ktoś wyciągał do mnie pomocną dłoń. Wiedziałem, że muszę liczyć tylko na siebie, bo jestem jedyną osobą, która nigdy mnie nie zawiedzie. Nienawidziłem współpracy, bo wtedy zawsze musiałem się dostosowywać.
                    Po powrocie z pracy wziąłem długą kąpiel. Starałem się nie rozmawiać z domownikami z obawy, że zauważą mój dziwny nastrój. Nie chciałem, by się domyślili. Byłem tak cholernie zestresowany, iż nie byłem w stanie na niczym się skupić. Czas mijał. Zbliżała się godzina mojej śmierci. Przesiadywałem w wannie tak długo, że moja skóra pomarszczyła się i wyglądała okropnie. Ubrałem się powoli i ułożyłem włosy. Spojrzałem w lustro, lecz momentalnie odechciało mi się w nie spoglądać. Nie mogłem na siebie patrzeć. Dlatego przed czasem opuściłem dom, zamówiłem taksówkę na kilka przecznic dalej i spokojnym krokiem postanowiłem się tam udać. W mojej głowie kłębiły się okropne myśli. Czułem się coraz gorzej. Tym stanom depresyjnym towarzyszył także dziwny ucisk w klatce piersiowej. Ciężko było mi przełknąć ślinę. Kiedy jechałem taksówką, miałem zamknięte oczy. Bałem się spojrzeć gdziekolwiek. Chciałem mieć to wszystko jak najszybciej za sobą, choć dobrze wiedziałem, że po fakcie będę miał jeszcze mniej szacunku do siebie samego.
                    Uśmiechnął się delikatnie, kiedy otwierał mi drzwi, choć nigdy wcześniej nie sądziłem, że jest zdolny do czegoś takiego. Spuściłem wzrok i starałem się od tego momentu nie patrzeć mu w oczy. Proponował jedzenie i alkohol, ale odmówiłem. Powiedziałem wprost, żebyśmy przeszli do sedna, bo nie mam najmniejszej ochoty tego przeciągać. Zaprowadził mnie więc do sypialni. Czułem się tak cholernie źle, że w zasadzie nie zwróciłem uwagi nawet na kolor ścian. Kiedy Matthew poinformował mnie, iż muszę zostać do rana, westchnąłem głęboko i zmrużyłem oczy. Siedzieliśmy obok siebie na łóżku i przez dłuższą chwilę gra nie postępowała dalej. Dopiero po chwili mężczyzna zaczął delikatnie nadgryzać moje ucho. Moje oczy zaszkliły się łzami, lecz udało mi się powstrzymać płacz. Pomyślałem wtedy, że na świecie jest wiele prostytutek, których zawód wynika z braku pieniędzy na życie. Zastanawiałem się przez chwilę, jak to wytrzymują. Przyszło mi wówczas do głowy to, iż może w jakiś sposób czerpią z tego przyjemność po to, by sam czas stosunku nie dłużył im się w nieskończoność. Może to był wzór?
                    Położył mnie na plecach na łóżku. Powoli rozpinał guziki mojej koszuli, jednocześnie obcałowując mój kark. Zastanawiałem się, jak wielu facetom Matthew zaproponował coś takiego. Było między nami osiem lat różnicy i w zasadzie jedyną rzeczą, jaka nas łączyła, była wielka miłość do książek. Nic poza tym. Ten mężczyzna zdecydowanie nie należał do ludzi, z którymi potrafiłem się dogadać. Czyżby uważał inaczej? A może po prostu chciał zaspokoić swoje żądze, a ja napatoczyłem się akurat z prośbą o podwyżkę, z której sam mógł w taki sposób skorzystać?
                     Trącał palcami moje sutki, które nagle stwardniały. Ten fakt ani trochę mnie nie zaskoczył, zawsze reagowałem tak na dotyk. Była to kwestia czysto fizyczna, więc nie miałem sobie za złe tego, że moje ciało tak to znosi. Matthew zaczął pieścić brodawki językiem. Moja twarz skrzywiła się w grymasie. Obróciłem głowę w bok, by oszczędzić sobie tych widoków. Nie spieszyło mu się. Nadgryzał lekko moje sutki i całował je, a moje ciało sekunda po sekundzie przechodził zimny dreszcz. Nie nazwałbym tego czymś przyjemnym, ale na pewno specyficznym. Czułem coś dziwnego w klatce piersiowej i nie był już to ten sam ucisk, który martwił mnie wcześniej. Nadal nie mogłem uwierzyć w to, co się dzieje.
                    Kiedy oderwał się od mojego torsu, byłem przekonany, że zejdzie w dół. On jednak wrócił wyżej i pochylił się nade mną, wpatrując mi się głęboko w oczy. Przez chwilę udało mi się to wytrzymać, jednak nawiązanie kontaktu wzrokowego przerosło mnie i znów obróciłem głowę w bok. Matthew położył mi dłoń na policzku i przesunął moją głowę tak, jak gdyby chciał nadal móc patrzeć mi w oczy. Odwróciłem więc wzrok i skierowałem go w dół. Mimo to nadal się we mnie wpatrywał. Nie byłem w stanie zdiagnozować jego przypadku. Nie miałem zielonego pojęcia, czego on, kurwa, chciał. Wpił się nagle w moje usta i zaczął mnie całować. Nigdy wcześniej nie miałem okazji całować faceta, dlatego ta cholerna zaborczość mnie zaskoczyła. Kobiety zawsze były delikatne. On zaś wyraźnie próbował uświadomić mi tym pocałunkiem, że należę tylko do niego. Dobre sobie.
                     Całował mnie chciwie i drapieżnie, jednocześnie pieszcząc palcami moje sutki. Przylgnął do mnie całym ciałem. Zdarł ze mnie rozpiętą koszulę i rzucił ją gdzieś obok łóżka. Kiedy oderwał swoje usta od moich, trącał mnie przez chwilę nosem, znów wpatrując się we mnie dziwnym wzrokiem, a potem zabrał się za rozpinanie moich spodni. I wtedy się zaczęło.
— Posłuchaj, Matthew — wyjąkałem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Nasze twarze znalazły się wówczas naprawdę blisko. — Mogę tak do ciebie mówić? Skoro już robimy takie rzeczy, nie będziesz chyba wymagał, żebym zwracał się per pan, co nie? Bo wiesz... ja mam taką prośbę. Może poprzestaniemy na tym? Wiesz, zrobię ci kolację czy coś, romantycznie będzie, potem sobie pójdę i... no. Może być?
                     Nie widziałem zrozumienia na jego twarzy. Patrzył na mnie tak, jak gdybym palnął kompletną bujdę. W zasadzie... Czy on mnie w ogóle słuchał?
— Pocałuj mnie — powiedział, znów zabijając mnie wzrokiem.
— T-ty no, nie wymagaj ode mnie takich rzeczy, mimo wszystko wiesz... — motałem się.
— Zrób to — powtórzył szorstko.
                    Zmarszczyłem czoło. Chyba nie było już dla mnie ratunku. Westchnąłem cicho i przegryzłem wargę. Delikatnie musnąłem jego wargi swoimi, a po chwili wsunąłem do jego ust język, delikatnie badając teren. Czułem się całkiem swobodnie, bo nie nagabywał mnie ani nie wyskakiwał z tą swoją chamską zaborczością.
— A teraz zdejmij moją koszulę — powiedział cicho, kiedy przestałem go całować.
                    Rzuciłem mu nieco zdezorientowane spojrzenie, lecz wiedziałem, że nie mam wyjścia. Wszystko to postępowało zbyt wolno, choć z drugiej strony dzięki temu mój strach był trochę mniejszy. Powoli rozpinałem guziki jego koszuli. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że Matthew wygląda naprawdę dobrze. Wyglądało na to, iż chadza na jakąś siłownię czy basen. Zdjąłem z niego koszulę i, wzruszywszy ramionami, rzuciłem ją obok łóżka. I wtedy stało się coś dziwnego. Matthew przylgnął do mnie całym ciałem, obejmując mnie mocno, lecz nie boleśnie.
— Dziękuję — powiedział.
— Nie ma sprawy, stary, ja tylko zdjąłem ci koszulę — odparłem.
                    Rozpiął moje spodnie. Nie protestowałem. Był to prawdopodobnie moment, w którym całkowicie się poddałem, mając już głęboko gdzieś siebie i swój los. Wsunął dłoń pod moje bokserki i zaczął przesuwać nią w górę i w dół mojego członka. Rozpiął wtedy także swoje spodnie i już po chwili poczułem jego członka na swoim. Położył mi ręce na biodrach i przysunął mnie bliżej siebie tak, że moje kolana znalazły się za jego plecami. Zaczął masturbować mnie i siebie jednocześnie. Za każdym razem, gdy chowałem twarz w dłoniach, kazał mi przestać i mówił, że chce na mnie patrzeć.
— Mmh... Tak... Nie można... — wyjąkałem.
                    Pocałował mnie wtedy głęboko. Poczułem wtedy coś wyjątkowo dziwnego. Tym razem to on chciał być delikatny, a mimo to wpiłem się w jego usta prawie tak zaborczo jak on wcześniej. Odsunął się lekko, jednak przylgnąłem do niego i nie miałem ochoty przestawać. W rezultacie nasz pocałunek stawał się coraz bardziej łapczywy i prostacki. Obudził się we mnie chwilowy pociąg fizyczny. Zapewne przez to, że mnie dotykał. Lecz w tym momencie niespecjalnie mnie to obchodziło.
                    Kiedy zauważył, do jakiego stanu mnie doprowadził, zaprzestał dotykania mojego krocza. Zaczął wówczas robić mi dobrze ustami tak długo, dopóki nie doszedłem. Byłem wyczerpany tym stosunkiem, choć do niczego jeszcze wtedy nie doszło. Po chwili pozbawił nas ostatnich części garderoby. Zignorowałem swój strach. Leżałem przed nim jak kłoda i oczekiwałem na następny ruch. Usiadł obok mnie i powoli wsunął jeden palec w mój odbyt. Wykrzywiłem usta w grymasie. Poruszał nim coraz szybciej, wyciągając go ze mnie i wsuwając z powrotem. Gdy uświadomił sobie, że się przyzwyczajam, dołączył drugi.
— Kurwa — syknąłem. — Matthew, nie wiem, czy dam radę... Jeśli umrę, zwolnij Keirę.
                    Znów nie odpowiedział. Założył sobie moje kolana na ramiona. Wtedy oprzytomniałem. Wiedziałem, jakie ma zamiary.
— Matthew, mówię ci, już wystarczy, myślę, że... Arghh...
                   Mimo wszystko czułem, że stara się być delikatny. Jednak ból był nie do zniesienia. Zakręciło mi się w głowie. Łapanie oddechu stawało się coraz cięższe.
— Matthew! Błagam... Już... Nie... Mmh... — jęczałem.
                     Cały ten czas patrzył na mnie z dziwną troską. Chyba nawet lekko się uśmiechał. Moje oczy były jednak tak zalane łzami, że ciężko było ocenić cokolwiek na podstawie tego, co widzę. Matthew wchodził we mnie coraz głębiej. Pokój wypełnił się moimi jękami, które bardziej przypominały jęki rozkoszy niż bólu. Sam nie wiedziałem do końca, co się właśnie stało.
                     Kiedy skończył, położył się obok mnie i pocałował mnie raz jeszcze. Tego wieczora bardzo szybko zasnąłem. I równie szybko obudziłem się nad ranem.
                    Mężczyzny nie było już w łóżku. Szybko założyłem ubrania, które nadal leżały na podłodze i wynurzyłem się z pokoju. Postanowiłem wrócić jeszcze do mieszkania, by wziąć prysznic i się przebrać. Dopadł mnie, kiedy tylko wszedłem do kuchni. Położył mi dłoń na policzku i próbował pocałować, ale odepchnąłem go. Przygotował nawet śniadanie, ale miałem to gdzieś.
— Nie myśl sobie, że się w tobie zakocham, czy coś — syknąłem. — Odwaliłem czarną robotę, teraz mogę znowu mieć cię gdzieś. Nara.
                    Opuściłem jego mieszkanie z trzaskiem drzwi. Czułem okropny ból odbytu. Zdawało się, że chodzę w nieco inny sposób. Szybko zamówiłem taksówkę i wróciłem do siebie.



7.12.15

Stosunek z szefem?

Dział: Analne przygody małego dziennikarza.
Numer rozdziału: 1
Gatunek: Yaoi.



zmartwychwstałam, mam neta, ostatnie koncerty prawdopodobnie w tym tygodniu, więc powoli wracam do formy z pisaniem
jako że długo mnie nie było, dzisiaj dostajecie dłuższy post, więc mi nie gderać, że za krótki, bo w ryj
jest tu może ktoś, kto nie spędza świąt i siedzi sam? chętnie dołączę.
_______________________________________

— Jesteś pieprzonym materialistą — syknął Coco, kiedy znów pogrążyłem się w otchłani monologu. Rozprawiałem akurat nad swoją nędzą, bo ostatnią podwyżkę dostałem kilka miesięcy temu, co fakt faktem pozwoliło mi się stać prawą ręką dyrektora magazynu New York Today, jednak mimo to pusty portfel dawał o sobie znać.
               Irytowało mnie za każdym razem, gdy oceniał moją sytuację życiową przez pryzmat swojej ultra totalnej głupoty. Może i mieszkaliśmy razem, ale to nie dawało mu możności mówienia, kim jestem, tym bardziej gówno o mnie wiedząc. Nogi trzęsły mi się z wściekłości i żałowałem, że Jeff znów polazł na jakieś spotkanie motywacyjne. Facet zawsze potrafił mnie uspokoić, w przeciwieństwie do Coco był miłym i zachowawczym człowiekiem wiedzącym doskonale, jak trafić do drugiej osoby. Mogłem pokładać jeszcze nadzieje w Sheenie, która zalegała na sofie z piwem, ale chyba jednak zdążyła przyzwyczaić się do naszych kłótni na tyle, by nie dać sobie zepsuć niedzielnego wieczoru. Nie ingerowała więc w naszą walkę na słowa, a wszelkie pociski rzucane były nad nią, co jakimś cudem nie mąciło ani trochę jej wewnętrznego spokoju. Wiedziałem jednak, że to choleryczka, i jeżeli nie zamkniemy się do czasu, w którym zacznie się mecz, skończymy jako trofea z odciętymi głowami przytwierdzonymi do tarczy. Póki co przełączała kanały w telewizji, nie mogąc znaleźć niczego, co wpasowałoby się w jej gusta. Z braku laku posłużyła mi radą, ignorując zupełnie Coco. 
— No to poproś może szefa o podwyżkę, zamiast chrzanić na prawo i lewo o tym, że nie masz kasy — odparła szorstko. — Sam raczej nie przyjdzie do ciebie na kolanach prosząc, żebyś przyjął parę groszy więcej. A jak cykasz się zapytać, to znaczy, że nie sprawdzasz się jako pracownik na tyle, żeby tę podwyżkę dostać.
— Ja się, kurwa, nie sprawdzam?! — wrzasnąłem wniebogłosy, automatycznie obrywając poduszką w ryj od Coco. 
— Kuźwa, słuchasz ty w ogóle, co ja mówię? Czy tylko to, co chcesz sobie usłyszeć? — zapytała. Teraz wszyscy byliśmy wkurzeni na siebie nawzajem i na fakt, iż nie ma w domu Jeffa, który zawsze potrafił nas pogodzić i uspokoić. 
               Mecz miał zacząć się lada chwila. Sheena z kopniaka wrzuciła nas do swoich pokoi, żeby mieć święty spokój. W przeciwieństwie do Coco nigdy nie darła mordy podczas oglądania parunastu facetów biegających za piłką. Ponadto cieszyłem się, że nie dzielę z nim pokoju. Współczułem okropnie Jeffowi, który dzień w dzień musiał potrafić się uporać z jego bezsensowną paplaniną. I musiał co noc znosić panienki, jakie Coco sobie przyprowadzał. Albo uprowadzał. Choć cierpiałem także z powodu Sheeny, która musiała wytrzymać... ze mną. 
               Jeff wrócił dopiero nad ranem i spał jak zabity. Zaczynał robotę po południu, dlatego mógł sobie pozwolić na taką dekadencję. Nie zdążyłem go w rezultacie zapytać o to, co myśli, dlatego postanowiłem powołać się na rady Sheeny. Mimo nieco cholerycznej natury znała się na życiu, była również w posiadaniu ogromnego bagażu, a ponadto darzyłem ją niemałym zaufaniem. Dyrektor uczynił mnie swoim pomocnikiem jakiś czas temu, lecz mimo to nigdy nie mieliśmy zbyt dobrego kontaktu. Człowiek ten był tak oschły w relacjach międzyludzkich, że nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób powinienem z nim dyskutować. Szczerze powiedziawszy sam nie do końca zdawałem sobie sprawę, na jakiej podstawie otrzymałem ostatni awans. Nie zagłębiałem się w to mimo wszystko i porzuciłem plany dochodzenia, ciesząc się z grubszego portfela. Jednak kasy wciąż było za mało...
— Keira, co to, kurwa, jest?! — wrzasnąłem na samym wejściu. Jedna z pracownic drukowała akurat pierwszy nakład. Miała dwie lewe ręce i na miejscu dyrektora wyrzuciłbym ją jako pierwszą. — Ten papier wygląda, jakbyś podtarła sobie nim dupę!
— To wina ksera, panie Mathis, ja nie mam na to wpły...
— Gówna, nie ksera! — darłem się. Pracownicy w innych pomieszczeniach przestali już reagować na wrzaski, jakie dało się słyszeć z naszego działu. — Gdyby Gutenberg zobaczył tę czcionkę, pewnie by się zesrał!
               Nienawidziłem ich. Nienawidziłem ich z całego serca. Dane mi było pracować z najgorszą ekipą pod słońcem. Sama myśl o tym, skąd wzięli się pod dachem biurowca prowadzącego jeden z najważniejszych magazynów na tym obszarze, wywoływała u mnie strach, przerażenie i chęć ucieczki. Keira Hodgson, ta pusta dziewczyna, która flirtowała z każdym pracownikiem w naszej branży, zawsze zwalając całe zło tego świata na sprzęt. Robert Gordon, najbardziej fałszywy plotkarz, jakiego miałem okazję spotkać. Wkurwiał mnie, choć jego wady idealnie nadawały się do tego fachu. Sean Pierre, jedyny człowiek w ekipie żyjący na tym świecie krócej niż ja, choć miałem dopiero dwadzieścia trzy lata, a o taką robotę było naprawdę ciężko. Lisa Muggen, kobieta, która nie śpi. Jej pracoholizm doprowadził ją do stanu kompletnej autodestrukcji życiowej, ale miałem gdzieś, czy umrze, czy nie. Pisała dobrze. I Egdar Freumann, facet z długim stażem, moja prawa ręka potrafiąca mnie uspokoić nawet wtedy, kiedy Lisa myliła Roberta z meblościanką. 
— Macie dokładnie dziesięć minut! — krzyknąłem, otwierając drzwi na korytarz. — Za dziesięć minut wracam. Jeśli nie zrobicie w dziesięć pieprzonych minut tego, co robicie normalnie w tydzień, dowiecie się, jak wygląda piekło!
               Trzasnąłem drzwiami tak, że szkło, z których były zrobione, pękło i rozsypało się na ziemi. Tak czy siak nie musiałem dzwonić po specjalistę. Pojawiał się tu co poniedziałek. Poniedziałki zawsze były nerwowe. 
               Stanąłem przed gabinetem głównego dyrektora. Na tabliczce na drzwiach widniał napis "DYREKTOR", pod spodem "Matthew Brown". "Twarz, która skwasiła Troję". Ten ostatni tylko sobie wyobraziłem, choć z chęcią zobaczyłbym go tam w rzeczywistości. Powoli zapukałem, próbując zapomnieć o głupocie Keiry i wszystkich moich współpracowników. Nacisnąłem na klamkę. 
               Fotel stojący za biurkiem był odwrócony tyłem, dlatego też nie miałem pojęcia, czy pan Brown na nim siedzi, czy też jest nieobecny. Powoli stawiałem kroki do przodu, a moje ciało zaczął ogarniać niewyobrażalny stres. A co, jeśli pozbawi mnie szczebla kariery? Zaproponuje, żebym wrócił na poprzednie stanowisko, skoro to, co mam, mi nie wystarcza? Odeśle z kwitkiem? Zgwałci i zakopie?
— Dzień dobry, panie Brown — przywitałem się, niezależnie od tego, czy tam był, czy też nie. Kultura to podstawa. 
               Fotel powoli się okręcił i już po chwili zobaczyłem pana Browna w całej swojej okazałości. Chłód i szorstkość biły od niego na kilometry. Powoli zsunął z nosa okulary, które zakładał tylko do pracy, przeczesał bujną czarną czuprynę i odpiął guzik białej eleganckiej koszuli. Podrywał mnie, czy jak? Tak czy siak czekałem, aż pozwoli mi zabrać głos, on jednak przez dłuższą chwilę krzątał się przy szufladach, a potem zaczął zabijać mnie wzrokiem tych swoich czarnych jak smoła oczu. Ten facet był tak wysoki, że musiałem nie lada się natrudzić, by móc nawiązać kontakt wzrokowy, nie wyglądając przy tym, jak gdybym obserwował niebo. Jego spojrzenie uznałem za wystarczające zachęcenie mnie do mówienia. 
— Chciałbym ubiegać się o podwyżkę — powiedziałem ze stoickim spokojem.
               Pan Brown rozłożył się na fotelu i chwycił telefon komórkowy. Zapewne go wyłączył. Nigdy nie lubił, jak przeszkadzano mu w pracy. Kiedy tylko to zrobił, wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów i, jak gdyby nigdy nic, zapalił w gabinecie. Musiała to być jego pierwsza fajka tego dnia, gdyż ładny zapach jaki panował w pomieszczeniu, wręcz mnie zaskoczył.
— To się ubiegaj — odpowiedział.
               Odniosłem wrażenie, że kisnę. Zajebałem się nieco w akcji, na mojej twarzy pojawiła się dezorientacja przypominająca zespół Downa, nogi weszły w tyłek. Sprawdzał mnie, czy naprawdę miał ludzi aż tak głęboko gdzieś?
— Co mogę zrobić, aby osiągnąć swój cel? — pytałem dalej.
— Wszystko, czego zapragnę — odparł momentalnie.
               Dla człowieka z tak prostym myśleniem jak moje, jego słowa zabrzmiały co najmniej na ostrą erotyczną propozycję. Zważywszy jednak na miejsce, w jakim się znajdowaliśmy oraz relacje, jakie nas łączyły, musiałem wybić sobie z głowy tego typu głupoty. Mimo tego zdekoncentrowałem się kompletnie i nie mogłem wydusić z siebie słowa. Kochałem czytać książki, wykształciły one u mnie wyobraźnię obrazową, dlatego klatki, które zaczęły przemykać mi wówczas przed oczyma, sprawiły, że kisłem coraz bardziej. 
— Przemyślę pana propozycję, wrócę z tym później — wykrztusiłem na jednym oddechu i uciekłem z jego biura. 
               Zastanawiałem się, czy współlokatorów i rodzinę łączy to, że do obydwu z tych relacji jesteśmy zmuszeni. Nie wybieramy sobie przecie matki i brata. Mieszkanie zawsze można w zasadzie zmienić, choć biorąc pod uwagę chociażby problemy finansowe i mus posiadania lokalizacji w miarę taniej, można było dojść do dziwnych wniosków. 
               Ekipa, z jaką miałem okazję mieszkać, stanowiła bowiem mieszankę wybuchową. Dave Coconut, dla przyjaciół Coco, kwiat społeczeństwa pracujący jako recepcjonista w SPA. Żywy dowód na to, że można, owszem, MOŻNA, przelecieć piętnaście lasek w trzy miesiące. Sheena Sandy, człowiek, który ma głęboko gdzieś monotonię, w jakiej żyje. Hobbysta wieczornych piwek w męskim gronie. I wisienka na torcie, Jeff Anderson, osoba ociekająca empatią i dobrem tak bardzo, że rozkurwiłaby chęcią pomocy ludziom tych wszystkich działaczy charytatywnych, czy innego Jezusa. I mimo różnicy w każdej możliwej dziedzinie, w jakiś sposób czułem się idealnie wpasowany w tamte towarzystwo. Z kolei w pracy czułem się tak, jak gdybym miał zaraz wyjść przez okno. Z trzydziestego piętra. Byłaby to największa ulga, jaką mógłbym sobie wówczas sprawić. Zdawało mi się, że otacza mnie rozmnożony Coco, a przecież sam jeden Coco był o jednym Coco za dużo. Dlaczego ludzie byli tak tępi i denerwujący?
                Wróciłem do swojego działu, zupełnie zapominając o tym, że miałem pobić swoich podwładnych. W zasadzie chodzili jak w zegarku, więc nieco się uspokoiłem. Gorąca kawa z mlekiem już na mnie czekała, nakład był w pełni gotowy, cały skład zalegał przy komputerach, a ciszę panującą w pomieszczeniu zakłócał tylko dźwięk szybko wciskanych klawiszy laptopów. Wszyscy siedzący przede mną ludzie mieli ciężki weekend, spędzili go bowiem na wyszukiwaniu najgorętszych faktów, a teraz przelewali to wszystko na papier. Ci tępi masochiści zawsze musieli zostać przeze mnie opierdoleni, by wziąć się do pracy. Spokojnie piłem kawę, patrząc na zegarek. Wbrew opanowaniu malującemu się na mojej twarzy i widocznemu w moich czynach, wewnętrznie czułem się zestresowany jak jasna cholera. Fizycznie był to wpływ kawy i dymu tytoniowego, bowiem obydwa te czynniki wpływały na organizm w sposób nieco drażniący. Psychicznie był to Matthew Brown.
               Doskonale sobie zdawałem sprawę, że za wszelkie brzydkie wyobrażenia i skojarzenia w mojej głowie odpowiada Coco, ale dlaczego tak bardzo chodziło mi to po głowie? Kawa przestawała mi smakować, straciłem apetyt na życie. Chrystusie, nie pozwól, bym więcej widział oczyma wyobraźni stosunek z własnym szefem. Był dopiero poniedziałek, a ja już musiałem udać się do toalety, by wymusić wymioty.
— Panie Mathis, czy wszystko w porządku? — Usłyszałem głos po drugiej stronie kabiny. Był to nikt inny jak Sean Pierre, ten gburowaty osioł myślący, że jest ponadprzeciętnie inteligentny.
— Gdybym spuszczał teraz kupę, zapytałbyś, co jadłem? — spytałem sarkastycznie. 
— Niekoniecznie — odpowiedział. — Ale wyglądał pan niemrawo i wybiegł pan nagle z gabinetu, więc poszedłem za panem. Bałem się, że coś się stanie. Wymiotuje pan?
— Jebany lizus — szepnąłem sam do siebie. — Tak, bo ledwo wstałem, a już zobaczyłem twój krzywy ryj.
               Nie pracowałem w tej branży długo. Jeff wielokrotnie używał tego jako argumentu, by przekonać mnie, że jeszcze polubię swoich współpracowników. A było to równie prawdopodobne co to, że Coco znajdzie sobie dziewczynę i pozostanie w stałym związku do końca życia. Nie miałem zamiaru do niczego się zmuszać. W zasadzie rzuciłbym tę pracę w cholerę, gdyby nie wysoka płaca. Przecież skoro nawet taka mi nie wystarczała, chyba bym się powiesił, gdybym zarabiał cztery razy mniej w recepcji jakiegoś biura matrymonialnego. 
— Keira, co tam ciekawego wygrzebałaś? — zapytałem, opierając się jej na głowie. Uwielbiałem znęcać się nad nią psychicznie.
— Lindsay Lohan aresztowana — wybełkotała niczym trup.
— Który to już raz? — spytałem monotonnie. — O tym już zapewne wszyscy piszą. Znajdź coś lepszego. 
               Przechadzałem się dookoła biurek, przy których siedzieli i mamrotałem sam do siebie, choć dobrze wiedziałem, że ich podzielna uwaga pozwala im mnie słuchać.
— Z każdym faktem musimy być pierwsi. Jeśli ktoś już o tym napisał, nie powielamy tego jak te wszystkie śmieciowate gazetki — mówiłem. — Mieszkamy w Nowym Jorku. W dzielnicy największych przestępstw. W kraju ojczystym wszystkich najjaśniej świecących gwiazd. Mijamy Britney Spears na ulicy trzy razy dziennie. Więc co, do chuja, ma znaczyć, że aresztowano Lindsey Lohan?!
               Szybkość ich pisania diametralnie wzrosła. Strach był jednak świetną motywacją dla podludzi ich pokroju. 
               Musiałem ich odzwyczaić od tanich szmatławców, z jakimi mieli do czynienia na co dzień. Przez trzy miesiące jeździłem do mieszkania Keiry i wyrzucałem do śmieci wszystkie ścierwa, które czytała, zamieniając je na wartościowe czasopisma. Początkowo czytała te swoje po kryjomu, jednak gdy tylko zasmakowała prawdziwego pisarstwa, porzuciła tamte gówna, a jej poziom automatycznie wzrósł. 
               Tego dnia zasiedziałem się w robocie, zmuszając do tego samego swoich współpracowników, dlatego też wróciłem do domu równo z Jeffem. Zauważył mnie na przystanku, kiedy swoim starym rozpadającym się niczym mój dziadek autem wracał z biura podróży, w którym pracował. Opowiedziałem mu o moich staraniach o podwyżkę. Poklepał mnie po plecach i pogratulował.
— I przyszedł do restauracji koleś z psem, a ja mówię, że ma wyjść — produkowała się Sheena, kiedy usiedliśmy wszyscy razem z piwkiem w przedpokoju. — On pyta, czemu, a ja, że chyba nie chce stracić psa. On, wiecie, zszokowany jak jasna cholera, a ja na to, że właścicielem jest żółtek i jak mu psa wpierdoli, to ja za to nie odpowiadam. Stary, dawno takiego napiwku nie dostałam.
— A ja szefa o podwyżkę poprosiłem — odparłem, rzucając kolejne piwo Jeffowi. — Ale... powiedział mi coś dziwnego i nie wiem, czy mogę o tym gadać, bo mnie Coco wyśmieje.
— A co ci powiedział? — spytał z ciekawością Coco, a na jego twarzy malowała się już satysfakcja, bo przecież miała się lada chwila nadarzyć okazja idealna do pociśnięcia mi.
— Powiedział, że jeśli chcę podwyżkę, to mam zrobić wszystko, czego on zapragnie — powiedziałem cicho.
— Pedofil gej! — wrzasnął na pół chaty Coco, zanosząc się śmiechem. — Ostatnio wazelinę na przecenie widziałem i ten...
— Facet nie ma talentu do ubierania pewnych rzeczy w słowa — zastanawiał się Jeff. — Ale jakby na to nie patrzeć, ma rację. Da ci pewnie parę konkretnych zleceń i na podstawie tego zorientuje się, czy zasługujesz na więcej kasy. 
— Nie powinien tego wiedzieć od razu? — zdziwiła się Sheena. — Rozumiem, wiele działów w robocie, ale od tego jest, żeby być w każdym miejscu jednocześnie. Leniwy debil. Pewnie masz w szefostwie takiego drugiego Coco, co?
— W wielu względach są bardzo podobni — odparłem. — Chociaż tamten jest inteligentny.
               Próbowałem odwlekać kolejne pójście do szefa. Jeff i Sheena stanowczo doradzali, bym udał się tam jak najszybciej i pokazał swoje kompetencje. Coś mnie jednak wstrzymywało. Może Jeff gderający coś o gwałtach, choć to raczej nie było to. Moja intuicja podpowiadała mi coś złego, choć w sumie zawsze się myliła. Dlaczego miałbym nie spróbować, tym bardziej, że pierwszy krok miałem już za sobą?